Gdy spada liczba mieszkańców, powstaje miejsce. Gdy zmniejsza się populacja pracowników, rodzi się popyt na migrantów. W obecnych realiach ekonomicznych mamy w Polsce miejsce na przynajmniej dwieście tysięcy migrantów rocznie. Potrzebujemy ich, aby generowali dochód narodowy, pomogli utrzymać jakość życia i poziom rozwoju gospodarczego. O tych kwestiach jeszcze rozmawiamy. Znacznie rzadziej mówimy już, że po prostu potrzebujemy zastrzyku nowych ludzi: sąsiadów i sąsiadek w kurczącym się społeczeństwie. Takie postawienie sprawy budzi bowiem społeczny niepokój, w związku z czym poważnej dyskusji brak. Wygląda na to, że jedyną przestrzenią, w jakiej na migrantów nie ma miejsca, jest nasza kolektywna polska głowa.
Różnorodność już tu jest
Pierwsze dziecko urodzone w 2026 roku w Warszawie to Abigail, córka pary migrantów. Pięć procent dzieci rodzących się obecnie w Polsce ma zagraniczne korzenie, a odsetek ten wciąż rośnie. Około dziesięciu tysięcy Polek i Polaków rocznie zawiera związek małżeński z osobą pochodzącą z innego kraju. Ponad dziesięć tysięcy obcokrajowców rocznie uzyskuje polskie obywatelstwo.
Srebrny medal na igrzyskach olimpijskich wywalczył niedawno panczenista Władimir Semirunnij: naturalizowany obywatel o korzeniach migranckich. Tak już jest i będzie. Migranci i migrantki stanowią obecnie około siedmiu-ośmiu procent polskiego społeczeństwa, w którym zajmują różne miejsca i role. Trudno ich dokładnie policzyć: są w Polsce uchodźcy z Ukrainy (nieco poniżej miliona – wiemy to z bazy danych PESEL), są Ukraińcy, którzy przyjechali przed pełnoskalową inwazją Rosji. Mieszkają też przybysze z innych krajów: pracują, uczą się, są członkami rodzin Polek i Polaków albo przedsiębiorcami.
W połowie lutego 2026 roku Urząd do Spraw Cudzoziemców informował o blisko milionie obcokrajowców, którzy posiadają ważne dokumenty pobytowe. Większość z nich to mężczyźni, ponad połowa to osoby w wieku od osiemnastu do sześćdziesięciu lat. Co trzeci migrant żyje w województwie mazowieckim, ale od kilku lat coraz liczniej zamieszkują w województwach dolnośląskim, wielkopolskim, małopolskim i pomorskim. Nawet w najmniej popularnych wśród cudzoziemców województwach (takich jak na przykład warmińsko-mazurskie), ich odsetek sięga dwóch procent. To dwa razy więcej niż średnia ogólnopolska sprzed pięciu lat.
Rzetelne dane na temat migrantów legalnie pracujących zbiera i corocznie publikuje ZUS. Wynika z nich, że zarejestrowanych jako płatnicy ubezpieczeń na koniec 2025 roku było prawie 1,3 miliona cudzoziemców. Osoby z Ukrainy stanowią mniej więcej dwie trzecie tej liczby. Pozostali stanowią coraz bardziej różnorodną grupę pochodzącą z wielu krajów: Białorusi, Rosji, Gruzji, Turcji, Mołdawii, Wietnamu, Indii czy Chin.
Kiedy eskalacja wojny w Ukrainie zatrzymała migrację mężczyzn, rynek zareagował wzmożoną rekrutacją pracowników z odleglejszych krajów: Kolumbii, Filipin, państw środkowej Azji, a także Indii, Bangladeszu czy Pakistanu i Nepalu. Popyt na pracowników wywołał bardzo duży wzrost liczby migrantów z tych krajów – w przypadku Kolumbii nawet stuczterdziestokrotny w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W 2024 roku ZUS odnotował 15,2 tysiąca kolumbijskich pracowników – w 2015 było ich zaledwie stu. W rezultacie nasze społeczności stały się jeszcze bardziej zróżnicowane.
