Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

Prawdziwy Władca Much

Prawdziwy „Władca much” jest opowieścią o przyjaźni i lojalności […]. Jeśli mamy zamiar sprawić, żeby „Władcę much” czytały miliony nastolatków, opowiedzmy im również o tym, jak prawdziwe dzieci zostały wyrzucone na brzeg bezludnej wyspy.
Prawdziwy Władca Much

Przedstawiamy fragmenty wydanej w 2020 roku książki Rutgera Bregmana „Homo sapiens. Ludzie są lepsi, niż myślisz” (w tłumaczeniu Emilii Skowrońskiej). Dziękujemy Wydawnictwu Dolnośląskiemu za zgodę na jego zamieszczenie.

 

Ta historia nigdy się nie wydarzyła. Nauczyciel angielskiego wymyślił ją w 1951 roku. „Czy nie byłoby dobrym pomysłem”, zapytał pewnego dnia swojej żony William Golding, „napisać historię o grupie chłopców na wyspie i pokazać, jak naprawdę by się zachowali?”.

Książka Goldinga pod tytułem Władca much ostatecznie sprzedała się w dziesiątkach milionów egzemplarzy, została przetłumaczona na ponad trzydzieści języków i okrzyknięto ją jednym z klasyków XX wieku.

Z perspektywy czasu tajemnica sukcesu książki jest jasna. Golding posiadł mistrzowską umiejętność przedstawiania najmroczniejszych zakątków ludzkości. „Nawet jeśli zaczynamy od czystego konta”, napisał w pierwszym liście do swojego wydawcy, „nasza natura zmusza nas do zamienienia go w szambo”. Albo, jak to później określił, „człowiek produkuje zło, tak jak pszczoła produkuje miód”.

Oczywiście Golding miał po swojej stronie ducha epoki lat 60., kiedy to nowe pokolenie wypytywało swoich rodziców o okrucieństwa drugiej wojny światowej. Chciało wiedzieć, czy Auschwitz było tylko anomalią i czy w każdym z nas kryje się nazista.

We Władcy much William Golding dał do zrozumienia, że to drugie jest prawdą, i natychmiast osiągnął sukces. Do tego stopnia, jak argumentował wpływowy krytyk Lionel Trilling, że powieść „Zostawiła ślad po mutacji w kulturze”. Ostatecznie Golding zdobył nawet Nagrodę Nobla za swoją twórczość. Jego praca „rzuca światło na stan człowieczeństwa w dzisiejszym świecie”, napisał Szwedzki Komitet Noblowski, „z przenikliwością realistycznej sztuki narracyjnej oraz różnorodnością i uniwersalnością mitu”.

W dzisiejszych czasach Władca much jest czytany jako coś więcej niż „tylko” powieść. Pewnie, że jest to historia zmyślona i stoi na półce z całą resztą fikcji, ale stworzony przez Goldinga opis ludzkiej natury sprawił, że stała się ona prawdziwym podręcznikiem teorii fasady. Przed Goldingiem nikt nigdy nie spróbował wykorzystać takiego surowego realizmu w książce o dzieciach. Zamiast sentymentalnych opowieści o domkach na prerii czy o samotnych małych książątkach tutaj – pozornie – mamy ostre spojrzenie na to, jakie dzieci są naprawdę. […]

 

Po raz pierwszy przeczytałem Władcę much jako nastolatek. Pamiętam, jak potem czułem się rozczarowany, gdy analizowałem sobie to wszystko w głowie. Jednak ani przez sekundę nie myślałem, że zwątpię w pogląd Goldinga na ludzką naturę.

