Przez nasz kuchenny stół przewinęło się wiele osób. Przyjaciele, sąsiedzi, dziennikarze, aktywiści. Ludzie z Syrii, Afganistanu, Iraku, Sudanu. Czasem ktoś zostawał na kolację, czasem na noc, czasem na dziesięć dni. Jeden z naszych gości został na dwa lata.
Niektórzy przyjeżdżali do nas prosto ze szlaku bałkańskiego albo z polsko-białoruskiej granicy. Brudni, zmęczeni, głodni. To nie jest figura retoryczna: człowiek po kilkunastu dniach w lesie naprawdę jest brudny, naprawdę marznie, naprawdę chce najpierw zdjąć buty, zjeść coś ciepłego i dopiero potem zastanawiać się, co dalej.
Moje córki od małego wiedziały, co wtedy zrobić: gdzie są kubki, jak nastawić wodę na herbatę, co można szybko podgrzać, gdzie leżą dodatkowe materace czy pościel.
Nie odbyliśmy wcześniej rodzinnego szkolenia z solidarności. Nie powiedzieliśmy im: dzieci, teraz pokażemy wam, na czym polega odpowiedzialność za drugiego człowieka – po prostu ktoś stał w przedpokoju i było jasne, że jest mu zimno.
Ale przy tym samym kuchennym stole obowiązywała jeszcze jedna, niewidzialna zasada. Kiedy nasze córki były małe, nie chciałam, żeby słyszały wszystko.
Jeśli rozmowa schodziła na bicie, więzienie, śmierć, gwałt, tortury, przejście przez granicę albo rzeczy, które wydarzyły się podczas wojny, czekałam, aż dziewczynki pójdą spać. Albo wychodziliśmy z gościem do innego pokoju. Albo do tej rozmowy wracaliśmy następnego dnia.
Herbata – tak, koc – tak. Człowiek i uczucia – jak najbardziej. Ale nie każdy szczegół jego koszmaru.
I chyba właśnie pomiędzy tymi dwiema rzeczami od lat mieści się dla mnie jedno z trudniejszych pytań rodzicielstwa: ile świata pokazać dziecku, jeśli samej uważa się, że od świata nie wolno odwracać wzroku?
Sprawczość i magia
Mieszkamy w Berlinie i przypuszczam, że to ma znaczenie. Nie dlatego, że dzieci w Niemczech wychowuje się dobrze, a gdzie indziej źle. Po kilkunastu latach rodzicielstwa mam coraz większy dystans do wszystkich zdań zaczynających się od: „w Niemczech dzieci…”, „w Polsce rodzice…”, „w Skandynawii szkoły…”. Zwykle po chwili okazuje się, że istnieje inna szkoła, inna rodzina i inne dziecko, które całkiem psuje atrakcyjną teorię.
Ale pewne rzeczy, które obserwowałam w Berlinie, zostały mi w głowie.
Przedszkole moich córek mieściło się właściwie w dużym mieszkaniu. Piętnaścioro dzieci w różnym wieku, bardziej jak duża rodzina niż instytucja. Dzieci wkładały naczynia do zmywarki, miały dyżury w kuchni, razem z dorosłym kroiły, przygotowywały i podawały jedzenie. Chodziły też grupą: na spacer czy do lokalnej księgarni wybrać wspólnie książki do przedszkola.
Niby nic wielkiego.
Tylko że jeśli masz cztery lata i sam wybierasz książkę, która będzie potem leżała na półce dla wszystkich, to książka nie jest już wyłącznie rzeczą, którą kupują ci dorośli. Jeśli kroisz ogórka na obiad dla piętnastu osób, obiad nie pojawia się magicznie na stole. Jeśli wkładasz swój talerz do zmywarki, ktoś inny nie jest niewidzialną osobą od sprzątania twojego świata.
Później, w szkole podstawowej, podczas wielotygodniowego remontu dzieci mogły zapisywać się na godzinne zmiany i zamiast części lekcji pracować przy budowie. Malowały ściany, pomagały przy porządkowaniu przestrzeni, pracowały wokół boiska. Można oczywiście opowiedzieć o tym jako o ciekawej metodzie pedagogicznej.
