Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

Piotrowski: Chłopaki na Śląsku nie chwalą się już zawodem

Pamiętam, co mówili nam starsi koledzy, którzy byli tuż przed emeryturą, kiedy ja właśnie zaczynałem: „Naszą kopalnię już zamykano pięć lat temu, dziesięć lat temu i piętnaście lat temu, a jak widać, minęło sto lat i nadal pracuje”. Nikt z nas więc wtedy w likwidację nie wierzył.
Piotrowski: Chłopaki na Śląsku nie chwalą się już zawodem
ilustr.: Dominika Bałdyga

Z Michałem Piotrowskim rozmawiają Andrzej Dębowski i Ernest Małkiewicz.

Poza etatem w kopalni prowadzi pan bloga „Miedziowy Górnik”. Jak to się stało, że zaczął pan pisać?

Pierwszego bloga zacząłem pisać po roku pracy na kopalni węgla, w 2013 roku. Wtedy nazywał się on jeszcze „Młody Górnik”. Założyłem go w odpowiedzi na powtarzane w mediach krzywdzące i stereotypowe opinie o górnikach. Chciałem się im jakoś przeciwstawić, pokazać, jak to jest od środka i jak ja widzę naszą pracę. Tak powstał pomysł.

Przed miedzią był węgiel. Jak trafił pan do kopalni?

Zaczynałem na węglu, bo pochodzę z Górnego Śląska. W 2012 roku rozpocząłem pracę jako górnik na nieistniejącej już dziś kopalni Makoszowy w Zabrzu. Dostanie się do pracy na kopalnię węglową bez żadnych znajomości czy polecenia nie było łatwe. Ale pomijając ten fakt – jeszcze do niedawna Ślązak, który chciał mieć pewną pracę, decydował się właśnie na kopalnię. To była gwarancja dobrych zarobków i zabezpieczonej przyszłości. Szybko okazało się, że nie jest tak kolorowo, jak miało być.

Nie mam wątpliwości, że ta praca pozwoliła mi stanąć na nogi. Braliśmy wtedy z żoną ślub, a ona była już w ciąży. Żeby utrzymać rodzinę z jednej pensji, najłatwiej było mi pójść w górnictwo. Ale z czasem zarobki poza branżą górniczą coraz bardziej zbliżały się do naszych wypłat. U nas były co prawda barbórki, czternastki, kartki żywieniowe i to, że mamy 25 lat do emerytury, ale różnica z roku na rok wydawała się coraz mniejsza. Kiedy zaczynałem pracę, dostawałem na rękę, powiedzmy, 3200 złotych. W tym samym czasie na magazynie zarobiłbym około 1800. Kiedy odchodziłem z węgla, w kopalni można było co prawda zarobić 3800, ale na magazynie około 3200. Naprawdę niewielka różnica, biorąc pod uwagę wszystkie niebezpieczeństwa tego zawodu.

To sprawiło, że postanowił pan przenieść się na miedź?

Nie tylko. Problemy górnictwa są naprawdę potężne, a z roku na rok jest tylko gorzej: kłopoty finansowe spółek, perspektywa odchodzenia od węgla na zieloną energię, to wszystko nie daje górnikowi perspektyw. I to było moją główną motywacją do odejścia. Nie chciałem się martwić o to, że za rok, dwa lub trzy mogą mi zamknąć kopalnię, a przede mną zostanie jeszcze kilkanaście lat pracy. Nie zamierzałem skakać z kopalni na kopalnię i patrzeć, czy uda mi się dopracować do emerytury.

Po siedmiu latach pracy na węglu jako zwykły górnik – trzech na Makoszowach i czterech na Sośnicy – zrobiłem kurs górnika strzałowego, pozwalający na obsługę ładunków wybuchowych. Kiedy dowiedział się o tym jeden z moich kolegów, który przebranżowił się dwa lata wcześniej, zaczął namawiać i mnie, żebym dłużej już tu nie siedział, tylko spróbował swoich sił na miedzi. Zmiana pracy wcale nie była prosta, bo między Górnym Śląskiem a kopalnią miedzi na Dolnym Śląsku miałem trzysta kilometrów. Było jasne, że decydując się na nią, trzeba będzie się przeprowadzić i zmienić całe życie. Ale dla mnie najważniejsza była szansa zapewnienia sobie przyszłości.

