magazyn lewicy katolickiej

Poczekalnia w Diavacie

Opatrunki na nogach i stopach zdradzają, jaką drogę przebyli mieszkańcy obozu Diavata. Rany po trudach marszu przez lasy, łąki i bagna; pęcherze; ślady po ukąszeniach owadów, w które wdają się zakażenia – wskazują na pieszą wędrówkę.
Poczekalnia w Diavacie
„Kapitalizm sprawia, że nie mogę oddychać”. Napis przed wjazdem do Diavaty (zdj.: Agnieszka Zielińska)

Na głównym przystanku autobusowym w Salonikach staje autobus linii 54. Jeszcze przed odjazdem zaczyna robić się tłoczno. Wygląda, jakby w środku istniał jakiś niepisany podział miejsc, te ostatnie z reguły zajmują migranci i uchodźcy, a turyści i Grecy siadają na przedzie. Po nieco ponad dwudziestu minutach jazdy autobus dociera do wsi Diavata, położonej na północ od Salonik. Przy samym wjeździe mijamy zapisane na murze zdanie: Capitalism means I can’t breathe („Kapitalizm sprawia, że nie mogę oddychać”).

W okolicy znajduje się obóz dla uchodźców. By do niego dotrzeć, trzeba pieszo przemierzyć trasę wzdłuż autostrady A2. Można dostać się tam oficjalnym wejściem, ale jest też kilka nieoficjalnych. Dziury w płocie oraz namioty i prowizoryczne schronienia wokół obozu sprawiają, że trudno jednoznacznie określić liczbę jego mieszkańców. Według szacunków UNHCR (Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców) może ich być nawet od półtora do dwóch tysięcy. Wielu mówi, że są tu tylko „na chwilę”, ale ta “chwila” często się przedłuża.

Droga prowadząca do obozu

Droga prowadząca do obozu

Widok na Diavatę z zewnątrz

Widok na Diavatę z zewnątrz

Układ

25-letni Muhammad z Maroka przebywa w obozie od zaledwie czterech dni, a już doskonale zna panujące tu zasady. Mówi, że dziś jest wyjątkowo spokojnie, bo w weekendy nie przychodzi policja i jest niewielu pracowników administracji. Oprowadza mnie po obozie. Pokazuje budynki stojące w samym jego centrum, które, jak mówi, zarezerwowane są jedynie dla rodzin z dziećmi. Otaczają je kontenery i namioty UNHCR, w których śpią pozostali. Na części wisi unijna flaga. Dla wielu migrantów to właśnie państwa europejskie były niegdyś wymarzonym celem podróży.

Są także rzędy zlewów. Lusterko – jedno, prowizoryczne, przyklejone do ściany kontenera żółtą taśmą. Są toalety: osobne dla mężczyzn i kobiet. Plac zabaw, na którym bawią się dzieci. I niewielka prawosławna kaplica, mimo że większość mieszkańców obozu to muzułmanie.

Na niektórych namiotach widać unijną flagę

Na niektórych namiotach widać unijną flagę

Kontenery UNHCR

Kontenery UNHCR

Salam alejkum (arabskie powitanie, dosłownie „pokój z Wami”) – powtarza co chwilę Muhammad, kiedy mijamy kolejnych mieszkańców obozu. – Szanuję wszystkich ludzi. Wszyscy jesteśmy braćmi, niezależnie od koloru skóry czy religii – dodaje. Praktyka w Diavacie bywa jednak nieco inna. Mimo iż w mieszkają tu głównie Arabowie, to często dochodzi między nimi do kłótni. Zwłaszcza Marokańczyków i Algierczyków przeciwko Afgańczykom i Syryjczykom.

– Przyszli w nocy. Było ich około dwudziestu – mówi mi Amir z Casablanki (Maroko). – To była grupa Afgańczyków. Powiedzieli mi, że mój namiot stoi w nieodpowiednim miejscu. Zniszczyli go, a mnie pobili. Widzisz te ślady? – unosi bejsbolówkę i pokazuje rany na czole.

