fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Sportswashing, czyli futbolowe gwiezdne wojny

Państwa znad Zatoki Perskiej zrozumiały, że ich oparte na paliwach kopalnych bogactwo nie jest wieczne. Prowadzą więc biznesowo-polityczną ofensywę, która ma im dać zakorzenienie w „świecie Zachodu”. Sport, a przede wszystkim piłka nożna, jest idealnym oknem wystawowym.
Sportswashing, czyli futbolowe gwiezdne wojny
ilustr.: Andrzej Dębowski

26.01.2022

Prezes Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej (FIFA) Gianni Infantino występuje przed Radą Europy, promując pomysł rozgrywania mundialu co dwa lata (obecnie mistrzostwa świata w piłce nożnej odbywają się w czteroletnich odstępach), a jeden z jego argumentów brzmi następująco: „Futbol to szanse, nadzieja, reprezentacje, kraje, serca, radość, emocje. Nie możemy mówić reszcie świata: dajcie nam pieniądze, a jeśli przypadkowo macie dobrego piłkarza, dajcie nam też tego piłkarza, a sami oglądajcie nas w telewizji. Musimy zawrzeć ich wśród nas. Musimy znaleźć sposób, by zaangażować cały świat i dać nadzieję Afrykanom, by nie musieli przekraczać Morza Śródziemnego, by może znaleźć lepsze życie, albo – co bardziej prawdopodobne – śmierć w morzu. Musimy dawać szanse i musimy dawać godność. […] Może odpowiedzią na to wszystko jest właśnie mundial co dwa lata”.

Choć FIFA już od lat nie ma dobrej prasy, te słowa musiały zdumieć nawet jej największych krytyków. Przeciwko rozpychaniu kalendarza i dokładaniu do niego kolejnych spotkań protestuje wielu czynnych piłkarzy, którzy w trakcie sezonu grają i tak co trzy dni, a wraz ze wzrostem liczby meczów są coraz bardziej przeciążeni. Co więcej, zmęczenie kumuluje się szczególnie w końcówkach sezonów, kiedy zawodnicy grają o najwyższe cele – czy to w ligach krajowych, europejskich pucharach, czy międzynarodowych turniejach. Jednocześnie zdecydowana większość obserwatorów piłki nożnej zgadza się, że głównym celem, który stoi za pomysłem „dogęszczenia” mistrzostw, jest prognozowany skokowy wzrost przychodów samej federacji.

Spójrzmy na liczby. Czy budżet FIFA jest na tyle duży, żeby faktycznie „zaangażować cały świat i dać nadzieję Afrykanom”? Przychody federacji w latach 2015-2018 wyniosły w sumie nieco ponad sześć miliardów dolarów. To niewątpliwie spora suma, niemniej trudno sobie wyobrazić, jak miałaby ona rozwiązać problem uchodźstwa na świecie – abstrahując od tego, czy faktycznie jest inwestowana w tym celu. Co ciekawe, przychody FIFA w roku 2018, w którym odbywały się ostatnie mistrzostwa świata, odpowiadają za ponad 70 procent przychodów z tych czterech lat. Liczby nie kłamią: podwojenie mundiali prawdopodobnie skutkowałby podwojeniem przychodów organizacji.

Być może jednak na powiększeniu tortu mogliby zyskać wszyscy? Być może, gdyby co drugie mistrzostwa świata odbywały się w uboższych – na przykład afrykańskich – krajach, byłby to realny impuls dla ich rozwoju? W książce „Sport nie istnieje” Jan Sowa i Krzysztof Wolański przekonująco argumentują jednak, że wielkie imprezy sportowe, w tym mundiale, dla krajów i miast gospodarzy stanowią raczej źródło kosztów, a nie korzyści, a jeśli ktoś się na nich bogaci, to tylko ich najbogatsi mieszkańcy – na przykład w związku z wywłaszczeniami i zmianami infrastrukturalnymi przeprowadzanymi wokół inwestycji sportowych. Wśród beneficjentów jest też oczywiście FIFA oraz jej najwięksi, globalni sponsorzy, mający monopol na komercyjno-konsumpcyjną obsługę imprezy.