Dwa nurty myśli (i działań)
Na północnym krańcu Danii, przy cyplu Skagen, spotykają się wody dwóch mórz – Północnego i Bałtyckiego. Różnią się kolorem i gęstością: fale spotykają się i rozbijają, nie mieszając. Podobne zjawisko obserwujemy w debacie o migracjach. Funkcjonują dwa odrębne dyskursy, które nie spotykają się ani nie szukają punktów wspólnych. Przekładają się one na dwa sprzeczne, kierujące się inną logiką nurty działań podejmowanych przez rządy.
Pierwszy z nich – to lęk przed migracją. Na nim opierały się wszystkie kampanie wyborcze w Polsce od 2015 roku. Najpierw były to narracje o rzekomym zagrożeniu zalania Polski przez tłumy ludzi po wybuchu wojny w Syrii. Później pojawiły się wątki bandytyzmu i przestępczości. Następnie sfabrykowane treści sugerujące zezwierzęcenie migrantów i odbierające im ludzkie cechy. Od dziesięciu lat politycy karmią społeczeństwo wizerunkiem migrantów jako ohydnych nieludzi, których przybycie do Polski oznacza niemal koniec świata.
Drugi nurt – to opowieść ekonomiczna. Rynek potrzebuje migrantów. Niekorzystne trendy demograficzne okazały się trwałe. Liczba ludności w większości krajów rozwiniętych zmniejsza się. Przekłada się to na wskaźniki ekonomiczne, koszty pracy, obciążenie systemu zabezpieczeń społecznych. Migrantów w tym dyskursie przedstawia się jako panaceum na lukę pracowniczą. Wypełniają miejsca pracy.
Pierwsza narracja to emocje: strach, obawy o zachowanie tożsamości. Druga narracja to kalkulacja zysków.
Kompleksowego spojrzenia wciąż brakuje.
Mało jest głosów, które próbują zwrócić uwagę na obie te perspektywy i uwzględnić dodatkowe wątki, takie jak bezpieczeństwo migrantów albo sposoby na odnalezienie się w zmieniającym świecie.
Niezbędny jest uczciwy ogląd sytuacji i stawienie jej czoła. Migranci są Polsce i Europie potrzebni nie tylko na rynku pracy. Są potrzebni, jeśli kontynent ma być zaludniony, jeśli społeczności i gospodarki mają się rozwijać, jeśli mamy odgrywać na świecie rolę inną niż skansenu dla turystów.
Mowa nienawiści to nie mowa trawa
Populistyczni politycy za nic nie chcą oddać kury znoszącej złote jajka, jaką jest migracja w roli wyborczego straszaka. Biznes z kolei nie chce wyjść poza perspektywę skupioną na kalkulacji zysków. Na jednym i drugim cierpią migranci: z jednej strony nasila się hejt, z drugiej wykorzystania i nadużycia.
Sposób mówienia o migrantach przekłada się oczywiście na konkretne działania. Narracja wrogości generuje działania obronne, kontrolne, ograniczające migrację: jak mur na polsko-białoruskim pograniczu czy nowa polityka odsyłania przybyszów do krajów pochodzenia. Rośnie też skala codziennej przemocy wobec osób migranckich.
Pruszków, styczeń 2026. Banda chuliganów napada na hostel, w którym mieszkają migranci. Z pokoju wychodzi kobieta z małym dzieckiem. Mężczyźni uzbrojeni w kije bejsbolowe biją ją tak, że trafia do szpitala. Kilka dni później pseudokibice atakują dwie kobiety z Ukrainy. Hasło „pobite Ukrainki” generuje w wyszukiwarce internetowej dziesiątki medialnych relacji. 2026: dramatyczny atak na kobietę z Ukrainy, Marinę, w Elblągu.
