Religia Trumpa. Nie przyszedłem przynieść pokoju, lecz miecz i ogień
W najnowszym, piątym sezonie serialu „The Boys”, który od lat prowadzi szczerą dekonstrukcję mitu kulturowych herosów, jak również aktywną krytykę kapitalistycznej, korporacyjnej hegemonii, fikcja dobiega do politycznej rzeczywistości. To, co jeszcze kilka lat temu wydawało się „bezpieczną”, bo ekstremalną satyrą na amerykański narcyzm i korporacyjny faszyzm, dziś wygląda jak rzetelny reportaż z pierwszej linii frontu kulturowej wojny.
Homelander (w wolnym tłumaczeniu Ojczyznosław) – niestabilny bóg w pelerynie, przerażająca parodia Supermana – przestaje być tylko fikcją. Staje się przerażająco trafną i aktualną ilustracją wydarzeń, w których lider polityczny zostaje podniesiony do rangi mesjasza, a jego procesy sądowe stają się nową Drogą Krzyżową. W świecie MAGA, podobnie jak w serialowym uniwersum, granica między popkulturą, polityką a religijnym fanatyzmem ostatecznie wyparowała. Wykoślawiony Superman jest niezniszczalny: wszelkie sądowe, prawne kompromitacje, akta Epsteina oraz jawna wulgarność publicznej politycznej persony są w oczach wyznawców cnotami, a nie wadami. Czy na pewno nadal mówimy o serialowej fikcji? Teoriom spiskowym przyglądamy się w Magazynie Kontakt gdzie indziej – tutaj zaś próbujemy zrozumieć trudny fenomen amerykańskiej religii.
Niestety, religia w rękach politycznych hegemonów – wreszcie również samej władzy – łatwo przemienia się w narzędzie. Niewiele języków jest w stanie równie skutecznie wprowadzać podziały na „Nas” i „Nich”, wskazywać i nazywać kozły ofiarne, prowadzić retorykę wielkiej wspólnotowości opartej na wyższych wartościach… Carl Schmitt, wykuł ze zrębków kulturowych i socjologicznych obserwacji dziedzinę teologii politycznej. Władca, despota, mąż stanu jest zawsze figurą ugruntowaną na obrazach pochodzących ze sfery religii – czasem także wiary. Władza musi być transcendentna, osobna względem prawa i struktur, które rządzą porządkiem profanum; musi być inna jakościowo, niejako na zewnątrz wszystkiego czym rządzi. Brzmi znajomo? Tak, to właśnie On – Bóg scholastyki, onto-teologiczny Cesarz światów. Ale nie On jest tym razem epicentrum perypetii Białego Domu.
Problem z namaszczoną przez religię władzą pojawia się, gdy hegemon zaczyna sięgać po owoc zakazany: bycie Władzą. Władca jest figurą władzy, jak powiedzieliby Schmitt wraz z Giorgio Agambenem – emanacją porządku, który musi być zapośredniczony, ponieważ nie istnieje on w formie czystej, niezależnej od swojej manifestacji. Problemem hegemonii jest paradoks metafizyczny: autorytet, który jest figurantem pragnie stać się figurą, do której się odwołuje. Słowem – zamiast reprezentować Boga czy uświęcony porządek, przejmuje jego funkcje, obwołując się mesjanistycznym bohaterem religijnych fantazji. 20 maja republikańska członkini Kongresu Maria Elvira Salazar w odpowiedzi na pytania dotyczące sytuacji w Iranie odpowiedziała, że: „wszystko jest w rękach dwóch osób – Boga Ojca i Donalda Trumpa. Boga Ojca w niebie oraz Donalda Trumpa na ziemi”. Wyznała także, że nie ma wątpliwości, że Trump jest bożym pomazańcem: któż inny bowiem uniknąłby kuli z pistoletu odwracając się w ułamku sekundy? Who else indeed?