Organizacja światowych imprez – ze względu na konieczność zrealizowania nowych inwestycji (aktualnie na przykład budowy klimatyzowanych boisk na pustyni w Katarze), ruch turystyczny i wzmożoną konsumpcję w trakcie samych mistrzostw – nie sprzyja raczej również walce z katastrofą klimatyczną, której skutki, jako jeden z czynników, przyczyniają się do podejmowania decyzji o migracji.

Jak więc mundial co dwa lata miałby sprawić, że młodzi Afrykańczycy, motywowani marzeniem o poprawieniu swojej sytuacji życiowej, pozostaną w krajach swojego pochodzenia, zamiast decydować się na niebezpieczną podróż przez Morze Śródziemne? Wie to chyba tylko sam Infantino. Gdy przeczytałem jego wypowiedź o uchodźcach, wydawało mi się, że włodarzom światowego futbolu trudno będzie zrobić lub powiedzieć coś bardziej kuriozalnego.

Miesiąc później Rosja zaatakowała Ukrainę.

***

25.02.2022

Dzień po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w internetowym Kanale Sportowym jego czterech założycieli, a zarazem popularnych dziennikarzy sportowych – Michał Pol, Krzysztof Stanowski, Mateusz Borek i Tomasz Smokowski – „grilluje” Łukasza Wachowskiego (sekretarza generalnego Polskiego Związku Piłki Nożnej) i Zbigniewa Bońka (byłego wybitnego reprezentanta Polski, byłego prezesa PZPN, a dziś wiceprezydenta Unii Europejskich Związków Piłkarskich – UEFA). Dzień wcześniej polski, czeski i szwedzki związek piłkarski wydały wspólne oświadczenie, w którym zapowiedziały, że ich najbliższe mecze przeciwko reprezentacji Rosji powinny odbyć się na neutralnym gruncie (wszystkie te drużyny mogły zagrać z Rosją w marcu w barażach do mistrzostw świata). Dla opinii publicznej w Polsce była to stanowczo zbyt mało radykalna deklaracja. Dyskutujący z sekretarzem PZPN dziennikarze domagali się jednoznacznej decyzji, że z Rosją po prostu nie zagramy, niezależnie od tego, gdzie i czy Rosjanie wystąpią pod swoją flagą, a przed meczem wysłuchają swojego hymnu. Łukasz Wachowski odpowiadał, że „to nie jest nasza decyzja, my nie możemy powiedzieć: «gramy/nie gramy»”. Decyzja należy bowiem do FIFA i UEFA.

Dziennikarze Kanału Sportowego, podobnie jak cała opinia publiczna, mogli mieć jednak wątpliwości co do tego, jak na rosyjską agresję zareagują włodarze światowego futbolu. Ostatnie mistrzostwa świata obyły się w Rosji, a było to już po wcześniejszej agresji tego państwa na Ukrainę w 2014 roku. Kolejne zaplanowane są w Katarze – kraju oskarżanym o łamanie praw człowieka. Prezes FIFA nie ukrywa swojej zażyłej znajomości z Władimirem Putinem, Gazprom był przez lata jednym z najważniejszych sponsorów UEFA. Zarówno FIFA, jak i UEFA uwielbiają powtarzać slogany o sporcie mającym łączyć ponad podziałami politycznymi, trudno jednak uniknąć wrażenia, że sport w rozumieniu szefów piłkarskich federacji ma przede wszystkim łączyć ich konta bankowe z przywódcami autorytarnych reżimów, którzy starają się poprawić swój wizerunek poprzez organizację wielkich sportowych turniejów.

Od 2010 roku kolejne rozgrywki piłkarskie – nie tylko mistrzostwa świata – eksportowane są do krajów, które gotowe są sowicie płacić za sportwashing – wykorzystywanie sportu do poprawy wizerunku. Ostatnie pięć edycji klubowych mistrzostw świata odbyło się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Katarze, kolejna edycja planowana jest w Chinach. Śladem FIFA podążają zresztą krajowe związki piłkarskie – mecze o superpuchary Hiszpanii czy Włoch również rozgrywane są nad Zatoką Perską.

