fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Robiński: Nad Bałtykiem wszyscy jesteśmy polodowcowi

Mimo że zestawianie skali biologicznej i geologicznej może się wydawać absurdalne, to z punktu widzenia człowieka, który próbuje zawiązać jakąś relację z obcym krajobrazem, to jest to moment eureki – ten krajobraz zyskuje ludzką twarz!
Robiński: Nad Bałtykiem wszyscy jesteśmy polodowcowi
Ilu.: Hela Wierzbowska

Z Adamem Robińskim rozmawia Melania Gregorczyk.

Tomas Tranströmer, którego poezja towarzyszyła panu w bałtyckiej wędrówce, napisał, że relacji z morzem nie da się nazwać po imieniu. Jakby pan określił swoją relację z Bałtykiem? 

Przez ponad czterysta stron książki próbuję ubrać w słowa tę relację, ale mam wrażenie, że ona w dużej mierze pozostaje w sferze domysłów. Ta książka jest trochę jak góra lodowa – to, co napisałem, jest widoczne nad powierzchnią, ale jej znaczna część to wszystko to, co dzieje się w głowie czytelnika w trakcie lektury. Moja relacja z morzem zaczęła się w dzieciństwie. Każdego lata rodzice zabierali mnie nad Bałtyk, do wszystkich mieścin i kurortów, do których jeździli moi rówieśnicy z całej Polski.

Bo Bałtyk jest jedynym miejscem w naszym kraju, które jest wspólnotowym doświadczeniem absolutnie wszystkich Polaków. Znajdą się ludzie, którzy nigdy nie byli w Tatrach, którzy nigdy nie byli w Bieszczadach, natomiast do tej pory nie znalazłem osoby, która powiedziałaby, że nigdy nie była nad Morzem Bałtyckim.

W związku z tym moje dziecięce doświadczenie stania na plaży i gapienia się na horyzont jest prawdopodobnie doświadczeniem współdzielonym z wieloma pokoleniami Polaków. Podobnie jak pytania o to, co znajduje się po drugiej stronie morza: jakie kraje tam się znajdują, jak żyją tam ludzie i jak wygląda brzeg morza. Długo pozostawały tylko pytaniami, aż w pewnym momencie stwierdziłem, że warto byłoby samemu to sprawdzić.

Książka powstawała sześć lat. Jak zmieniło się postrzeganie Bałtyku na przestrzeni tego czasu? Czy coś pana zaskoczyło?

Owe sześć lat wyniknęło z prozy życia i z okoliczności geopolitycznych. Pomysł na książkę pojawił się tuż przed pandemią, a potem pandemia płynnie przeszła w wojnę w Ukrainie, co utrudniło, a nawet uniemożliwiło mi pracę nad nią.

W międzyczasie zająłem się innymi rzeczami, bo nie chciałem siedzieć bezczynnie. Napisałem kilka innych książek ale Bałtyk i tę książkę miałem cały czas z tyłu głowy.

Wcześniej oczywiście bywałem w innych krajach bałtyckich. W Estonii, w Szwecji, w Niemczech. Miałem przeczucie, że szczególnie północne wybrzeże będzie zupełnym przeciwieństwem tego, z czego my znamy nasz Bałtyk. Dlatego widok, który mnie tam zastał zupełnie mnie nie zaskoczył.

Jak wyglądał proces wybierania konkretnych miejsc, które pan opisuje? 

Chciałem napisać książkę, która będzie opowiadała o podróży przez geografię, ale również przez historię. Zależało mi, aby była odtworzeniem historii najmłodszego morza świata.

Mówimy tu o historii polodowcowej, czyli kilkunastu tysiącach lat. Poszczególne rozdziały miały wprowadzać czytelników w konkretny etap relacji człowieka z morzem.

Pierwszy rozdział, litewski, jest o najdawniejszej historii morza, a jeśli gdzieś szukać tych najdawniejszych śladów epoki polodowcowej, to w wiosennej i jesiennej migracji ptaków, jako czymś niezmiennym w zegarze przyrody.

Łotwa z kolei stała się dla mnie opowieścią o folklorze wybrzeży, czyli tych pierwszych i najstarszych narracjach człowieka, w których morze jest jeszcze wielką ciemnością i niewiadomą. A my, ludzie, opowiadamy na ten temat niestworzone historie, wymyślając najdziwniejsze potwory. W ten sposób nieudolnie oswajamy się z niewiadomą,

Potem próbujemy tę ciemność rozświetlić za pomocą latarni morskich, o których jest rozdział estoński. Następnie bierzemy się za podboje i obsikiwanie terenu, w czym specjalizuje się Rosja. I tak dalej wędrujemy przez poszczególne kraje, aż docieramy do współczesności, czyli opowieści o masowej turystyce w wydaniu niemieckim. Na koniec zostaje nam tylko świat antropocenu albo post-antropocenu, czyli epoka geologiczna naznaczona obecnością człowieka, który przekształca ów świat wedle własnego widzimisię. Tworzy nowe lądy.

