Jest kilka rzeczy, które o finansach publicznych słyszeli chyba wszyscy. Ty też wielokrotnie słyszałeś pewnie, że państwu zaraz zabraknie pieniędzy, że utrzymują je bogaci podatnicy i dlatego musimy być wobec bogaczy mili – bo inaczej się obrażą, a państwo zbankrutuje.
Postaram się przekonać cię, że to wszystko mity.
Wyciągnij z portfela banknot. Widzisz, co jest na nim napisane? Oczywiście „Narodowy Podatnik Polski” – bo przecież pieniądze państwo bierze od podatników! Tak naprawdę jednak jest na nim napisane „Narodowy Bank Polski”. Wszystkie „peeleny”, które miałeś w życiu w rękach, wyszły z państwowej drukarki. Nie ma innych – chyba że to podróbki. Chwila, dlaczego w takim razie państwo w ogóle ściąga podatki i dlaczego codziennie słyszymy, że zaraz zbankrutuje? To dłuższa opowieść.
Jak działa pieniądz?
Choć historia systemu monetarnego jest długa i zawiła, to na obecnym etapie bardzo łatwo go zrozumieć. Jest to w swej istocie system punktowy, w którym punkty wypuszcza emitent – jest nim państwo. Skąd państwo je bierze? Z tego samego miejsca, z którego Ekstraklasa bierze swoje punkty, a Żabka żappsy: emituje je, wklepując cyferki do arkusza kalkulacyjnego znanego jako „bilans Narodowego Banku Polskiego”. Niezłą analogią jest tu gra w Monopoly. Bankier jest w niej emitentem pieniądza (w instrukcji jest napisane, że jak mu zabraknie, to może sobie dopisać, ile potrzeba), a gracze uzyskują pieniądze właśnie od niego. Bankier jest oczywiście w tym wypadku odpowiednikiem państwa, a nie komercyjnego banku. Co więcej, deficyt bankiera w dowolnej kolejce jest co do dolara równy nadwyżce graczy w tej kolejce. Jeśli bankier ma w kasie po danej kolejce o trzynaście dolarów mniej, to bez przeliczania jesteśmy pewni, że gracze jako grupa mają o trzynaście dolarów więcej.
Mniej więcej tyle można powiedzieć w temacie tego okropnego deficytu, który rzekomo wysysa pieniądze z gospodarki i którym eksperci straszą nas codziennie. W każdym podręczniku ekonomii jest napisane, że deficyt państwa to nadwyżka sektora prywatnego. To trywialna tożsamość matematyczna, której nie da się obejść. Problemem mainstreamowej ekonomii jest brak teorii pieniądza państwowego. Ekonomistów nikt nie uczy, jak analizować system monetarny poprzez analizę bilansów i operacji monetarnych pomiędzy NBP, Ministerstwem Finansów, bankami i sektorem prywatnym. Dlatego mainstreamowi ekonomiści właściwie bez wyjątku mają w tym temacie aparat analityczny ograniczony do infantylnej i błędnej analogii:„państwo jest jak gospodarstwo domowe i zaraz zbankrutuje”.
Moment, ale dlaczego państwo w ogóle zbiera podatki? Jest parę przyczyn, ale faktycznie żadną z nich nie jest zdobywanie pieniędzy na wydatki. Bankier w Monopoly zbiera podatki, żeby gracze nie mieli za dużo pieniędzy – bo gra zrobiłaby się nudna bez ryzyka bankructwa.
Państwo zbiera podatki, by gospodarka się nie przegrzała i aby nie wystąpiła inflacja popytowa. Arcyważny powód to także skłonienie sektora prywatnego do oddawania państwu zasobów: pracy, usług budowlanych i drogowych czy produktów zbrojeniowych w zamian za papierki o arbitralnie ustalonej wartości.
