fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Pryjmak: Żyjemy teraz życiem Ukrainy, nie swoim

Codzienną rutyną dla kobiety w armii jest udowadnianie, że możesz wykonywać powierzone ci zadania i służyć jak inni. Z takim rodzajem dyskryminacji żołnierki spotykają się nawet wtedy, kiedy mowa jest o śmierci.
Pryjmak: Żyjemy teraz życiem Ukrainy, nie swoim
ilustr.: Aleksandra Otulska

Z Kateryną Pryjmak rozmawia Emma Pawłowska.

Kobieta z bronią, kobieta w mundurze, kobieta walcząca dla dużej części społeczeństwa nie jest to obrazek łatwy do zaakceptowania. Ukraina to kraj, który wciąż dosyć tradycyjnie podchodzi do ról płciowych. Mimo to ukraińska armia należy do jednej z najbardziej sfeminizowanych na świecie i była taka jeszcze przed pełnoskalową wojną. Na pierwszej linii walczy obecnie prawie 10 tysięcy kobiet. Co się złożyło na taki stan rzeczy? 

By to lepiej zrozumieć, należy cofnąć się do 2014 roku, w którym wiele kobiet dołączyło do walczących na wschodzie Ukrainy. Był to pierwszy etap kruszenia mentalności Związku Radzieckiego w naszym wojsku. W tamtym czasie sporo ludzi niekoniecznie chciało dołączać do regularnej armii i zostawać zawodowymi żołnierzami, więc decydowali się na służbę jako ochotnicy-wolontariusze. Dopiero po jakimś czasie, w 2015 roku, w ramach dużej reformy ukraińskiej armii siły ochotnicze stały się jej częścią. Jednym ze zobowiązań wobec tych jednostek było zachowanie ich grup w takim charakterze i składach osobowych, jakie były przed włączeniem do regularnej armii. Nagle więc w wojsku pojawiło się sporo kobiet na stanowiskach bojowych. Jednakże przepisy mówiły wprost, że kobiety nie mogą piastować takich funkcji. Formalnie rozwiązano ten problem, nadając kobietom w papierach stanowiska typu kucharka, magazynierka, dokumentalistka. W oficjalnych dokumentach były więc personelem, a nie żołnierzami na stanowiskach frontowych, mimo że w praktyce wykonywały zupełnie inną pracę.

Późniejsza współzałożycielka naszej organizacji, czyli Ruchu Veteranka, Maria Berlinska, dostrzegła tę ogromną niesprawiedliwość i zainicjowała akcję „Niewidzialny Batalion”. Sama była żołnierką z pierwszej linii, więc sprawa była jej bardzo bliska. Rozpoczęłyśmy szeroko zakrojone działania rzecznicze – pisałyśmy listy i chodziłyśmy do Ministerstwa Obrony, prowadziłyśmy kampanię, którą kierowałyśmy nie tylko do kobiet w wojsku, ale też do organizacji cywilnych oraz społeczeństwa. Sukces przyszedł w 2018 roku, kiedy to prezydent podpisał ustawę zezwalającą kobietom na służbę na stanowiskach bojowych. To prawo otworzyło dla kobiet 63 pozycje bojowe. Po tej akcji zrozumiałyśmy dwie rzeczy: po pierwsze, uświadomiłyśmy sobie, że mamy spore możliwości w kwestii rzecznictwa i wspólnego działania, które warto przekuć w coś bardziej formalnego, czyli organizację pozarządową: Ruch Veteranka. Po drugie – dotarło do nas, że otworzyłyśmy dopiero pierwsze z drzwi. Przed nami stały kolejne: skostniała mentalność, problemy i bariery na każdym niemal etapie służby.

Czy to znaczy, że Ukrainki mogą dziś służyć na każdym stanowisku? Czy faktycznie tak jest?

Tak, ta ustawa zniosła zakaz obejmujący wszystkie 63 stanowiska bojowe, ale to nie znaczy, że stanęły przed nami otworem. To właśnie te kolejne drzwi, mentalność, która wciąż jest dla nas największą przeszkodą. Nawet podczas mobilizacji, kiedy jest problem z brakiem ludzi, wciąż próbuje się odsuwać kobiety z pozycji bojowych. Takie decyzje są niezrozumiałe.