Wokół przyznania prawa do organizacji mundiali w 2018 i 2022 roku toczy się szeroko zakrojone śledztwo korupcyjne. Pod płaszczykiem pomocy uchodźcom i włączania całego świata w możliwość „cieszenia się futbolem” realizowane są brudne interesy. Szefowie piłkarskich federacji, podobnie zresztą jak i działacze w innych sportach, robią więc wszystko, aby nie wykluczać z gry reprezentacji i zawodników z krajów wywołujących wojny, łamiących prawa człowieka czy masowo stosujących doping – są to bowiem ich najważniejsi biznesowi partnerzy. „Maksymalną karą” jest zazwyczaj zmiana nazwy kraju, brak możliwości prezentowania flagi państwowej i hymnu. I tak na przykład w związku z aferami dopingowymi rosyjscy sportowcy startowali na ostatnich Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie pod banderą Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego.

Nie wiemy, ilu reprezentantów Polski oglądało program Kanału Sportowego. Wiemy jednak, co stało się po nim: polscy piłkarze odbyli – zainicjowane ponoć przez grającego na co dzień w angielskim klubie Southampton stopera Jana Bednarka – spotkanie, po którym zaledwie dzień później zarówno prezes PZPN, poszczególni kadrowicze, jak i cała reprezentacja jednoznacznie oświadczyli, że nie zagrają z Rosją. Do decyzji Polski szybko przyłączyły się wspomniane wcześniej Czechy i Szwecja, a potem kolejne europejskie związki piłkarskie – angielski, walijski, norweski, duński, albański, irlandzki i szwajcarski.

FIFA próbowała prowadzić swoją klasyczną politykę i jeszcze 27 lutego zapowiadała, że Rosjanie będą rozgrywali swoje mecze na wyjazdach, pod nazwą „Football Union of Russia” oraz bez możliwości używania flagi i hymnu. Wobec rosnącego buntu wśród krajowych federacji kapitulacja przyszła szybko. Ostatecznie 28 lutego zarówno reprezentacja Rosji, jak i rosyjskie kluby zostały zawieszone we wszystkich rozgrywkach organizowanych przez FIFA i UEFA.

Od wybuchu wojny minęło pięć dni. Czy to zainicjowany przez Polaków „bunt” doprowadził do przynajmniej chwilowej zmiany polityki prowadzonej przez decydentów światowej piłki? To wizja być może naiwna, ale dodająca otuchy – przywracająca wiarę w siłę reprezentujących opinię publiczną dziennikarzy i oddająca sprawczość piłkarzom, bez których cały piłkarski biznes byłby, mimo wszystko, trudny do utrzymania. Nawet jeśli ta siła objawia się bardzo rzadko, to tym razem zagrożenie dla FIFA było realne – jej władza bierze się z tego, że ma monopol na organizację rozgrywek. Rosnący bunt krajowych związków mógł doprowadzić do opuszczenia przez nie dotychczasowej struktury. Aby dalej skutecznie prowadzić swoje interesy, Infantino musiał więc, przynajmniej czasowo, poświęcić Rosję.

***

19.04.2021

Dwanaście europejskich klubów: trzech gigantów z Hiszpanii (Real Madryt, Barcelona i Atletico Madryt), tak zwana angielska big six (Manchester City, Liverpool, Chelsea, Arsenal, Manchester United i Tottenham Hotspur) oraz trzy najbardziej utytułowane kluby z Półwyspu Apenińskiego (AC Milan, Inter Mediolan i Juventus) ogłaszają powstanie nowych europejskich rozgrywek klubowych – Superligi. Protestuje UEFA, mająca dotychczas monopol na organizowanie europejskich rozgrywek piłkarskich. Tego można było się spodziewać, niemniej właściwie od razu UEFA otrzymała mniej oczywiste wsparcie – od piłkarzy, trenerów (między innymi Jürgena Kloppa, szkoleniowca Liverpoolu), kibiców klubów, które znalazły się wśród założycieli Superligi (przede wszystkim angielskich), a nawet władz państwowych, jak chociażby Borisa Johnsona. W efekcie angielskie kluby opuściły nowe rozgrywki w ciągu doby. Co wywołało taką wściekłość i doprowadziło do powstania tej szerokiej i zaskakującej koalicji?