Dlatego właśnie każde państwo zaczyna kontrolę nad daną gospodarką poprzez narzucenie obowiązku podatkowego w walucie, którą emituje. Zebrane podatki są potem mielone, podobnie jak zebrane bilety kinowe: to fakt zebrania podatku nadaje pieniądzom – podobnie jak biletom kinowym – wartość. Sam papierek jest emitentowi niepotrzebny do niczego więcej. Wiąże się z tym ciekawa teoria o potencjalnych źródłach hiperinflacji, która zresztą w wielu przypadkach znajduje potwierdzenie. Hiperinflacja może szybko nastąpić, gdy aparat państwowy jest na tyle słaby, że ściągalność podatków się załamuje – na przykład w wyniku wojny.
Zdarzyło się tak na Węgrzech w 1946, a także w Konfederacji Stanów Południowych USA, gdzie wprowadzono nową walutę, ale brakowało efektywnego systemu ściągania w niej podatków. Z tego powodu nowa waluta, znana jako „greyback”, prawie od początku swojego istnienia borykała się z hiperinflacją. Podobna jest historia tak zwanych invasion money: japońskich pieniędzy okupacyjnych wprowadzonych na Filipinach i innych podbitych terytoriach. Mimo że waluty tej nie dodrukowywano, po wycofaniu się japońskich wojsk jej wartość załamała się błyskawicznie. Miliony banknotów wyścielały ulice: ludzie wiedzieli, że japoński poborca podatkowy nie przyjdzie już po nie, więc wróciły do swej pierwotnej wartości: wartości zadrukowanego papieru.
Są też hiperinflacje inne, spowodowane załamaniem produkcji – jak w Zimbabwe – albo długiem w obcej walucie – jak hiperinflacja w Republice Weimarskiej czy PRL. W takich sytuacjach państwo ogałaca rynek wewnętrzny, szukając towarów na eksport. Stara się w ten sposób zdobyć twardą walutę na spłatę reparacji lub długu zagranicznego lub próbuje kupić ją za coraz bardziej bezwartościowy pieniądz krajowy.
Tak więc to państwo jest źródłem pieniądza, który mają podatnicy. To nie podatnicy finansują państwo, a państwo finansuje podatników: także to, co zapłacą w podatkach, i to, co zakumulują jako nadwyżkę (równą deficytowi państwa). Mam nadzieję, że jesteś wstrząśnięty, bo to odwraca do góry nogami popularny przekaz oparty na ignorowaniu faktów prawnych i rachunkowych oraz na błędnych analogiach.
Publiczny, czyli czyj?
Możemy teraz zapytać: po co w ogóle istnieje pieniądz publiczny? Ano, żeby podtrzymywać usługi publiczne, żeby państwo było w stanie utrzymywać swoich funkcjonariuszy, żeby mogło budować drogi, szkoły, uczelnie medyczne i szpitale, żeby mogło organizować obronę kraju. Żeby spełniać te zadania, państwo potrzebuje realnych zasobów: czasu pracy, surowców i produktów od sektora prywatnego. Może je zdobywać albo w sposób prymitywny – poprzez rekwizycję zboża, którym będzie karmić urzędników i nauczycieli – albo w sposób nowoczesny – rozda urzędnikom i nauczycielom bilety na zakup potrzebnych im produktów i nada tym biletom wartość, narzucając obowiązek podatkowy. Co więcej, skłoni sektor prywatny do rezygnacji z części konsumpcji, osłabiając jego zdolność wydatkową za pomocą podatku. Dzięki temu zasobów nie zabraknie dla pracowników państwowych i fabryk produkujących na rzecz państwa. W tym sensie podatnicy finansują państwo: oddając mu swoje zasoby realne. Zamiast pałaców i jachtów dla przemysłowców, budujemy drogi i szkoły dla wszystkich.
