fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Pomoc przyjdzie z dołu

Aktywiści pomogli tysiącom osób – uśmierzali ból i ratowali życia. Nie zdołali jednak zmienić narracji wokół granicy. Tocząca się debata została sprowadzona do bezpieczeństwa.
Pomoc przyjdzie z dołu
ilustr.: Piotr Depta-Kleśta

Funkcjonowanie pomocy humanitarnej w erze upadającej instytucji prawa międzynarodowego może wydać nam się trudne, a często nawet niemożliwe. Organizacje, które ją dostarczają, są zależne od reżimów, wojsk i dyktatorów, odpowiedzialnych za to, że dany kryzys w ogóle się zaczął.

Ten problem istnieje nie od dziś. W sierpniu 1994 roku w Rwandzie wciąż panował niepokój. Oddziały Hutu krążyły po wsiach i szukały tych, których wcześniej nie udało się wymordować. Kraj był jednak na tyle zrujnowany, że ludobójcy powoli zaczęli stawać się ofiarami własnych czynów, a wielu z nich było zmuszonych opuścić ojczyznę. Część Hutich zamieszkiwała obóz dla uchodźców w Gomie, mieście znajdującym się na terenie Demokratycznej Republiki Konga. Rwanda po masakrze okazała się na tyle zrujnowana, że wiele ofiar, jak i oprawców, nie miało w niej czego szukać. Obóz prowadzony był przez wiele organizacji humanitarnych, które dostarczały wodę, jedzenie, schronienie, środki higieniczne i leki. Brakowało tylko zdecydowanych działań w kierunku ukarania sprawców.

Dzisiaj tamte wydarzenia klasyfikujemy jako ludobójstwo i potrafimy wskazać winnych. Wówczas zachodnie media prezentowały odmienny obraz sytuacji. Czystka etniczna opisywana była jako konflikt zbrojny pomiędzy dwoma szczepami. Media nie odróżniały ofiar od sprawców, co pozwoliło organizacjom humanitarnym na zachowanie neutralności. Mimo to, dobroczyńcy prawdopodobnie zdawali sobie sprawę z tego, czego są świadkami. Obieranie strony było jednak niebezpieczne i mało opłacalne. Sprzeciwianie się Hutu wymagałoby zwiększenia wydatków i zorganizowania ochrony. Organizacje rozdawały jedzenie, dostarczały pomoc medyczną, spieniężały granty, a jednocześnie pozwalały Hutu na kontynuowanie mordów. Nie sprzeciwiły się nawet kiedy rząd Hutu na emigracji, który zdążył wytworzyć szerokie struktury na terytorium DRK, zarządził odprowadzanie „podatku wojennego”, czyli haraczu, który organizacje humanitarne miały płacić sprawcom. Na miejscu obecni byli amerykańscy, brytyjscy, kanadyjscy, izraelscy i holenderscy żołnierze. Mottem ich misji była „niezależność”, więc nikt nie zareagował. Wielu Tutsi dałoby się uratować, po prostu nikomu na tym nie zależało. Aby zrozumieć, dlaczego tak się stało, musimy cofnąć się o rok i przyjrzeć wydarzeniom, które miały miejsce ponad dwa tysiące kilometrów na wschód od Gomy –  w stolicy Somalii, Mogadiszu.

