Niniejszy artykuł powstał w odpowiedzi na tekst Tomasza Topolewskiego „Zapomniani chłopcy i przemilczane męskie nierówności”.
Wyobraźmy sobie, że jak pisze Tomasz Topolewski, na początku 2026 roku przebudził się „człowiek z początku XX wieku”. Trochę ponad sto lat temu, kiedy się urodził, kobiety nie mogły głosować, posiadać własności czy kształcić się na uniwersytetach. Dzisiaj w krajach Zachodu nie tylko otrzymały prawa polityczne i dostęp do edukacji, obiecano im także równość w zatrudnieniu. Do tego znakomicie radzą sobie w szkołach, stanowią większość studentów uczelni wyższych, a o swoich problemach mogą mówić otwarcie w debacie publicznej. Nastąpił ogromny postęp. Człowiek z początku XX wieku ogłasza z zadowoleniem: patriarchatu już nie ma.
Takie stanowisko na pierwszy rzut oka ma sens – postęp rzeczywiście jest ogromny. W relatywnie krótkim czasie z z niewidzialnej i kontrolowanej grupy społecznej kobiety stały się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa. Jeżeli za główny wyznacznik równości uznamy postęp, słowo „patriarchat” można by wyrzucić ze słownika, który pozwala nam zrozumieć życie współczesnych kobiet. O ile do naszego przebudzonego po stu latach człowieka nie przyjdzie młoda kobieta – i nie zacznie zadawać mu pytań.
Czy możesz wyjaśnić, dlaczego w pracy mojej siostry kierownicze stanowiska zajmują prawie wyłącznie mężczyźni, skoro kobiet z wyższym wykształceniem jest więcej? A w podręcznikach do historii jest tak mało kobiet, że jeśli już się pojawiają, to głównie jako żony wielkich mężczyzn?
Dlaczego moja mama pracuje na pełen etat, a potem przychodzi do domu, by sprzątać, prać i gotować? Dlaczego mój tata nazywany jest tym, który „pomaga”, a nie po prostu wykonuje swoją część obowiązków?
Z jakiego powodu kobiety częściej niż mężczyźni oceniane są w życiu zawodowym przez pryzmat wyglądu, dlaczego częściej niż ich rówieśnicy muszą być „skromne”, „przykładne” i „niewyzywające”? Czemu tyle kobiet deklaruje niezadowolenie z życia seksualnego, w którym oczekiwana jest uległość i przyjemność mężczyzny, a „orgasm gap”, czyli dysproporcja w osiąganiu satysfakcji seksualnej między partnerami dotyka przede wszystkim kobiet w związkach heteroseksualnych?
I dlaczego to mnie ostrzega się, żebym uważała na ulicy po zmroku, zamiast uczyć chłopców, by nie stanowili zagrożenia?
Wtedy nasz człowiek z początku XX wieku musi odpowiedzieć. Choć wymienione zjawiska stanowią bezpośredni skutek patriarchalnych norm, ogłosił on już przecież, że „wspólnota europejska poszła do przodu” i że „dzisiejsze społeczeństwa są tak egalitarne”, że nie ma w nich miejsca na „urządzanie społeczeństwa pod męskie potrzeby”. Patriarchat, według niego, niczego już nie tłumaczy. Właściwie jest „mityczny”. Nie istnieje.
Równość zaszła za daleko?
Tekst „Zapomniani chłopcy i przemilczane męskie nierówności” definiuje patriarchat jako uprzywilejowaną pozycję mężczyzn. Jego teza opiera się na zapewnieniu, że patriarchat to nieobecny już na Zachodzie model kulturowy, którego „ewentualne próby reanimacji (głównie przez wąskie grupy) są publicznie piętnowane”. Na dowód równości płci podaje instytucjonalną i prawną równość płci, jaką zapewniają społeczeństwa Zachodu. Z tej narracji wynika, że postęp, jakiego dokonały kobiety na przestrzeni ostatniego stulecia, jest wystarczającym dowodem na to, że równość płci została osiągnięta. Autor przywołuje badania, według których połowa Polek i Polaków uważa wręcz, że za dużo oczekuje się od mężczyzn w kwestii jej wspierania. Jak pisze dalej, jedna trzecia Polaków uważa natomiast, że promocja równości zaszła tak daleko, że współcześnie cierpią na niej mężczyźni.
