Z Michałem Pacą rozmawia Szymon Święcicki.
Zarysujmy temat. Co dzieje się ze śmieciami, kiedy opuszczą nasz śmietnik? Przyjeżdża śmieciara, zabiera je z naszego pola widzenia i co dalej?
Załóżmy, że wszyscy mieszkamy w Warszawie. Czarny pojemnik, czyli odpady zmieszane, jedzie do spalenia. Praktycznie niczego stamtąd nie odzyskamy. Worek żółty, w którym powinien być plastik i metal, trafia do jednej z czterech różnych sortowni wokół miasta. Zakłady te bardzo dobrze radzą sobie z metalem – większość udaje się efektywnie odzyskać. Plastik jest dzielony na przynajmniej cztery różne strumienie, które w zależności od tego, z czego się składają, trafiają w różne miejsca.
I tam są przetwarzane?
Niestety trzeba powiedzieć, że recykling plastiku to w skali globalnej jedna wielka ściema. W sensie finansowym nie ma pożytku z segregacji plastiku. Szczególnie teraz, kiedy wszedł w życie system kaucyjny, większość cennego, zdatnego do przerobienia plastiku trafi do butelkomatów, a nie domowych śmietników. Zawartość żółtych koszy będzie już znacznie mniej wartościowa.
Co z pozostałymi odpadami?
Papier jeździ w Polsce do dwóch zakładów, w Kwidzyniu i w Ostrołęce. Tam teoretycznie robi się z niego znowu papier, ale tak naprawdę z naszych koszy odzyskiwanych jest maksymalnie 10 procent. Przetwarzane są głównie kartony z supermarketów, które po prostu są czystsze. Nasza makulatura, nie dość, że jest dużo bardziej zabrudzona, to jeszcze ma w sobie dużo więcej różnych domieszek – jest tam papier śliski, powlekany, barwiony. On de facto nie nadaje się do recyklingu. Robi się z niego tylko tak zwaną tekturę budowlaną, która po wykorzystaniu jako odpad budowlany trafia na składowiska.
Na koniec zostają nam jeszcze odpady szklane, z którymi naprawdę nieźle sobie radzimy. Szkło nie musi być myte. Mamy w Polsce trzy zakłady, w których wszystko jest bite, płukane, po czym wielkie separatory optyczne rozdzielają to na kolory i całość trafia do kolejnego obiegu.
A bioodpady?
Tu możliwości są bardzo duże. Właśnie bioodpadami zajmuję się zawodowo, więc weźmy jako przykład nasz zakład w Józefowie pod Warszawą. To tam trafiają najbrudniejsze odpady – bo to właśnie resztki jedzenia najszybciej zaczynają śmierdzieć i to one odpowiadają za zapach naszych altanek śmietnikowych.
Z takiego materiału w dość prostej linii technologicznej otrzymujemy biogaz i nawozy. Po wstępnym przerobieniu odpadów naszym produktem jest biopulpa. Wszystkie resztki jedzenia zamieniamy w taki zblendowany produkt o konsystencji gęstej zupy. Co prawda wygląda to dosyć nieapetycznie, ale z każdej tony takiego materiału jesteśmy w stanie wytworzyć 50 metrów sześciennych metanu.
Po fermentacji i pozyskaniu biogazu materiał przestaje wydzielać zapach, ale cały czas ma w sobie wartości odżywcze, w związku z czym jest rozlewany na polach jako naturalny nawóz. Dużo lepszy niż syntetyczna mieszanka azotu i fosforu.
Skoro system segregacji w przypadku papieru i plastiku działa bardzo słabo, może nie ma sensu ich oddzielać?
Powiem tak: skoro zasady segregacji już istnieją, to starajmy się ich przestrzegać. Koniec końców ciągle powstają nowe rozwiązania dostosowane do właśnie takiego systemu segregacji.
Weźmy przykład kartonów na mleko czy sok. To są opakowania wielometariałowe, zawierające plastik, warstwę aluminiową i papier. Jeszcze niedawno do niczego się nie nadawały. Ale zbierała się tego tak duża ilość, że w odpowiedzi na podaż powstał pierwszy zakład w Polsce, który wyspecjalizował się w przetwórstwie właśnie tego materiału. Wyciągają z opakowań aluminium, karton przerabiają na pulpę gotową do recyklingu.