Stało się tak dopiero, kiedy sięgnąłem po tę książkę po wielu latach. Gdy zacząłem zagłębiać się w życie autora, dowiedziałem się, jakim był nieszczęśliwym człowiekiem. Alkoholik. Podatny na depresję. Człowiek, który bił swoje dzieci. „Zawsze rozumiałem nazistów”, wyznał Golding, „ponieważ sam jestem taki z natury”. I to właśnie „po części na podstawie tej smutnej samoświadomości” napisał Władcę much. […]

Tak oto zacząłem się zastanawiać: czy ktokolwiek kiedykolwiek próbował zbadać, co zrobiłyby prawdziwe dzieci, gdyby znalazły się same na bezludnej wyspie? […]

W wydaniu australijskiej gazety „The Age” z 6 października 1966 roku wyskoczył mi nagłówek: „W niedzielę rekonstrukcja historii rozbitków z Tonga”. Artykuł dotyczył sześciu chłopców, których znaleziono trzy tygodnie wcześniej na skalistej wysepce należącej do archipelagu Tonga na Oceanie Spokojnym (i będącej brytyjskim protektoratem do 1970 ro­ku). Zostali uratowani przez australijskiego kapitana statku po ponad roku przebywania na wyspie Ata. Zgodnie z treścią artykułu kapitan namówił nawet stację telewizyjną do nakręcenia inscenizacji przygód chłopców.

„Historia ich przetrwania już jest uważana za jedną z wielkich, klasycznych opowieści o morzu”, podsumowano w artykule.

W mojej głowie roiło się od pytań. Czy chłopcy jeszcze żyli? Czy uda mi się znaleźć nagranie z telewizji? Najważniejsze jednak było to, że miałem trop: kapitan nazywał się Peter Warner. Może on także jeszcze żył! Jak jednak mam odnaleźć starszego mężczyznę po drugiej stronie kuli ziemskiej?

Podczas szukania jego nazwiska ponownie uśmiechnęło się do mnie szczęście. W ostatnim numerze „Daily Mercury”, maleńkiej lokalnej gazety z Mackay w Australii, natknąłem się na nagłówek: „Tych przyjaciół łączy pięćdziesięcioletnia więź”. Obok wydrukowana została mała fotografia dwóch uśmiechniętych mężczyzn, jeden obejmował drugiego. Artykuł zaczynał się tak: „Daleko na plantacji bananów w Tullera, niedaleko Lismore, siedzi niesamowita para przyjaciół […]. Mężczyźni ci mają roześmiane oczy i promienieją energią, którą w ich wieku spotyka się już bardzo rzadko. Starszy ma 83 lata, jest synem bogatego przemysłowca. Młodszy, lat 67, to dosłownie dziecko natury”.

Ich nazwiska? Peter Warner i Mano Totau. A gdzie się spotkali?

Na bezludnej wyspie. […]

 

Prawdziwy Władca much, jak powiedział nam Mano, zaczął się w czerwcu 1965 roku.

Bohaterami tych wydarzeń było sześciu chłopców, uczniów St Andrew’s, surowej katolickiej szkoły z internatem w Nuku’alofa. Najstarszy z nich miał szesnaście lat, najmłodszy trzynaście, a łączyło ich jedno: szalenie się nudzili. Tęsknili za przygodą, a nie za odrabianiem zadań, za życiem na morzu, a nie za szkołą.

Wymyślili więc plan ucieczki: na Fidżi, jakieś osiemset kilometrów dalej, albo nawet do Nowej Zelandii. „Wiedziało o tym wiele dzieciaków ze szkoły”, powiedział Mano, „ale wszyscy myśleli, że to żart”.

Była tylko jedna przeszkoda. Nie posiadali łodzi, więc postanowili „pożyczyć” ją od pana Tanieli Uhili, rybaka, którego nie lubił żaden z nich. […]

Chłopcy popełnili poważny błąd. Zasnęli. Gdy obudzili się kilka godzin później, na głowy lała im się woda. Było ciemno. Widzieli tylko szalejące wokół spienione fale. Podnieśli żagiel, ale wiatr szybko rozerwał go na strzępy. Potem popsuł się ster. „Kiedy wrócimy do domu”, żartował najstarszy, Sione, „musimy powiedzieć Tanieli, że jego łódź jest taka jak on – stara i rozklekotana”.

