Pod koniec stycznia ukazało się nowe wydanie klasycznej już powieści graficznej Alana Moore’a (scenariusz) i Eddy’ego Campbella (rysunki, a teraz i kolor) „Prosto z piekła”. Książka przenosi czytelników do późnowiktoriańskiego Londynu i opowiada o sprawie Kuby Rozpruwacza: zbrodni, śledztwie oraz kryjącej się za nimi intrydze politycznej. Postaci snują się po metropolii, w której monarchia i kapitał dzielą władzę nad „klasami niższymi” z masonami. Wszyscy zaś muszą uznać zwierzchność brudu, brzydoty i brutalności. W oryginale nerwowa kreska podkreślała cierpienie i zmęczenie bohaterów, a wszechobecna czerń komponowała się z mrocznym tonem historii. Uzupełnienie palety o całą gamę szarości i brązów tylko wzmocniło ten przekaz.
Całość fascynuje, choć i jednocześnie przytłacza. Niewiele ma też wspólnego z płytką ekranizacją sprzed ćwierćwiecza z Johnnym Deppem w roli detektywa Fredericka Abberline’a. Mamy zatem do czynienia z wydawnictwem, po które warto sięgnąć nie tylko ze względu na jego wartość literacką czy kultowy status, ale i aktualność tematów, które porusza. Afera Jeffreya Epsteina sprawiła przecież, że masową wyobraźnią zawładnęły rozpusta, spiski i finansowe machinacje elit, a gdzieniegdzie przebiło się oburzenie na krzywdę osób przez nie wykorzystanych.
W dorobku Moore’a znajdziemy jeszcze jeden komiks, po który warto dziś sięgnąć, cieszący się w dodatku większym uznaniem. Mam tu na myśli „Strażników”, tworzonych w latach 1986-1987 z Dave’em Gibbonsem (rysunki). Wykorzystując ograną już wówczas w popkulturze formułę superbohaterskiej pulpy, autorzy ukazali Amerykę na krawędzi globalnego konfliktu militarnego. Akcja nabiera biegu, kiedy z wysokości jednego z nowojorskich wieżowców zostaje wyrzucony Komediant, personifikacja ironii – ostatniego dowcipu, który wybrzmiewa w tym okropnym świecie. Właśnie dobiega końca czwarta kadencja prezydenta Richarda Nixona, rządzącego zagubionym i skłóconym krajem przy pomocy służb, wojska i wielkiego biznesu. Bohaterowie, którzy w porę nie wycofali się ze służby, pojmując, jak śmieszne jest przebieranie się w rajtuzy i bieganie za przestępcami, zostali do tego zmuszeni przez prawo i zaszczuci przez motłoch. Paradoksalnie najbliżej prawdy jest jedyny, który odmówił przejścia na emeryturę – Rorschach. Snujący teorie spiskowe paranoik, mizogin i sadysta, a przy okazji chodząca parodia Philipa Marlowe’a.
Myśl, że brakuje nam heroizmu, wydaje się tylko pozornie trafna i zgodna z przesłaniem Moore’a. Owszem, nad ludzkością wiszą widma katastrofy klimatycznej, rozpadu ładu międzynarodowego oraz kryzysu demokracji, a prywatne korporacje rosną jak rak. I tak, wszystko to jest jak w latach 80., tylko bardziej. Kapitalizm ostatecznie oderwał wartość od materialnej reprezentacji (nikt w mainstreamie nie używa już słowa „spekulacja”), a postliberalizm wywalczył dla prawicy konstytucyjne prawo do odbierania praw innym. Nawet Donald Trump jawi nam się jako Ronald Reagan „na sterydach”. Sęk jednak w tym, że destrukcyjne dla zdolności społeczeństw do rozwiązania swoich problemów wojny kulturowe i polityka tożsamości są napędzane potrzebą przeciwstawienia się złu identyfikowanemu jako współobywatele, którzy są inni lub myślą inaczej. Po dwóch dekadach epatowania Batmanem i Marvelem potrzebujemy więc raczej dobrych obywateli troszczących się na co dzień o bliźnich i dobro wspólne, a nie bohaterów toczących twitterowe pyskówki i żyłujących formę na siłowni. Tragiczne w tym wszystkim jest to, że bez wielkich gestów i boskich mocy prawdopodobnie nie uda się już zażegnać niebezpieczeństw, które przez pół wieku konsekwentnie wywoływały polityka międzynarodowa USA i neoliberalizm. Podobnie w „Strażnikach”: za pięć dwunasta nuklearnej zagłady jedyną nadzieją okazuje się nadczłowiek – Dr Manhattan, będący de facto chodzącą bombą atomową.