Zakładam, że kwestia obowiązkowej mobilizacji kobiet to też nie jest łatwy temat dla ukraińskiego społeczeństwa.

To trudne zagadnienie. Po pierwsze, problemem jest fakt, że wielu mężczyzn unika służby i to oni często są pierwszymi osobami głoszącymi hasła o obowiązkowym powoływaniu kobiet: „nie chcemy służyć, dlaczego kobiety nie mają obowiązkowej mobilizacji?”.

Po drugie, kiedy pełnoskalowa wojna zjawiła się u naszych bram, kobiety stały się „zasobem”, tak jak mężczyźni. Widzimy ten paradoks i idący za nim przewrotny seksizm, kiedy mężczyźni mówią nam: „Och, nasze drogie kobiety, nie dopuścimy was do pozycji bojowych, nie damy wam wszystkich praw, ale kiedy wojna się rozpoczęła, przypominamy, że jesteście zasobem i powinnyście też walczyć”.

A jakie są ku temu formalne przeszkody?

Jest ich cała masa. Takie, które wydają się nie do rozwiązania na teraz to na przykład kwestia rodziny jako instytucji – co z nią mamy zrobić, kiedy oboje rodziców ma stawić się na froncie? Warto też pamiętać, że opieka i wychowanie dzieci to wciąż zadanie, które spada głównie na kobiety. Jak zdecydujemy, która kobieta może służyć: czy ta, która już urodziła dziecko, czy tylko ta bez dzieci? Trudno będzie stworzyć w obecnym czasie takie rozwiązania, które jednocześnie będą sprawiedliwie społecznie. Owszem, powinniśmy podczas wojny rekrutować kobiety, ale musimy też pamiętać, by jednocześnie stworzyć dla nich komfortowe warunki służby.

Co więc możemy zrobić z obowiązkową mobilizacją kobiet?

Nie wiem.  To coś, co mogłoby zachwiać  panującym porządkiem społecznym. Przed pełnoskalową inwazją myślałam, że obowiązkowa mobilizacja jest zła zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet. Nasza armia bardziej potrzebuje zmotywowanych i świetnie wyszkolonych ludzi niż tylko ogromnej masy. Należy pamiętać w tej dyskusji o najważniejszej rzeczy: mamy wojnę. I są kobiety, które same decydują się na to, by wziąć w niej udział. Robią to bez przymusu i są bardzo zmotywowane: to jest coś, czego nasi dowódcy nie powinni ignorować.

Mówiłaś już o problemach żołnierzy, a co z weteranami? Z jakimi mierzą się ci, którzy kończą służbę? 

Głównym celem żołnierza po odejściu ze służby jest stanie się osobą, której społeczeństwo potrzebuje: znalezienie dobrej pracy, bycie ekonomicznie niezależnym, samodzielnym. Weterani nie chcą prosić o świadczenia od rządu. Chcą mieć możliwość zapłacenia za siebie, nie chcą być ciężarem dla społeczeństwa. Większe szanse na to wszystko masz jednak wtedy, kiedy jesteś zdrowy fizycznie i psychiczne. To podstawa do tego, by szukać pracy na i tak już trudnym rynku, który zmaga się z kryzysem ekonomicznym.

Weteranki mierzą się z takimi samymi barierami?

Każda bariera, na przykład rozwój kariery w armii czy po jej opuszczeniu, dotyczy obu płci, ale dla kobiet jest to jak zadanie z gwiazdką, z wyższym poziomem trudności. Kiedy stajesz się weteranką, jesteś trochę pomiędzy, trochę na marginesie. Weterani często nie darzą cię takim samym szacunkiem jak swoich kolegów. Jako weteranka musisz robić więc to, co cały czas robiłaś podczas służby: udowadniać swoją wartość.

A w życiu codziennym?