Przesada w promocji równości płci brzmi absurdalnie, ponieważ równość nie jest ciągiem formalności do odhaczenia, a podstawą demokratycznego społeczeństwa. Jak brzmiałaby ta logika, gdybyśmy „równość” zamienili na inną, podstawową dla nas wartość? Czy „ponad połowa Polek i Polaków uważająca, że za dużo oczekuje się od ludzi w kwestii przestrzegania prawa” oznacza, że trochę przesadziliśmy już z rozpisywaniem coraz to nowych ustaw? Czy według Tomasza Topolewskiego kobiety powinny przestać domagać się rozwiązania swoich problemów i zadowolić się dotychczasowymi osiągnięciami?
Spór o to, czy postęp w równości płci jest wystarczający, można porównać do sytuacji, w której z cudzego konta ktoś bezprawnie pobrał tysiąc złotych. Przez dekady poszkodowana nie miała dostępu do niczego. Dziś, po latach walki, system zwrócił jej osiemset złotych. Z perspektywy zewnętrznej jest to spektakularny postęp, a zmiana jest ogromna i warta odnotowania. Jednak z perspektywy właścicielki konta te osiemset złotych to nie jest zysk ani prezent. To spłata części długu, który nigdy nie powinien powstać.
Łatwo odnaleźć w tej analogii kobiety, które po latach emancypacji wyrobiły sobie pozycję formalnie równą do mężczyzn. Otrzymały prawa, które tak naprawdę od zawsze powinny im się należeć. Możliwość głosowania czy uzyskania edukacji nie robią bowiem aż takiego wrażenia, jeżeli uznamy je za absolutne minimum równości płci. Jeżeli zdejmiemy na chwilę wagę, jaką do nich przykładamy, okaże się, że z walki tej kobiety nie wyszły na zero: po emancypacji wciąż zostały stereotypy, nierówne oczekiwania, przedmiotowe podejście do ich ciał, a przede wszystkim męska definicja tego, kim kobieta jest.
Topolewski zapomina bowiem, że patriarchat to nie tylko ograniczenia prawne czy instytucjonalne. Jest to raczej, a może przede wszystkim, system społecznych i kulturowych norm, który nie znika tak łatwo czy szybko – nawet w ciągu stu lat – dzięki samemu podpisaniu ustawy. Rolą współczesnego feminizmu jest przede wszystkim rozprawienie się z ideą kobiety, którą – jak pisała Simone de Beauvoir – dziewczynki się nie rodzą, lecz zostają w procesie socjalizacji. Bez zrozumienia definiowanej przez wieki kobiecości nie zrozumiemy, dlaczego niektórzy ludzie muszą dostosowywać swój wolny czas, poczucie bezpieczeństwa czy komfort tylko dlatego, że urodzili się z określonymi narządami płciowymi; nie odpowiemy na pytania zadawane przez młode kobiety.
Współczesne ruchy feministyczne mają jeszcze wiele do zrobienia, by kobiety wyzwoliły się ze sposobu, w jaki o sobie myślą – a także, by skorygować to, co mężczyźni myślą o kobietach. To nie tylko odwracanie narracji wpajanych już od dzieciństwa, chociażby poprzez wprowadzenie feminatywów czy neutralnych płciowo ogłoszeń o pracę, zwiększenie reprezentacji kobiet, tam gdzie ich brakuje, na przykład poprzez działania afirmatywne, czy uzupełnienie narracji historycznych w miejscach, gdzie je wymazano. To również uczenie kobiet, by stawiały granice niechcianym komplementom, myślały o sobie przez pryzmat swoich kompetencji i umiejętności, a nie wyglądu, i zachęcanie do eksplorowania własnej seksualności bez poczucia wstydu.