Ale ja pamiętam przede wszystkim dzieci, które później zupełnie inaczej patrzyły na tę ścianę: bo łatwiej kopnąć coś, co zrobił „ktoś”. A trochę trudniej coś, przy czym samemu stało się godzinę z wałkiem w ręku.
W klasach byli też mediatorzy i mediatorki. Dzieci wybierane i szkolone po to, żeby zauważać konflikty i próbować pomagać w ich rozwiązywaniu. Nie po to, by donosić nauczycielowi, kto zaczął, ale żeby sprawdzić, czy da się coś zrobić, zanim potrzebna będzie dorosła interwencja.
To również jest niewielka rzecz. Tyle że demokracja składa się chyba głównie z niewielkich rzeczy.
Często wyobrażamy sobie edukację obywatelską jako osobny przedmiot. Konstytucja. Trójpodział władzy. Parlament. Wybory. Prawa człowieka. Krzyżyk przy odpowiedzi A, B albo C. I wszystko to jest potrzebne.
Tylko co dzieje się potem, jeśli uczeń zna definicję demokracji, ale przez dwanaście lat szkoły nikt nigdy nie zapytał go o zdanie w sprawie, która naprawdę go dotyczyła? Albo jeśli świetnie odpowiada na pytanie o społeczeństwo obywatelskie, ale widzi, że pani sprzątająca jest traktowana jak powietrze? Albo uczy się o samorządzie, ale szkolny samorząd może zdecydować najwyżej o kolorze dekoracji na dyskotekę?
Amerykański pedagog John Dewey pisał o demokracji i edukacji ponad sto lat temu, ale jego najciekawsza myśl wciąż wydaje mi się zaskakująco współczesna: demokracji nie da się nauczyć, wyłącznie opowiadając o demokracji. Trzeba jej w jakiejś skali doświadczyć. Janusz Korczak szedł jeszcze dalej. „Nie ma dzieci – są ludzie”. Zdanie tak często cytowane, że można już prawie nie słyszeć jego radykalności. Bo jeśli dziecko jest człowiekiem teraz, a nie materiałem na przyszłego człowieka, to nie wychowujemy przyszłego obywatela. Mamy obywatela przy stole. Tylko że ma dziewięć lat i nie może jeszcze głosować.
Może za to bardzo wiele innych rzeczy.
Może zobaczyć konflikt i spróbować go rozwiązać. Wybrać książkę dla grupy. Posprzątać po sobie. Powiedzieć, że uważa jakąś zasadę za głupią. Zorganizować coś z kolegami. Zobaczyć, że park, szkoła, chodnik, klatka schodowa nie należą do tajemniczych „nich”, tylko są trochę także jego. I może zobaczyć dorosłego, który zachowuje się tak, jakby to wszystko naprawdę było wspólne.
Koc dla wszystkich
W 2015 roku pod berlińskim Lageso, urzędem, przez który przechodziły tysiące nowo przybyłych do Niemiec ludzi, spędziłam wiele tygodni i miesięcy. Jeździłam tam z pomocą: czasem ze śpiworami, czasem z ubraniami, jedzeniem, herbatą. Dziewczynki nieraz jeździły ze mną. Nie prowadziłam ich tam w ramach lekcji o kryzysie uchodźczym – po prostu były moimi dziećmi, ja byłam ich mamą i właśnie to robiłam tego dnia.
Rozkładałyśmy koc, one wyciągały kredki, po chwili dosiadały się inne dzieci: syryjskie, afgańskie, irackie. Dzieci, których rodzice stali godzinami w kolejce do urzędu.
Nie wiem, czy Hania i Mila rozumiały wtedy europejską politykę migracyjną. Prawdopodobnie nie. Wiedziały natomiast, że jeśli obok siedzi dziecko, można dać mu zieloną kredkę.
Czasem zastanawiam się, czy z obywatelskością nie robimy tego samego, co z wieloma ważnymi słowami: tak długo je definiujemy, aż przestajemy widzieć ich najprostszy sens.