A jak swoją przyszłość widzą pana koledzy, którzy ciągle pracują w górnictwie węglowym?

Ogromnie dużo się zmieniło w ostatnich latach. Jeszcze w moich ostatnich miesiącach na węglu, w 2018 roku, snułem z kolegami plany na przyszłość i wtedy każdy z nas mówił, że jak zamkną jego kopalnię, to będzie się starał przejść na inną. Każdemu szkoda było tych lat na dole, a jest przecież tak, że my, górnicy, mamy gwarancję zatrudnienia w innej kopalni w razie zamknięcia naszej.

Jednak dzisiaj już większość moich kolegów twierdzi, że owszem, będzie pracować, dopóki kopalni nie zamkną, ale później niekoniecznie będą szukać nowej. Zdziwiło mnie to, że koledzy górnicy ot tak pójdą do innej pracy i porzucą doświadczenie na dole. Ale oni mają po prostu dość, nie chcą już dalej ciągnąć. Widać, że są zmęczeni.

To zmęczenie bierze się z wewnętrznych problemów górnictwa czy raczej poczucia schyłkowości całej branży?

Przede wszystkim chodzi o niepewność. Niewielu górników ma szerokie obeznanie w temacie tego, jak wygląda sytuacja branży. Większość informacji czerpią od związków zawodowych, a te często nie mówią prawdy, żeby nie przedstawiać rzeczywistości w czarnych barwach. Osoby ze związków zawodowych, które mają dostęp na przykład do sprawozdań finansowych spółek, nie przyjdą i nie powiedzą, że jest źle, nasze kopalnie są na minusie, mamy potężne straty – lepiej, żeby temat nie istniał. Pracownicy nie mają bladego pojęcia, która kopalnia jest na plusie, która na minusie, która ile w ciągu miesiąca zarobiła, ile straciła. Te dane są niedostępne dla nikogo i pracownicy nic nie wiedzą aż do momentu, kiedy nagle zapadnie decyzja o zamknięciu kopalni. I wtedy jest szok. Od kilku lat w polskim górnictwie właśnie tak sprawa wygląda.

Mówi pan, że górnicy żyją dziś w ciągłej niepewności, czy kopalnia nie zostanie nagle zamknięta. A jak to wyglądało wcześniej?

Z początkiem mojego zatrudnienia nie spodziewałbym się, że może dojść do takiej sytuacji, w której kopalnie będą zamykane. Pamiętam, co mówili nam starsi koledzy, tacy, którzy byli tuż przed emeryturą, kiedy ja właśnie zaczynałem: „Naszą kopalnię już zamykano pięć lat temu, dziesięć lat temu i piętnaście lat temu, a jak widać, już minęło sto lat i ona nadal pracuje”. Nikt z nas więc wtedy w likwidację nie wierzył. Z czasem wszystkie problemy się skumulowały i uderzyły nagle. Okazało się, że jednak mimo deklaracji, że kopalni nie zamkną, może się zdarzyć inaczej. Tak jak to miało miejsce z moją kopalnią Makoszowy w Zabrzu, po zamknięciu której przeszedłem na kopalnię Sośnica w Gliwicach. W niej pracowałem kolejne cztery lata i wtedy temat likwidacji pojawiał się już każdego roku. Dostaliśmy ultimatum, że jeżeli w ciągu dwóch lat nasza kopalnia nie uzyska dodatniego wyniku finansowego, to trzeba będzie ją zamknąć. Cała załoga się więc tam sprężała, dawała z siebie sto procent i się udało, kopalnia przetrwała kolejne dwa lata. Teraz jednak znowu Sośnica jest w planie zamknięcia. Nikt z nas przed rozpoczęciem tej pracy nie wiedział, że już wtedy było tak źle.