Dwie Ukrainki pobite przez pseudokibiców w Pruszkowie, pobicie Ukraińca w grudniu 2025 w Radomiu. W Warszawie zaatakowana zostaje Polka, która w tramwaju staje w obronie wulgarnie wyzywanej Ukrainki. W 2022 roku sześćdziesięcioletni „kulturalnie wyglądający mężczyzna” atakuje w tramwaju na Żoliborzu dwie Ukrainki, z których jedna jest w ciąży. Kobiety podróżują z kilkuletnim dzieckiem. Inna relacja: pobicie Ukrainki butelką w centrum Lublina.
– 17 procent osób, z którymi rozmawialiśmy, zgłosiło atak, to znaczy powiedziało o nim innej osobie – mówi Filip Rakoczy, prezes Stowarzyszenia Nomada, które przygotowuje raport o przemocy motywowanej nienawiścią, między innymi z powodu narodowości. – Tylko 11 procent zgłosiło atak na policję.
– Staram się nie odzywać, kiedy jestem w transporcie miejskim – mówi jedna z naszych współpracowniczek w Fundacji Polskie Forum Migracyjne. Osoby migranckie w naszym zespole mówią o przemocy słownej, z którą spotykają się niemal codziennie.
W przypadku aktów fizycznej agresji policja działa i zatrzymuje agresorów. Dane Ministerstwa Sprawiedliwości pokazują regularny wzrost liczby spraw związanych z przestępstwami z nienawiści od 2014 roku. Sądy prowadzą postępowania, ale sankcje wobec sprawców, nawet gdy zasądzone, są bardzo łagodne. Prawo przewiduje za przemoc z nienawiści kary do dziesięciu lat więzienia, w praktyce ponad 80 procent wyroków nie przekracza jednego roku. Co piąta skazana osoba trafia do więzienia. Decyzja Ministra Waldemara Żurka o wyznaczeniu i wyspecjalizowaniu wybranych prokuratur do tego typu spraw ma szanse zmienić ten stan rzeczy. Agresywna narracja polityków buduje w zwykłych ludziach poczucie, że na przemoc wobec cudzoziemców jest przyzwolenie. Część Polaków uważa takie zachowanie za patriotyczne.
Tymczasem w biznesie
Gdy rządy europejskie dyskutują o usprawnieniu deportacji, nurt ekonomiczny okołomigracyjnej dyskusji zmierza w przeciwnym kierunku. Biznes w Europie ma podstawowy problem: brak ludzi do pracy. W Polsce Zakład Ubezpieczeń Społecznych szacuje zapotrzebowanie rynku na od 200 do nawet 380 tysięcy pracowników rocznie.
Afera wizowa, w ramach której do Polski trafiło ponad trzysta tysięcy osób, dobrze pokazuje, jakie podejście ma Europa do migracji: narracja pozostaje wroga, a migrantów na rynek pracy i tak się sprowadza. Obecność migrantów ma bezpośredni wpływ na rynek.
Raport firmy Deloitte na zlecenie Wysokiego Komisarza Organizacji Zjednoczonych ds. Uchodźców (UNHCR) za 2024 rok wskazuje, że sami uchodźcy z Ukrainy odpowiadają za 2,7 procent PKB Polski, są siłą ożywiającą gospodarkę i wpływającą na dobrostan Polek i Polaków. Spada poziom bezrobocia wśród polskich obywateli i rosną płace.
W biznesie stereotypowe wyobrażenie migrantów to ręce do pracy. Tymczasem, o czym pisze Philippe Legrain w książce „Immigrants. Your country needs them”, migranci generują popyt. Są odbiorcami usług i jako klienci ożywiają lokalne rynki.
Dużo emocji i społecznego oburzenia budzi, kiedy Ukraińcy „przesiadują w kawiarniach”, kupują mieszkania czy nawet chodzą do kina. Migranci, krótko mówiąc, nie tylko zarabiają, ale też wydają w Polsce pieniądze.