Wtedy trafiamy do Polski…

Miałem bardzo duży kłopot, co i jak napisać o Polsce.

Pomysł na ten rozdział pojawił się jako ostatni, długo nie wiedziałem, o czym ów rozdział będzie, ponieważ nie chciałem opisywać w sposób sztampowy parawanów, śmieci wetkniętych plaży zamienionej w jarmark. Byłoby to czymś oczywistym, pójściem na łatwiznę. Nie łączyłoby się to również z tym, o czym pisałem w poprzednich rozdziałach, bo zamiast w zachwycie taplałbym się w niesmaku i rozczarowaniu.

Pomysłów było kilka. Byłem nawet umówiony ze znajomym ornitologiem na pływanie po Zalewie Szczecińskim, który dałby mi jakąś formę uziemienia przed  powrotem do domu – mówimy w końcu o miejscu pomiędzy morzem a lądem.

A potem niespodziewanie zadzwonił do mnie kolega Witek, również ornitolog, i zaproponował wyprawę na Wyspę Estyjską.

Oczywiście nie miałem pojęcia czym jest ta wyspa, ale od razu się zgodziłem. Spędziłem na niej pół dnia, od razu wiedząc, że to jest ta historia, której potrzebowałem.

Wróciłem przekonany, że postawiłem kropkę w bardzo długim zdaniu o morzu. A jednak przydarzyła mi się jeszcze jedna historia – kolega ze Słowacji opowiedział mi o poetach z tego kraju, który pół wieku temu wyprawili się do Helu, bo to była jedyna Północ, jaką znali. Zrozumiałem, że potrzebuję dodatkowej perspektywy kogoś z zewnątrz, kogoś, kto nie jest Polakiem i będzie mi w stanie powiedzieć nam o wybrzeżu coś nowego.

Dlaczego krajobraz nad polskim wybrzeżem tak bardzo odbiega od tego na Litwie czy w Szwecji?

Moja hipoteza jest bardzo oczywista i wynika z tego, że jest nas tu, w Polsce po prostu bardzo wielu. Jesteśmy 38-milionowym krajem z dość mało urozmaiconą, prostą linią brzegową. Jeśli każdy Polak ma relację z morzem i każdy Polak przynajmniej raz na kilka lat chce być nad morzem, to efekt jest taki, że jesteśmy nad tym morzem wszyscy.

Dlatego nasze wybrzeże stało się jarmarkiem. Boję się, że to jest sytuacja nieodwracalna, niezależnie od tego, jakąkolwiek byśmy snuli rozmowę na temat naprawienia polskiego modelu ochrony przyrody. Istnieje oczywiście nad Bałtykiem kilka miejsc wyjątkowych, które już są chronione, na przykład Słowiński i Woliński Park Narodowy, czy Ujście Wisły. Natomiast cała reszta się nie zmieni. Nie jesteśmy w stanie odwrócić procesów, które wywołała masowa turystyka. Wszystkie kraje, którymi ja się wciąż zachwycam, którymi zachwycają się ludzie jeżdżący za granicę, czyli wybrzeże Estonii, wybrzeże Szwecji, to są przestrzenie, gdzie gęstość zaludnienia jest o wiele mniejsza od tego w Polsce, przez co bardzo tam łatwo o chwilę spokoju, o to, żeby znaleźć się na plaży, na wybrzeżu samemu –  linia brzegowa jest o wiele dłuższa, a ludzi o wiele mniej.

Żeby nie kończyć z tego wątku pesymistycznym wnioskiem, to myślę, że powinniśmy po prostu doceniać te przestrzenie, które już chronimy. Słowiński Park Narodowy jest miejscem naprawdę wyjątkowym w skali świata i każdy, kto tam trafia, widzi, że jest co chronić.

Czy zauważył pan zmiany w podejściu do ochrony Bałtyku w trakcie tworzenia książki?

Ochrona morza zaczyna się od ochrony lądu, bo przecież stan Bałtyku jest wypadkową tego, jak traktujemy nasze rzeki, a to, jak je traktujemy, jest związane z tym, jak traktujemy obszary na lądzie. Jeśli będziemy do rzek spuszczać odpady przemysłowe, to one skończą w Bałtyku i będą wpływały na jego sytuację biologiczną.