Opowiada pan o zamykaniu kopalń z powodu złych wyników finansowych. Czy między wami pojawia się też temat całkowitego odejścia od wydobycia węgla z powodów ekologicznych?

Takich tematów nie poruszaliśmy zbyt często. Raczej przejmowaliśmy się zawsze tym, czy nam zamkną kopalnię, czy nie – i czy znajdzie się dla nas miejsce do pracy, kiedy zamkną. Na temat samej zielonej energii i tego, czy jest dobra, nie mieliśmy nigdy większych rozmów.

W styczniu tego roku były związkowiec z pana dawnej kopalni Makoszowy, Jerzy Hubka, spotkał się z Gretą Thunberg, aktywistką klimatyczną. Po tym spotkaniu, podczas którego Hubka oprowadził Thunberg po kopalni, pojawiło się dużo głosów krytycznych, przedstawiających to spotkanie jako rodzaj zdrady. Nawet wewnątrz jego własnego związku zawodowego. Czy to znaczy, że górnicy są z zasady przeciwko zmianom?

Tak, słyszałem o tej sytuacji, ale byłem już wtedy tutaj, na miedzi. Powiem tylko, że sympatycznie się uśmiechnąłem, widząc te komentarze, i cieszyłem się, że to nie jest już moje zmartwienie. Co do bycia przeciwnym zmianom, to górnicy na pewno nie są za wygaszaniem kopalń. Ale to naprawdę ciężki temat, ze względu na to, że – jak już wspominałem – nasza świadomość jest zerowa. Takich ludzi, którzy jak ja w wolnym czasie czytają branżowe informacje i śledzą wyniki finansowe spółek, jest dosłownie garstka. Większość po prostu pracuje i informacje bierze z gazety, z ulotek branżowych albo od samych związkowców. Dlatego kiedy pojawia się decyzja, że kopalnię trzeba zamknąć, pierwszą reakcją większości górników jest niezgoda na zamknięcie swojego zakładu i strajk.

Wcześniej odnosił się pan do obrazu górnika w mediach – chciał mu się pan przeciwstawić. Jaki jest ten obraz, a jaki powinien być?

Był taki okres na początku mojej pracy, właśnie gdy zakładałem bloga, kiedy bardzo często słyszało się, że górnicy zarabiają po siedem tysięcy, a ciągle wyciągają ręce po więcej. To było oczywiście żonglowanie danymi. Podawali średnie zarobki brutto – bez żadnych wyjaśnień – i wychodziło, jak wychodziło. Taki obraz górnika był dla nas krzywdzący i postanowiłem, że spróbuję coś z tym zrobić.

Poza takimi oczywistymi przekłamaniami górnicy są najczęściej pokazywani przez pryzmat związków zawodowych. Słyszymy „górnicy to, górnicy tamto”, chociaż tak naprawdę chodzi o związki zawodowe. A one reprezentują po części górników, ale nie robią referendów na kopalni, nie pytają załogi o zdanie. Działają same. W ich interesie jest oczywiście ochrona miejsc pracy, ochrona górników i ich zarobków, ale same podejmują decyzje, jak to robić, w jakim stylu i w jakim kontekście będą się wypowiadać.

Związkowcy, którzy też są górnikami, prawdopodobnie mają świadomość, że w dłuższej perspektywie kolejne kraje będą odchodzić od węgla i że Polska prędzej czy później także przerzuci się na jakiś rodzaj energii nieemisyjnej, prawda?

Trudne pytanie. Pamiętam, że niedawno jeden z przewodniczących związków zawodowych wyraził mocną opinię, że program odejścia od węgla przedstawiany przez polski rząd w Brukseli to tylko ściema, żeby można było spokojnie dalej pracować na kopalniach. Te słowa padły w wywiadzie. To pokazuje, w jakiej rzeczywistości żyją niektórzy związkowcy. Myślą, że wszystko co robimy, co robi polski rząd, to jest wyłącznie sztuczka: wyślemy papierek, że odchodzimy od węgla, a tak naprawdę będziemy fedrować tak długo, aż węgla nam nie zabraknie.