Cóż, możemy śmiało założyć, że na odchodzącej ze służby kobiece spoczywa również opieka nad dzieckiem. Przykład: nie jest łatwo znaleźć dobrze płatną pracę, jeżeli w twoim mieście nie ma przedszkoli albo niani. Co do zasady, sporo problemów z jakimi borykają się weteranki i weterani jest konsekwencją innych, wychodzących daleko poza sprawy armii. Na przykład weteran-mężczyzna z niepełnosprawnością mieszkający na wsi napotka więcej barier i trudności niż weteranka bez niepełnosprawności z dużego miasta. Kłopot w tym, że polityka wobec weteranów i weteranek nie jest zbytnio inkluzywna.

Masz za sobą doświadczenie bycia weteranką. Przez prawie rok służyłaś jako medyczka bojowa w batalionie ochotniczym Hospitallers we wschodniej Ukrainie. Po prawie roku służby postanowiłaś zdjąć mundur. Jak wyglądał twój powrót do życia cywilnego? 

Myślę, że wbrew pozorom to był bardzo dobry powrót. Tak, przeszłam długotrwałą depresję i próbowałam unikać wszystkiego związanego z armią. Długo nie przyjmowałam do wiadomości własnego doświadczenia. Nie rozumiałam go. Na początku obrałam też strategię przemilczenia, nie dzieliłam się swoimi emocjami i refleksjami z innymi. Teraz rozumiem, że to był po prostu unik. Przepracowałam to dopiero wtedy, kiedy zaczęłam pracować z innymi weterankami i żołnierkami.

Dlaczego mimo wszystko uważam, że ten powrót był udany? Miałam dosyć jasny cel i wizję siebie – wiedziałam, co chcę robić po zakończeniu służby. Chciałam pracować w mediach i miałam tę szansę. Wiele mediów tworzyło materiały o weteranach i żołnierzach wojny we wschodniej Ukrainie. Znalazłam kontakty z telewizją i zaczęłam w niej pracować.

Oczywiście to wszystko wciąż się za mną ciągnie, ale teraz po prostu mam tego świadomość. W zeszłym roku dostałam diagnozę: zespół stresu pourazowego. Mam jednak życiowy cel i jest nim walka z konsekwencjami wojny oraz pomaganie innym przechodzącym przez to samo, co ja. Cieszę się, że w Ukrainie wielu weteranów odnajduje się w niesieniu wsparcia innym i pracy podobnej do mojej.

Dlaczego akurat stanowisko medyczki bojowej?

To był 2014 rok i dla kobiety to była jedyna możliwość, by służyć bezpośrednio na linii frontu. Wiem, że sporo osób postrzega pozycje medyczne – pielęgniarek i personelu medycznego w ogóle – jako stanowiska tradycyjnie przypisywane kobietom. Nie dziwię się, bo dwie poprzednie wojny światowe dosyć mocno ugruntowały ten sposób myślenia. Ale ludzie mylnie zakładają, że te stanowiska te nie mają nic wspólnego z działaniami bojowymi. Jako medyczka byłam w wielu gorących punktach – moim zadaniem była między innymi ewakuacja żołnierzy z punktu ostrzału. To najbardziej niebezpieczna część tej służby, ale niewiele osób ma świadomość, jak to wygląda w rzeczywistości.

Doświadczyłaś na własnej skórze dyskryminacji będąc na służbie?

Tak. Pierwszy przykład, który przychodzi mi na myśl to sytuacja, w której nowy żołnierz w oddziale, którego byłam dowódcą, zaproponował mi, żebym jednak nie szła do strefy niebezpiecznej i została na obecnej pozycji. Było to o tyle zabawne, że nie dość, że to ja byłam jego przełożoną i ostatecznie to była moja decyzja, to po prostu było to częścią mojej pracy. Codzienną rutyną dla kobiety w armii jest udowadnianie, że możesz wykonywać powierzone ci zadania i służyć jak inni. Z takim rodzajem dyskryminacji żołnierki spotykają się nawet wtedy, kiedy mowa jest o śmierci. Chłopaki potrafią mówić swoim koleżankom z oddziału teksty typu: „przecież kobieta może zginąć w czasie służby, a to będzie wielka tragedia w naszej jednostce”.