Mieszkańcy obozu rywalizują ze sobą o dostęp do jedzenia, wody czy miejsce do spania. Te spory wpływają na to, w których namiotach i kontenerach żyją przedstawiciele danych narodowości. Marokańczycy, najczęściej przybywający do Grecji z powodów ekonomicznych, nie starają się zalegalizować pobytu. Mieszkają więc zwykle na uboczu wzdłuż ogrodzenia obozu albo w prowizorycznych namiotach tuż poza jego terenem. Dzięki temu są w stanie szybciej uciec przed policją. Z kolei Syryjczycy, którzy z reguły aplikują o status uchodźcy, wybierają najczęściej miejsca w centrum obozu.

33-letni Amir mieszka w Diavacie od ośmiu miesięcy

33-letni Amir mieszka w Diavacie od ośmiu miesięcy

Amir

Amir ma 33 lata i po pięciu latach pracy na czarno został deportowany z Niemiec do Maroka. O tej przeszłości najlepiej świadczy jego angielski, do którego co chwilę wtrąca niemieckie słowa. W Diavacie przebywa nielegalnie od ośmiu miesięcy. Podobnie jak inni migranci, stara się unikać policji. Marzy o powrocie do Niemiec, znalezieniu pracy i założeniu rodziny. Ale te plany na razie musi odłożyć, bo po doświadczeniach z pieszej przeprawy z Turcji do Grecji wciąż porusza się o kulach.

To właśnie opatrunki na nogach i stopach zdradzają, jaką drogę przebyli mieszkańcy obozu Diavata. Rany po trudach marszu przez lasy, łąki i bagna; pęcherze; ślady po ukąszeniach owadów, w które wdają się zakażenia – wskazują na pieszą wędrówkę. Ta zwykle od granicy z Turcją trwa 20 do 22 dni. Idą dniem i nocą, często pomagają im tureccy przemytnicy, których poznają w Stambule. Jeden doprowadza ich do Grecji, następny wskazuje drogę od granicy. Całość kosztuje około 60 euro. Ze względu na trudy pieszej wędrówki decydują się na nią najczęściej samotni mężczyźni w wieku od 20 do 35 lat. To właśnie oni stanowią większość mieszkańców obozu.

Hatim

Hatim ma 26 lat i pochodzi z terenów Gazy. – Widziałem u nas w telewizji i mediach społecznościowych, że Grecja szanuje wszystkich ludzi. Daje jedzenie, pomaga znaleźć mieszkanie i pracę. Uwierzyłem, choć teraz wiem, że to była tylko propaganda. Chciałem uciec z miejsca, gdzie bez przerwy coś wybucha i słychać strzały. Widzisz? – podwija nogawkę dresów i pokazuje blizny. – Jedna z bomb wybuchła tuż obok mojego domu. Miałem szczęście, bo udało się uratować nogę, ale już zawsze będę miał problemy z chodzeniem. Najbardziej na świecie nienawidzę właśnie wojny – dodaje.

Hatim w Gazie pracował jako rybak. Walczył też w Organizacji Wyzwolenia Palestyny o powstanie swojego państwa oraz przeciwko Hamasowi (Muzułmańskiemu Ruchowi Oporu), czyli palestyńskiej organizacji terrorystycznej, która od 2007 roku kontroluje Strefę Gazy i rywalizuje z OWP. Hatim jest w obozie od siedemnastu dni, ale nie wnioskował o status uchodźcy, bo nie wierzy, że jest w stanie go dostać.

