fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Polskość na wczasach

ilustr.: Tomek Kaczor


 
Odkurzając pojęcie krajoznawstwa, nie chcę namawiać do masowego wstępowania do lokalnych kół PTTK. Zależy mi raczej na popularyzacji określonej postawy wobec polskiej kultury, historii i przestrzeni. Postawy, która choć rewolucji nie przyniesie, ma szansę pozytywnie wpłynąć na jakość polskiego życia społecznego.
 
Krajoznawstwo to dziś mało pociągające hasło. Kojarzy się z dwutygodniowym pobytem w letniskowym domku z dykty, stojącym jednak nieco zbyt daleko od morza, i kolacją podaną na zastawie z wyblakłym logo PTTK. O ile chęć wymazania z pamięci wczasów w zatłoczonym ośrodku wypoczynkowym jest zrozumiała, o tyle wykreślenie ze słownika pojęcia „krajoznawstwo” byłoby błędem. Łączą się z nim bowiem idee i wzorce postaw, które w żadnym stopniu nie straciły na aktualności. Żeby jednak móc w pełni docenić ich potencjał, trzeba sięgnąć do historii.
 
Druga połowa XIX wieku to okres gwałtownego rozwoju turystyki wypoczynkowej. Świat pokrywał się gęstniejącą z roku na rok siecią kolejową, silnik parowy zrewolucjonizował żeglugę, a początek kolejnego stulecia przyniósł narodziny motoryzacji. Wraz z postępem technologicznym, przemieszczanie się zajmowało coraz mniej czasu i stawało się coraz tańsze. Rosła więc liczba mieszkańców Berlina, którzy mogli pozwolić sobie na wyjazd do uzdrowiska w Baden-Baden; Francuzów z południa, napawających się przepychem stolicy; Anglików, przechadzających się po starożytnych zaułkach Rzymu. Turystyka masowa stała się faktem, choć w pełni rozwinąć mogła się dopiero, gdy w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, kiedy upowszechniło się prawo do urlopu.
 
W naszej części dziewiętnastowiecznej Europy sytuacja była znacząco inna niż na Zachodzie. Wobec małej liczebności i względnego ubóstwa mieszczaństwa, turystyka nie mogła się w takim stopniu umasowić. Podróże, zwłaszcza te zagraniczne, pozostały domeną bardzo wąskiej elity finansowej. Na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej szczególnej wagi nabrało za to krajoznawstwo, zjawisko pokrewne turystyce, ale wykraczające poza jej ramy. Masowa turystyka pełniła, i zapewne pełni nadal, ważne funkcje społeczne. Część badaczy twierdzi na przykład, że dopiero dzięki rozwojowi turystyki możliwe było powstanie jednej, obejmującej cały kontynent kultury amerykańskiej. W rozdartej między trzech zaborców Polsce krajoznawstwo było jednak nie tyle zjawiskiem społecznym, co świadomie realizowanym projektem politycznym.
 
Rewolucyjny krajobraz
 
Nowoczesny, a więc świadomy swojego istnienia naród polski rodził się w zniewoleniu. W drugiej połowie XIX wieku pozbawiony własnego państwa lud, na pytanie „Kto ty jesteś?” wciąż odpowiadał raczej „Jestem stąd” niż „Polak mały”. Realna była więc groźba, że prowadzona przez zaborców polityka – odpowiednio – germanizacyjna i rusyfikacyjna okaże się skuteczna. Problem wątłego utożsamienia się z polskością nie dotyczył jednak wyłącznie stanowiących zdecydowaną większość chłopów, ale też lepiej wykształconych grup. Krajoznawstwo, którego istotą jest postulat poznawania własnego kraju, realizowany poprzez popularyzację podróży po Polsce, wydawanie przewodników, organizowanie muzeów i bibliotek oraz publikowanie wyników badań etnograficznych, historycznych i geograficznych, było jednym ze sposobów umacniania polskiej tożsamości.
 
Wywrotowy charakter krajoznawstwa polegał także na tym, że przekraczało ono granice zaborów. Wydawany w latach 1880-1902 „Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych ziem słowiańskich”, zawierający różnorodny opis niemal wszystkich terenów dawnej Rzeczpospolitej, unieważniał dzielące Polaków granice zaborów. Podobnie zorganizowana w 1912 roku w Poznaniu wielka wystawa „Krajobraz Polski”. Wymowa tych działań była jednoznaczna: Polska, choć „chwilowo” podzielona, wciąż stanowi jedność i ma prawo do zjednoczenia.
 