Pomarańczowy pomazaniec
Ruch MAGA, którego pierwociny wyłaniały się podczas wyborów prezydenckich z 2016 roku, a więc podczas starcia Hillary Clinton i Donalda Trumpa, wytypował tego ostatniego jako reprezentanta swego kolektywnego interesu. Interes ów spełnia potrzeby zarówno klasowe i społeczne, jak również stricte religijne. Chrześcijaństwo, podobnie niestety jak większość religii, świetnie dogaduje się z populizmem, zwłaszcza gdy na jego gruncie może wyrosnąć przemiana z retoryki ofiary i oblężonej twierdzy w język triumfu i misyjnej euforii.
Trump nie jest jednak już tylko trybunem ludu i klasy uciśnionej, zmarginalizowanej przez dekady liberalnej polityki i kultury, lecz prawdziwym commander-in-chief, zwierzchnikiem najpotężniejszych na świecie zastępów militarnych. Jego niegdyś przerażająca kongresowych Demokratów bezpośredniość, wulgarność i cynizm biznesmena stają się przyczynkiem jego postępującej apoteozy. Jest to zarazem przebóstwienie, które stara się on – wraz ze swoim zapleczem – konsekwentnie realizować jako figura zdecydowanego czynu w imię narodowych interesów. Także tych zbawczych, wykraczających poza funkcje głowy państwa.
Paula White, powołana przez Donalda Trumpa do roli przewodniczącej Rady Religijnej w Białym Domu założonej po jego zwycięstwie w wyborach prezydenckich, podczas tegorocznego orędzia Wielkanocnego (a wcześniej w ogniu wyborów 2024/25) przedstawiła go na scenie następującymi słowami:
– Dziękuję za to, że pozwala mi pan panu służyć, służyć ludziom wiary i służyć narodowi amerykańskiemu. Słyszałam, jak wielu ludzi przypisywało sobie zasługi za to, że pan tu jest, albo za niektóre z pana zwycięstw, i za to, że zasiada pan na tym świętym urzędzie prezydenta, ale prawda jest taka, że jest pan tutaj dzięki Bogu i dzięki panu samemu. Jezus dał nam tak wiele lekcji poprzez swoją śmierć, pogrzebanie i zmartwychwstanie. Pokazał nam wspaniałe przywództwo. Wielka transformacja wymaga wielkiego poświęcenia i, panie prezydencie, nikt nie zapłacił takiej ceny, jaką pan zapłacił. To prawie kosztowało pana życie. Został pan zdradzony, aresztowany i fałszywie oskarżony. To znajomy wzorzec, który pokazał nam nasz Pan i Zbawiciel, ale na tym się to dla Niego nie skończyło i na tym nie skończyło się to dla pana. Bóg zawsze miał plan. Trzeciego dnia zmartwychwstał, pokonał zło, zwyciężył śmierć, piekło i grób, a ponieważ On zmartwychwstał, wszyscy wiemy, że i my możemy powstać. I, panie prezydencie, dzięki Jego zmartwychwstaniu pan powstał; ponieważ On zwyciężył, pan zwyciężył. I wierzę, że Pan kazał mi to panu przekazać: dzięki Jego zwycięstwu, pan zwycięży we wszystkim, do czego przyłoży pan rękę. Amen, ponieważ Bóg jest z panem i Bóg używa pana, by pokonać zło, by uzdrowić rodziny, by obudzić Kościół, by zebrać żniwo wśród narodów i przynieść ogólnoświatowe przebudzenie.
Jeździec na pomarańczowym koniu
W ogniu amerykańskiej inwazji na Iran naprawdę wiele się działo w sferze – nomen omen – rozpalonej wyobraźni religijnej. Po pierwsze, orędzia Donalda Trumpa do narodu irańskiego jak również do irańskich ajatollahów, stanowiły doskonałą ilustrację retoryki teokratycznej. Z jednej strony Trump usiłował wytworzyć wśród Irańczyków obraz swojej osoby jako wyzwoliciela nadchodzącego z nieba, zwiastując triumf nad siłami zła. Co zabawne, swój (nie)sławny komunikat na X zakończył słowami „Praise be to Allah” („Chwała Allahowi”) – co wywołało poruszenie w szeregach globalnych komentatorów. Pomarańczowy wyzwoliciel wzywał Irańczyków do wzięcia sprawy w swoje ręce, odzyskanie narodu poprzez manifestacje zbiorowej siły. Po latach rządów reżimu, opresji i przemocy – zarówno systemowej, jak i bezpośredniej – emocje rewolucyjne były niezwykle skumulowane, co widać było na nagraniach wideo opublikowanych w sieci po zabiciu ajatollaha Aliego Chameneiego: pieśni i demonstracje radości, eksplozja wspólnotowej euforii oraz podpalone samochody na ulicach.