Obozowe „łazienki”

Obozowe „łazienki”

Zdaniem pracowników organizacji pozarządowych istnieje wiele przyczyn, dla których migranci nie występują o pomoc międzynarodową. Na przykład porównują swój przypadek do sytuacji rodziny albo znajomych z kraju pochodzenia, którym odmówiono przyznania azylu, i uznają, że w ich sytuacji będzie podobnie. Gdy nie mają papierów, nie przysługuje im żadna oficjalna pomoc, choć mogą liczyć na wsparcie ze strony niektórych organizacji pozarządowych. Ponadto często obawiają się, że procedury w biurze azylowym będą się przedłużać, a oni zostaną zmuszeni do pozostania w Grecji i czekania na kolejne decyzje. To może potrwać od kilkunastu miesięcy do nawet kilku lat. Praca greckiego Urzędu do spraw Azylowych ze względu na epidemię koronawirusa została zawieszona 13 marca. Wznowiono ją dopiero po dwóch miesiącach.

– Modlę się do Boga o pomoc. Jeśli ktoś da mi jedzenie, to jem. Jeśli nie, czekam. Nie mam papierów, aby rozpocząć pracę. Nawet Grecy nie mogą żadnej znaleźć, a co dopiero my – mówi Hatim. Według danych Eurostatu bezrobocie w Grecji w ostatnich miesiącach wzrosło i w maju wynosiło 17 procent.

Hatim wprost przyznaje, że marzy o założeniu rodziny. – Spójrz na mnie. Żadna kobieta nie chciałaby mieć takiego męża jak ja. Nie mam pieniędzy, dobrych ubrań, nie mam niczego.

46-letni Rezham z Afganistanu przed swoim namiotem

46-letni Rezham z Afganistanu przed swoim namiotem

Rezham

Rezham ma 46 lat i wspólnie z dwoma kolegami z Afganistanu mieszka w prowizorycznym namiocie tuż przy dziurze w płocie. Jak się później dowiaduję, to położenie ma swoje dobre strony. Rezham jest w Grecji nielegalnie, nie przyznano mu ochrony międzynarodowej. – Widzisz te papiery? – pokazuje dokumenty ze zdjęciami. – To decyzje o deportacji.

Rezham uciekł z Afganistanu w 2015 roku, krótko po ataku bombowym przeprowadzonym przez Talibów w prowincji Ghazani na wschodzie kraju, o czym przypomina blizna na jego lewym ramieniu. Według Global Terrorism Index tylko w roku 2015 z rąk Talibów zginęły 4502 osoby. Rezham przeżył, ale mimo upływu lat wciąż trudno mu o tych wydarzeniach mówić. Ma traumę i wyraźnie potrzebuje pomocy specjalisty.

– Dostęp do psychiatry jest tu utrudniony dla każdego, nie tylko uchodźców. Długo trwa umówienie wizyty. Dodatkowy problem pojawia się, gdy potrzebujący nie zna języka angielskiego. W szpitalu czeka się na wizytę nawet trzy miesiące, w naszej klinice około piętnastu dni. […] Niełatwo też o specjalistyczne leki. Nie wszystkich mamy zapas, a trudno o skuteczne leczenie w przypadku przerw w ich dostawie – mówi Thanos Rousos z organizacji Doctors of the World. Średnio pomagają nawet stu osobom w miesiącu. Kiedy weźmiemy pod uwagę, że w Salonikach mieszka około szesnastu tysięcy migrantów i uchodźców, choć to oczywiście niepełne dane, wydaje się to kroplą w morzu potrzeb. Stąd takie osoby jak Rezham nie mogą liczyć na pomoc.

Namiot, który Rezham dzieli z dwoma przyjaciółmi z Afganistanu

Namiot, który Rezham dzieli z dwoma przyjaciółmi z Afganistanu

W takich warunkach Rehzam gotuje

W takich warunkach Rehzam gotuje

– Wirus nie jest nam straszny – mówi Muhammad z Maroka. – My tak naprawdę boimy się policji. […] Opowiadano mi, że dwa dni przed moim przybyciem do obozu przyszło kilkunastu policjantów. Rozeszli się i zaczęli wyłapywać osoby bez dokumentów. Podobno zabrali około trzydziestu osób – dodaje.

