Pułapki empatii i wojna w Gazie
W swoim klasycznym tekście „Przeciw empatii”, amerykański filozof Paul Bloom omawia problemy wynikające ze zbyt emocjonalnego kierowania się empatią. Dokonuje również rozróżnienia na dwa jej rodzaje: empatię emocjonalną, która polega na współodczuwaniu, projektowaniu na siebie czyjegoś cierpienia oraz na empatię poznawczą. Ta druga w mniejszym stopniu opiera się na „zarażaniu” czyimiś emocjami, skupia się raczej na samym rozumieniu, że ktoś odczuwa ból, bez współodczuwania. Główne problemy, zdaniem Blooma, szczególnie w sytuacjach dużych globalnych zjawisk i konfliktów, wywołuje empatia emocjonalna.
Książka Blooma wywołała szeroką dyskusję w polskiej sferze publicznej pod koniec drugiej dekady XXI wieku. Dla mnie zaskakująco aktualnym urealnieniem doniosłości tez przytoczonych przez Blooma jest trwająca przez ostatnie półtora roku wojna w Gazie – a także szerzej, konflikt palestyńsko-izraelski w ostatnich dekadach. Przez dziesięciolecia cywile po obu stronach padali ofiarą zbrodni, na które media oraz opinia publiczna reagowały różnym poziomem zainteresowania. Mówimy tu nie o setkach, ale dziesiątkach lub setkach tysięcy indywidualnych tragedii – zamordowanych czy okaleczonych dzieciach, przypadkowych przechodniach zabitych przez bomby, złamanych życiach. Indywidualne zdolności poznawcze (i ograniczony czas) nie pozwalają nam na przetworzenie wszystkich tych historii. Z tego powodu często najsilniej zapadają nam w pamięć te, które dotrą do nas jako pierwsze. To na ich podstawie tworzymy później własny obraz całego zjawiska.
Bloom argumentuje, że empatia – rozumiana jako emocjonalne współodczuwanie z konkretnymi osobami – często prowadzi do irracjonalnych, niesprawiedliwych i krótkowzrocznych decyzji moralnych. Zwraca uwagę na to, że empatia rozumiana jako współodczuwanie cierpienia innej osoby, które oglądamy z zewnątrz, jest stronnicza i ograniczona. Jej ograniczenie polega na tym, że jesteśmy w stanie przetworzyć określoną ilość tragedii, o których usłyszymy. Stronniczość na tym, że ludzie łatwiej odczuwają empatię wobec podobnych do siebie. To sprawia, że empatia faworyzuje jednostki kosztem ogółu i może prowadzić do nierównego traktowania. Silna empatia wobec jednej osoby (na przykład ofiary) może pobudzać wrogość wobec sprawcy i prowadzić do niesprawiedliwych reakcji, jak nieproporcjonalna kara wobec sprawcy czy środowiska, które z nim utożsamiamy. W swojej książce Bloom kilkukrotnie używa konfliktu izraelsko-palestyńskiego jako przykładu wyżej opisanych zjawisk. – jak choćby morderstwa trzech izraelskich nastolatków (wynikającego z nieudanej próby porwania przez jedną z palestyńskich organizacji w 2014), które w rezultacie doprowadziło do wojny odwetowej.
Nieproporcjonalna brutalność odwetu uderzającego w cywilów poskutkowała potrzebą zemsty u Palestyńczyków. Każda ze stron skupiała się na swoim cierpieniu, uważając swoje działania – często niemożliwe do usprawiedliwienia z pozycji etycznych – za zasadne jako odpowiedź na doznaną krzywdę.