Organ
 
W latach 80. XIX wieku główną platformą wymiany myśli polskich krajoznawców było czasopismo geograficzno-etnograficzne „Wisła”. Publikowali na jego łamach znani badacze, jak na przykład etnograf Jan Karłowicz czy ojciec polskiej socjologii, Ludwik Krzywicki. Tematyka poruszana w „Wiśle” była dość zróżnicowana. Można w niej było znaleźć teksty spisywanych po wsiach piosenek ludowych, także żydowskich; przeczytać o funkcjonujących na terenie Królestwa Polskiego apokryfach judeochrześcijańskich albo o miejscu bydła w kulturze ludowej, czemu poświęcony został cały numer. Znajdziemy w nim między innymi listę ponad stu, uporządkowanych według regionów występowania, przezwisk nadawanych przez chłopów krowom (pudlora, krasula, burocha, szadocha), spis przesądów związanych z bydłem oraz dotyczących je obrzędów religijnych: „W dzień Zielonych Światek – notował jeden z badaczy – pastuchowie splatają z zielonych gałązek wianki lub bukiety i sami się w nie przystroiwszy, stroją niemi także rogi wołów i krów”.
 
„Wisłę” zapełniały nie tylko prace poważnych naukowców, ale też materiały nadsyłane do redakcji przez etnografów-amatorów. Jeden z nich podzielił się następującą obserwacją, zamieszczoną w rubryce „Drobiazgi ludoznawcze”: „Gęsia dusza: dochodzenie w pewnej sprawie kryminalnej w Kielcach ujawniło osobliwy zabobon, wiążący się z przysięgą. Ex-lokaj G. podał koledze swemu S. gęsie pióro, a ten rozgryzł je i duszę z pióra umieścił pod językiem przy składaniu przysięgi. W niedowarzonej głowie chłopaka miało to znaczyć, że on przysięga nie na własną, lecz na gęsią duszę…”
W 1906 roku zawiązano Polskie Towarzystwo Krajoznawcze. Zyskując formalną strukturę, krajoznawstwo przestało być wyłącznie dziedziną wiedzy, stając się także ruchem społecznym. Na jego czele stanął Zygmunt Gloger, którego prace o kulturze staropolskiej nadal stanowią cenne źródło informacji o tej epoce. Kilka lat po utworzeniu Towarzystwa zaczęło ukazywać się nowe czasopismo krajoznawcze, „Ziemia”, które w okresie międzywojennym miało status oficjalnego organu PTK. Teksty programowe były tam jednak w mniejszości. Dominowały materiały etnograficzne i folklorystyczne, jak na przykład frywolna piosenka zebrana we wsi Jaksice pod Krakowem:
 
Pod zielonem dębem
 
Wywija chusteczkom
mój Jasień kochany.
Wywija, wywija,
drobne listy pise,
już to nie panienka,
co dzicie kołyse.
 
Kołyse, kołyse
i pocyna płakać:
abo mi wianecek wróć,
abo mi go zapłać.
 
Pijałaś, latałaś,
przegrywałaś w karty,
myślałaś, Kasieniu,
że to bedo żarty.
 
Żebyś ty, Kasieniu,
kalwaryjo miała,
tobyś jo przepiła
i przetańcowała

 

ilustr.: Tomek Kaczor


Ogólnopolska tutejszość
 
Budowana przez krajoznawstwo wspólnotowość była bardzo szczególnego typu. Nie nawiązywała do wykreowanej w dobie romantyzmu wizji narodu jednoczonego przez trudnego do uchwycenia polskiego ducha. O odwołaniu do wzorca narodu obywatelskiego również nie może być mowy – po prostu nie te czasy. No i państwo polskie akurat nie istniało. Nie przypominała też narodu etnicznego, dla którego spoiwem jest wspólna kultura, język i historia. A im historia dokładniej wypreparowana, im opowieść o przeszłości bardziej jednoznaczna, tym wspólnota etniczna mocniejsza. Krajoznawstwo wyzwalało emocjonalny związek z niezwykłą różnorodnością kulturową, językową i religijną Polski, a także z jej naturą i krajobrazem. Jej rdzeniem nie była określona narracja historyczna, ale otwartość na to, co inne, ujęte w ramę przestrzenną wyznaczoną przez granice I RP.
 
Wpisana w definicję krajoznawstwa otwartość na inne niż dominujące zwyczaje, religię i kulturę oraz wspólnotowy wymiar tej idei powodował, że była ona pociągająca dla mniejszości narodowych. W międzywojniu bardzo prężnie rozwijało się krajoznawstwo żydowskie. Stanowiło uzupełnienie dla bliskiego części Żydów hasła „tutejszości” – nie rezygnując z własnej odrębności religijnej i kulturowej, Żydzi ci chcieli, aby Polska przestała być dla nich krajem wygnania i stała się domem. A związać się emocjonalnie z dużym przecież krajem pozwalało lepsze jego poznanie.
 