OrganizujeMY
Rok później zaczęłam organizować Civil March for Aleppo. Nasz dom zmienił się wtedy w coś pomiędzy biurem prasowym, centrum logistycznym i dworcem kolejowym. Ludzie przychodzili i wychodzili, dzwoniły telefony, odbywały się spotkania, pojawiali się dziennikarze z różnych krajów. A dziewczynki były małe.
Pamiętam, jak pewnego dnia zbudowały z klocków lego i zabawek tłum maszerujących ludzi. Tak się bawiły. Później w przedszkolu czy szkole mówiły: „MY organizujemy marsz”. Nie: mama. My.
To „my” bardzo mnie wtedy rozczulało, ale dziś wydaje mi się jeszcze ciekawsze. Bo przecież formalnie niczego nie organizowały. Nie pisały mejli do władz miast, nie ustalały noclegów, nie rozmawiały z mediami, nie wyznaczały trasy. A jednak wydarzenie odbywało się również w ich świecie. W ich salonie. Przy ich stole. Wśród ludzi, których znały. Marsz nie był wiadomością z telewizora. Był czymś, co robili znajomi dorośli.
Może poczucie sprawczości zaczyna się właśnie tak? Nie od przekonania, że uratuję świat, ale od doświadczenia, że świat nie jest wyłącznie czymś, co mi się przydarza? Że czasami można przesunąć w nim choć jedną rzecz?
Kilka lat później Hania chciała przemówić na demonstracji w Warszawie, była jeszcze naprawdę mała, miała chyba z osiem lat.
Pamiętam swoją ogromną wątpliwość. Bo co właściwie robi rodzic, kiedy kilkuletnie dziecko chce wyjść przed mikrofon i powiedzieć coś politycznego do tysięcy ludzi? Czy daje mu głos? Czy wystawia je na sytuację, której ono jeszcze nie rozumie? Czy dziecko naprawdę chce mówić, czy chce zrobić przyjemność mamie, babci, wujkowi: dorosłym, których kocha i których widzi na demonstracjach? Czy nie wkładamy mu własnych słów do ust, nawet jeśli bardzo pilnujemy, żeby tego nie robić?
Bałam się. Pytałam ją kilka razy, czy na pewno chce. Chciała.
Powiedziała wtedy, że chciałaby, żeby Polska była „wolna, szczęśliwa, uśmiechnięta”, żeby ludzie nie dzielili się na lepszych i gorszych. I zwróciła się do prezydenta Andrzeja Dudy z dziecięco prostym pytaniem: czy mógłby coś z tym zrobić?
Tłum zaczął skandować jej imię. A najważniejsze, co Hania zapamiętała z tamtego dnia, wcale nie było polityczne. Przez długi czas mówiła z niedowierzaniem: Mamo, oni mnie słuchali!
To zdanie ze mną zostało: bo może jedną z ważniejszych rzeczy, jakie możemy dać dziecku, jest doświadczenie, że jego głos istnieje?
Nie, że zawsze ma rację. Nie, że wszyscy zrobią to, czego chce. Nie, że należy mu się mikrofon.
Tylko że może coś powiedzieć – i że ktoś na chwilę przestanie mówić, żeby tego posłuchać.
Demokracja czy bubble tea?
Wraz z dorastaniem dziewczynek zaczął się inny etap. Kiedy były małe, siłą rzeczy chodziły z nami wszędzie. Na demonstracje, spotkania, akcje społeczne, sprzątanie świata. W Berlinie, Warszawie, Budapeszcie – gdzie mieszkaliśmy przez półtora roku – w innych miejscach, do których zabierało nas życie.
Ale potem pojawił się wybór, ich wybór. I to okazało się dla mnie dużo trudniejsze, niż przypuszczałam. Bo jeśli jedziesz na demonstrację w sprawie, która jest dla ciebie fundamentalnie ważna, a twoja nastoletnia córka mówi, że woli zostać w domu albo spotkać się z koleżanką – to co robisz? Naprawdę pozwalasz jej zostać? Bez miny? Bez „oczywiście, kochanie”, wypowiedzianego tonem oznaczającym dokładnie coś przeciwnego? Bez małego wykładu o tym, że demokracja jest zagrożona, planeta płonie, ludzie cierpią, a ona idzie na bubble tea?