W roku 1992 prezydent Clinton wycofał z Mogadiszu amerykańskie wojska. Misja „Restore Hope”, w którą zaangażowane były kontyngenty wojskowe i pomoc humanitarna z całego świata, poniosła ostateczną porażkę, kiedy na ulice miasta runął pierwszy amerykański śmigłowiec Black Hawk. Państwa zachodnie miały wizję lepszej Somalii, w której nie rządziłyby klany i islamistyczny dyktator, ale niekorzystna dla Amerykanów sytuacja i własna pycha przekreśliły te starania. Problemy rozpoczęły się w momencie, w którym Amerykanie postanowili odsunąć od władzy generała Mohameda Farraha Aidida, watażkę kontrolującego wówczas Mogadisz. Schwytanie generała było niezwykle trudne, zaczęto więc organizować obławy na jego współpracowników. W potyczkach zaczęli ginąć cywile, a niechęć Somalijczyków wobec amerykańskiej obecności wzrosła. Podobne poglądy wobec operacji zaczęli przejawiać także obywatele USA. Klęska „Restore Hope” wpłynęła później na brak zaangażowania podczas ludobójstwa w Rwandzie. Obywatele USA nie chcieli po raz kolejny oglądać zdjęć przedstawiających ciała amerykańskich żołnierzy ciąganych po ulicach.

Poza dyskusją dotyczącą wątpliwej etyki pomocy humanitarnej oraz intencji organizatorów, wielu misji dotyczy także paradoks przemocy. Jeśli misja organizowana jest przez państwo lub koalicję państw, najprawdopodobniej będzie w nią zaangażowane wojsko. Z jednej strony obecność sił zbrojnych umożliwia dystrybucję pomocy i ochronę uczestników misji. Z drugiej, przez mieszkańców danego terenu może być odbierana jako próba okupacji. Rzeczywiście, w Somalii, gdzie ONZ-owska misja wydawała się uzasadniona, główną siłę stanowili Amerykanie, którzy w bezkompromisowy sposób usiłowali narzucić własny porządek. Inna próba okupacji, z perspektywy amerykańskiej skuteczna, miała miejsce w Afganistanie. W kilka miesięcy obalony został rząd Talibów i rozpoczęta budowa nowego państwa. Dwadzieścia lat rządów Amerykanów zakończyło się spektakularną porażką, upadkiem państwa i powrotem Talibów do władzy.

Istnieje także scenariusz, w którym ani osoby u władzy ani państwa trzecie nie życzą sobie, aby ktokolwiek dostarczał pomoc humanitarną. Tak dzieje się obecnie w strefie Gazy, gdzie blokada morska trwa od 1991 roku. Po 7 października 2023 Izrael prawie zupełnie uniemożliwił wjazd żywności i leków na teren strefy. Pomoc humanitarna była wpuszczana jedynie okazjonalnie i w niewystarczającym wymiarze.

Pomocy wstęp wzbroniony

W kwietniu 2026 roku kolejna Flotylla Summud wyruszyła do Gazy. Misja miała dwa cele. Pierwszym z nich, tak jak w Rwandzie, było dostarczenie pomocy humanitarnej. Drugim – przełamanie blokady morskiej Gazy. To właśnie przez ten drugi oraz przez stanowcze opowiedzenie się po stronie ofiar ludobójstwa w Gazie członkowie Flotylli nie zostali w mediach przedstawieni jako pracownicy humanitarni, ale jako aktywiści. Dostarczenie pożywienia i leków było istotne, ale płynący przede wszystkim chcieli zburzyć barierę, którą nacjonaliści z Tel Awiwu zbudowali, aby odciąć Palestyńczyków od świata.

Flotylla spotkała się z chłodnym przyjęciem europejskich społeczeństw. Media głównego nurtu niechętnie donosiły o postępach misji. Dystans zachował także polski rząd. Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie potępiło nawet zatrzymania aktywistów na wodach międzynarodowych. Radosław Sikorski zareagował dopiero, kiedy do sieci trafiło nagranie z udziałem Itamara Ben-Gwira. Na filmie Izraelski minister bezpieczeństwa przechadza się pomiędzy klęczącymi aktywistami, mówiąc: „Witajcie w Izraelu. To my jesteśmy panami domu”.

Zachowanie Ben-Gwira jest skandaliczne, ale jeszcze mocniej szokuje fakt, że porwanie wolontariuszy humanitarnych, wśród których część stanowili obywatele państw Unii Europejskiej, miało miejsce na wodach międzynarodowych. Tak czy inaczej, MSZ mogło pokusić się o coś więcej niż ostry komentarz i wezwanie chargé d’affaires Izraela w Warszawie w celu „przekazania mu naszego oburzenia”.