W swoich analizach Bloom podkreśla, że empatia często działa jak „reflektor”, skupiając uwagę na cierpieniu jednej strony, cierpienie drugiej pozostawiając w cieniu. Po 7 października 2023 roku globalne media zalały historie osób zamordowanych i porwanych podczas ataku Hamasu. Krótkie biogramy i rolki adresowane do zachodniej publiki wskazywały, że izraelskie ofiary kochały podróże, studiowały na uniwersytetach, grały na instrumentach i uprawiały popularne sporty. Pokazywano ich zdjęcia z wakacji czy wspomnienia bliskich. W ataku zabitych zostało prawie 1200 osób, z czego większość stanowili cywile. Jednak kiedy w ramach krwawej zemsty izraelskie wojska zabiły podczas pierwszych 3 miesięcy operacji w Strefie Gazy ponad 20 tysięcy Palestyńczyków – również w większości cywilów – duża część mediów i opinii publicznej na Zachodzie ciągle skupiała się na ofiarach z 7 października. Liczba zabitych po drugiej stronie mogła być dwudziestokrotnie wyższa, ale zarówno skala medialnego pokrycia tematu pierwszych ofiar przez dziennikarzy, polityków i twórców social mediów, jak i podobieństwo ofiar do zachodnich odbiorców, powodowały silną reakcję emocjonalną – i do pewnego stopnia – usprawiedliwienie krwawej, nieproporcjonalnej odpowiedzi Izraela. Palestyńskie ofiary często pozostawały bezimienne – nie stała za nimi rozbudowana narracja sprzedawana w mediach głównego nurtu. Nie były też tak podobne do przedstawicieli zachodnich społeczeństw – a przynamniej mniej od Izraelczyków. Osoby te często wyrosły w biedzie, spędzając całe życie w Palestynie Z tego powody nie dzieliły też, przynajmniej pozornie, naszych pasji. Na zadanie sobie pytania, dlaczego palestyńskie ofiary nie miały zdjęć z wakacji we Włoszech, dlaczego nie widzieliśmy ich filmików ze wspinaczki albo windsurfingu, już nie było miejsca. „Bring them home” – slogan, który u swojej podstawy miał przecież szlachetną empatię sprawił, że współczucie dwustu porwanym uzasadniało w oczach wielu europejskich i amerykańskich obiorców, zabijanie kolejnych tysięcy.
Kroniki palestyńskie
„Kroniki jerozolimskie”, autobiograficzna powieść graficzna Guya Delisle’a, kanadyjskiego pisarza, rysownika i animatora, opisują kilkanaście miesięcy, które spędził wraz z rodziną w Izraelu i Palestynie na przełomie 2008 i 2009.
Komiks zaczyna się od sceny, w której Delisle ogląda mieszkanie zaoferowane mu przez izraelskich gospodarzy. Apartament znajduje się we wschodniej Jerozolimie, która zdaniem Izraela jest częścią jego terytorium, a w opinii społeczności międzynarodowej – terenami okupowanymi. W mieszkaniu znajduje wiersze Roberta Burnsa, kilka książek Victora Hugo, przybory malarskie i płótna, przewodnik po Cyprze, odtwarzać i płyty CD ze znajomą muzyką. Wszystko to sprawia, że Delisle zastanawia się, kim jest właściciel mieszkania, który wydaje się mieć tak wiele wspólnego z nim – zachodnim intelektualistą. Przez pierwszą część komiksu Delisle czuje pewną więź z Izraelczykami, którzy mają podobny habitus do niego. Arabowie z kolei są obcy – nawet dymki z ich wypowiedziami na pierwszych stronach zapisane są po arabsku, bez tłumaczenia, podkreślając dystans między autorem a Palestyńczykami.
Delisle, początkowo nieświadomy przepaści między jego „normalnością” a codziennością życia Palestyńczyków zadaje niemądre pytania. „Okej, to jak mieszkańcy Gazy ją opuszczają? Wcale? Bez sensu!”. „O, stary, nie zdążyłeś wyjechać z Gazy? Świetnie, będziesz mógł zostać tam dodatkową noc i zaimprezować! Jak to, co to znaczy, że oni tam za bardzo nie imprezują?”. Życie autora, innych ekspatów i Izraelczyków toczy się w sposób podobny do tego, który znał z domu. Delisle bierze udział w wielkich imprezach OCHA, kolacjach i piknikach. Odwiedza Tel-Awiw, który nazywa „normalnym miastem” – z ludźmi na plaży, silent disco, kawiarniami otwartymi w szabas. Widzi w sklepach kipy ze Spidermanem i innymi bohaterami popkultury, zachwyca się różnorodnością izraelskiego społeczeństwa. Docenia to, że ludzie są religijni, ale bez przesady, w „fajny” sposób, zgrywający się z wrażliwością liberalnego demokraty z Kanady. Jego obserwacje przerywane są brzydką codziennością Izraela – alarmami bombowymi, wojskiem strzelającym do Palestyńczyków, pogromami urządzanymi przez osadników, obecnością muru czy przesłuchaniami przez oficerów Mossadu, ze względu na które autor ledwo zdąża na swój samolot. W Hebronie widzi siatki zamontowane przez Palestyńczyków osłaniające przed śmieciami rzucanymi przez osadników, stoi w długich kolejkach to checkpointów, wreszcie dowiaduje się, że ponieważ mieszka we Wschodniej Jerozolimie, izraelski kierowca nie będzie chciał go odwieźć do domu. Rzeczywistość arabska dla Delisle’a jest niezrozumiała i trochę śmieszna. Obserwuje wesele i ironicznie komentuje fakt, że mężczyźni i kobiety bawią się osobno – do tego bez alkoholu. Jest zakłopotany, kiedy je na ulicy jabłko podczas Ramadanu i widzi spojrzenia poszczących Palestyńczyków. Równie obcy i dziwni wydają mu się ortodoksyjni Żydzi, haredimowie, ze swoimi modlitwami, izolacjonizmem i krytyką własnego państwa.