Umniejszanie wagi tych przedsięwzięć, uznając, że „zrównywanie praw kobiet z prawami mężczyzn zaszło wystarczająco daleko”, nie tylko nie pozwala na odebranie reszty bezprawnie zaciągniętego długu. To także odebranie języka, który pomaga zrozumieć długofalowe skutki patriarchatu. Usuwając go z debaty publicznej odbierzemy dziewczynkom narzędzia, dzięki którym mogą tłumaczyć rzeczywistość, z jaką się borykają.
Gdzie w tym wszystkim mężczyźni?
W swojej krytyce narracji o patriarchacie Topolewski idzie jednak o krok dalej. Nie tylko twierdzi, że mężczyźni nie należą już do uprzywilejowanej grupy. Uznaje też, że feministyczne działania zaszły tak daleko, że dziś na Zachodzie przede wszystkim dyskryminuje się mężczyzn. Na dowód wymienia problemy, z którymi się mierzą – takie jak samotność, wysoki współczynnik samobójstw, statystycznie gorsze wyniki w egzaminach kończących szkołę podstawową, czy nierówność w walce z byłymi partnerkami o prawa do opieki nad dzieckiem.
Stawia w ten sposób fałszywą alternatywę. Czy patriarchat i męskie problemy się wzajemnie wykluczają? Wymieniając szereg „przemilczanych” męskich problemów, autor sugeruje, że sam fakt ich występowania wyklucza możliwość uprzywilejowania mężczyzn. Rozumowanie to jest błędne chociażby z tego powodu, że osoba uprzywilejowana może zyskiwać w jednym obszarze, a tracić w drugim. Szczególnie w systemie patriarchalnym, który działa jak obosieczny miecz.
Wtłoczenie mężczyzn w sztywne role płciowe, w których nie ma miejsca na kontakt z własnymi emocjami, surowe normy heteroseksualne zapobiegające tworzeniu się intymnych męskich przyjaźni, presja na bycie „głową rodziny” to tylko niektóre z bezpośrednich sposobów, w jakie patriarchalne normy ograniczają mężczyzn. W artykule z 2025 roku opublikowanym w American Journal of Men’s Health, badacze Mokhwelepa i Sumbane skonsolidowali niemal dwudziestopięcioletnią historię badań nt. norm męskości i ich wpływu na zdrowie psychiczne mężczyzn. Analiza wykazała, że „trwałe konwencjonalne normy męskości – takie jak bycie silnym, odnoszącym sukcesy, niezależnym, odpowiedzialnym i kompetentnym, a także nacisk na unikanie emocji – są kluczowym czynnikiem przyczyniającym się do niechęci mężczyzn do szukania pomocy”, tłumacząc tym samym pogarszające się zdrowie psychiczne u mężczyzn.
Nie jest to jednak jedyny skutek patriarchatu. Tradycyjne rozumienie ról płciowych utrudnia również odnalezienie się w stosunkach damsko-męskich, w których w XXI wieku kobiety coraz częściej domagają równości w podziale obowiązków, a o małżeństwie nie myślą jako o jedynej możliwej ścieżce swojego życia. Częstsze przyznawanie praw rodzicielskich matkom ma natomiast swoje przyczyny w tym, jakie role tradycyjnie przypisuje kobietom i mężczyznom. W tym przypadku przyczyn można upatrywać w stereotypowym wizerunku matki jako głównej opiekunki dziecka, które może skutkować wyobrażeniem mężczyzny jako „naturalnie” mniej kompetentnego do roli opiekuńczej.
Topolewski wskazuje również, że w polskich szkołach chłopcy osiągają słabsze wyniki egzaminacyjne, zwłaszcza z języka polskiego i angielskiego. Obok czynników biologicznych – dziewczynki z reguły szybciej rozwijają korę przedczołową mózgu, odpowiedzialną za planowanie, samokontrolę, organizację; zauważa się u nich także szybszy rozwój umiejętności językowych – do tego problemu w dużej mierze przyczyniają się również normy kulturowe. W przestarzałym modelu polskiej szkoły nagradzana jest spokój i posłuszeństwo – cechy, które w kobietach pielęgnowano przez tysiące lat, a których nie uważa się za zaletę wśród chłopców.