W następnych dniach nie było zbyt wielu powodów do żartów. „Dryfowaliśmy przez osiem dni”, powiedział mi Mano. „Bez jedzenia. Bez wody”. Chłopcy próbowali łapać ryby. Udało im się zebrać trochę deszczówki w wydrążone łupiny orzechów kokosowych. Podzielili się nią po równo, każdy brał jeden łyk rano i jeden łyk wieczorem. Sione próbował gotować wodę morską na palniku gazowym, ale woda się wylała i chłopiec poparzył sobie nogę.

A potem, ósmego dnia, dostrzegli cud na horyzoncie. Ląd. Dokładniej mówiąc, małą wyspę. Nie tropikalny raj z falującymi palmami i piaszczystymi plażami, ale skały, wystające z bezkresnego oceanu. […]

 

„Zanim przybyliśmy”, pisał w swoich wspomnieniach kapitan Warner, „założyli małą komunę z ogródkiem, wydrążyli kilka drzew, by zbierać deszczówkę, zrobili siłownię z osobliwymi ciężarkami, boisko do badmintona, zagrodę dla kur i zapewnili sobie stały ogień – wszystko to pracą własnych rąk, przy użyciu jedynie starego noża i determinacji”.

To Stephen – późniejszy inżynier – po niezliczonych nieudanych próbach wreszcie wydobył iskrę z dwóch patyków. Podczas gdy chłopcy w literackim Władcy much doprowadzają do wygaśnięcia ognia, ich prawdziwi odpowiednicy pilnowali go z takim zapałem, że przez ponad rok nie zgasł ani razu.

Dzieciaki ustaliły, że będą pracować w dwuosobowych zespołach, i zgodnie z grafikiem dbały o ogród, kuchnię i obserwację morza. Czasami się kłóciły, ale wtedy za każdym razem rozwiązywały problem w imponująco prosty sposób – po prostu robiły sobie przerwę. Uczestnicy sporu udawali się na przeciwległe krańce wyspy, aby się uspokoić, i „po jakichś czterech godzinach”, wspomniał Mano, „sprowadzaliśmy ich z powrotem. Mówiliśmy: »Dobrze, a teraz się przeproście«”. To właśnie dzięki temu udało im się zachować przyjaźń19.

Ich dni zaczynały się i kończyły pieśnią i modlitwą. Kolo zrobił prowizoryczną gitarę z kawałka dryfującego drewna, połówki łupiny kokosa i sześciu stalowych drutów ocalałych z rozbitej łodzi (Peter zachował ten instrument przez wszystkie te lata) i czasem grywał na niej dla polepszenia nastroju.

A bardzo tego potrzebowali. Przez całe lato prawie nie padało i chłopcy szaleli z pragnienia. Próbowali zbudować tratwę, aby opuścić wyspę, ale fale rzuciły ją na skały i się rozbiła. Potem nad wyspą przetoczyła się burza, która powaliła drzewo. Spadło na ich chatę.

Co najgorsze, pewnego dnia Stephen poślizgnął się, spadł z klifu i złamał nogę. Pozostali chłopcy zeszli za nim na dół, a potem pomogli mu wrócić na górę. Nastawili mu nogę, używając patyków i liści. „Nie martw się”, żartował Sione. „Będziemy wykonywać twoją pracę, podczas gdy ty będziesz tu sobie leżał jak sam król Taufa’ahau Tupou!”

 

Chłopcy zostali wreszcie uratowani w niedzielę 11 września 1966 roku.

Fizycznie byli w świetnej formie. Miejscowy lekarz, doktor Posesi Fonua, wyraził później zdumienie umięśnionymi sylwetkami i doskonale wyleczoną nogą Stephena. […]

Gdy chłopcy wrócili do swych rodzin w Tonga, zapanowała radosna atmosfera. Powitała ich w domu prawie cała wyspa Ha’afeva, licząca około dziewięciuset mieszkańców. „Ledwo kończyło się jedno przyjęcie, a już zaczynały się przygotowania do następnego”, mówił narrator filmu z 1966 roku.

Peter został ogłoszony bohaterem narodowym. Wkrótce otrzymał wiadomość od samego króla Taufa’ahau Tupou IV, który zaprosił kapitana na kolejną audiencję. „Dziękuję za uratowanie sześciu moich poddanych”, powiedział Jego Królewska Mość. „Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić?”