W dzisiejszej Polsce monopol na kształtowanie narodowej tożsamości ma prawica. Ona wyznacza najważniejsze punktu odniesienia w polskiej historii, wydaje bądź odbiera certyfikaty patrioty, definiuje polskość. Nie jest to z jej strony jakaś szczególna uzurpacja. Lewica, a w dużej mierze także osoby identyfikujące się z hasłami liberalnymi, nie mają w tej kwestii wiele do powiedzenia. I często nie chcą mieć. Swoje postulaty sprowadzają do zawężonego do granic możliwości patriotyzmu obywatelskiego, na przykład uczciwego płacenia podatków. Nie pozwala to jednak na budowanie wspólnoty, bo nie angażuje emocji. W Polsce wytworzenie wspólnoty obywatelskiej z prawdziwego zdarzenia jest zresztą o tyle trudne, że nie umiemy być dumni z własnego państwa. I nic w tym dziwnego, skoro w przeważającej części ostatnich dwustu lat władza państwowa była przynoszona na bagnetach.
Zakodowaną niemal we krwi nieufność do instytucji państwa należy przełamywać. W przeciwnym wypadku bardziej obywatelska niż etniczna wizja narodu pozostanie mrzonką. Jest to jednak praca na pokolenia. Być może należy zatem sięgnąć do wzorców wypracowanych w czasach, kiedy własnego państwa nie mieliśmy, i równolegle próbować rozwijać mniej obciążoną historycznie wspólnotowość opartą na przywiązaniu do kraju. Może nawet nie do całego kraju, nie chodzi tu bowiem o ukochanie jakiegoś wyobrażenia o Polsce kreowanego przez narodowych wieszczów, ale o więź z ulubionymi krajobrazami, konkretnymi miastami i wsiami, placami i budynkami.
 
W pociągu InterRegio
 
W 1918 roku Polska odzyskała niepodległość. Jednym z podstawowych zadań stających wówczas przed nowymi władzami było sklejenie w całość trzech części kraju – od ponad stu dwudziestu lat rozwijających się osobno. Dużym nakładem pracy budowano więc wspólny system administracyjny, reorganizowano przemysł i wytyczano linie kolejowe, przecinające dawne, wyznaczone przez zaborców granice. Wobec radykalnej zmiany rzeczywistości politycznej, zmienić musiała się też społeczna rola krajoznawstwa. W czasie rozbiorów krajoznawcy rozpinali nici między żyjącymi pod panowaniem różnych władców Polakami, aby utrzymać ich w poczuciu wzajemnej przynależności. Teraz działalność ruchu krajoznawczego miała umocnić te więzi. A umacnianie narodowej tożsamości nie było łatwe w kraju, którego obywatele wychowywali się pod wpływem kultur państw ościennych. Dodatkowym utrudnieniem było to, że podziały dokonane przez zaborców nałożyły się na istniejące na terenie odrodzonej Polski regionalizmy i w wielu przypadkach je wzmocniły.
Zasadne wydaje się w tym miejscu pytanie, czy krajoznawcy, deklarując chęć wzięcia udziału w misji scalania narodu, nie sprzeniewierzali się swojej pasji etnograficznej, przywiązaniu do lokalności i „swojszczyzny”? W artykule wstępnym do wznowionej w 1919 roku „Ziemi” czytamy: „Jednoczenie się we wspólnych dążeniach nie powinno pociągać za sobą zniwelowania i zatarcia wszelkich różnic w wewnętrznym życiu kulturalnem. Zarówno Kaszuba nadmorski jak Góral podtatrzański powinni nadal pozostać przede wszystkim sobą”. Nie może być więc mowy o zdradzie ideałów. Teoretykom krajoznawstwa udało się za to wypracować pomysł na umacnianie narodowej tożsamości nie poprzez niwelowanie regionalnych różnic, ale przez ich poznawanie, a co za tym idzie, także oswajanie. Dzięki krajoznawczym opracowaniom, odczytom i publikacjom odmienności regionalne miały stać się dobrem ogólnonarodowym i ważnym elementem polskości jako takiej.
 