Starałam się. Nie zawsze pewnie idealnie. Ale bardzo chciałam, żeby aktywność moich dzieci nie stała się sposobem zadowalania mamy. Bo wtedy wychowałabym nie obywatelki, tylko posłuszne córki aktywistki.
I być może właśnie dlatego jedną z rzeczy, które najbardziej mnie cieszyły, było to, że po jakimś czasie zaczęły chodzić same. Na Fridays for Future, z koleżankami, beze mnie. Nie na moje demonstracje, ale na swoje.
To jest moment rodzicielstwa, na który chyba trudno się przygotować: jeśli naprawdę chcesz przekazać dziecku swoje wartości, musisz również zgodzić się na możliwość, że ono pewnego dnia użyje tych wartości inaczej niż ty. A nawet może przeciwko tobie.
Wojna i szczęście
Berlińska szkoła moich córek po 2015 roku organizowała zajęcia o wojnie w Syrii. Nie po to, żeby trzynastolatki zapamiętały nazwiska wszystkich dowódców i geografię frontu. W ich klasach pojawiali się nowi koledzy i koleżanki z Syrii. Żeby z nimi być, warto było wiedzieć, skąd przyjechali i dlaczego.
Później dziewczynki miały przedmiot „szczęście”. Rozmawiały o tym, co ludziom daje dobre życie: pieniądze, relacje, religia, filozofia, praca, sens.
Lubię zestawiać te dwa szkolne przedmioty: „wojna w Syrii” i „szczęście”. Bo świat właściwie cały czas mieści oba. I może jednym z największych błędów dorosłych jest przekonanie, że uczciwość wobec dzieci wymaga pokazania im go wyłącznie w jednej wersji?
Albo robimy świat różowy, bezpieczny i miękki. Albo – ponieważ sami oglądamy wiadomości, jeździmy na granicę, pracujemy z ofiarami przemocy, boimy się o klimat i demokrację – uznajemy, że dzieci też powinny „wiedzieć, jak jest”. Tylko co to właściwie znaczy: wiedzieć?
Od lat pracuję z tematami, które mają bardzo niewiele wspólnego z dziecięcym poczuciem bezpieczeństwa. Wojny. Przemoc. Migracja. Granice. Gwałty. Więzienia. Głód. Moje córki wiedzą, czym się zajmuję.
Wiedziały, że jeżdżę na polsko-białoruską granicę i że pomagam ludziom w drodze. Nie znały jednak najstraszniejszych historii, które stamtąd przywoziłam. Nie uważałam, że skoro są „świadomymi dziećmi”, powinny je poznać. Od tego miałam dorosłych przyjaciół, kumpla z pracy, czasem traumatolożkę. Nie swoje dzieci.
Bardzo nie chciałam też, żeby oglądały Zieloną granicę Agnieszki Holland. Nie dlatego, że film opowiada o czymś, o czym nastolatki nie powinny wiedzieć. Wiedziały. Ale wiedzieć o przemocy a patrzeć na jej realistyczny obraz to dwie różne rzeczy. Kiedyś na Kongresie Kobiet pokazano trailer filmu, a dziewczyny siedziały obok mnie. Poczułam, jak łapią mnie za ręce. Potem długo rozmawiałyśmy. Szczególnie przed moim kolejnym wyjazdem na granicę. I wtedy po raz kolejny wróciło do mnie pytanie: czy pokazując dzieciom prawdziwy świat, nie pokazujemy im przede wszystkim własnego lęku?
Wierzę, że właściwie wszystkie tematy są dla dzieci. Śmierć też.
Kiedy umiera chomik, śmierć chomika jest ważna. Nie trzeba opowiadać czterolatkowi o ludobójstwie, żeby nauczył się przeżywać stratę.