Pierwotna koncepcja Superligi przypominała amerykański model lig zawodowych, w którym organizatorami rozgrywek są tworzące ligę kluby. W sumie założycieli miało być piętnastu – oprócz wspomnianej dwunastki jeszcze niemieckie Bayern Monachium i Borussia Dortmund, a także będący własnością Kataru francuski klub Paris Saint-Germain (kluby te nie poparły idei Superligi). Członkowie założyciele mieli mieć zapewniony dożywotni dostęp do rozgrywek, niezależny od ich wyników sportowych. W sumie co roku w Superlidze uczestniczyć miało dwadzieścia klubów – poza założycielską piętnastką pięć w nagrodę za „zasługi sportowe” w swoich ligach krajowych w poprzednim sezonie.

Powołanie Superligi spotkało się z tak znaczącą krytyką dlatego, że uderzało w najważniejszą, przynajmniej teoretycznie, zasadę europejskiego futbolu – otwartość rozgrywek i równość szans. W obecnym modelu o pozycji każdego klubu decydują „zasługi sportowe”. Dobre wyniki (zwycięstwo na danym poziomie rozgrywkowym) pozwalają awansować szczebel wyżej – ostatecznie do najwyższej klasy rozgrywkowej w danym kraju. Złe (najgorsze miejsca w danej lidze) skutkują spadkiem do niższej ligi. Najlepsi z danych lig mają szansę na występy w europejskich pucharach, z których najbardziej prestiżowym jest Liga Mistrzów (UEFA Champions League).

Tyle, jeśli chodzi o teorię. W praktyce nierówności zarówno między poszczególnymi klubami, jak i pomiędzy ligami krajowymi, powodują, że system jest w znacznej mierze zamknięty. Z trzydziestu edycji powołanej w 1992 roku Ligi Mistrzów tylko trzy razy jej zwycięzcami były drużyny spoza Hiszpanii, Anglii, Włoch i Niemiec (ostatni raz Porto w 2004 roku, był to też ostatni zwycięzca Champions League nienależący do superligowej piętnastki najbogatszych klubów Europy). W sumie aż osiemnaście edycji padło łupem tylko angielskich i hiszpańskich klubów. W XXI wieku w finałach Champions League wstąpiły jedynie trzy drużyny spoza wspomnianych wyżej krajów hegemonów.

Jak Liga Mistrzów nagradza zasługi sportowe? Tylko piętnastu zwycięzców Champions League przystępowało do rozgrywek jako aktualni mistrzowie swoich krajów, a tylko dwie spośród ostatnich dziesięciu edycji zostały wygrane przez aktualnych mistrzów krajowych. Real Madryt – ośmiokrotny, rekordowy zwycięzca tych rozgrywek, tylko trzykrotnie wygrywał je jako aktualny mistrz Hiszpanii. W Pucharze Mistrzów (rozgrywkach, które zostały przekształcone w Ligę Mistrzów) startowali tylko mistrzowie krajów. Aktualnie najlepsze europejskie ligi mają prawo do wystawienia w Champions League czterech klubów, tymczasem mistrzowie słabszych lig przebijają się do niej w eliminacjach. W związku z tym od 1992 roku oglądaliśmy finały wewnątrzangielskie, niemieckie, włoskie, hiszpańskie, a nawet wewnątrzmadryckie. W tym samym czasie mistrz Polski awansował do Ligi Mistrzów trzykrotnie.