Role
„Przesiadywanie w kawiarniach” jako przykład trudnego dla Polek i Polaków zachowania migrantów pokazuje, że w niektórych rolach społeczeństwo ich akceptuje, a w innych już nie.
Oswoiliśmy to, że migranci pomagają nam w pracach domowych: sprzątają, opiekują się dziećmi i osobami starszymi, zajmują gospodarstwem. Mieści się w naszej przeciętnej polskiej głowie, że zbierają truskawki, dowożą jedzenie, zwijają sushi, pracują w fabrykach, przetwórniach żywności i tartakach. Przyswoiliśmy, że są migrantki pielęgniarki i kierowcy autobusów.
Dużo trudniej jest naszemu społeczeństwu wpuścić migrantów na prominentne pozycje, zaakceptować ich potrzeby, by w Polsce żyć, spełniać marzenia, rozwijać się, a nie tylko pracować w najprostszych zawodach. Brutalnie mówiąc – akceptujemy migrantów w rolach służebnych. Nie jako równych nam współmieszkańców, z takim samym pakietem praw.
W rozmowie o integracji migrantów wspomina się czasem piramidę potrzeb Maslowa porządkującą je od tych najbardziej podstawowych po wysublimowane. Na dole piramidy znalazły się więc potrzeby fizjologiczne, następnie potrzeby bezpieczeństwa, relacji, uznania, rozwoju i wreszcie transcendencji.
Polityki publiczne często ograniczają swoje ambicje do podstawowych poziomów: jednego, może dwóch. Państwa myślą o tym, żeby migranci byli ekonomicznie samowystarczalni, mieli dach nad głową. Znacznie mniej mówi się o potrzebach bezpieczeństwa, a zupełnie niewiele – o potrzebach więzi, rozwoju, szacunku. Nikt nie chce być sprowadzany jedynie do funkcji rąk do pracy. Migranci, którzy przybywają do Polski też potrzebują czuć się ludźmi. Mają prawo do rozwoju i poszukiwania szczęścia.
Zarówno narracja populistyczna, wprost antymigrancka, jak też narracja ekonomiczna, którą interesuje biznesowa przydatność migrantów, gubią człowieczeństwo przybyszy – zapominają o wyższych poziomach piramidy potrzeb. W tym właśnie leżał błąd zachodnich polityk integracyjnych, którego skutki właśnie obserwujemy. Państwa przyjęły migrantów, wyznaczyły im niskie miejsce w hierarchii społecznej i zbudowały nad nimi szklane sufity. Zablokowały im możliwości rozwoju i awansu.
Na tym obszarze wkrótce państwa zachodnie zaczną ze sobą konkurować. Powoli zaczynają zabiegać o ludzi – dobrym przykładem może być przeprowadzona w Hiszpanii abolicja. Rząd zdecydował o legalizacji pobytu migrantów, dzięki której pół miliona ludzi zostanie na zdrowych warunkach włączonych na rynek pracy. Żeby zachęcić ich do przyjazdu, będą musiały zmienić podejście i stworzyć realne szanse rozwoju. Tak, jak funkcjonują rynki pracownika i rynki pracodawcy, tak samo powstaną rynki tubylców i rynki migrantów. Dziś jesteśmy rynkiem tubylców. To się zmienia.
Starsza Polska
Ludzi w Europie jest coraz mniej, są także coraz starsi. Polskie społeczeństwo kurczy się systematycznie, współczynnik dzietności jest dwukrotnie niższy niż poziom gwarantujący zastępowalność pokoleń. W 2050 roku, za dwadzieścia cztery lata, 40 procent społeczeństwa będzie w wieku emerytalnym.