Ostateczny bilans podróży aktywistów do Gazy prezentuje się dość ponuro. Uczestnicy Flotylli nie zdołali dostarczyć żadnej pomocy humanitarnej, a część z nich doznała krzywdy ze strony izraelskich wojskowych. Poza pobiciami i poniżaniem aktywistki były narażone na przemoc seksualną. Jedynymi rezultatami misji są więc straumatyzowani uczestnicy, zniszczona pomoc humanitarna i dryfujące bez załogi łodzie, które do dzisiaj co jakiś czas osiadają na plażach Morza Śródziemnego.

Aktywistom nie udało się spełnić wyznaczonych celów, ale osiągnęli coś innego. Pokazali, że istnieją ludzie, którzy wyobrażają sobie lepszy świat i nie zamierzają siedzieć z założonymi rękami. Ludobójstwo w Gazie to wojna poznawcza. Izrael, blokując Palestyńczykom dostęp do pomocy i brutalnie przechwytując łodzie, które miały ją dostarczyć, kreuje wizję świata, w którym zwycięża najsilniejszy, a z władzami trzeba się bezwzględnie zgadzać. Uczestnicy Summud dają alternatywę: „Tak nie musi być, świat może być lepszy”.

Flotylla należała do przedsięwzięć mających na celu przeciwdziałanie ograniczeniu pomocy humanitarnej przez państwa. Tego typu organizacje są tymczasowe i służą wypełnieniu konkretnych założeń. Kiedy przestają być potrzebne, dochodzi do ich samorozwiązania – i na tym polega to oznacza ostateczne zwycięstwo. To założenie odmienne od tego, którym kieruje się większość znanych organizacji humanitarnych, takich jak Polska Akcja Humanitarna lub Czerwony Krzyż, nastawionych na długotrwałe, nierzadko wielokierunkowe działania. Powstawanie coraz liczniejszych, alternatywnych form pomocy, które na potrzeby tego tekstu możemy nazwać „protestem humanitarnym” to coraz powszechniejsze w ostatnich latach zjawisko.

Polacy nie gęsi

Swój kryzys mamy. O wydarzeniach na granicy polsko-białoruskiej napisano bardzo wiele. Od sytuacji w Usnarzu Górnym minęło już pięć lat. Chociaż wydarzenia na Podlasiu mają zupełnie inną skalę niż te w Gazie lub Somalii, tu także zawiodły państwo oraz Unia Europejska.

Kryzysu można było uniknąć – wystarczyło przestrzegać prawa. Wyróżnia ono pięć rodzajów ochrony międzynarodowej: status uchodźcy, azyl, ochronę uzupełniającą, pobyt humanitarny i pobyt tolerowany. Kwestie te reguluje ustawa o udzielaniu cudzoziemcom ochrony na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej z 13 czerwca 2003 roku. Prawo do azylu gwarantuje także 56 Art. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Gdyby Straż Graniczna działała zgodnie z procedurami, nie doszłoby do krzywdy tak wielu ludzi.