Pogrzeb cioci też jest częścią życia. Smutek nie jest awarią dzieciństwa. Spotkanie z osobą z niepełnosprawnością nie wymaga specjalnego tygodnia tolerancji. Ktoś mówi inaczej, rusza się inaczej, wierzy inaczej, kocha inaczej, pachnie inaczej, je inne jedzenie – i przecież można z nim po prostu spędzić popołudnie.
Kiedy dziewczynki były małe, dużo o tym pisałam. Wtedy byłam chyba bardziej przekonana, że spotkania z innością automatycznie otwierają głowę. Dziś dodałabym ważne zastrzeżenie: same spotkania nie wystarczą.
Tak samo jak nie wystarczą podróże. Przez lata jeździliśmy z córkami po świecie. Zanim szkolny obowiązek przywiązał nas do kalendarza, spędzały ogromną część życia w drodze. Były w dziesiątkach krajów, spały w najróżniejszych domach, jadły przy najróżniejszych stołach, bawiły się z dziećmi, z którymi nie miały wspólnego języka. Kiedyś napisałam entuzjastyczny tekst o tym, że warto „mieć dziecko, które podróżowało”.
Nadal wierzę w sporą część tego tekstu. Ale dzisiaj dopisałabym zdanie: podróże kształcą wykształconych. Można objechać świat dookoła i nie nauczyć się o nim prawie niczego. Można fotografować biedę, kolekcjonować egzotyczne kraje i wrócić do domu z jeszcze większym przekonaniem o własnej wyższości.
To dorosły pomaga dziecku nazwać to, co widzi. Nie przez wykład przy każdej ulicy, czasem przez jedno pytanie: Dlaczego ta pani tutaj pracuje? Dlaczego ten chłopiec nie chodzi do szkoły? Dlaczego w tym kraju jest tyle płotów? Dlaczego ktoś chce wyjechać, a ktoś inny nie może?
A czasem najlepszą metodą jest wcale niczego nie tłumaczyć, tylko usiąść z ludźmi przy stole. Staram się, żeby moje dzieci widziały świat prawdziwy.
Ale też bardzo zależy mi na tym, żeby wiedziały, że świat jest dobry. Nie „mimo wszystko dobry”, wypowiedziane głosem z kartki z sentencją. Naprawdę dobry. Taki dobry-dobry.
Są w nim ludzie, którzy przyjmują obcych do domu. Ktoś zostawia jedzenie na granicy. Ktoś protestuje. Ktoś naprawia ławkę. Ktoś uczy dzieci mediacji. Ktoś sadzi drzewo, choć nigdy nie usiądzie w jego cieniu. Ktoś wybiera książki dla piętnastu przedszkolaków. Ktoś przerywa własny dzień, bo inny człowiek potrzebuje herbaty.
Jeśli pokazujemy dzieciom tylko katastrofę, łatwo zamiast odpowiedzialności nauczyć je bezradności. Bo po co troszczyć się o świat, jeśli jest tylko jednym wielkim pożarem? Po co działać, jeśli każdy problem okazuje się większy od nas?
W pracy na co dzień spotykam ludzi, którzy przez całe życie walczą o innych. Podziwiam wielu. Ale widziałam też cenę, jaką czasem płacą ich rodziny. Znam dzieci aktywistów, które dorastały z poczuciem, że cierpienie świata zawsze było pilniejsze od ich własnego. Że wojna była ważniejsza od szkolnego dramatu. Że głód był ważniejszy od złamanego serca. Że skoro gdzieś ludzie umierają, to ich smutek jest trochę nieprzyzwoity.
Nie chcę tego dla moich córek. Nigdy nie chciałam mówić: dzieci w Afryce głodują, więc skończ obiad. Bo właściwie co dziecko ma zrobić z tą informacją oprócz zjedzenia zimnego ziemniaka z poczuciem winy? Wierzę, że cudza tragedia nie unieważnia własnej.
Jeśli moja córka płacze przez przyjaciółkę, chłopaka, ocenę, brzydkie włosy albo rzecz, która z perspektywy mojej pracy wydaje się absurdalnie mała, chcę umieć nie odpowiadać jej historią człowieka, który spał w lesie przy minus dziesięciu.