Czy górnicy czują, że w tej chwili państwo chroni ich interesy?

Wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że nigdy nie czuli i raczej już nie poczują, patrząc na to, w jakim kierunku podążamy… Restrukturyzacja w Polsce powinna odbywać się już od kilku lat. Zamiast tego mamy powtarzany wciąż ten sam stary schemat. Po decyzji o zamknięciu kopalni są manifestacje albo strajki, później negocjacje, a potem słyszymy, że co prawda zamkną tę i tę kopalnię, ale dzięki temu pozostali będą mogli pracować bezpiecznie. A ci z zamykanych kopalń będą dalej pracować w zawodzie, bo przejdą gdzie indziej. A to przecież błędne koło.

To nie brzmi jak rozplanowane działanie, szczególnie kiedy górnicy nie są o zamknięciach informowani wcześniej. Jak wyobrażałby pan sobie uczciwszą, skuteczniejszą i lepszą restrukturyzację czy transformację górnictwa?

Jeśli chodzi o mnie, to nigdy nie byłem ekspertem w tej dziedzinie. Mamy w branży kilku dobrych specjalistów, którzy wiedzą, jak to zrobić, i mają pomysły, o których piszą. Może rząd mógłby ich posłuchać. Do głowy przychodzi mi moja znajoma, Karolina Baca-Pogorzelska, dziennikarka, która od wielu lat zajmuje się tym tematem. Jest jeszcze pan Jerzy Markowski. Był już kiedyś w ministerstwie. Jego poglądy odpowiadają temu, co i ja myślę.

Sam nie myślałem nad tym głębiej, ale kiedyś zastanawiałem się, czy nie byłoby lepiej, jakby nasze kopalnie funkcjonowały na zasadzie prywatnych przedsiębiorstw. Co prawda mogłoby się to stać ze szkodą dla górników. Stracilibyśmy na przykład ochronę pracowników czy dodatki. Znam natomiast przykład kopalni, w której to rzeczywiście zadziałało. W moim rodzinnym Zabrzu jest kopalnia, która była państwowa, zamknięta za czasów rządu Buzka. Przez dwa lata była nieczynna, później otwarto ją jako prywatną. Najlepsze jest to, że oczywiście była zamykana, bo skończyło się złoże i działanie przestało się opłacać, a później jednak została otwarta i jest otwarta do dzisiaj! Chodzi o kopalnię „Siltech” – prywatny przedsiębiorca, który był wcześniej jej dyrektorem, jest teraz właścicielem. Oczywiście jest znaczna różnica, bo w trakcie kopania zatrudniał powyżej tysiąca ludzi, teraz jest około dwustu, więc znacznie ograniczył zatrudnienie, ale kopalnia nadal funkcjonuje. Dalej wydobywa węgiel, nadal płaci ludziom, którzy pracują w górnictwie. Myślę, że takich kopalń może powstać więcej.

Jak to możliwe, że kopalnia nadal funkcjonuje, skoro – jeśli dobrze zrozumieliśmy – skończyło się tam złoże…?

Wiele kopalni jest zamykanych, bo nie da się wybrać całego złoża. Zawsze jakieś pokłady zostaną, ale ich wydobycie często okazuje się nieopłacalne – wygenerowałoby koszty, które nigdy się nie zwrócą. Dlatego też się po nie nie sięga. Zdarzają się pokłady, których nie można ruszyć, bo groziłoby to skutkami na powierzchni. Tak było na przykład w Bytomiu, gdzie budynki mieszkalne pękały i zawalały się.

W tej kopalni w Zabrzu wydobycie miało być nieopłacalne. Okazało się jednak, że wystarczy po prostu zredukować zatrudnienie. Co prawda różnica jest duża, bo z tysiąca na dwieście osób. Zmieniono też system wydobywania ze ścianowego na przodkowy. To trochę inna struktura i inny rodzaj wydobycia, ale na takiej samej ścianie ilości wydobywanego węgla są nieporównywalnie większe niż za pomocą przodków.