Kapitan nie namyślał się długo. „Tak! Chciałbym łowić homary w waszych wodach i założyć tu biznes”.

Tym razem król wyraził zgodę. Peter wrócił do Sydney, zrezygnował z pracy w firmie ojca i zamówił nowy statek. Następnie kazał sprowadzić sześciu chłopców i podarował im to, co zapoczątkowało ich historię: możliwość zobaczenia świata poza Tonga. Zatrudnił Sione’a, Stephena, Kolo, Davida, Luke’a i Mano jako załogę swojej nowej łodzi rybackiej.

Nazwa łodzi? „Ata”. […]

 

Tak wyglądała prawdziwa historia Władcy much.

Okazuje się, że ta historia bardzo podnosi na duchu – tak jak bestsellerowe powieści, sztuki z Broadwayu i przebojowe filmy.

Jest to też historia, której nikt nie zna. Podczas gdy chłopcy z ‚Ata popadli w zapomnienie, książka Williama Goldinga nadal jest bardzo popularna. Historycy mediów uważają nawet jej autora za nieświadomego inicjatora jednego z najpopularniejszych dziś w telewizji gatunków rozrywki: reality TV.

Założeniem tych programów telewizyjnych, od Big Brothera po Temptation Island, jest to, że pozostawieni sami sobie ludzie wreszcie zaczynają zachowywać się jak bestie. „Kilkakrotnie czytałem Władcę much”, ujawnił w jednym z wywiadów twórca hitu Ryzykanci. „Najpierw przeczytałem książkę, gdy miałem około dwunastu lat, a potem, gdy miałem dwadzieścia i trzydzieści, a na końcu, gdy zaczęliśmy robić program”. […]

W innym reality show, Republice małolatów, próbowano kiedyś umieścić czterdzieścioro dzieci razem w opuszczonym mieście w Nowym Meksyku z nadzieją, że rzucą się sobie do gardeł. Ale tak się nie stało. „Co jakiś czas stwierdzali, że za dobrze się dogadujemy”, wspominał później jeden z uczestników, „i wymyślali coś, o co mielibyśmy się bić”.

 

Można by powiedzieć: jakie to ma znaczenie? Wszyscy wiemy, że to tylko rozrywka.

Ale rzadko wyreżyserowana czy zmyślona opowieść taką pozostaje. Podobne historie również mogą stanowić nocebo. W ostatnich badaniach psycholog Bryan Gibson wykazał, że oglądanie programów typu Władca much może sprawić, że ludzie staną się bardziej agresywni.

U dzieci korelacja między oglądaniem pełnych przemocy obrazów a agresją w wieku dorosłym jest silniejsza niż korelacja między azbestem a rakiem czy między spożyciem wapnia a masą kostną.

Cyniczne show mają jeszcze większy wpływ na sposób, w jaki patrzymy na świat. W Wielkiej Brytanii inne badanie wykazało, że dziewczęta, które oglądają więcej telewizji typu reality, częściej powtarzają, że bycie wrednym i kłamanie jest konieczne do osiągnięcia życiowego sukcesu. Jak podsumował badacz mediów George Gerbner: „Ten, kto opowiada historie kultury, tak naprawdę rządzi ludzkim zachowaniem”. Pora, żebyśmy opowiedzieli inną historię.

Prawdziwy Władca much jest opowieścią o przyjaźni i lojalności, która pokazuje, o ile jesteśmy silniejsi, jeśli znajdujemy w sobie oparcie. Oczywiście to tylko jedna relacja. Ale jeśli mamy zamiar sprawić, żeby Władcę much czytały miliony nastolatków, opowiedzmy im również o tym, jak prawdziwe dzieci zostały wyrzucone na brzeg bezludnej wyspy. „Wykorzystałem ich historię przetrwania na naszych zajęciach o naukach społecznych”, wspominał po latach jeden z nauczycieli chłopców w St Andrew’s High School w Tonga. „Moi uczniowie nigdy nie mieli jej dość”. […]

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×