Podobne statystyki można mnożyć w nieskończoność. Jeśli spojrzeć na końcowe wyniki, Superliga nie wprowadziłaby więc właściwie żadnej rewolucji. Gdy jednak zajrzymy głębiej, w dotychczasowych rozgrywkach pozostają resztki sportowej rywalizacji. Wymienione wyżej kluby hegemoni przeżywają czasem kryzysy, przez wiele lat w Lidze Mistrzów brakowało bądź brakuje chociażby Arsenalu, Manchesteru United, Milanu czy Interu Mediolan. Jednocześnie kilka z nich zaczęło osiągać sukcesy dopiero w ostatnich latach – Superliga petryfikowałaby więc na wieczność konkretny, aktualny układ sił w europejskim futbolu. Niektóre drużyny znalazły się w niej przede wszystkim z powodu „zasług historycznych”, inne – ze względu na to, że aktualnie dobrze powodzi im się finansowo.

Co więcej, w ostatnich edycjach Champions League istotną rolę odgrywały kluby spoza piętnastki obecnych hegemonów. W tegorocznej edycji Ligi Mistrzów do półfinału dotarł mający siedzibę w pięćdziesięciotysięcznej miejscowości hiszpański Villareal, dwa lata temu w półfinale gościły francuski Olympique Lyon i niemiecki RB Lipsk, rok wcześniej od awansu do finału sekundy dzieliły holenderski Ajax Amsterdam, który wcześniej wyeliminował Real Madryt i Juventus Turyn.

Choć więc, ze względu na różnice w budżetach, trudno powiedzieć, aby rywalizacja w Champions League toczyła się na równych zasadach, obecny model pozwala znacznej liczbie klubów marzyć o zwycięstwie w najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywkach. Marzenie to, jak pokazuje historia ostatnich trzydziestu lat, jest krańcowo trudne do zrealizowania, choć czasem wymyka się o włos. Superliga odebrałaby je bezpowrotnie.

Dlaczego jednak, skoro i tak zwyciężają najwięksi, powstał pomysł Superligi? Dlaczego stoją za nim najbardziej utytułowane w Lidze Mistrzów kluby – Barcelona, a przede wszystkim Real Madryt, którego prezes stał się twarzą nowego projektu? Dlaczego hiszpańscy giganci chcą zakończyć historię rozgrywek, które w największym stopniu budują ich rozgłos? Odpowiedzi należy szukać, przyglądając się polityce prowadzonej przez wspomniane już państwa znad Zatoki Perskiej.

***

W 2008 roku angielski Manchester City został kupiony przez Abu Dhabi United Group, której właścicielem jest jeden z najważniejszych członków rodziny królewskiej Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W 2011 roku francuskie Paris Saint-Germain zostało kupione przez Qatar Sports Investments. Od tego czasu prezesem klubu jest zaufany człowiek rodziny królewskiej, Nasser Al-Khelaifi, a spółka de facto zależna jest od samego emira Kataru.

Od 2008 roku Zjednoczone Emiraty Arabskie wydały na transfery netto (po odjęciu kwot uzyskanych za sprzedanych przez klub piłkarzy) ponad 1,4 miliarda euro (wszystkie kwoty dotyczące transferów podawane są na bazie portalu Transfermarkt i dotyczą danych do końca sezonu 2021/2022). W ciągu jedenastu lat swoich rządów w Paryżu Katar zainwestował w nowych zawodników prawie miliard euro netto.

Od początku katarskich rządów w Paryżu wydatki transferowe netto Realu Madryt, klubu, który – co warto podkreślić – sportowo zdominował w tym czasie rozgrywki Ligi Mistrzów, wyniosły niecałe 200 milionów euro. Nad tym porównaniem warto pochylić się jeszcze z jednego powodu. To Real w początkach XXI wieku bił rekordy transferowe, a zarządzający nim prezes Florentino Pérez uznał, że kupowanie znanych zawodników jest najlepszym sposobem na podniesienie przychodów klubu (poprzez monetyzowanie ich wartości marketingowej). Będąca własnością (do 2022 roku) rosyjskiego oligarchy Romana Abramowicza Chelsea (w początkach XXI wieku również oskarżana o psucie piłkarskiego rynku transferowego) wydała w tym okresie 500 milionów euro netto.

