fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Prezydent. Zmiana osoby czy systemu?

Podatki w Polsce są ewidentnie degresywne. Ich podwyższenie jest konieczne i celowe. Nie znaczy to, że ich reforma będzie łatwa do wprowadzenia, ale można i trzeba to zrobić.
Prezydent. Zmiana osoby czy systemu?
ilustr.: Agnieszka Wiśniewska

W pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2025 roku głosowałem na Adriana Zandberga. W drugiej – po długich wahaniach – na Rafała Trzaskowskiego. Nie wiem jednak, czy zrobiłem dobrze. Wcale nie dlatego, że przegrał, ale dlatego, że wpisał się w patologiczny styl kampanii wyborczej. Żaden z dwu głównych kandydatów nie zdecydował się na ogłoszenie swojego programu. Podejrzewam, że żaden z nich nie dysponuje stosownym dokumentem. Niektóre ich zachowania były wprost żenujące: obydwaj na przykład stawili się na „egzaminie”, który przeprowadził lider Konfederacji, Sławomir Mentzen. Ponadto na ostatnim wiecu wyborczym Trzaskowskiego przemówiła Joanna Senyszyn. Nie mam nic przeciwko tej pani, ale, jak zresztą wielu wyborców, pamiętam jej teksty publikowane na łamach tygodnika „NIE” Jerzego Urbana.

Obaj kandydaci ogłosili też projekty ewidentnie populistyczne: zwolnienie z podatku PIT rodzin z dwójką lub więcej dzieci czy podniesienie kwoty wolnej od podatku PIT do 60 tysięcy złotych. Niskie dochody rzeczywiście powinny być wolne od podatku, obecnie jednak kwota zwolnienia nie jest szczególnie niska, a jej podwyższenie niosłoby znaczący ubytek dochodów budżetu oraz obniżało zobowiązania zamożnych podatników. Podobne skutki niosłoby zwolnienie z PIT-u rodzin z dziećmi.

Trzaskowski przegrał wybory. Tacy jak ja, choć głosowali na niego, nie zapobiegli porażce. Nie pomógł także Donald Tusk, który mimo że bez wątpienia bardzo sprawny w politycznym marketingu, zawsze lekceważył wysiłek programowy. Kiedyś powiedział nawet: „jeśli ktoś potrzebuje wizji, to niech pójdzie do lekarza”. Poglądu nie zmienił. Chyba nie lubi się leczyć. Już po wyborach w swoim exposé kwestiom programowym nie poświęcił właściwie żadnej uwagi.

W toczącej się po wyborach, skądinąd ciekawej, dyskusji także ten wątek pozostał nieobecny. Prawie wszyscy skupili się na samej kampanii. Wiele uwagi poświęcono ocenie indywidualnych zachowań kandydatów, polaryzacji sceny politycznej (jedni uznali, że to groźne dla demokracji, inni, że dzięki polaryzacji wzrosła wyborcza frekwencja). Te i podobne kwestie są ważne i na pewno mają znaczenia dla wyniku wyborów.

1.

Potrzebna nam jest jednak szersza debata, skupiona na kwestiach ustrojowych i ich wpływie na orientację wyborców. Okres transformacji był polskim sukcesem. Prawie wszyscy „wygrali”. Nieliczni odnieśli ogromny sukces materialny. Dziś zajmują miejsce wśród elit. Gwałtownie rosną jednak nierówności dochodów i majątkowe, a nierówność szans pogłębia się. Nie wszyscy podzielają ten pogląd, odwołując się do pomiaru nierówności współczynnikiem Giniego (w Polsce niezbyt wysokim). Niestety, nie jest to wskaźnik miarodajny. Ustala się go na podstawie ankietowych badań dochodów gospodarstw domowych. Wiadomo jednak od dawna, że te badania nie są reprezentatywne. Umykają gospodarstwa domowe z dołu drabiny dochodowej i te o dochodach relatywnie wysokich.

Przez ostatnie dwa lata rządząca koalicja wciąż nie przedstawiła merytorycznego programu. Tusk skupił się na „wielkich dokonaniach” rządu i realizacji zapowiedzi, że „nie cofnie się ani o krok” z obranej wcześniej drogi. W ramach poprawienia komunikacji rządu z wyborcami ogłosił deregulację i „unarodowienie polityki gospodarczej”. O obu tych inicjatywach wyborcy dowiedzieli się tuż przed wyborami. Trwają też „rozliczenia”, które pewnie zostaną przyspieszone. Wzorem… Prawa i Sprawiedliwości, Koalicja Obywatelska powołała do życia Komisję do spraw zbadania wpływów rosyjskich w Polsce. Komisja właściwie nic nie odkryła i została zlikwidowana.