Nie chodzi mi o to, że mężczyźni są sami sobie winni, a o to, że patriarchat to nie tylko uprzywilejowanie jednej grupy kosztem drugiej. To także system wyobrażeń na temat tego, co oznacza nasza płeć. Koszty życia w tym systemie ponosi każdy, kto się nie wpisuje się w nie idealnie lub kto musi się do nich dostosować – również mężczyźni.
Ktoś musi być winny?
Ważniejszą częścią tej dyskusji jest jednak to, kto odpowiada za patriarchat? Topolewski uważa, że „narracje stawiające mężczyzn jako twórców patriarchatu i ofiary samych siebie nie są drogą do «równości płci»”, a raczej szukaniem winnych. Oskarża tym samym współczesny feminizm o wrzucanie wszystkich mężczyzn do jednego worka oraz przypisywanie męskości „toksyczności”. Idąc tym tokiem myślenia, nie rozróżnia historycznie uprzywilejowanej grupy społecznej od indywidualnych jednostek. Nie trzeba przecież obwiniać urodzonego w XXI wieku chłopca, aby uznać, że i we współczesnym świecie funkcjonują patriarchalne idee, na które może być podatny.
Widać to chociażby w filmie dokumentalnym „W głębi manosfery” Louisa Theroux, który wnika w świat radykalnych męskich influencerów. Dokument pokazuje, że w 2026 roku, w świecie, w którym podobno „nie ma miejsca na […] urządzanie rzeczywistości pod męskie potrzeby”, zyskują oni na popularności bardziej niż kiedykolwiek. Powiedzieć, że promują oni patriarchalne idee, to jakby nic nie powiedzieć. Ideologia promowane przez twórców manosfery to kult dominacji fizycznej mężczyzn, odrzucenie przejawów słabości czy wrażliwości, przekonanie, że wartość mężczyzn zależy wyłącznie od zarobków, a także nieufność wobec kobiet, które w związkach mają kierować się wyłącznie interesownością i majątkiem partnera. Promują oni również układ, w którym w którym kobieta ma być całkowicie uległa, a mężczyzna ma pełnić rolę jedynego żywiciela i władcy w relacji.
Biorąc pod uwagę rosnącą siłę tego przekazu, intensyfikowaną przez algorytmy mediów społecznościowych, które przez naturę swojego działania szybko wrzucają użytkowników w wir podobnych treści, jest to zjawisko niepokojące. Pokazuje, że w rozmowie o patriarchacie nie chodzi o nazwanie wszystkich mężczyzn toksycznymi, a raczej o dostrzeżenie szkodliwych wzorców męskości, które stanowią zagrożenie zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet. Oddzielenie systemu norm i wierzeń od indywidualnej odpowiedzialności młodych mężczyzn jest pierwszym krokiem do ochrony przed treściami takimi jak te promowane przez manosferę, a także do zbudowania porozumienia między płciami.
W moim idealnym świecie każdy byłby przede wszystkim człowiekiem, a nie reprezentantem płci. Nie byłoby dwóch oddzielnych wysp rywalizujących o uznanie własnego cierpienia – tak jakby kobiety żyły w odosobnieniu, nie mając ojców, partnerów, braci czy kolegów. Cierpienie nie jest grą o sumie zerowej. Uznanie nierówności kobiet nie odbiera miejsca problemom mężczyzn; uznanie męskich problemów nie unieważnia doświadczeń kobiet.
Równość natomiast nie jest nagrodą ani prezentem. Jest czymś, co powinno być oczywiste. I dopóki płeć wpływa na to, czego się od kogoś oczekuje, jak się go ocenia i jakie role uznaje się za „naturalne”, dopóty rozmowa o patriarchacie nie jest atakiem – jest próbą zrozumienia rzeczywistości, w jakiej funkcjonujemy dziś wszyscy: kobiety i mężczyźni. A problemami mężczyzn możemy zająć się, nie zabierając kobietom przestrzeni do rozprawienia się z własnymi.