Co ciekawe, tak Real, jak i Chelsea, nie wydają na nowych zawodników dużo mniej niż PSG (Chelsea i PSG około 1,5 miliarda, Real 1,1 miliarda), starają się jednak równoważyć budżet transferowy sprzedażą swoich graczy do innych klubów. Taka strategia nie interesuje inwestorów z Zatoki Perskiej. Jeśli chcą kupić jakiegoś piłkarza, to będą go mieć bez względu na cenę (Brazylijczyk Neymar kosztował PSG 222 miliony) czy możliwość sprzedaży swoich piłkarzy.

Oczywiście, koszty transferów to nie jedyne pozycje w budżecie klubów piłkarskich – największe wydatki generują pensje piłkarzy. Przychody składają się natomiast przede wszystkim z trzech źródeł: zysków z dnia meczowego, transmisji telewizyjnych oraz przychodów komercyjnych (umów sponsorskich, sprzedaży koszulek, reklam i tak dalej). Niemniej kwoty wydawane przez „kluby z Zatoki Perskiej” oraz różnice między nimi a tym, ile wydają inne najbogatsze europejskie kluby, robią wrażenie i definiują krajobraz dzisiejszego klubowego futbolu. „Kluby-państwa” grają finansowo w innej lidze, do której nie mają wstępu ani teoretycznie zarządzane przez kibiców, a tak naprawdę będące globalnymi przedsiębiorstwami Real Madryt i Barcelona, ani zarządzane przez rosyjskich oligarchów czy amerykańskie fundusze inwestycyjne inne kluby z najbogatszej europejskiej ligi – angielskiej Premier League. Dlaczego jednak władze Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich zdecydowały się zaangażować w europejski futbol? Czy należy widzieć w tym zwykłą inwestycję biznesową, która po pewnym czasie ma przynieść zysk?

Władze państw znad Zatoki Perskiej uświadomiły sobie, że ich obecne bogactwo, oparte na sprzedaży paliw kopalnych, nie jest wieczne. Po pierwsze dlatego, że złoża ropy nie są nieskończone, po drugie, ponieważ odchodzenie od nich nastąpi w przyspieszonym tempie w związku z katastrofą klimatyczną. Prowadzą więc szeroką ofensywę biznesowo-polityczną, która ma im dać głębokie zakorzenienie w „świecie Zachodu”. Sport, a przede wszystkim globalnie popularna piłka nożna, są idealnym oknem wystawowym. Sukces sportowy przyciąga fanów z całego świata, podnosi wiarygodność w oczach inwestorów, pozwala ukryć niewygodne kwestie związane chociażby z (nie)przestrzeganiem praw człowieka. Przede wszystkim zaś inwestycje w sport w poszczególnych europejskich krajach wzmacniają relacje biznesowo-polityczne na innych polach.

O budowanie relacji wokół sportu jest jeszcze łatwiej, jeśli najważniejsi politycy mogą przy okazji wesprzeć swoje ukochane kluby. Tak właśnie stało się w przypadku katarskiego przejęcia PSG. Transakcję umówiono w Pałacu Elizejskim na kolacji, którą zorganizował ówczesny prezydent republiki Nicolas Sarkozy, będący jednocześnie kibicem stołecznej drużyny. Na jego zaproszenie w spotkaniu udział wziął również inny Francuz, kiedyś wybitny piłkarz, wtedy prezydent UEFA Michel Platini, który kilka dni po spotkaniu z prezydentem swojego kraju i katarskimi inwestorami w głosowaniu na gospodarza mundialu w 2022 roku oddał głos właśnie na Katar, choć wcześniej planował poprzeć kandydaturę Stanów Zjednoczonych. W krótkim czasie Katarczycy przeprowadzili kolejne inwestycje między innymi w ogromną, działającą na wszystkich kontynentach, grupę telewizyjną beIN Sports, która podbój europejskiego rynku telewizyjnego rozpoczęła właśnie od Francji.

Powiązanie wpływów politycznych i biznesowych, krzyżujących się w świecie sportu, najlepiej widać właśnie na przykładzie Kataru. Wspomniany już Nasser Al-Khelaifi pełni jednocześnie funkcję prezesa PSG, prezesa beIN Media Group, prezesa Katarskiego Związku Tenisowego, wiceprezesa Azjatyckiej Federacji Tenisowej, prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Klubów, a także ministra bez teki w katarskim rządzie.