Delisle obserwuje operację Płynny Ołów, czyli masakrę Gazy z lat 2008 i 2009, odnotowując kontrast między swoim wygodnym życiem a ponad tysiącem ludzi zamordowanych przez państwo, w którym przebywa. Nie daje mu to spokoju, kiedy w eleganckich restauracjach Tel-Awiwu i Jerozolimy rozmawia o masakrach z innymi „normalnymi” ludźmi, którzy traktują je jako coś godnego pożałowania, ale też zupełnie normalnego.
Do najciekawszych należą sceny, w których autor daje wykład o komiksach. Pierwszy jest dla młodych Palestyńczyków w Nablusie, w ramach wystawy prac Delisle’a. W jego trakcie duża część słuchaczy wychodzi w ramach protestu przeciwko obecnym w jego prezentacji rysunkom przedstawiającym nagie kobiety. Pozostali – mimo że zainteresowani, nie wiedzą dużo o komiksach. Następnego dnia prowadzący warsztaty Delisle zauważa, że uczestnicy są z zupełnie innego świata niż on, a poziom ich wiedzy jest niski. Jedynie dwie osoby słyszały o klasykach takich jak „Przygody Tintina”, większość nigdy wcześniej nie miała kontaktu z zachodnią popkulturą. Wykłady i warsztaty w Ramallah czy arabskim uniwersytecie Al-Quds nie wypadają dużo lepiej. Ktoś słyszał o „Garfieldzie”, garstka słuchaczy wchodzi i wychodzi podczas wykładu, ktoś odbiera w jego trakcie telefon. Cześć uczestników mówi Delisle’owi, że ich religia zakazuje im rysować postaci ludzkie lub zwierzęce, co w dużej mierze uniemożliwia ćwiczenia. Wszystko to kontrastuje z szacunkiem i zainteresowaniem, do jakiego Delisle jest przyzwyczajony. Wywołuje to u niego irytację i bezsilność. Mimo że chce empatyzować z Palestyńczykami, staje mu na drodze ich odmienność i dzielący ich od niego dystans.
Kontrastują z tym mocno warsztaty w Tel-Awiwie. Goście przychodzą tłumnie, są aktywni, mają dużą wiedzę o teorii komiksu, znają autorów z całego świata. Niektórzy z nich znają także wcześniejsze prace Delisle’a i otaczają go szacunkiem, a on sam spędza wspaniały dzień, rozmawiając o pracy rysownika, sztuce i problemach z wydawcami. Izraelscy studenci i artyści są ludźmi – przynajmniej pozornie – ulepionymi z tej samej gliny co on.