W odpowiedzi na działania rządu powstała Grupa Granica, będąca zrzeszeniem organizacji wspierających migrantów i uchodźców na terenie Polski. Działania tego konsorcjum można określić terminem „protest humanitarny”. Osoby zaangażowane miały dwa zasadnicze cele: pomoc osobom w drodze i nagłośnienie nielegalnych działań rządu. Aktywiści pomogli tysiącom osób –  uśmierzali ból i ratowali życia. Nie zdołali jednak zmienić narracji wokół granicy. Tocząca się debata została sprowadzona do bezpieczeństwa. Dziś ze świecą szukać polityków i działaczy społecznych traktujących migrację jako zwyczajny proces, który trzeba uregulować, a nie zwalczyć. Według sondażu przeprowadzanego w styczniu 2026 roku przez United Surveys dla Wirtualnej Polski, niemal dwóch na trzech Polaków twierdziło, że Polska powinna zmniejszyć liczbę przyjmowanych migrantów. Nienawiść, którą na żywo transmitowały kamery wszystkich telewizji w Polsce, prawie zupełnie przykryła nieliczne akty solidarności ze strony polityków, takich jak Franciszek Sterczewski, który próbował dostarczyć Afgańczykom jedzenie. Echa dyskusji na temat polskiej polityki migracyjne rozbrzmiały jeszcze na chwilę, kiedy w 2023 roku miała miejsce premiera „Zielonej Granicy” Agnieszki Holland. Po wygranych przez KO wyborach praktycznie wszyscy o granicy zapomnieli, a pielęgnowany latami lęk przed obcym zaczął zwracać się w stronę Ukraińców.

Grupa Granica prezentowała odmienne podejście. Podobnie jak Summud, proponowała alternatywę dla okrutnej polityki państwa. Takich protestów humanitarnych jest w Europie więcej. Na szlaku bałkańskim działa Border Free Association, a wcześniej także Fresh Response, które po pięciu latach funkcjonowania dokonało samorozwiązania. Oba stowarzyszenia cechowały się niską hierarchicznością i tymczasowością. Były także obiektem represji ze strony państw, na terenie których działały.

W Polsce tylko w okresie od czerwca 2023 do czerwca 2024 zapadło 20 wyroków w sprawach 42 aktywistów oskarżonych o przebywanie na terenie strefy przygranicznej lub przerzucania rzeczy przez granicę państwową. Wszystkie orzeczenia sądów zakończyły się uniewinnieniem.

Jednym z najgłośniejszych przypadków było oskarżenie pięciu aktywistek i aktywistów o ułatwienie przebywania migrantów na terenie RP dla własnej korzyści majątkowej lub osobistej. Czterem osobom postawiono zarzuty w sprawie przewiezienia migrantów w głąb kraju, a jednej dostarczenia im jedzenie, picia i ubrań. Wspomnianymi migrantami była rodzina Kurdów z dziećmi w wieku dwa, pięć, siedem, dziesięć, dwanaście, czternaście oraz szesnaście lat oraz obywatel Egiptu. Cała piątka oskarżonych została uniewinniona.

Podobne postępowania od wielu lat toczą się w innych krajach unijnych. Tylko w 2024 roku toczyły się 142 sprawy aktywistów zaangażowanych w pomoc migrantom. W 2025 przed sądem stanęło co najmniej 110 osób. Państwa unijne, nie przestrzegając prawa międzynarodowego, same powodują zagrożenie życia migrantów, a następnie ścigają tych, którzy starają się pomagać.

Generałowie i chleb

Uchodźcy przybijający do brzegów Europy nie biorą się znikąd. Konflikt w Sudanie trwa od 2023 roku, a sytuacja na miejscu z miesiąca na miesiąc wygląda coraz gorzej. Siły Szybkiego Wsparcia, na czele których stoi Mohamed Dagalo, walczą z Siłami Zbrojnymi Sudanu prowadzonymi przez Abd al-Burhana – formalnie głowę państwa. Spór pierwotnie dotyczył czasu integracji paramilitarnych Sił Szybkiego Wsparcia do sudańskiej armii. Al-Burhan postulował, aby SSW włączyło się w struktury państwowe w ciągu dwóch lat. Dagalo chciał zachować wpływy i rozłożyć proces na całą dekadę. Podyktowane ambicjami rozgrywki polityczne przerodziły kraj w piekło na ziemi. Wojna domowa pochłonęła życie co najmniej 150 tysięcy ludzi. Niektóre organizacje szacują, że liczba zabitych może sięgać nawet 400 tysięcy. Niemal 25 milionów ludzi jest zagrożonych głodem. Jednocześnie obie strony konfliktu ograniczają Sudańczykom dostęp do pomocy humanitarnej. W odpowiedzi na kryzys powstało ponad czterysta kuchni społecznych, które starają się pozyskać środki z zagranicy i rozdysponować pożywienie w swoich społecznościach. Według szacunków tylko w regionie Chartumu zapewniają one wyżywienie ponad milionowi osób. Organizacje działają w ekstremalnych warunkach – ich zasoby są plądrowane przez przedstawicieli obydwu stron konfliktu, a nad wolontariuszami stale wisi zagrożenie życia i zdrowia. Duża część kuchni ma charakter nieformalny. Z jednej strony pomaga to w utrzymaniu anonimowości i zachowaniu bezpieczeństwa inicjatyw, z drugiej utrudnia pozyskiwanie środków. Zachodni donatorzy niechętnie wysyłają przelewy na prywatne konta bankowe nieznajomych Sudańczyków.