Można by powiedzieć: nic wielkiego. Literatura popularna i kino wielokrotnie dekonstruowały mit Ameryki czy motyw superbohatera, a tragizm swoich czasów wyrażały, mnożąc paradoksy. Z niejedną dystopią mieliśmy już też do czynienia. Tym, co jednak czyni dzieło Moore’a i Gibbonsa tak adekwatnym jest forma, a nie metafora. Doskonale tłumaczy ono naszą rzeczywistość, ponieważ ta jest komiksowa. Chyba każdemu z nas zdarzyło się popaść w (naiwne?) zdumienie, że toleruje się jawne przejawy zepsucia w życiu publicznym, a ostentacyjna niemoralność osób prywatnych wynosi je do rangi (sic!) celebrytów. Czy nikt inny nie widzi, że nominalna demokracja dopuszcza się ludobójstwa; że bogacze prywatyzują urzędy; że funkcjonariusz polujący na migrantów wygląda jak neo-nazista; że serca młodych ludzi toczy jad egoizmu; że…? Jeśli zaś nawet widzi tę deprawację i ją potępia, to należy do jednej z czterech partii, obok entuzjastów, cyników i obojętnych. Tak podzielone audytorium nie rozliczy z afery pedofilskiej, defraudacji środków publicznych czy niszczenia dowodów w postępowaniach karnych, więc nie trzeba nawet odwracać jego uwagi. Wystarczy poczekać do czasu aż feed w mediach społecznościowych wypełni się nowym contentem. A wszystko to, inaczej niż w „Fascynującym faszyzmie” Susan Sontag, w karykaturalnym sztafażu blond zaczeski, piły mechanicznej, pirackiej opaski, czerwonej czapeczki i podobnych rekwizytów żałosnych czarnych charakterów i ich szarych wyznawców.
Spostrzeżenie to powinno nas napawać pesymizmem. Komiksowość nie jest bowiem kwestią wyłącznie estetyki, lecz świadczy o infantylizmie kultury i impotencji społeczeństwa obywatelskiego. Jest cechą układu, w którym – jak w kapitalizmie (vide Mark Fisher) – wszystko, także zło, jest skrajne, a krytyka, jeśli nawet wybrzmi, to ostatecznie zostaje wykorzystana przez system. Właśnie dlatego autorzy „Strażników” odżegnują się od określenia swojej książki mianem „powieści graficznej”. Nobilitowałoby to bowiem wydawnictwo DC Comics, które ich anty-komiks spłyciło i skomercjalizowało (dla klientów dostępne w sprzedaży są choćby figurki przedstawiające Komedianta, Rorschacha czy Dr. Manhattana). Działając w komiksowej rzeczywistości ryzykujemy, że sami staniemy się postaciami jak z komiksu, a niekiedy wręcz potworami, z którymi walczyliśmy. To z kolei przypomina nieco sytuację jeszcze jednego utworu punktującego naszą zamerykanizowaną i zepsutą rzeczywistość, mianowicie postapokaliptycznego serialu „Fallout” (ekranizującego dla odmiany grę, nie komiks). Wyprodukowało go bowiem należące do Jeffa Bezosa Amazon Prime Video, czyli medialny komponent imperium biznesowego opartego na wyzysku pracowników.
Zresztą, choćby i wyrwanie się z zaklętego kręgu komiksowości było możliwe, pozostaje pytanie, jak odróżnić szczerą wolę naprawy od cynizmu czy postmodernistycznego odczarowywania świata. Potrzebujemy bowiem mitów i ideologii. Choć zniekształcają obraz („zafałszowują rzeczywistość”, jak chcieli marksiści), to bez nich życie prywatne traci smak, a życie społeczne zanika. Także Moore zastanawiał się w „Strażnikach”, czy jego postaci są zdolne oraz czy powinny próbować wyrwać się z ram komiksu. Cena może bowiem okazać się bardzo wysoka. Zapewne jest więc tak, jak w brawurowej inscenizacji „Niewyczerpanego żartu” w Teatrze Narodowym w Warszawie: „prawda cię wyzwoli, ale najpierw cię rozpierdoli”.