W krajach zdominowanych przez osoby starsze żyją już społeczeństwa Korei Południowej i Japonii. W Japonii co trzecia osoba jest w wieku emerytalnym – ma ponad 65 lat. 30 procent seniorów pracuje, a firmy są zachęcane do ich zatrudniania. Japonia dopiero od niedawna i ostrożnie zmienia swój stosunek do migracji: jeszcze niedawno w ogóle nie przewidywano migracji do Japonii jako trwałego zjawiska. Migranci byli nazywani „pracownikami czasowymi”. Rząd starał się, aby cudzoziemcy przybywali do kraju na krótko, nie budowali trwałych relacji ze społeczeństwem i nie planowali osiedlania się na stałe.
W Korei Południowej widok dziecka na ulicy jest rzadki. Grupy przedszkolaków liczą często po pięcioro-sześcioro dzieci. W mediach pojawiają się ciekawostki: o tym, że w Japonii liczba sprzedawanych pieluch dla dorosłych przekroczyła liczbę pieluch dla dzieci, albo o tym, że w Korei rząd płaci młodym ludziom za umawianie się na randki. Kurczące się społeczeństwa to nie tylko społeczeństwa mniejsze. To społeczeństwa gruntownie inne, a przede wszystkim – zależne. Rośnie liczba osób, które do codziennego funkcjonowania potrzebują pomocy innych. Rośnie liczba osób samotnych. Wyludniają się miejscowości, zamiera handel, nasila się wykluczenie transportowe. Im mniej ludzi, tym mniej życia.
Sporo Polek i Polaków już doświadcza zmian. Jedynacy i jedynaczki w wieku trzydziestu kilku lat lada moment będą mieli pod opieką coraz starszych rodziców. Bezdzietni jedynacy i jedynaczki za dwadzieścia lat będą mieli pod opieką i rodziców, i samych siebie. W 2050 roku taka będzie rzeczywistość: 40 procent osób starszych to 40 procent społeczeństwa w typowym układzie: osoba u progu emerytury i dwoje zależnych rodziców.
Tak wygląda już dziś sytuacja w wielu regionach Europy. To powód, dla którego Niemcy, Wielka Brytania czy Irlandia podpisują umowy o sprowadzaniu personelu medycznego i opiekunek osób starszych. Rekordową liczbę porozumień o zarobkowej emigracji obywateli – aż 63 – zawarły Filipiny. Europa nie jest przy tym dla Filipińczyków najważniejszym kierunkiem.
Migracje nie uratują naszej demografii
Pomysł, że migracja uzupełni zmniejszające się europejskie społeczeństwa jest nierealny. Pisze o tym autorytet w dziedzinie migracji Hein de Haas. Holenderski profesor wskazuje ku temu kilka powodów.
Po pierwsze, społeczeństwa europejskie kurczą się zbyt szybko, aby dało się to wyrównać za pomocą migracji. Jej skala musiałaby być na tyle duża, że społeczeństwa karmione lękiem przed migracją nie byłyby zdolne do jej zaakceptowania. De Haas przytacza konkretne liczby: w Wielkiej Brytanii utrzymanie obecnej liczebności populacji wymagałoby przyjęcia 593 milionów ludzi między rokiem 1995 a 2050. To dwukrotność populacji całego kraju. W Niemczech zrównoważenie skutków starzenia się społeczeństwa wymagałoby zwiększenia imigracji dziesięciokrotnie względem obecnych wartości: do nawet 458 tysięcy rocznie. Według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego polska populacja w perspektywie dwudziestu pięciu lat zmniejszy się o 9 milionów osób. Uzupełnienie tej liczby migrantami oznaczałby wzrost ich udziału w populacji z 7 do 30 procent. Społeczeństwa dzisiaj nie byłyby w stanie tego zaakceptować. Zmiana społeczna wymagałaby również totalnej zmiany politycznej, a to nie wydaje się obecnie realne.