Powyższa sytuacja to niemal modelowy przykład oddolnej pomocy humanitarnej. Ogromna grupa ludzi codziennie podejmuje ryzyko utraty życia, aby ich współobywatele mieli co jeść. Kuchnie nie są zaangażowane politycznie. Nie mają na to przestrzeni. Samo ich istnienie jest aktem oporu, sygnałem, że w Sudanie cały czas są ludzie, którzy mają siłę przeciwstawić się tyranom.

Podobna sytuacja panuje w Mjanmie, gdzie w 2021 roku doszło do siłowego przejęcia władzy przez juntę wojskową. Przewrót był udany, ale walki toczą się do dziś. Armia kontroluje większość terytorium kraju, ale nie zdołała pokonać i rozbroić grup oporu. Według szacunków Specjalnej Rady Doradczej ds. Mjanmy, pozarządowej organizacji eksperckiej wspierającej opozycję w kraju, wojsko sprawuje ścisłą kontrolę nad jedynie 14 procentami powierzchni Mjanmy. Kiedy w 2025 roku w kraj uderzyło trzęsienie ziemi, junta wykorzystała katastrofę do zduszenia oporu. Ograniczała w tym celu dostęp do pomocy humanitarnej w regionach, gdzie aktywna jest opozycja. Podobnie jak w Sudanie, dziurę po zagranicznej pomocy humanitarnej zapełniły małe, często nieoficjalne organizacje. Stowarzyszenia te działają po partyzancku – posługują się gotówką i współpracują z lokalnymi przedsiębiorcami. Działają pod przykrywką i sprawnie dzielą się dostępnymi funduszami. Część z nich pochodzi z kont organizacji humanitarnych, reszta szmuglowana jest przez tajską granicę, nad którą junta sprawuje ograniczoną kontrolę. Na przykład organizacja The Back Pack Health Worker Team, zgodnie ze swoją nazwą zajmuje się pieszym przemytem pomocy medycznej. W pomoc zaangażowani są zarówno mieszkańcy Birmy na uchodźctwie, jak i Tajowie.

Oddolna pomoc humanitarna stanowi ciekawy przykład ludzkiej solidarności. Formuje się w miejscach, gdzie z różnych powodów nie mogą operować duże organizacje ani struktury państw trzecich. To ostateczność, która wiąże się z ryzykiem dla działaczy. Konsekwencje mogą ograniczać się „jedynie” do procesu sądowego, jak to miało miejsce w Polsce. Jak jednak pokazują wydarzenia związane z misją Flotylli Summud lub dramatyczna sytuacja w Sudanie, oddolni wolontariusze często ryzykują też życiem. Choćby z tego powodu warto pamiętać, że jeśli kiedyś rakiety będą przelatywały nad naszymi głowami, najprawdopodobniej znajdzie się sąsiad, pani zza lady, znajomy lub nieznajomy, który nam pomoże. Dlaczego? Nie wiadomo. Najwyraźniej my ludzie już tacy jesteśmy.



Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×