Dlatego jestem za przestrzeganiem zasad. Ale wcale nie one są najcenniejsze. Dużo ważniejsze niż odpowiedni system przetwarzania jest to, żeby w ogóle nie wytworzyć tego odpadu. I to jest w naszych rękach.
To nasza decyzja, którą podejmujemy w sklepie, wybierając to z czym z niego wyjdziemy. Czy wybierzemy kalorie zapakowane w plastik, szkło, metal, opakowanie wielomateriałowe, czy zapakowane po prostu genialnie przez naturę. To jest ten moment, w którym decydujemy, czy będą śmieci, czy śmieci nie będzie.
Czyli jest pan przekonany do takiego indywidualnego wpływu? Możemy osobiście kształtować system?
My jako jednostki mamy wpływ przede wszystkim na własne życie. To ja decyduję, ile wytworzę odpadów. Moje drobne decyzje przesądzają o tym, czy wytworzę ich dużo, czy mało. Kiedy pomyślimy o tym, że właściwie każda rzecz, której dziś dotykaliśmy, zmieni się za naszego życia w śmieć – a większość pewnie trafi na wysypisko w ciągu dziesięciu lat – uświadamiamy sobie skalę swojego oddziaływania. Najtrudniej jest zmienić innych ludzi, najłatwiej samego siebie. Jeśli chcę jakiegoś świata, to pierwszy muszę się do niego dostosować.
Póki co jednak śmieci nadal powstają, a do recyklingu trafia tylko niewielka ich część.
To nie do końca prawda. W przypadku szkła jest naprawdę nieźle, podobnie jak w przypadku metali – te opakowania mają realną wartość, więc opłaca się je odzyskiwać i w większości przypadków się to dzieje.
Ale rzeczywiście, jeśli chodzi o opakowania wielomateriałowe, powlekany papier oraz absolutną większość plastiku, poziomy recyklingu w skali globalnej są śmieszne. W tej grupie właściwie tylko opakowania z polipropylenu, takie jak na przykład butelki na detergenty, nadają się do wielokrotnego przetworzenia. Polipropylen to rodzaj plastiku, który możemy poddawać recyklingowi do piętnastu razy. W przypadku butelek PET następuje jednorazowo tak zwany downcycling, a później odpad trafia do spalenia. Ewentualnie można zrobić z tego jakiś pseudoprodukt, który będzie miał krótką żywotność, jak na przykład jednorazowe plastikowe wieszaki na ubrania. W Polsce większość problemów z tego rodzaju odpadami rozwiązujemy spalając je jak leci.
O jakiej skali marnotrawstwa mówimy?
Co roku, tylko do produkcji opakowań, na Ziemi produkuje się 100 milionów ton plastiku. Z tego 30 milionów ton rocznie znika z systemu. Nie mamy pojęcia, co się z nimi dzieje.
Gdyby zamienić 30 milionów ton plastiku w folię, to moglibyśmy przykryć nią całą Polskę, całe Niemcy i jeszcze Luksemburg. Tyle plastiku co roku „gdzieś nam się zapodziewa”. To dlatego właśnie na plastik staram się uwrażliwiać ludzi.
Żebym dobrze zrozumiał: mamy materiał, którego nie jesteśmy w stanie sensownie przetwarzać, mamy inne materiały, które nie sprawiają takich problemów, a nadal gros naszej produkcji naszej to tworzywo, z którym nie wiemy, co robić. Jak do tego doszło?
To proste. Plastik jest super. Jest wygodny, jest tani…
To właśnie dlatego Coca-Cola w ciągu dwudziestu pięciu lat zrobiła siedemnaście konferencji prasowych, podczas których obiecała rozwiązać problem swoich odpadów, a następnie nie dotrzymała żadnego z tych siedemnastu zobowiązań.
Coca-Cola ma zakład przetwórstwa odpadów w Radzyminie, który ogarnia wszystko od Berlina po białoruski Mińsk i od Tallina po czeską Pragę. Gdyby była zobligowana, żeby pakować rzeczy w szkło, zamiast jednego musiałaby mieć czternaście zakładów na tym terenie. I dlatego właśnie obstaje przy plastiku.
Korporacje są genialne, jeżeli chodzi o maksymalizowanie zysku. Nie będą tworzyły systemu, który im się nie opłaca. A jako że mają ogromny wpływ na to, jak wygląda system gospodarki odpadami, wygląda on tak, że preferuje plastik.