Z czasem do autora dociera, że jego empatia jest silniejsza wobec osób, które są „podobne” do niego. Nablus czy Gaza są wielkim więzieniem, regularnie podlegają kontroli IDF i izraelskiej policji, a miejscowi uczestnicy warsztatów Delisle’a na co dzień mają wiele poważniejszych zmartwień niż luki w popkulturze. Arabskie uczestniczki opowiadają mu po zajęciach, o czym chciałyby zrobić projekt. Jedna ma narzeczonego w więzieniu, inna była pozbawioną wsparcia ofiarą przemocy seksualnej. trzecia ma brata z białaczką, który nie może otrzymać dostatecznej pomocy. Najaktywniejsza z uczestniczek opowiada mu o swojej zamordowanej przez IDF matce. Nabila, arabska pomoc domowa rodziny Delisle’ów, w trakcie roku swojej pracy najpierw musi pochować zamordowanego przez jednego z osadników brata (któremu, jak podejrzewa, usunięto organy), a krótko przed ich wyjazdem dostaje urzędową informację o wyburzeniu jej domu. Autor rozumie, że jego własne emocje i empatia bez zebrania dostatecznej wiedzy i doświadczeń nie dawały mu właściwego obrazu sytuacji w Izraelu i Palestynie.
Wspomnienia Delisle’a świetnie oddają problem, jaki mamy z empatią oraz ogrom pracy, czasu i ekspozycji na inne historie, potrzebnych, żeby zrekalibrować to pierwsze, emocjonalne wrażenie.
Obciążenie empatią
W „Przeciwko empatii” Bloom zwraca uwagę, że ta w dłuższej perspektywie jest wyczerpująca i nieskuteczna. Jego zdaniem przewlekłe współodczuwanie może prowadzić nie tylko do zaburzonego osądu, ale też do wypalenia emocjonalnego, zwłaszcza u osób pracujących z cierpieniem innych – na przykład lekarzy czy psychologów. Ta ostatnia uwaga jest ciekawa, ponieważ opisuje zjawiska, które dopiero powstawały. Bloom bowiem w swojej książce z 2016 roku w bardzo ograniczonym stopniu odnosił się do social mediów. Dopiero ostatnie lata – z kilkoma wojnami, ludobójstwem i kryzysem migracyjnym, relacjonowanymi na bieżąco – pokazały nam trafność jego prognoz.zagrożenia przewidziane przez Blooma dotyczą już nie tylko specjalistów – za sprawą social mediów stały się udziałem osób, które bezsilnie obserwowały w sieci rzeź za rzezią i krzywdę za krzywdą. Dziesiątki nagrań osób niosących strzępy ciał swoich bliskich w Gazie, rozpaczliwe nagrania rodzin izraelskich zakładników czy – już na odcinku ukraińskim – live’y z ostrzeliwanych schronów doprowadzały do wypalenia odbiorców znajdujących się tysiące kilometrów dalej, w bezpiecznych domach. Ich emocjonalny ból był jednak jałowy: współodczuwanie nie prowadziło do realnej pomocy czy uśmierzenia bólu cierpiących.
W 2021 roku, na początku kryzysu na granicy polsko-białoruskiej, miałem okazję porozmawiać z wieloma osobami – zarówno na Podlasiu, jak i w Warszawie. Kiedy do mediów trafiała kolejna poruszająca historia – jak ta o zaginięciu czteroletniej Eileen z Iraku – pisali do mnie znajomi z Warszawy. Niektórzy płakali, inni nie mogli spać. Przeżywali przewlekły stres i dyskomfort, wyobrażając sobie kolejne scenariusze, które mogły spotkać tego czy innego uchodźcę. Jednak z ich cierpienia – i kompulsywnego przerabiania w myślach projektowanego cierpienia innych, często wyobrażonego i oderwanego od realiów na granicy – nie przychodziła żadna korzyść. Dużo większym pożytkiem byłby udział w protestach, działalność na granicy czy nawet kilka złotych przesłanych na rzecz organizacji pomocowych. Podobny schemat obserwowałem wśród Polaków po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę i w 2023 roku, kiedy mieszkałem w Tunezji, wśród obserwujących rzeź Gazy Tunezyjczyków. Podkrążone oczy, bezdenna rozpacz i często połączone z brakiem działań – współcierpienie, które nie poprawia sytuacji cierpiącego, a do tego pogarsza stan obserwatora.
Empatia a manipulacja
Wszystko to sprawia, że z empatię można sprawnie wykorzystywać – na przykład poprzez dokonywanie dużych i małych oszustw. Zacznijmy od małych.