Nawet tak potężni ludzie europejskiej piłki, jak wieloletni prezes Realu Madryt, były polityk i biznesmen w branży budowlanej Florentino Pérez (realizujący zresztą wiele inwestycji w państwach leżących nad Zatoką Perską), magnat medialny, były premier Włoch, a jednocześnie właściciel i prezes Milanu Silvio Berlusconi czy rosyjski oligarcha Roman Abramowicz to niewielcy gracze w porównaniu z zarządcami „klubów-państw”.

Wydaje się więc, że oprócz niewątpliwej chęci pomnożenia własnych przychodów twórcy Superligi – na czele z Pérezem – chcieli, tworząc nowe rozgrywki, powrócić do równowagi. Nie będąc w stanie działać tak skutecznie w trójkącie – polityka najwyższego szczebla, współpraca z FIFA (organizuje aktualnie mundial w Katarze) i UEFA oraz zarządzenie własnym klubem – zamierzali włączyć PSG do rozgrywek, w których ten klub miałby równy status w stosunku do innych klubów założycieli. Al-Khelaifi dobrze to rozumiał, dlatego PSG odcięło się od Superligi, a prezes tego klubu stawiany jest przez obecnego prezydenta UEFA Aleksandra Čeferina jako wzór i obrońca tradycyjnego europejskiego modelu rozgrywek.

***

Co dzieje się, kiedy klub spoza „najbogatszej piętnastki” dochodzi do półfinału Ligi Mistrzów? Spójrzmy na przykład Ajaxu Amsterdam. Skład takiego klubu jest natychmiast rozkupywany przez światowych gigantów. Tuż po ostatnim awansie do półfinału w sezonie 2018/2019 jego dwie największe gwiazdy, a zarazem młode talenty – szef obrony Matthijs de Ligt i reżyser gry w środku pola Frenkie de Jong – trafili do Juventusu i Barcelony za w sumie 170 milionów euro. Rok później – za w sumie 70 milionów – klub opuścili odpowiadający za kreowanie gry ofensywnej i zdobywanie bramek Hakim Ziyech i Donny van de Beek.

Nie chodzi więc o to, by w kontrze do „klubów-państw” gloryfikować „tradycyjną futbolową arystokrację” na czele z Realem Madryt, Barceloną, Manchesterem United, Chelsea czy Juventusem. Ona od dawna, jak tylko może, zawłaszcza piłkę nożną i sprowadza ją do pojedynków między sobą. Superliga jest kolejnym logicznym krokiem na tej drodze, być może przyspieszonym ze względu na pojawienie się „klubów-państw”. Kilkunastu właścicieli klubowego oligopolu mogło przestraszyć się, że przy dobrze znanym im stole za chwilę wszystkie asy zgromadzi dwóch potężnych nuworyszy. I w pewnym sensie trudno się im dziwić.

Pod koniec maja uważany za najbardziej utalentowanego piłkarza młodego pokolenia (już mistrz świata z Francją) Kylian Mbappé zdecydował się przedłużyć kontrakt z PSG, choć podobno od dziecka marzył o grze w Realu Madryt i rok temu prosił władze swojego klubu o pozwolenie na transfer, a cała piłkarska Europa była przekonana, że po zakończeniu obecnego kontraktu w czerwcu 2022 przejdzie do drużyny z Madrytu. Trudno stwierdzić, co bardziej przekonało go do pozostania w Paryżu – katarskie pieniądze zaproponowane w nowym kontrakcie czy telefony od byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego i obecnego Emmanuela Macrona. Od lata 2021 atak PSG tworzą niedoszła gwiazda Realu i dwie byłe gwiazdy Barcelony: Brazylijczyk Neymar i Argentyńczyk Leo Messi. Choć PSG wciąż czeka na tryumf w Champions League, na rynku transferowym może pozwolić sobie na wszystko.