A my, konsumenci, nie jesteśmy lepsi. Też robimy tak, jak nam najwygodniej. Coca-Cola później przychodzi na komisję sejmową i mówi tak: „Zrobiliśmy badania. Nasi konsumenci, a wasi wyborcy, w 80 procentach przypadków mówią, że chcą mieć produkty zapakowane w plastik”. Taka jest rzeczywistość, w której żyjemy.
Ale musimy pamiętać, że wygoda plastiku polega na tym, że nie ponosimy wszystkich kosztów jego produkcji. Są one przerzucane na planetę i ogół społeczeństwa.
W internecie można znaleźć pana Ted Talk, w którym twierdzi pan, że jeśli chcemy zmienić działalność dużych korporacji w temacie odpadów, musimy zrobić tak, żeby im się opłacało nie zanieczyszczać. Jak wprowadzić taką zmianę?
Potrzebujemy działań regulacyjnych, w których zresztą Unia Europejska jest światowym liderem. Ale prawda jest taka, że wszystko idzie zbyt wolno.
Fundamentem zmian powinno być to, że za odpady powinni płacić konsumenci, a nie mieszkańcy. Różnica polega na tym, że dziś ponoszę koszta zagospodarowania odpadów mojego sąsiada, mimo że sam wytwarzam ich dużo mniej. Co miesiąc płacę dokładnie tyle samo za siebie i za każdego w moim gospodarstwie domowym, co osoba, która wytwarza trzy razy więcej odpadów niż ja. Koszty przeliczane są na mieszkańca i tyle.
Gdyby opłata za odpady była „zaszyta” w opakowaniach, to za każdym razem idąc do sklepu widzielibyśmy, że kupiliśmy coś zapakowanego w plastik i w związku z tym płacimy ekstra 20 groszy. Przez pierwszy miesiąc by nas to nie bolało. Ale za którymś razem zaczęlibyśmy myśleć, czy czegoś nie chcemy zmienić.
Od takiej regulacji powinniśmy zacząć, ale do tego nadal długa droga.
Muszę jednak powiedzieć, że ja się tym nie martwię. Skupiam się na tym, żeby robić rzeczy, które są z mojego punktu widzenia słuszne. Bo właśnie w ten sposób, dając przykład, najbardziej zmieniam świat. Wierzę, że te moje małe działania doprowadzą kiedyś do dużej zmiany.
Czy gdzieś na świecie ktoś robi to dobrze? Można się na czymś wzorować?
Niestety nie bardzo. Możemy bić brawo Niemcom, którzy ponoć oddają do recyklingu o 25 punktów procentowych więcej odpadów niż my – 66%. Tylko problem polega na tym, że każdy Niemiec średnio wytwarza rocznie 800 kilo odpadów, a każdy Polak tylko około 400 kilo. Sumarycznie marnują więc więcej niż my. Kraje, które produkują istotnie mniej śmieci od nas, to kraje znacznie słabiej rozwinięte. Nie chcielibyśmy się znaleźć w ich sytuacji – braku dostępu do plastiku.
Istnieje więc przestrzeń dla pionierów, dla jakiegoś odważnego kraju, który przeprowadzi taki eksperyment, że za odpady będą płacili ci, którzy je faktycznie wytwarzają, czyli konsumenci. Zobaczymy wtedy jaka będzie reakcja po stronie korporacji. Myślę, że zaczną kombinować, jak opchnąć nam jak najwięcej rzeczy, których potrzebujemy, w taki sposób, żeby nie były pakowane w produkty groźne dla środowiska.
Mam problem z przerzucaniem odpowiedzialności na konsumentów. Weźmy przykład z mojego życia: mam w domu starą lodówkę, która zużywa dużo prądu. Chcę być odpowiedzialny środowiskowo, ale nie wiem co będzie lepsze: wymienić ją na nową, która będzie bardziej energooszczędna czy zostawić starą dopóki się nie zepsuje, żeby uniknąć produkowania śmieci? Konsumenci – nawet ci najbardziej świadomi – cały czas stają przed tego rodzaju wyborami. Skąd mają wiedzieć co robić?