Powyższe odwrócenie ram pojęciowych: „pieniądz pochodzi od państwa, a nie od podatnika”, pozwala nam zupełnie inaczej spojrzeć na gospodarkę i funkcję społeczną bogacenia się, a także na rolę, jaką odgrywają najbogatsi. W tej optyce przestają być źródłem pieniądza, którego potem państwo może użyć w celu budowy dróg i szkół. Nie wzmocnimy państwa, jeśli pozwolimy bogatym na dalsze bogacenie się kosztem pracowników, uczniów i emerytów. Przedsiębiorca jednak rzeczywiście odgrywa w gospodarce kluczową rolę dzięki zaangażowaniu wynikającemu ze zogniskowania odpowiedzialności i korzyści z ewentualnego sukcesu: dostrzega nowe możliwości, integruje nowinki techniczne w komercyjne produkty, organizuje proces produkcyjny. Ale to tyle. Rentierzy i dziedzice fortun zostają zupełnie strąceni z piedestału: oni po prostu nagromadzili państwowe bilety monetarne, które uprawniają ich do korzystania z owoców pracy innych osób – mimo że sami nic nie wnoszą. Państwo nakłada na nich podatki nie po to, żeby zdobyć pieniądze, ale żeby hamować inflację wywołaną przez to, że konsumują wiele wytwarzanych przez gospodarkę zasobów. Straszenie społeczeństwa wyjazdem rentierów za granicę w razie podwyższenia podatków powinno wywoływać uśmiech politowania: nie mogą przecież wywieźć mieszkań, fabryk i portów, które posiadają. Muszą sprzedać je na miejscu, tak więc mieszkania, fabryki i porty pozostaną tam, gdzie są. Złotówek także nie da się wywieźć za granicę, bo poza Polską nie ma możliwości ich wydawania, a zagraniczne banki nie prowadzą kont w PLN. Złotówki muszą zatem zostać zamienione na obce waluty, a więc zostaną w kraju. Te na złość wszystkim wywiezione w walizkach do Szwajcarii są trywialnie łatwe do zastąpienia przez rodzimy bank centralny paroma kliknięciami klawiatury. Jedynym rzeczywistym – choć znikomym – uszczerbkiem byłoby zmniejszenie rezerw walutowych NBP: wyjazd rentierów oznaczałby zapewne, że kupią obce waluty i przetransferują je z polskich banków na zagraniczne konta.
Płynie z tego prosty wniosek: nawet jeśli większość podatków płacą bogaci, dzieje się tak tylko dlatego, że powodują większość inflacji i zużywają nieproporcjonalną ilość zasobów, których może potrzebować państwo, żeby zatroszczyć się o wszystkich swoich obywateli. To pracownicy budują szkoły, drogi i koleje, produkują żywność dla sędziów, nauczycieli i policjantów, wytwarzają czołgi i pociągi.
Pułapki mainstreamu
Jak wspomniałem wcześniej, ekonomia mainstreamowa nie ma żadnej poważnej teorii finansów państwa – czyli emitenta pieniądza. To ważny wątek. Po przyciśnięciu dowolnego ekonomisty głównego nurtu szybko się okaże, że poza analogią do gospodarstwa domowego jego zrozumienie finansów państwa nie ma żadnych podstaw. A analogia ta, jak widzimy, jest absurdalna. Ci „eksperci” nie potrafią na przykład analizować operacji bilansowych ani dyskutować o tym, jak deficyt wpływa na rynek bankowy i popyt na obligacje.
Dlatego też jedynie ekonomiści heterodoksyjni dostrzegli, że wprowadzenie euro fundamentalnie osłabia suwerenność monetarną poszczególnych krajów: a to dlatego, że emitenta pieniądza, który ma narzędzia do kontrolowania własnych odsetek, zamienia w coś na podobieństwo firmy czy gminy – używającej pieniądza emitowanego gdzie indziej – której warunki pożyczek dyktują rynki finansowe. Przewidzenie kryzysu w strefie euro to wielkie osiągnięcie teorii, którą opisałem. Warto też pamiętać, że ekonomiczny mainstream był przed kryzysem 2008 zupełnie ślepy na zadłużenie sektora prywatnego, które pozwoliło ekonomistom heterodoksyjnym przewidzieć – wbrew fantazjom ekonomistów głównego nurtu o „pokonaniu cyklu koniunkturalnego” – że nadchodzi finansowe trzęsienie ziemi.