O poczuciu ciągłego strachu przed służbami mówi wielu mieszkańców obozu. W ostatnich miesiącach bowiem regularnie dochodzi do tak zwanych pushbacków migrantów z Grecji do Turcji. Dokumentuje je szereg organizacji pozarządowych, w tym Border Violence Monitoring Network, która skupia sieć stowarzyszeń i NGO-sów z Bałkanów. Tylko od marca do lipca zarejestrowano nielegalne wydalenie z Grecji do Turcji 420 osób. Część z nich to osoby ubiegające się o azyl. Te „pushbacki” mają wspólny mianownik – przeprowadzono je w okolicach Salonik. Tylko od marca do lipca ponad połowa z 18 udokumentowanych przymusowych przesiedleń dotyczyła właśnie tego obszaru. Migrantów zatrzymywano przede wszystkim w okolicach głównego dworca i w punktach dystrybucji jedzenia dla potrzebujących. Ponadto przynajmniej pięć „pushbacków” policja przeprowadziła wśród mieszkańców obozu dla uchodźców Diavata.

Z relacji zatrzymywanych wynika, że wiele z tych akcji wygląda podobnie. Funkcjonariusze zwykle pytają o dokument zwany nieformalnie „khartia”, który uprawnia do pobytu w Grecji. Gdy okazuje się, że migranci go nie mają, policjanci obiecują, że zabiorą ich na komisariat, aby dopełnić formalności. Wkrótce okazuje się, że zamiast tego trafiają w okolice granicy z Turcją i rzeki Evros, około czterystu kilometrów od Salonik. Według słów migrantów policja najczęściej zabiera im cenne przedmioty, telefony, pieniądze, a następnie każe rozebrać się do bielizny. W nocy umieszcza ich na pontonach i nakazuje płynąć w kierunku Turcji. Greccy funkcjonariusze przemocą zmuszają migrantów do zachowania ciszy, by nie wzbudzić zainteresowania tureckiej straży granicznej.

Procederem „pushbacków”, czyli nielegalnego wywożenia migrantów z Grecji do Turcji, już od trzech lat zajmuje się grecki Rzecznik Praw Człowieka. Wciąż trwa w tej sprawie śledztwo. Jak informuje biuro prasowe rzecznika, greckie władze wszystkiemu zaprzeczają, wskazując na brak wiarygodnych dowodów.

Obóz dla uchodźców w Diavacie oficjalnie powstał w listopadzie 2016 roku w miejscu dawnego obozu wojskowego Anagnostopoulou. Położony jest 7,5 kilometra od drugiego pod względem wielkości miasta Grecji – Salonik. A to od wieków znane jest jako „matka migracji”. Przez ostatnie kilkaset lat schronienie przed prześladowaniami znajdowały tu różne grupy narodowe czy religijne, w tym na przykład Żydzi sefardyjscy.

***

Dla Muhammada z Maroka „gra” wciąż trwa. Gra o przyszłość i marzenia. 25-latek przez Grecję, Bułgarię, Serbię, Węgry i Austrię dotarł już do Francji, gdzie ma krewnych. Teraz jednak chciałby zalegalizować swój pobyt i znaleźć pracę. Gdyby miał paszport europejski, to kupiłby bilet lotniczy, a podróż z Maroka do Paryża trwałaby niespełna trzy godziny. Pozostały mu jednak inne metody. Wędrówka przez lasy z Turcji do Grecji przy pomocy przemytników, przyczepianie się nocą do jadących pociągów (na linii Grecja–Serbia) i docieranie na kilka dni do coraz to nowych „poczekalni”: obozów dla uchodźców w Europie. Łącznie zajęło mu to ponad dwa miesiące. Jak mówi – Inszallah (z arabskiego „jeśli Bóg pozwoli”) – ma nadzieję, że uda mu się zostać szefem kuchni we Francji.

Autorką zdjęć jest Agnieszka Zielińska. Wszystkie fotografie pochodzą z lipca 2020 roku.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×