Powszechnym fenomenem w obliczu globalnych kryzysów jest wysyp oszustów podających się za ofiary danej katastrofy. Nie inaczej było z Gazą. Wiele serwisów opisywało skalę tego zjawiska. Kiedy wybuchła wojna w Gazie, mieszkałem w Tunezji i – podobnie jak moje otoczenie – poświęcałem temu konfliktowi dużo uwagi. Zarówno ja, jak i trójka moich znajomych, w pierwszych tygodniach otrzymywaliśmy prywatne wiadomości – zazwyczaj za pośrednictwem Instagrama – od osób podających się za mieszkańców Gazy. Często podstawą do nawiązania kontaktu był komentarz albo polubienie pod postem informującym na przykład o kolejnym bombardowaniu. Logika oszustwa była prosta – jeśli wyrażasz oburzenie atakami na cywilów albo solidarność z Palestyńczykami w ogóle, nie powinieneś odmówić im, kiedy zwracają się do ciebie bezpośrednio z prośbą o przesłanie kilkunastu czy kilkudziesięciu dolarów. Nie na miejscu byłoby przecież dopytywanie takiej osoby, czy aby na pewno jest w Gazie albo prośba o przesłanie dowodów.
Empatia a rasizm
Staranne konstruowanie narracji poświęconych ofiarom i przywoływanie ich indywidualnych historii może być cynicznie wykorzystywane przez osoby, które same dokonują zbrodni wojennych. Może się to odbywać w celu przykrycia swoich działań lub, co gorsza, wytworzenia w umysłach odbiorców poczucia, że nie wszystkie życia mają równą wartość. Było to doskonale widoczne podczas ostatnich miesięcy rzezi w Gazie czy wojny Iranu z Izraelem. W przypadku obu tych konfliktów Izrael jest odpowiedzialny za wiele ofiar cywilnych – w czerwcu 2025 codziennie zabijane były dziesiątki Palestyńczyków w Gazie, których po kilkunastu miesiącach ograniczania dostępu do żywności mordowano podczas dystrybucji pomocy humanitarnej. Do zachodnich odbiorców trafiała najczęściej zwięzła i pozbawiona detali informacja o liczbie ofiar.
W tym samym czasie doszło do śmierci pojedynczych obywateli Izraela oraz osób przebywających na jego terytorium. W tym przypadku narracja była inna. Dwójka pracowników izraelskiej ambasady w USA, zamordowana w ataku terrorystycznym, była przedstawiana przede wszystkim jako para młodych, ambitnych, atrakcyjnych ludzi, niedługo przed zaręczynami. Media skupiały się na przedstawieniu ich jako osób prywatnych. Pomijano fakt, że byli urzędnikami realizującymi politykę zagraniczną rządu popełniającego zbrodnie wojenne i atakującego państwa trzecie czy to, że ambasada Izraela prawdopodobnie organizowała izraelsko-amerykańską współpracę przy powstaniu w ostatnim czasie niesławnej Gaza Humanitarian Foundation. W ten sposób ofiary te miały przestać być traktowane jako „polityczne – chociaż nawet najmniejsze powiązanie z Hamasem w przypadku ofiar palestyńskich miało uzasadniać traktowanie ich jako uprawnionego celu.
Tzeela Gez, ciężarna izraelska osadniczka mieszkająca na Zachodnim Brzegu, została postrzelona przez palestyńskiego zamachowca, który ostrzelał kilka samochodów na terenach okupowanych. Gez zmarła w szpitalu, dziecko uratowano przez cesarskie cięcie. Izraelskie i światowe media obiegła historia o zamordowanej ciężarnej, życiu silniejszym niż śmierć i palestyńskim terroryzmie – nikt nie zwracał uwagi na setki palestyńskich dzieci zabitych w tych samych dniach, ani na to, że zabita była nielegalną (według prawa międzynarodowego) osadniczką i okupantką na palestyńskiej ziemi.
W czerwcu, podczas wojny z Iranem, w Izraelu zginęła pięcioosobowa rodzina nieżydowskich Ukraińców (należeli do grupy około 20-30 ofiar). Świat obiegła historia o dziecku leczącym się na białaczkę, jego ojcu walczącym na froncie z Rosjanami i Izraelu jako miejscu, w którym leczy się małe dzieci. Pominięto fakt, że tego samego dnia izraelskie czołgi otworzyły ogień do Palestyńczyków czekających na żywność i zabiły 31 z nich (kolejnych 21 zginęło w bombardowaniach). Przez cały czas trwania konfliktu nierówny, uzasadniany rasistowsko dostęp do schronów dla Żydów i nie-Żydów w Izraelu prawdopodobnie odpowiada za fakt, że istotną część ofiar irańskich bombardowań stanowią przedstawiciele mniejszości lub przyjezdni.