2.

Większość wyborców Trzaskowskiego upatruje przyczyn jego przegranej w błędach popełnionych w kampanii wyborczej. Niektórzy z nich (choć niekoniecznie w publicznych wypowiedziach) skłonni są obarczyć odpowiedzialnością tych, którzy „nie doceniają zagrożenia dla demokracji”. Są też wyznawcami hasła „każdy kowalem swojego losu”. To grupy zamożniejsze: przedsiębiorcy, prawnicy, lepiej sytuowani urzędnicy i temu podobni. Podobnego zdania jest również część obywateli zaliczanych do klas ludowych.

W ramach prowadzonych analiz niestety nie dostrzeżono żadnego istotnego mankamentu ordynacji wyborczej. W tym zakresie ograniczę się do zasygnalizowania dwu kwestii: progów wyborczych oraz destrukcyjnego znaczenia nierówności społecznych dla rozwoju gospodarczego i cywilizacyjnego.

3.

Na początku lat 90. ordynacja do Sejmu była bez wątpieniu proporcjonalna: zgodna z zapisem konstytucji. Rychło powstała egzotyczna koalicja (Unia Demokratyczna, Sojusz Lewicy Demokratycznej i Konfederacja Polski Niepodległej, a także Polskie Stronnictwo Ludowe), która argumentując, że prowadzi to do ogromnego rozdrobnienia parlamentu, zdołała uchwalić pięcioprocentowy próg wyborczy. Oznacza on, że przy frekwencji na poziomie siedemdziesięciu procent mandatu nie może zdobyć kandydat partii, która nie uzyska przynajmniej 1,2 miliona głosów. Ta zasada jest oczywiście korzystna dla relatywnie dużych partii… i sprzyja politycznej polaryzacji. Już w wyborach w 1993 SLD, PSL i UD uzyskały proporcjonalnie więcej mandatów niż głosów wyborców. Te zasady sprzyjają dużym partiom także dlatego, że wyborcy kalkulują, czy poprzeć partię niewielką, której program najbardziej im się podoba – która jednak może nie przekroczyć progu – czy na partię dużą, która na pewno próg sforsuje, ale cieszy się mniejszym uznaniem.

Najbardziej niepokoić powinien nas ogólny brak zainteresowania nierównościami. W krajach demokratycznych kwestia ta jest na ogół domeną socjaldemokratów. Kłopot w tym, że w Polsce właściwie nie ma partii typu socjaldemokratycznego (poza partią Razem). Brakuje chętnych, by upominać się o urzeczywistnienie normy artykułu 2. konstytucji: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.

Owszem, działacze byłej partii komunistycznej założyli nową partię „lewicową”, którą określili mianem socjaldemokratycznej. Ta nowa partia (działająca obecnie pod szyldem Nowej Lewicy) po okresie wysokiego poparcia w latach 90. znalazła się dziś na marginesie sceny politycznej. Kolejne partie wyrosłe na bazie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie stały się lewicowe, tylko neoliberalne. Nie były (i nie są) zatroskane materialną sytuacją zwykłych obywateli, ich bezpieczeństwem, równością szans czy dostępnością usług społecznych. Oczywiście ani SLD (która w latach 90. formalnie nie była partią), ani Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej nie były partiami komunistycznymi. NL można określić raczej jako partię „progresywną”, skoncentrowaną na kwestiach obyczajowych i zwalczaniu przywilejów Kościoła katolickiego. To oczywiście sprawy istotne, od dawna podejmują je jednak także liberałowie.

Państwo, które zrezygnuje z troski o usługi społeczne dla wszystkich (w szczególności w edukacji, ochronie zdrowia i mieszkalnictwie) i z polityki ograniczania nierówności, nieuchronnie narażone zostaje na ryzyko  konfliktów społecznych. Rośnie wówczas prawdopodobieństwo ograniczenia demokracji i osuwania się w kierunku autorytaryzmu. Obecnie widać to wyraźnie w przypadku USA.

4.

Trudno się też zgodzić się z tymi (nielicznymi), którzy twierdzą, że polaryzacja sceny politycznej sprzyja wzrostowi zaangażowania obywateli w politykę. Owszem, wysoka frekwencja może cieszyć. Kłopot w tym, że powody polaryzacji już nie. To konsekwencja przede wszystkim wyboru, jakiego dokonały duże partie, które zrezygnowały z tworzenia i proponowania wyborcom poważnych programów, ograniczają się w zamian do pustych obietnic. Populizm (nie tylko PiS-u i Konfederacji) jest już szeroko rozpowszechniony. Przykładem może być kwestia kredytów mieszkaniowych. Gdy PiS zaproponował ustawowe regulacje gwarantujące oprocentowanie kredytów mieszkaniowych na poziomie dwóch procent (co było propozycją niemądrą),  Tusk niemal natychmiast wyszedł z propozycją „kredytu 0 procent”. Polaryzacja napędzana jest też przez radykalizację języka polityki.