Ale nie jest tak, że cały czas funkcjonujemy w oparach beznadziei, bo historia, którą opisałem w rozdziale duńskim jest przykładem tego, jak łatwo niektóre procesy odwrócić. Duńczycy w XX wieku wybili tuńczyki migrujące do tamtejszych cieśnin, motorem było duże zapotrzebowanie w gastronomii. Świat pokochał kuchnię japońską, a tuńczyki stąły się ofiarą tej miłości.

Cieśnina Sund jest jednym z najbardziej użytkowanych w skali świata korytarzy morskich, bo przez nią przepływa cały handel do portów bałtyckich. Jest to mocno zatłoczony i zanieczyszczony obszar, ale jest to także jeden z niewielu fragmentów Bałtyku, gdzie obowiązuje zakaz połowów przez trawlery, czyli sieci włókowe ciągnięte po dnie. W innych rejonach Bałtyku trałowanie sieje spustoszenie. W Sundzie nie, dlatego oprócz wielu statków jest tam również bardzo dużo ryb. W czasie, kiedy ja pisałem książkę, tuńczyki w czasie jesiennej migracji powróciły do cieśniny. Z kolei za nimi przypłynęły orki, co spotkało się z ogromną radością naukowców.

W rozdziale o latarniach morskich, pisze pan, że chciał zostać latarnikiem. Czy w przyszłosci uda się zrealizować ten pomysł? 

Raczej nie. W trakcie prac nad książką miałem taki pomysł, to byłoby świetne przeżycie, ale także dobry materiał na rozdział.

Historia estońskiej latarni Keri, która stoi na skalnej wyspie między Finlandią a Estonią, siedziała we mnie dosyć długo. Kiedyś usłyszałem, że pilnują jej wolontariusze, że każdy się może zgłosić i dostać jakiś przydział. Taki miałem plan. W przebodźcowanym świecie pełnym wyzwań i  nieustannej gonitwy, siedzenie w miejscu na absurdalnie małej wyspie, wydawało mi się lekiem na całe zło.

Oczywiście jest to ułuda, ale bardzo sympatyczna. Wydawało mi się, że może uda mi się wcielić ten plan w życie. Natomiast w realiach pandemicznych okazało się to strasznie trudne.

A kiedy pandemia minęła, a wraz z nią lockdowny, wizja siedzenia w jednym miejscu przestała być dla mnie atrakcyjna, bo przecież przez pół roku siedziałem we własnym mieszkaniu i czułem się w nim jak latarnik, który nie może opuścić posterunku. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby zamiast tkwić na jednej wyspie, spróbować zobaczyć jak najwięcej latarni morskich. To stało się punktem wyjścia dla opowieści o Estonii.

Estonia jest krajem wyspiarskim, który musiał usiać swoje wybrzeże latarniami morskimi, żeby życie nad wodą było bezpieczne.

Bardzo mi się spodobało zdanie, że latarnie wyrażają troskę jednego człowieka o drugiego. 

Rzeczywiście w latarniach jest coś fascynującego. Obserwując je, uświadomiłem, że istnieją takie formy architektury, które nas w żaden sposób nie rażą, nawet jeśli stoją w najbardziej odizolowanych i malowniczych miejscach. Gdy ktoś stawia nad morzem wielki, luksusowy hotel, wszyscy klną na czym świat stoi. Przekonują – oczywiście słusznie – że taki kolos niszczy krajobraz. Nawet gdyby miał niezwykle efektowną formę architektoniczną, to i tak wszyscy będą go kojarzyli negatywnie. Z latarnią jest zupełnie na odwrót. Latarnia kojarzy się tylko dobrze.

Jest czymś pozytywnym, przynosi ukojenie, jest szalenie romantyczna. Właśnie dlatego, że symbolizuje troskę, jaką jeden człowiek obdarza drugiego.

Które doświadczenie przeżyte w trakcie powstawania książki zapadło panu najbardziej w pamięci?

Ojej, było tego bardzo dużo. Na pewno Szwecja. Kiedy wreszcie skończyła się pandemia, wyruszyłem na Wysokie Wybrzeże. Wędrowałem z plecakiem przez góry w sąsiedztwie morza i patrzyłem, myślałem i notowałem. Wiedziałem, że nie będę odkrywał Ameryki i po prostu to, co się dzieje wokół mnie, zapiszę w formie rozdziału. To była wspaniała przygoda, wakacje życia.