Lodówka to ciekawy przykład, bo to ten sprzęt, który sprawia, że marnujemy najwięcej żywności. Wchodząc do sklepu nie zastanawiamy się, co mamy w domu, co trzeba zjeść, tylko myślimy, na co mielibyśmy ochotę. A później raz na jakiś czas jest przegląd lodówki, w wyniku którego połowa tego towaru ląduje w koszu na śmieci. I mówię to jako osoba, która dokładnie wie, co jest w odpadach kuchennych.
Jako że w przypadku dużego sprzętu AGD sprzedawca ma obowiązek odebrać poprzednie urządzenie i oddać je do odpowiedniego przetworzenia, moja odpowiedź brzmi: kup nową, ale znacznie mniejszą lodówkę.
Ale widzi pan problem braku wiedzy i informacji? Często nie wiadomo, co będzie bardziej eko. Jak sobie z tym poradzić?
Nie widzę tego problemu, bo patrzę z innej perspektywy. Przede wszystkim trzeba po prostu pamiętać, że praktycznie zawsze najbardziej ekologiczne jest wykorzystanie tego, co już mamy. I tyle. Na tym trzeba się skoncentrować, bo to może przynieść największe efekty.
Nie powinniśmy być zachęcani do tego, żeby każdy miał doktorat z segregacji odpadów, tylko do tego, żeby odpadów nie wytwarzać. Weźmy przykład torby na zakupy – często się o tym słyszy. W każdym przypadku, czy to będzie torba papierowa, czy plastikowa, czy z bawełny, najmniejszy ślad ekologiczny jest tej, którą już mam.
Czy możliwe jest osiągnięcie w pełni cyrkularnej gospodarki? Takiej, w której śmieci nie istnieją?
Gospodarka o obiegu zamkniętym jest bardzo zależna od producentów. Tak długo, jak producenci uważają, że świetnym pomysłem jest zrobienie opakowania, które się absolutnie nie nadaje do recyklingu, zamykają nam drzwi do gospodarki cyrkularnej. To moim zdaniem główna przeszkoda.
W świecie, w którym żyjemy obecnie, przeżycie tygodnia w wersji „zero waste” jest jak tor z przeszkodami najwyższej klasy.
Załóżmy jednak, że uda nam się do tego dojść. Jak wyglądałaby konsumpcja w takim świecie?
Z perspektywy konsumenta wygląda to tak, że raz w tygodniu przychodzę z moją skrzynką, kupuję do niej warzywa i owoce, które później w domu przerabiam na jedzenie. W efekcie wytwarzam tylko odpady organiczne, które umiemy poddawać recyklingowi.
Ale muszę powiedzieć, że nie mam tutaj konkretnej wizji. Bardziej wskazałbym kierunek: robimy jako ludzie to, co nam się opłaca. Kiedy nam i korporacjom zacznie opłacać się dbanie o środowisko – magic happens.
Jeśli jednak rozwiązaniem miałoby być przerzucenie kosztu wytwarzanych odpadów na konsumentów, czy nie ucierpiałyby na tym najbardziej osoby ubogie?
To w ogóle jest poziom anegdotyczny i ulubiony argument posłów z komisji sejmowej do spraw recyklingu: że plastik zapewnia tanie produkty dla osób ubogich. Tylko zaśmiecenie planety nie może być sposobem na rozwiązanie problemu ubóstwa w tym kraju.
A jak przekonać do zmiany systemu osoby decyzyjne? Myślę, że rozwiązanie narzucające koszty konsumentom nie zdobędzie dużego poparcia społecznego, a zatem i politycy raczej go nie poprą…
Jeśli chodzi o perspektywę konsumenta, to pamiętajmy, że przy systemie opłat w sklepie znikają nam comiesięczne opłaty za gospodarkę odpadami, które ponosimy obecnie. Średnia rodzina w Warszawie oszczędziłaby 140 złotych, więc dałoby się to zbilansować.
A jak przekonać polityków?
Próbuję od dziesięciu lat. Próbuję ich też namówić – w ramach innej swojej działalności – do ustawy o obszarach społecznościowej ochrony przyrody. Przekonuję do nowatorstwa. Ale niestety moja perspektywa jest taka, że nawet jak pójdziemy do polityków ze świetnym pomysłem, to ich pierwsze pytanie brzmi: a czy ktoś na świecie już to robi? Z mojego doświadczenia wynika, że rządzący są co do zasady zamknięci na innowacje. Na poziomie politycznym jesteśmy narodem naśladowców, a nie pionierów.
Michał Paca
Szymon Święcicki