Wymienione czynniki – i kilka dalszych – mają istotny wpływ na wyniki wyborów. Jednak nie są dla nich rozstrzygające. Ważniejsze są, szczególnie w długim okresie, warunki ekonomiczne, kulturowe i polityczne, w jakich ludzie żyją, a zwłaszcza, jak je oceniają. Szczególne znaczenie ma równość szans obywateli (lub jej brak), warunki pracy, poziom nierówności ekonomicznych, dostępność przyzwoitych państwowych świadczeń. Istotne są też kwestie światopoglądowe. By zrozumieć narastające obecnie kłopoty, nie można pominąć analizy także tych czynników.

5.

Po II wojnie światowej państwa Zachodu przyjęły odpowiedzialność za zagwarantowanie wszystkim obywatelom realnego dostępu do ochrony zdrowia, bezpłatnej edukacji i innych świadczeń. Wprowadzone zostały i upowszechnione podatki progresywne, które pozwoliły ograniczyć skalę nierówności dochodowych. Poskutkowało to zmniejszeniem nasilenia konfliktów społecznych.

Jednak powojenny system nie zawsze funkcjonował w sposób zadawalający. Rosło zadłużenie, gospodarka była często przeregulowana. Elity polityczne i intelektualne o radykalnej orientacji liberalnej oraz zamożni wyborcy wsparli polityków opowiadających się za daleko idącymi liberalnymi przekształceniami. Elity zostały zainspirowane zaleceniami neoliberalnych mentorów. Wkrótce – niestety – dołączyli do nich niektórzy socjaldemokraci.

Rezultat nie spełnił jednak oczekiwań. Ofiarą liberalizacji i znacznego rozszerzenia wpływu rynku stało się państwo opiekuńcze, którego funkcje zostały ograniczone. W państwach rozwiniętych ograniczona (a właściwie usunięta) została progresja podatkowa. Efektem stał się drastyczny wzrost nierówności. Wyrosły gigantyczne fortuny małej grupy najzamożniejszych obywateli, pogorszyła się sytuacja klasy średniej. Straciły „masy ludowe” Zasada równego startu została zakwestionowana. Globalizacja była konsekwencją usunięcia wielu państwowych regulacji ustanowionych w poprzednich latach. Tamta „deregulacja” ułatwiła przede wszystkim międzynarodowe przepływy towarów, kapitałów oraz pracowników. Jednak obecnie jest przez wielu ekonomistów obarczana odpowiedzialnością za kumulację problemów społecznych, politycznych i klimatycznych.

6.

Polska dopiero w roku 1990 uzyskała możliwość samodzielnego kształtowania ładu ustrojowego. To był czas, gdy zalecenia neoliberalne cieszyły się powszechną akceptacją. Na wprowadzenie neoliberalnej rewolucji nalegali zachodni partnerzy i organizacje międzynarodowe (Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy). Duże znaczenie miała faktyczna afirmacja neoliberalizmu przez lewicę postkomunistyczną. SLD po czerwcowych wyborach w 1989 bez wahania poparła program Leszka Balcerowicza, będący emanacją neoliberalnych zaleceń. Potem Platforma Obywatelska w swojej „założycielskiej” deklaracji zaproponowała fundamentalną przebudowę systemu podatkowego (CIT, PIT i VAT – wszystkie miały być pobierane według stawki 15%). Musiałoby to prowadzić albo do drastycznego ograniczenia wydatków socjalnych, albo (lub i) do kryzysu finansów publicznych. Ale czy był to rzeczywiście składnik programu PO czy raczej wyborcza obiecanka dla zamożniejszych wyborców?