Przez odpowiednio długie medialne pokrycie tragedii ofiar pochodzących z dwóch różnych grup, z których każda traktowana jest odmiennie, osiągamy stan, w którym przez zaburzoną empatię możemy zacząć podświadomie postrzegać życie jednych jako mniej wartościowe niż drugich. Na śmierć kolejnej setki Palestyńczyków czy Irańczyków kiwniemy tylko głową, bo jest jak pogoda – to zjawisko naturalne, na które nie mamy wpływu. Jednak w Izraelu śmierć matki, pary zakochanych albo chorego dziecka nabierze osobistego wymiaru, przypominającego nam o ludziach z naszego otoczenia. Śmierć jednej osoby to tragedia, miliona to statystyka. Jednak jeśli śmierć przedstawiciela jednej grupy będziemy zawsze widzieli w mediach jako tragedię, a przedstawiciela innej zawsze jako statystykę, wkrótce obudzimy się ze schematem myślenia, który będzie wprost rasistowski. Oczywiście, proces te nie przebiega przypadkowo – jest wynikiem celowo zaplanowanych strategii medialnych.
Pozbyć się współczucia?
Empatia jest tym, co czyni nas ludźmi. Pozwala zrozumieć drugiego. Często motywuje nas do działania przeciwko niesprawiedliwości Musimy jednak zdać sobie sprawę z jej pułapek.
Paradoksalnie, mimo że Hannah Arendt opisywała – często bezduszne – prawo i biurokrację jako leżące u korzeni totalitaryzmów i systemowych okrucieństw, w wielu przypadkach pomóc może domaganie się przestrzegania prawa. Międzynarodowe konwencje praw człowieka i te bezpośrednio dotyczące poszczególnych grup, na przykład uchodźców, jasno określają, do czego państwa-strony się zobowiązują i czego robić nie mogą. W kilku z wyżej opisywanych przypadków – trwającego w Gazie ludobójstwa czy kryzysu na granicy polsko-białoruskiej, to właśnie zdanie się na regulacje może być odtrutką na wzbudzający emocje przekaz medialny.
Powinniśmy patrzeć nie tylko na indywidualne historie, ale także na liczby i zjawiska systemowe. Skupiając się na indywidualnych historiach i emocjach, łatwo przeoczyć struktury i mechanizmy, z których wynikają nierówności i cierpienia. Współczucie wobec jednej ofiary może odciągnąć uwagę od szerokich źródeł problemu – systemów politycznych, ekonomicznych czy kulturowych – które codziennie generują podobne tragedie.
Empatia bywa selektywna: silniej reagujemy na cierpienie ludzi, z którymi się utożsamiamy, co utrwala złudzenie, że przemoc ma charakter jednostkowy, a nie masowy. Tymczasem przemoc systemowa jest często niewidzialna, bo wpisana w normy i prawo. Z tego powodu nie budzi tak intensywnej reakcji emocjonalnej jak nagłe akty agresji. Nadmierne skupienie na emocjach może stać się narzędziem depolityzacji problemu, osłabiając zdolność krytycznej analizy i mobilizacji społecznej przeciw socjo-ekonomicznym źródłom przemocy.
Jeśli słyszymy o tysiącu ofiar po jednej stronie konfliktu i trzech po drugiej, skupianie się na indywidualnych historiach tej trójki może sprawić, że zapomnimy o dysproporcji. Liczby, dane i raporty mogą ujawnić nam bardziej przerażające formy przemocy – i pozwolić na zbudowanie innego rodzaju empatii. Dzięki niemu będziemy mogli zrozumieć motywacje zachowań, , które wcześniej wydawały nam się nieracjonalne czy skandaliczne. Dlatego, jakkolwiek to nieintuicyjne – najlepszymi źródłami informacji o światowych konfliktach są raczej instytucje, takie jak brytyjskie Forensic Architecture czy raporty agend ONZ niż skupiające się na bohaterach reportaże i relacje świadków – także te przygotowywane w najlepszej wierze.