***

7.10.2021

Angielski Newcastle United zostaje kupiony przez saudyjski Public Investment Fund. Tym samym kolejny kraj znad Zatoki Perskiej staje się faktycznym właścicielem klubu z Premier League. Ulice miasta wypełniają się rozradowanymi kibicami. W pewnym sensie można ich zrozumieć, transakcja kończy rządy nielubianego biznesmena Mike’a Ashley’a. Być może ci sami ludzie protestowali, kiedy światło dzienne ujrzał projekt Superligi, dziś cieszą się, bo majątek PIF, szacowany na 430 miliardów dolarów, jest zdecydowanie większy niż podobnych instytucji stworzonych przez Katar i ZEA, o innych futbolowych inwestorach nawet nie wspominając. Newcastle stało się najbogatszym klubem na świecie.

Saudyjczycy starali się o kupno klubu od kilku lat. Przeciwko transakcji protestowały organizacje broniące praw człowieka, wskazując na ich łamanie przez rząd w Rijadzie. Jednak to nie te protesty opóźniały zakup klubu z północnej Anglii. Arabia Saudyjska od 2017 roku pozostawała w głębokim sporze politycznym z Katarem. Jednym z przejawów rywalizacji było wykradanie przez Saudów sygnału telewizyjnego z katarskiej telewizji beIN Sports, transmitującej w regionie mecze Premier League. Dopiero zażegnanie konfliktu pomiędzy przyszłymi właścicielami klubu z Arabii Saudyjskiej z ważnym dla władz ligi partnerem biznesowym z Kataru umożliwiło kupno Newcastle.

Faktycznym właścicielem PIF jest saudyjski następca tronu Mohammed Bin Salman, który od kilku lat wprowadza reformy w kraju (jednym z jego głównych celów jest uniezależnienie gospodarki Arabii Saudyjskiej od ropy naftowej), a jednocześnie bezwzględnie skupia władzę w kraju w swoim ręku. Saudyjski książę jest między innymi oskarżony o zlecenie zabójstwa dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego, który w październiku 2018 roku został zamordowany w saudyjskim konsulacie w Stambule.

***

W listopadzie 2022 roku na czele tabeli Premier League znajdować się będzie zapewne Manchester City. We francuskiej Ligue 1 pierwsze miejsce okupować będzie PSG, oba kluby być może zajmą pierwsze miejsca w swoich grupach w pierwszej fazie Ligi Mistrzów i będą marzyć o pierwszym tryumfie w tych rozgrywkach. Newcastle zanotuje prawdopodobnie dobry start sezonu i będzie się realnie liczyć w walce o miejsce w lidze zapewniające europejskie puchary.

Wtedy jednak przerwiemy sezon klubowy, by przez miesiąc emocjonować się mistrzostwami świata w Katarze. Gianni Infantino będzie nas zapewniał, że oglądamy najlepszy i najlepiej zorganizowany turniej w historii, wtórował mu będzie Nicolas Sarcozy, a kto wie, być może na imprezę przybędzie sam następca saudyjskiego tronu, by potwierdzić zakończenie katarsko-saudyjskiego konfliktu i pokazać, że piłka nożna faktycznie może „łączyć ponad podziałami”. W jakiej roli na turnieju wystąpią tak bardzo istotni dla prezesa FIFA uchodźcy? Kilku zachodnich dziennikarzy opisze historie tych, którzy przybyli do Kataru, uciekając przed głodem, wojną czy prześladowaniami politycznymi i zginęli w trakcie budowy klimatyzowanych stadionów.

Zatrzymanie Superligi zajęło kibicom dobę, walka o zawieszenie rosyjskich reprezentacji i klubów przez FIFA i UEFA trwała pięć dni. Kibice, dziennikarze i trenerzy mają głos, jeśli zdecydują się go zabrać. Zwykle jednak obserwujemy gwiezdne wojny między klubami-korporacjami a klubami-państwami i powtarzamy za Łukaszem Wachowskim: „to nie jest nasza decyzja, my nie możemy powiedzieć: «gramy, nie gramy»”.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×