Balcerowicz podjął ideę podatku liniowego, ale nie powiodła się próba jej urzeczywistnienia. Projekt zrealizował Leszek Miller i SLD (sic!). Podatek liniowy „dla przedsiębiorców” objął w praktyce grupy zamożniejszych podatników, których ciężary podatkowe już były stosunkowo niewielkie. Unia Demokratyczna/Unia Wolności wspólnie z Akcją Wyborczą „Solidarność” wprowadziły (w pewnej części rozsądną, w innych – naiwnie rynkową) reformę emerytalną. PO odpowiada za upowszechnienie zatrudnienia „śmieciowego”, które pogorszyło sytuację pracowników i poprawiło sytuację przedsiębiorców. Po wprowadzeniu wspomnianych reform polski ustrój polityczny i ekonomiczny przybrał kształt promowany przez radykalnych liberałów. Zmiany nie wzbudziły jednak frontalnego sprzeciwu obywateli. Najprawdopodobniej wielu uważało, że polski kapitalizm będzie kopią zamożnej i demokratycznej Europy z lat sześćdziesiątych.

7.

Od lat 1990–1991 polska gospodarka znalazła się w głębokiej recesji, a ogromne bezrobocie sięgnęło nawet ponad20%. Choć rolników i emerytów próbowano chronić, nierówności szybko rosły. Powiększały się dystanse społeczne, zarówno ekonomiczne, kulturowe i „statusowe”. Dramatyczna pozostaje do dziś sytuacja w mieszkalnictwie. Młode niezamożne rodziny właściwie nie mają szans na mieszkanie.

Konsekwencją jest pogłębienie podziałów społecznych, zanik więzi społecznych oraz silne poczucie frustracji „tych na dole”. Postępuje erozja narodowej wspólnoty, która w dalszej perspektywie staje się hamulcem rozwoju gospodarczego.

Sprzeciw wobec drogi, jaką obrała ówczesna Unia Demokratyczna narastał, ale ponieważ gospodarka od 1993 rosła dość szybko, a znaczna większość elit podpisała się pod hasłem „nie ma alternatywy”, sprzeciw społeczny nie był silny.

8.

PiS jako pierwszy dostrzegł, że wielu wyborców krytycznie postrzega ten i zapowiedział prospołeczne zmiany. Takie decyzje jak duże podwyżki płacy minimalnej, obniżenie wieku emerytalnego, a przede wszystkim wdrożenie programu 500+, zostało tej partii dobrze zapamiętane, mimo że PiS nie wprowadził zapowiadanych przełomowych zmian w systemie podatkowym – poza pewnym zwiększeniem kwoty wolnej od podatku PIT i zmniejszeniem dolnej jego stawki.

Jednocześnie wszedł na drogę podważania zasad praworządności, tolerował korupcję swoich działaczy, podjął radykalną i zmasowaną – nawet demagogiczną – krytykę Unii Europejskiej i forsował skrajnie konserwatywne regulacje w kwestiach obyczajowych. A jednak w latach 2019–2023 nie utracił poparcia społecznego. Pokazały to także ostatnie wybory prezydenckie.

Nie tylko duża część elit politycznych, ale i chyba także część zwykłych wyborców korekty ustrojowej nie oczekuje. Zresztą nie byłoby to w interesie głównych partii koalicji 15 października. Gdyby zdecydowały się na radykalny zwrot, straciłyby na wiarygodności. Rozumie to Donald Tusk (a także Jarosław Kaczyński). Premier powołuje się na poparcie 10 milionów wyborców i stabilną większość w parlamencie. Na pewno prawdą jest to drugie – tyle, że wybory do niego odbyły się w 2023. Czy wyborcy pozostaną wierni także w kolejnych?

9.

Zresztą taki zwrot przynajmniej w pierwszym okresie nie byłby łatwy. Duża część wyborców ma uzasadnione powody do niezadowolenia ze swojej sytuacji materialnej. Obiektywne uwarunkowania, zarówno wewnętrzne jak i zewnętrzne, nie dają realnej szansy na szybką i znaczącą poprawę sytuacji dużych grup społecznych.

Narasta nierównowaga budżetowa i choć rygorystyczne równoważenie dochodów i wydatków nie jest koniecznie, to przecież w krótkiej perspektywie nasze zadłużenie przekroczy 2 biliony złotych, a koszty obsługi długu już w tym roku osiągnąć mają 90 miliardów złotych. A przecież konieczne jest dalsze zwiększanie wydatków na obronę, edukację, naukę, ochronę zdrowia. Rząd zapowiedział też kontynuację wielkich inwestycji: Centralnego Portu Komunikacyjnego, budowy elektrowni atomowej, rozwoju energetyki odnawialnej (w tym bardzo duże nakłady na przebudowę sieci). Do tego doliczyć należy koszty działań na rzecz klimatu, a i tak tę listę można jeszcze wydłużyć. Na przykład absolutnie konieczne jest zwiększenie wydatków na przeciwdziałanie dramatycznej sytuacji demograficznej.