Mamy w Polsce tragiczną historię biedaszybów, które pojawiały się w regionach zamykanych kopalń. Czy w branży górniczej panuje lęk, że coś takiego znowu będzie miało miejsce?

To jest bardzo ważny temat. Śląsk oczywiście obawia się takiej restrukturyzacji, jaka miała miejsce w Zagłębiu Wałbrzyskim. Bo to tam właśnie miały miejsce takie sytuacje. Wałbrzych wymarł, kiedy pozamykali wszystkie kopalnie. Bardzo wielu górników wyjechało z tego regionu za pracą, za chlebem. Bardzo wielu nie wiedziało, co ze sobą zrobić, więc zaczęły powstawać biedaszyby. O Wałbrzychu można dużo przeczytać i dużo się nasłuchać. Na Górnym Śląsku obawiają się, że jeśli dojdzie do takiego zamykania kopalń, to możemy mieć powtórkę z następstw. Górnicy zostaną sami, bo program, który rząd będzie proponował, to będzie zdecydowanie za mało. To się może skończyć źle – i to nie tylko dla górników, ale dla całego regionu. Z drugiej strony Śląsk jest dosyć mocno rozwinięty gospodarczo, jest tutaj dużo różnych firm – nie tylko kopalnie, jak to kiedyś było. Jest światełko w tunelu, że restrukturyzacja na Śląsku niekoniecznie musi się skończyć tragedią, ale obawy są cały czas widoczne. I mogą być słuszne, jeżeli nie przeprowadzimy restrukturyzacji z głową. Liczę jednak na to, że będą realizowane te dobre pomysły.

Rozmawialiśmy na razie o ekonomicznym aspekcie zamykania kopalń. Kopalnie to jednak coś więcej, są przecież niezwykle ważnym elementem kultury całego regionu. Na ile ważna w kontekście zamykania kopalń jest kulturowa tożsamość górników?

Ta strona bycia górnikiem nie jest już dzisiaj tak istotna. Kiedyś istniał silny etos górnika: górnik, Śląsk, kopalnie, biesiady – to wszystko tworzyło jedność i dawało gwarancję przyszłości. Teraz ta branża nie jest już lukratywna i jednocześnie sam zawód nie jest już darzony aż takim uznaniem. Kiedyś do górnika odnoszono się z szacunkiem, bo pracował z narażeniem życia i zapewniał bezpieczeństwo energetyczne. Tego podejścia nie ma już od bardzo dawna. Kiedy zaczynałem pracę, było jeszcze szczątkowo widoczne. Teraz podejrzewam, że chłopaki na Śląsku nie chwalą się już zawodem. Bo nie ma się czym chwalić tak naprawdę.

Na koniec chcielibyśmy zajrzeć w przyszłość. W którym kierunku widziałby pan przekwalifikowanie górników, żeby nie czuli się w żaden sposób pokrzywdzeni? Jaką inną pracę mogliby, a przede wszystkim chcieliby, znaleźć?

Pewnie najlepiej byłoby trafić na kolejną kopalnię. Mój przykład z kopalnią miedziową pokazuje, że łatwo jest się dostosować. To całkowicie inna kopalnia, ale łatwiej jest, będąc górnikiem, z węgla przenieść się na miedź niż zaczynać na powierzchni. Chociaż wiadomo, że na górników miedziowych nie ma tak dużego zapotrzebowania. Mówi się też o pracy dla górników przy instalacjach OZE, wiatraków czy paneli fotowoltaicznych… Ale prawda jest taka, że ciężko wybrać rozwiązanie, które wszystkim by pasowało. Nie brakuje górników, którzy mają pokończone studia w zupełnie innym zawodzie. Inni będą może chcieli wyjechać z kraju… Ilu górników, tyle opcji.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×