Po drugie, wbrew stereotypowi, że sama obecność posiadających liczne potomstwo imigrantów poprawia demograficzne trendy, w dłuższej perspektywie znaczący wzrost dzietności nie występuje. Haas wskazuje, że często na początku pobytu w nowym kraju rodziny migranckie mają więcej dzieci, ale na przestrzeni jednego-dwóch pokoleń dostosowują się do lokalnego poziomu dzietności. Negatywny wpływ na dzietność ma wyższy poziom wykształcenia i życia, do którego aspirują przyjezdni. Z czasem migranci sami zaczynają się starzeć, zasilając segment społeczeństwa potrzebujący wsparcia.
Po trzecie wreszcie, źródła migracji nie są nieskończone. Politycy budują wizerunek Europy jako Eldorado, do którego cały świat chce się dostać. Rzeczywistość jest inna. Tym, co wyróżniało dotąd Europę jako pożądany cel migracji, były możliwości rozwoju i dynamiczny rynek, ale też wartości: prawa człowieka, prawa mniejszości, tolerancja. Dziś obserwujemy jednak erozję tych konceptów. Przedstawiciele rządów otwarcie mówią o potrzebie rewizji konwencji o statusie uchodźców i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Dokumenty kształtujące ramy ochrony fundamentalnych ludzkich praw chwieją się w posadach.
Migranci zaczynają szukać życiowych szans w innych miejscach. Dla pracowników z Azji (Nepalu, Filipin, Bangladeszu, Indii) pierwszym wyborem są zwykle inne kraje regionu – z tych samych powodów, dla których wielu Ukraińców decyduje się na zamieszkanie w Polsce. Jest blisko, można znaleźć tu pracę i możliwości rozwoju, zrozumieć lokalną kulturę. Dla Nepalczyków wymarzonymi celami migracji są Japonia i Korea, w drugiej kolejności kraje Zatoki Perskiej. Europa jest na trzecim miejscu.
Trendy demograficzne nie omijają też krajów pochodzenia migrantów. Społeczeństwa, z których tradycyjnie przybywają do Polski imigranci, nie są nieograniczonym zasobem.
Konkurencja
W zabieganiu o ludzi po zakończeniu wojny zacznie z Polską konkurować Ukraina. Emigracja była wielkim ciosem dla jej demografii – według danych UNHCR z kraju wyjechało od 2022 roku 6,9 miliona ludzi (około jednej czwartej populacji). Gdy wojna się skończy, ruszy proces odbudowy kraju, wielkiej akcji powrotów i wielkich inwestycji.
– Jeśli wojna zakończy się pomyślnie, a Ukraina będzie stabilnym i bezpiecznym państwem, zmienią się trendy migracyjne w regionie, bo Ukraina stanie się atrakcyjnym miejscem pracy – mówi Anna Dąbrowska, Prezeska Stowarzyszenia Homo Faber, które wspiera uchodźców, także z Ukrainy, w Lublinie.
Ukraina już teraz zabiega o podtrzymanie kontaktów z diasporą i będzie zapewne intensywnie promować powroty. Badacze migracji szacują, że wróci około jednej trzeciej uchodźców. Odbudowanie rdzennej ukraińskiej populacji będzie więc stanowić potężne wyzwanie. Współczynnik dzietności w Ukrainie spadł poniżej 1. Liczba zgonów trzykrotnie przekraczała w 2024 roku liczbę urodzeń.
Mimo rządowych prób sprowadzenia z powrotem uchodźców – które same w sobie przełożą się na polski rynek pracy – Ukraina może potrzebować także innych migrantów. Może wówczas zyskać nad Polską przewagę dotyczącą społecznej gotowości przyjęcia migracji.
– Z powodów historycznych różnorodność społeczna w Ukrainie jest większa, władze inaczej zarządzały różnorodnością – zauważa Anna Dąbrowska. – Tożsamości religijne i społeczne nie były tematem politycznego budowania podziałów.
W Ukrainie istnieją rasizm, antysemityzm i dyskryminacja. Ukraińcy mają jednak znacznie większe niż Polacy doświadczenie z różnorodnością kulturową.