Bardzo niekorzystne są dla Polski uwarunkowania zewnętrzne. Jest dość prawdopodobne, że Europa i Stany Zjednoczone) wejdą w recesję lub w okres niskiego wzrostu. Nie możemy wykluczyć rozszerzenia konfliktów wojennych, nie jest rozwiązany problem uchodźców.

Mimo wszystko radykalny zwrot w polityce gospodarczej jest konieczny. Potrzebna jest determinacja polityczna. Nie ma jej ani w PiS-ie, ani w PO. Zmiany nie mogą być ograniczone do „przywrócenia praworządności”. Stabilności i przyspieszenia rozwoju nie da też zwrot w kierunku nacjonalizmu i konserwatywnych regulacji w kwestiach obyczajowych. Niepotrzebna jest rewolucja. Kapitalizm nie ma generalnej alternatywy, ale może lepiej funkcjonować w wariancie państwa opiekuńczego. Konieczne jest zwłaszcza zmniejszenie nierówności.

10.

W 2024 ukazała się praca trzech ekonomistów: Pawła Bukowskiego, Jakuba Sawulskiego i Michała Brzezińskiego – „Nierówności po polsku”. Autorów trudno zbyć jako lewaków – to profesjonaliści. W konkluzji piszą: „Kluczowa kwestia to przebudowa systemu podatkowego. Wielu twierdzi, że podatki (i składki) są w Polsce bardzo wysokie i dyskryminują przede wszystkim przedsiębiorców. To nieprawda”.

Podatki w Polsce są ewidentnie degresywne, podczas gdy w rozwiniętych krajach są mniej lub bardziej progresywne. Ich podwyższenie jest konieczne i celowe. Nie znaczy to, że ich reforma będzie łatwa do wprowadzenia, ale można i trzeba to zrobić. Pomocne byłoby wprowadzenie jawności zeznań podatkowych.

11.

Transformacja przyniosła Polsce wiele dobrego. Ale nie wszystko się udało. W szczególności nie powiodła się ustrojowa przebudowa systemu politycznego i racjonalne ukształtowanie sceny politycznej. Niestety, patrząc w przyszłość trudno oczekiwać pozytywnego zwrotu. Więcej, obawiać się trzeba powstania rządu PiS-u i Konfederacji. To byłyby poważne zagrożenie dla Polski, spotęgowanie fali populizmu.

Dziś na scenie politycznej nie ma ugrupowania skłonnego z determinacją walczyć o nowy początek – pewnie z wyjątkiem partii Razem, która jednak ma niewielki wpływ na kierunek ewolucji ustrojowej.

Obecny ład ustrojowy zawiera też instytucje niesprzyjające postępowi cywilizacyjnemu i hamujące rozwój gospodarczy. Kłopot w tym, że silnych aktorów, którzy podjęliby nowe duże („lewicowe”) reformy nie widać. Do optymizmu skłania jeden tylko czynnik: obecnie elity intelektualne są bardziej pluralistyczne i zaangażowane w życie publiczne, podobnie zresztą zwykli obywatele. To mało, ale jednak coś.

Socjaldemokracja przyszłości?

Na koniec chciałbym dedykować czytelnikom fragment wypowiedzi Tony’ego Judta z rozmowy z Timothym Snyderem. Cytuję za publikacją „Rozważania o wieku XX”:

„Społeczeństwa socjaldemokratyczne należą dziś do najbogatszych na świecie i żadne z nich nie zbliżyło się do przepowiadanego im przez Hayeka autorytaryzmu, […] który miał być ceną za oddanie inicjatywy państwu. […] Dwa najsilniejsze argumenty przeciwko zaangażowaniu państwa w stworzenie dobrego społeczeństwa – że nie potrafi działać ekonomicznie i musi prowadzić do dyktatury – są po prostu fałszywe. […] Europejczycy mają od dawna: bezpieczeństwo ekonomiczne, fizyczne, kulturalne. […] Żyjemy [jednak] w epoce strachu: […] przed nieznaną przyszłością i obcymi […] To strach, że rząd nie potrafi już sprawować kontroli nad warunkami naszego życia. […] powrót strachu i jego polityczne konsekwencje stanowią najsilniejszy argument za socjaldemokracją. Chroni ona nie tylko przed prawdziwymi i wyimaginowanymi zagrożeniami dla jednostek, […] również przed całkiem realnym zagrożeniem […] dla spójności społecznej”.

Warto zastanowić się nad opinią Tony’ego Judta. Dyskusja wokół ostatnich wyborów prezydenckich nie powinna koncentrować się wyłącznie na analizie politycznych gier. Potrzebna jest refleksja wokół kwestii ustrojowych.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×