Retoryka względem irańskich decydentów politycznych była bardziej zdecydowana i obrazowa, pokrywając się z okresem Wielkiej Nocy chrześcijańskiego świata:
– Wasza cywilizacja zostanie zniszczona. Mamy siłę by wysadzić cały wasz świat w powietrze, tak że zostaną tam nagie kamienie. Przywódcy, opamiętajcie się. Chwała Allahowi!
Elektrownie, mosty, podstawowa infrastruktura, okupacja wybrzeży cieśniny Ormuz – społeczeństwo oraz jego bezpieczeństwo potraktowane jako zakładnicy podczas negocjacji, które pozostają sinusoidą push and pull po dziś dzień.
Pomarańczowy król i biały biskup
Podczas Wielkiego Tygodnia papież Leon XIV niemal otwarcie odnosił się do konfliktu amerykańsko-izraelskiego z Iranem: „Bracia i siostry, oto nasz Bóg: Jezus, Król pokoju. To Bóg, który odrzuca wojnę, którego nikt nie może wykorzystać do usprawiedliwienia wojny, który nie słucha modlitwy tych, którzy wojnę prowadzą, i odrzuca ją, mówiąc: «Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham. Ręce wasze pełne są krwi»”. Donald Trump – słusznie – odebrał to personalnie.
Papież napisał również na swoim profilu X: „Absurdalna i nieludzka przemoc rozprzestrzenia się z zaciekłością w świętych miejscach chrześcijańskiego Wschodu, bezczeszczonych przez bluźnierstwo wojny i brutalność biznesu, bez względu na ludzkie życie, które uważane jest co najwyżej za skutki uboczne własnego interesu. Jednak żaden zysk nie może być wart życia najsłabszych, dzieci czy rodzin. Żadna sprawa nie może usprawiedliwić przelewu niewinnej krwi”.
Trump odpowiedział na oświadczenia pierwszego amerykańskiego biskupa Rzymu, nazywając papieża „SŁABYM w walce z przestępczością” i „beznadziejnym w polityce zagranicznej”. „Nie było go na żadnej liście kandydatów na papieża i został tam umieszczony przez Kościół tylko dlatego, że był Amerykaninem, bo myśleli, że to będzie najlepszy sposób na poradzenie sobie z prezydentem Donaldem Trumpem” – napisał w mediach społecznościowych. „Gdyby mnie nie było w Białym Domu, Leona nie byłoby w Watykanie”. Tym samym zdaje się samodzielnie przywracać i ustanawiać dychotomię wzajemnego napięcia sił w walce o rządy dusz: prastary konflikt między tronem i ołtarzem.
Trump wywołał również falę krytyki, gdy zaledwie godzinę po złożeniu tego oświadczenia opublikował usuniętą wkrótce grafikę przedstawiającą go jako postać przypominającą Jezusa. Trump przyznał się do opublikowania tego zdjęcia.
– Myślałem, że to ja jako lekarz – powiedział reporterom, dodając, że agencje informacyjne błędnie zinterpretowały tę grafikę. – To miałem być ja jako lekarz, który uzdrawia ludzi, a ja przecież uzdrawiam ludzi. Otaczali mnie ludzie medycyny. I byłem jak lekarz, wiecie, taka mała zabawa w lekarza i uzdrawianie ludzi. Więc tak to było postrzegane. Tak pomyślała większość ludzi.