Zadłużenie sektora prywatnego jest dużo większe niż dług publiczny. Ma także dużo większe znaczenie w zmianach koniunktury, a mimo to nigdy nie usłyszysz o nim od mainstreamowego ekonomisty. Słyszymy tylko o długu publicznym, w przypadku którego emitent pieniądza obiecuje coś, co może bardzo łatwo wytworzyć. Jak odpowiedział mainstream na kryzys roku 2008 i kryzys strefy euro? Czy przebudował swoje modele? Nie, ponieważ coś takiego jest niemal niemożliwe. Jego modele bez konstruktu „ekwilibrium” – czyli równowagi – praktycznie nie mogą istnieć. Tymczasem kreacja kredytu przez banki i zadłużenie sektora prywatnego powodują cykliczne kryzysy i są niekompatybilne z paradygmatem równowagowym. Dlatego mainstream użył tylko pudru: dodał „tarcia finansowe” do swoich modeli i ogłosił, że sprawa jest załatwiona.
Ktoś mógłby spytać, komu to służy i czy w grę nie wchodzi oddziaływanie jakichś nieczystych interesów? Wydaje mi się, że odpowiedź jest raczej prozaiczna: mainstream ekonomii to tysiące ludzi, którzy co roku opuszczają mury uczelni, dostają dobrą pracę na uczelniach i w think-tankach. Trudno oczekiwać, że ogłoszą większość swoich dotychczasowych działań nieprzydatną pseudonauką. To po prostu zagroziłoby ich karierom.
Nie bez znaczenia jest także fakt, że teorie, które głosi mainstream – na przykład ta o potrzebie zaciskania pasa, która osłabia rynek pracy i negocjacyjną pozycję robotników, oraz o tym, że podział dochodów odzwierciedla różnice w produktywności między robotnikami a kapitalistami – i które zostały zarówno teoretycznie, jak i empirycznie obalone, są jednak miłe dla ucha różnej maści miliarderów, sponsorów katedr badawczych na wielu zachodnich uniwersytetach. Sami zatrudnieni naukowcy na pewno myślą, że są bezstronni, ale fakt, że to właśnie oni zajmują swoje posady niekoniecznie jest przypadkowy. Dlatego rewolucji w ramach mainstreamowej ekonomii nie będzie.
Złota recepta?
Podsumowując: suwerenem jest naród, który pisze prawa. Nadaje także państwu prerogatywy takie jak emisja pieniądza publicznego i ściąganie podatków, które temu pieniądzu nadają wartość. Ewentualne prace na rzecz społeczeństwa wykonują pracownicy, a podatki, cóż, wcale nie umożliwiają państwu zdobycia pieniędzy i dokonywania wydatków. Ograniczają jedynie zdolność sektora prywatnego do wydatkowania, a tym samym pochłaniania zasobów realnych gospodarki, które chce przejąć państwo.
Czy to oznacza, że udział państwa w gospodarce powinien być większy niż obecnie? Niekoniecznie. Decyzja w tej sprawie należy do danego społeczeństwa i może się zmieniać w zależności od czasu i okoliczności. Ale dzięki spojrzeniu na poziomie makro, czyli całej gospodarki, widzimy, że to wcale nie pieniądze są celem mechanizmu gospodarczego. Jest nimkreacja zasobów produkcyjnych oraz produktów konsumpcyjnych i usługowych. Z punktu widzenia społeczeństwa rola przedsiębiorców polega na kreacji nowych produktów i inkorporowaniu technologii w unowocześnione produkty, a nie na kumulacji pieniądza, którym zasilają kasę państwa.
Nowe spojrzenie na świat ekonomii wymaga pewnej elastyczności. Pokazuje jednak nowe perspektywy, tworzy potencjał nowych możliwości, a co za tym idzie – zmiany na lepsze. To nie podatnicy finansują państwo, a państwo finansuje podatników.
Wprowadzenie euro fundamentalnie osłabia suwerenność monetarną poszczególnych krajów.
Nie wzmocnimy państwa, pozwalając na dalsze bogacenie się kosztem pracowników, uczniów i emerytów.