Wymordowanie polskich Żydów, wojenne i powojenne masowe przesiedlenia, wymuszony powrót do „piastowskiego” przebiegu granic oraz tłumiący wszelkie oddolne działania ustrój komunistyczny spowodowały, że Polska jest dziś krajem niemal jednolitym kulturowo. Na pozór sytuację tę powinna pogłębiać postępująca globalizacja, a jednak regionalizmy zaczynają się w Polsce odradzać. I nie chodzi tu tylko o robiący ostatnio furorę ser koryciński czy oscypek znów robiony z owczego, a nie krowiego mleka. W coraz większej liczbie szkół na Kaszubach dzieci mogą uczyć się języka swoich pradziadków, którego ich rodzice nigdy nie poznali. Z roku na rok rośnie grupa polskich obywateli przyznających się do narodowości śląskiej, ale też łemkowskiej czy właśnie kaszubskiej. Zaproponowany niemal sto lat temu przez liderów ruchu krajoznawczego wzór postawy wobec różnic regionalnych wydaje się być dobrą odpowiedzią na obawy tych, którzy w odradzającej się różnorodności widzą zagrożenie dla polskiej tożsamości.
 
Odkrywanie nowych lądów
 
„Dziś, w czasach olbrzymiego rozrostu przemysłu – pisał w 1912 roku jeden z głównych teoretyków krajoznawstwa, Kazimierz Kulwieć – w dniach rozwoju miast, człowiek kulturalny wyrwany został z bezpośredniego zetknięcia z przyrodą, pozbawiony dobroczynnych jej wpływów, stał się niejako – własnej przyrody ojczystej wygnańcem”. Pracującym wiele godzin dziennie, także w soboty, i nieznającym jeszcze urlopów mieszkańcom miast trudno było z nich wyjechać choćby na chwilę. Natura, wiejski krajobraz, ale też żyjący pośród niego ludzie stanowili w ich odczuciu zupełnie odrębny świat. Działało to także w drugą stronę, przybierając zapewne jeszcze skrajniejszą formę. Popularyzacja krajoznawstwa miała pomóc ten głęboki rów zasypać.
 
Wyrwanie się na kilka dni za miasto nie stanowi dziś szczególnej trudności. Mentalna bariera między metropoliami a małymi miejscowościami i wsią nadal jest jednak duża. Wiejskość zepchnięta została do narożnika i nie kojarzy się z niczym pozytywnym. Pochodzenia wiejskiego wypada się w mieście wstydzić. Wszystko, co poza centrami, uznawane jest za ziemię jałową, a żyjący na niej ludzie oskarżani są o brak jakiejkolwiek inicjatywy. Nie neguję często rzeczywiście trudnej sytuacji ekonomicznej na wsi. Generalna wizja nie-miejskości jest jednak pełna szkodliwych, utrwalających problem uprzedzeń. Uprzedzeń, które bez wątpienia złagodziłoby zwiedzenie odrestaurowanych rynków polskich miasteczek, obejrzenie zadbanych gospodarstw i parkujących w obejściach traktorów firmy John Deere albo Lamborghini czy wizyta w postpegieerowskiej wsi, której mieszkańcy założyli muzeum PGR-u co roku przyciągające sporą liczbę zwiedzających.
 
A skoro już o zwiedzających mowa, warto zastanowić się nad tym, jak mają się do siebie krajoznawstwo i turystyka krajowa. Na wstępie trzeba sobie jasno powiedzieć, że Polska jest krajem umiarkowanie atrakcyjnym turystycznie. Łatwo znaleźć w Europie rynek ładniejszy niż ten w Zamościu, katedrę efektowniejszą niż ta w Gnieźnie i góry bardziej okazałe niż Tatry. Co więcej, zmuszeni jesteśmy przez historię zwiedzać raczej to, co było, a nie jest, i śledzić losy tych, których już tutaj nie ma. Jeździmy więc po południowo-wschodniej Polsce, szukając śladów po wchłoniętych już przez las wsiach łemkowskich. Przechadzamy się po miasteczkach na „Ziemiach Odzyskanych”, podziwiając poniemiecką architekturę. O żydowskim życiu w Warszawie świadczyć może niemal wyłącznie cmentarz. Jeśli jednak włożymy trochę wysiłku, stanie nam przed oczami unikatowa mieszanka kultur, religii i obyczajów, która jeszcze nie tak dawno wypełniała Polskę. Nie chodzi więc o to, aby przekonywać samych siebie, że nad Wisłą jest piękniej niż gdziekolwiek indziej, a Mazury zasługują na tytuł ósmego cudu świata. Zaangażowanie w krajoznawstwo uświadamia jednak, że zwiedzanie Polski może być podobnie emocjonujące, co objazd po dalekich lądach. Choć Polska jest mało atrakcyjna turystycznie, to krajoznawczo jak najbardziej.
 
Tekst pochodzi z 24. numeru kwartalnika „Kontakt” zatytułowanego Pols-kość niezgody.
 
UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury!
 

 

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×