Już po służbie usłyszałam kiedyś: „dlaczego niby ciągle mówimy o kobietach na linii frontu i kobietach w armii?”. Odpowiedziałam, że taki jest cel naszej organizacji, że ciężko pracujemy na to, żeby kobiety stały się widoczne. Bo mimo że faktycznie liczbowo stanowią sporą część armii, to mało się o nich mówi, są niestety niczym tło.

Luty 2022. Pamiętasz, gdzie wtedy byłaś, co robiłaś, o czym myślałaś? 

Pamiętam oczekiwanie. Wojska rosyjskie stały przy granicy i w powietrzu wisiało pytanie: zaatakują czy nie? Odważą się na otwartą konfrontację? Zadawałam je sobie w myślach, tak jak wszyscy Ukraińcy i Ukrainki.

Ze względu na swój status ochotniczki nie byłam na liście rezerwowej, ale wiele moich koleżanek udało się do swoich dawnych jednostek i czekało. Kiedy pełnoskalowa inwazja stała się faktem, ogłosiłam wszem i wobec, że tworzę w Kijowie kwaterę główną pomocy humanitarnej i zapraszam chętnych do wsparcia. Czułam w sobie dużą potrzebę działania dla kraju. Ruch Veteranka był już wtedy fundacją, więc pod jej szyldem zajęłyśmy się wspieraniem jednostek dziewczyn z naszej organizacji i innych oraz pracę charytatywną. Wszelkie tematy rzecznicze zeszły na drugi plan.

Jako młoda dziewczyna brałaś udział w Rewolucji Godności na Majdanie, chwilę potem pojechałaś na front wschodni jako medyczka bojowa, odkąd wybuchła pełnoskalowa wojna pracujesz jako pracowniczka humanitarna. Twoja młodość nie przypomina w niczym młodości typowej europejskiej dziewczyny. 

Wiesz, sądzę, że ludzie mogą się tak naprawdę przystosować do wszystkiego. Myślę niekiedy o moim życiu bez wojny. Wyobrażam sobie, co mogłabym w tym momencie robić. Ale uznaję sama przed sobą, że to, czego doświadczyłam, jest bardzo cenne. Szczególnie, kiedy dojdzie się do wniosku, że nad większością krajów wisi ryzyko wojny. Jasne, jeszcze nie wszystkie emocje związane z moimi doświadczeniami wojennymi zaakceptowałam, nie wszystkie przepracowałam. Wiem, że stałam się mniej emocjonalna. To rodzaj reakcji obronnej naszej głowy i sposób na ratowanie zdrowia psychicznego.

Wielu z nas żyje teraz życiem dla Ukrainy, a nie swoim. Chcemy kolektywnie chronić nasze społeczeństwo i uczynić je lepszym, ale to nie ma niewiele wspólnego ze szczęśliwym, normalnym życiem codziennym. Uznaję, że to okres przejściowy i nie mogę się przed tym schować. Wolę stanąć wobec tego wyzwania z podniesioną głową.

Na czym teraz skupia się Ruch Veteranka? Co jest obecnie dla was największym wyzwaniem, a co celem?

Myślę, że każda z dziewczyn w Ruchu, ale też chyba każda kobieta, która służy, obawia się o przyszłość. Żyjemy z dnia na dzień i trudno nam sobie wyobrazić życie w pokoju. A przecież każda z nas marzy o Ukrainie bez wojny. Podkreślam: Ukrainie bez wojny, ale jednocześnie Ukrainie nie będącej pod okupacją. Putin i inni politycy zrujnowali pojęcie pokoju jako takiego. Proponuje się nam rzekome pokojowe rozwiązania, które w gruncie rzeczy oznaczają okupację przez Rosję. Nie możemy poddać się tej narracji i przyjmować, że to jedyne właściwie rozwiązanie. Nie możemy poddać się w ogóle! Niestety wielu decydentów obiera taki kierunek i tego się naprawdę boję. Naszym celem jest niepoddawanie się temu. Staramy się więc działać silnie poprzez wspieranie kobiet na wszystkich poziomach, żeby same stały się decydentkami. Wierzę w to, że kobiety są w stanie tworzyć lepszy świat.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×