– Może być tak, że ruch migracyjny skręci – mówi Dąbrowska. – Może i część Polaków zdecyduje się wyjechać do Ukrainy, bo będzie tam atrakcyjna praca.
Pewne jest jedno: migracje po zakończeniu wojny będą miały kluczowe znaczenie dla obu państw.
– Pozostanie imigrantów z Ukrainy w Polsce na stałe będzie jednym z kluczowych czynników ograniczających negatywne konsekwencje starzenia się ludności Polski w najbliższych latach – pisze specjalista od trendów demograficznych Paweł Strzelecki.
Polskie i ukraińskie interesy z perspektywy demograficznej nie są ze sobą zgodne.
I co teraz?
Strategia migracyjna przyjęta przez polski rząd jesienią 2024 roku nosi nazwę „Przywrócić kontrolę, zapewnić bezpieczeństwo”. W dokumencie brak jednak strategicznego myślenia o przyszłości. Brak też podmiotowego traktowania migrantów jako osób, którym ten dokument też powinien służyć.
Obronna i restrykcyjna natura polskiej polityki migracyjnej nie uwzględnia zmian demograficznych i realnych potrzeb państwa. Tworzy polityczną odpowiedź na społeczne lęki, nie pomaga jednak społeczeństwu zmierzyć z tym, co rzeczywiście obserwujemy: jest nas coraz mnie i jesteśmy coraz starsi. Potrzebujemy migrantów, o których powinniśmy aktywnie zabiegać – i zadbać, by mogli w Polsce dobrze żyć.
Wiemy już z doświadczeń innych państw, że ustawianie cudzoziemców w służebnej roli nie służy wspólnotom. Spychanie ich na najniżej opłacane stanowiska generuje brak spójności, wykluczenie, frustracje i napięcia społeczne.
Na przykładzie USA czy Kanady widzimy, że ludzie o różnych korzeniach są w stanie tworzyć zgodne społeczności. Reakcja na antymigrancką politykę rządu USA w ostatnich miesiącach pokazuje siłę kulturowo zróżnicowanych lokalnych społeczności. Ludzie występują w obronie swoich sąsiadów o innym wyznaniu, pochodzeniu, języku czy kolorze skóry. Czują przynależność i wzajemną odpowiedzialność. Wspierają się, dbają o swoje bezpieczeństwo. Nie doświadczamy tego w Polsce, choć moglibyśmy.
W jaki sposób? Za pomocą trzech elementów: rozmów, stawiania czoła rzeczywistości i zmiany politycznej narracji o migracji.
Potrzebujemy nazywać wyzwania i wspólnie omawiać scenariusze przyszłości. Rozmawiać o tym, jak zmiany demograficzne zmienią Polskę – i jak ją zmienia migracja. Potrzebujemy zmierzyć się z lękiem i przestać się bać. Potrzebujemy przestać używać lęku przed migracją w celach politycznych. Potrzebujemy identyfikować zmiany niezbędne, by żyło nam się lepiej. Potrzebujemy nauczyć się funkcjonowania w różnorodności.
O jakości naszego życia będzie decydowała zdolność społeczeństwa do budowy nowego rodzaju wspólnoty – wspólnoty ludzi różnych. Główna potrzebna umiejętność to zdolność włączania, rozmawiania, budowania poczucia przynależności i współpracy w grupie, która dopiero uczy się integracji.
Musimy budować zaufanie między ludźmi różnymi, którzy nie wychowali się na jednym podwórku i nie mają wspólnych wspomnień. Potrzebny jest nowy klej, który da starym i nowym mieszkańcom kraju poczucie bliskości, stworzy w sąsiedztwach poczucie bezpieczeństwa. Ten klej nie pojawi się sam. To my musimy go wymyślić i uruchomić. Budowanie na nowo lokalnych wspólnot z różnych ludzi – to wyzwanie, przed którym stoimy.
Nie ulega wątpliwości, że zmiana następuje. Ale migracja to nie koniec świata.