Pokłosie tej retoryki jest podwójne: utwierdziła ona zwolenników prezydenta oraz jego najbliższą świtę w zaufaniu do stanowczości i słuszności woli władcy, a jednocześnie u innych wywołuje oburzenie. Chrześcijański (także katolicki) elektorat Trumpa był wstrząśnięty jego atakiem na biskupa Rzymu, zwłaszcza gdy papież nie przyjął rękawicy agresywnej retoryki. Konserwatywni przywódcy państw z Giorgią Meloni na czele, , a także amerykańscy hierarchowie Kościoła, wyrazili swój sprzeciw wobec polityki, która atakuje centralną figurę chrześcijańskiego świata. Niemniej, Trump nie wycofał swoich słów i nie przeprosił: jego misja dziejowa pozostaje niewzruszona i słuszna.
Psalmy króla Donalda
Mesjanistyczne aspiracje i interesy trumpowskiej Ameryki i syjonistycznej flanki Izraela Benjamina Netanjahu trwają w dialogu teokratycznego języka. W Wielkanocnym przemówieniu-modlitwie w Białym Domu Franklin Graham z Departamentu Wiary wykreował analogię między fabułą Księgi Estery a amerykańsko-izraelską inwazją na Iran. Persowie (Irańczycy!) pragnęli wybić wszystkich Żydów w ciągu jednego dnia (sławna broń atomowa), lecz Bóg wyłonił Esterę (Donald Trump), która uniemożliwiła tę zbrodnię. Wszystko przy wtórze solennych brzmień pianina i skandującej „yes, amen” publiczności, kiwającej w aprobacie rozmodlonymi głowami – niech Bóg da mu zwycięstwo i błogosławi amerykańskie wojska. Amen.
Misja ochrony Izraela i wspólnych interesów dwóch finansowo splątanych mocarstw jest święta. Poza dostępem do El Dorado surowców jest to również dyskurs ochrony narodu Izraela przed wrażymi siłami świata muzułmańskiego, z którymi nie radzi on sobie samodzielnie poza własnym terytorium. Jest to także odwieczna krucjata Stanów Zjednoczonych, które przynoszą pokój, demokrację i amerykańskie wartości zagubionym kulturom bezprawia. Nieważne jakie gruzy zostawią po drodze.
Widziałem orlicę zstępującą z nieba niczym języki ognia
Apokalipsa jest tak naprawdę tożsama z realizacją amerykańskich interesów w sposób niepowstrzymany. Język potęgi militarnej przemocy złączony z wizerunkiem hegemona jako namaszczonego przez Boga do zwycięstwa lub wręcz działającego jako boski heros na ziemi, ma za zadanie budować poczucie skuteczności. MAGA pokłada nadzieje w swoim czempionie jako w wielkim przyspieszaczu Końca, egzekutorze Sądu nad bezbożnymi – rozwleczonej wendetcie za bliźniacze wieże z 11 września 2001 roku – który musi zostać dopełniony do końca. Mściwy mesjasz amerykańskiego imperializmu ma więc zadanie eschatologiczne: wyplenić zło na świecie. Zło, które stoi w sprzeczności z poczuciem bezpieczeństwa kulturowej i gospodarczej dominacji USA.
Jednak dla ruchu MAGA oraz amerykańskich fundamentalistów religijnych – których wcale nie jest tak mało – polityczna gra i rywalizacja o surowce jest tylko tłem dla wielkiej, eschatologicznej wojny. Tutaj liczą się siły Dobra i Zła, światła i ciemności. W ich niekończącej się walce Stany oraz ich mesjański czempion wcielają w życie drogę ku panowaniu Boga. Naród wybrany – istnieją dwa i dogadują się one bardzo dobrze – posiada mandat oczyszczenia świata z sił ciemności. Jego skuteczność i wola działania pod sztandarami walecznego pomazańca ma utorować drogę. Do czego? Uczynienia Ameryki znów wielką – ta misja musi zakończyć się triumfem. Na końcu panować może tylko Jeden.