Kiedy czytałam rozdział o Wysokim Wybrzeżu w Szwecji, to miałam wrażenie, jakbym przeniosła się nagle to innego świata.

Tajemnica tego miejsca wiąże się z jego historią geologiczną. Poruszając się wokół Bałtyku, nieustannie przebywamy w krainie polodowcowej. Na potrzeby książki utkałem sformułowanie, że w tej części Europy wszyscy jesteśmy polodowcowi.

Polodowcowość jest zakodowana w naszych genach, jest elementem tożsamości kulturowej ludzi żyjących nad Bałtykiem. W polskiej szkole nieustannie słyszymy o krajobrazach polodowcowych, ale mało kto się zastanawia, co to tak naprawdę znaczy. Dopiero będąc na Wysokim Wybrzeżu zrozumiałem, czym ona jest. Zrozumiałem, że mamy do czynienia z naprawdę młodym morzem i krajobrazami, które zostały uformowane wczoraj.

Pamiętam moment, gdy pierwszego dnia wędrówki długim na prawie 140 kilometrów szlakiem znalazłem w lesie opuszczoną przyczepę kempingową. Była otwarta, więc wlazłem do środka i trafiłem na stare gazety wśród mnóstwa śmieci. Używając tłumacza Google’a zacząłem czytać jedną z nich, była z 2001 roku. Niespodziewanie uświadomiłem sobie, że jeśli w wyniku tak zwanego odbicia izostatycznego, które jest echem ostatniego zlodowacenia, Wysokie Wybrzeże podnosi się w tempie ośmiu milimetrów rocznie, to od 2001 roku urosło o kilkanaście centymetrów.

Ja w tym czasie nie urosłem wcale. Mimo że zestawianie skali biologicznej i geologicznej może się wydawać absurdalne, to z punktu widzenia człowieka, który próbuje zawiązać jakąś relację z obcym krajobrazem, to jest to moment eureki – ten krajobraz zyskuje ludzką twarz!

Zawsze traktowałem geologię jako coś nietykalnego, obcego i niezrozumiałego. A tam szedłem ramię w ramię z lądolodem.

Ciekawy jest ten kontrast pomiędzy Wysokim Wybrzeżem, nad którym króluje natura, a Wyspą Estyjską, sztucznie stworzoną przez człowieka.

Tak, krajobraz polodowcowy Wysokiego Wybrzeża rodził się kilkanaście tysięcy lat, a wyspa Estyjska powstała w trakcie pisania tej książki. Kiedy zaczynałem, była tylko projektem. A teraz jest już w ostatniej fazie budowy. Chyba dlatego opisanie jej dało mi tyle satysfakcji. Wiem, że gdy ktoś dotrze do tego rozdziału, będzie zaskoczony. Nie można się domyślić, gdzie kończą się „Faronauci”. Ale nie chodzi o samą niespodziankę. Relacja z Wyspy Estyjskiej jest ważna, bo jest czymś na kształt syreny alarmowej. Oto tracimy ostatnie fragmenty wybrzeża pozbawione ludzkiej infrastruktury. Tak przynajmniej twierdzi Szmon Bzoma, z którym popłynęliśmy na wyspę. Wyspa powstała w ramach zadośćuczynienia przyrodzie zdewastowanej przekopem kanału przez Mierzeję Wiślaną – czyż to nie absurdalne, że niszczenie naturalnego stanu rzeczy nazywamy kompensacją innego aktu zniszczenia? Jeśli nie absurdalne, to na pewno przygnębiające.

Wyspa Estyjska powstała ze skandynawskiego granitu i polskich śmieci. Wędrując po niej, zastanawiałem się, co takie miejsce mówi o nas, budowniczych.

To było bardzo surrealistyczne doświadczenie. Lterackie poszukiwanie, które wywiodło mnie w pola groteski.

Czy jak już wiadomo, co się znajduje na drugim brzegu, to czy widok na horyzont zmienił się dla pana? 

Horyzont niesie dla mnie o wiele więcej znaczeń i wiele więcej wspomnień. Zresztą aktualnie znajduję się po drugiej stronie pani horyzontu, bo jestem na wczasach w Skanii, rzut beretem od szwedzkiego brzegu morza.

Szwedzkie domy na odludziu, które opisywał Tranströmer w swoich wierszach, są rzeczywiście bardzo urokliwe. Chwilowo mieszkam w jednym z takich domków, obitych deską szalunkową pomalowaną na czerwono. I cały czas mam poczucie, że jestem naprawdę blisko Polski, bo przecież rzut niedaleko stąd są Świnoujście i Gdańsk.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×