To są dwie prawdy: człowiek spał w lesie i mojej córce jest źle. Jedna nie odbiera ważności drugiej.
Kompasy i mapy
Nie wierzę zresztą, że da się wychowywać dzieci bez przekazywania im własnych wartości. Przekazujemy je cały czas, również wtedy, kiedy niczego nie tłumaczymy. W tym, kogo zapraszamy do domu, jak mówimy o innych ludziach, czy zatrzymujemy się, kiedy ktoś potrzebuje pomocy, czy sprzątamy po sobie w parku, czy idziemy na wybory, czy wzruszamy ramionami. Dzieci bardzo szybko orientują się, co dla ich rodziców jest ważne.
Jeśli więc wierzę, że dobrze jest troszczyć się o coś więcej niż tylko o siebie, oczywiście chcę tę troskę przekazać moim córkom. Nie widzę w tym niczego podejrzanego. Pytanie zaczyna się dla mnie kawałek dalej: czy chcę przekazać im wartość, czy również gotową odpowiedź na to, jak mają ją realizować? Czy chcę, żeby obchodził je drugi człowiek i wspólny świat, czy chcę, żeby obchodził je dokładnie w taki sposób, w jaki obchodzi mnie?
Bo pomiędzy przekazaniem dziecku wartości a napisaniem mu scenariusza istnieje różnica. Mogę pokazać córkom, że solidarność, odpowiedzialność czy zainteresowanie sprawami większymi od własnego podwórka są dla mnie ważne. Mogę zabierać je ze sobą, rozmawiać, odpowiadać na pytania, pozwalać im patrzeć na moje wybory. Ale jeśli traktuję poważnie ich autonomię, muszę zostawić im również możliwość powiedzenia kiedyś: „rozumiem, mamo, ale wybieram inaczej”.
Może więc nie chodzi o wychowanie dzieci „na obywateli”. Samo sformułowanie trochę mnie niepokoi: brzmi, jakbyśmy mieli projekt i materiał do jego wykonania. Jakby gdzieś istniał model dobrego obywatela i należało odpowiednio przyciąć do niego dziecko. A przecież ja nie wiem, jakimi obywatelkami będą moje córki. Nie wiem, na jakie demonstracje pójdą za dziesięć lat. Nie wiem, jakie partie będą popierać, w jakim kraju będą mieszkać i czy w sprawach, które dla mnie są oczywiste, one też powiedzą „oczywiście”.
I chyba nawet nie chciałabym tego wiedzieć. Chciałabym raczej, żeby dostały od nas pewien kompas, ale nie gotową mapę. Kompas mówi, że inni ludzie istnieją naprawdę, że wspólne sprawy są również trochę nasze, że bezradność nie jest jedyną odpowiedzią na niesprawiedliwość. Ale dokąd z tym kompasem pójdą, powinno już należeć do nich.
Chciałabym tylko kilku rzeczy:
Żeby kiedy zobaczą człowieka stojącego zmarzniętego w przedpokoju, pomyślały o herbacie.
Żeby wiedziały, że wspólna przestrzeń jest trochę ich.
Żeby, kiedy coś wydaje im się niesprawiedliwe, nie zakładały od razu, że nic nie da się zrobić.
Żeby umiały powiedzieć „nie wiem”.
Żeby potrafiły słuchać ludzi, z którymi się nie zgadzają.
Żeby nie myliły empatii z litością.
Żeby nie potrzebowały mojej zgody na własne poglądy.
I żeby wiedziały, że mogą zostać w domu, kiedy mama idzie ratować świat.
Bo świat naprawdę jest ważny. Ale one też są. Może nawet właśnie od tego zaczyna się wszystko inne: od dziecka, które wie, że jego potrzeby nie są mniej ważne dlatego, że gdzieś daleko dzieje się tragedia. Które widziało dorosłych przejmujących się sprawami większymi od własnego mieszkania, ale widziało też tych samych dorosłych odkładających telefon, kiedy ono miało coś do powiedzenia. Które wie, że czasem trzeba wyjść na ulicę. A czasem zostać przy kuchennym stole.
I że jedno i drugie może być troską o świat.
