fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Oblężenie Suwejdy. Czy są szanse na stabilną Syrię?

Druzowie nie mają wielkich nadziei na rychłe nastanie pokoju. Ich dramat odbywa się w ciszy, pomijany przez światowe media, skupione na rozgrywkach wielkich mocarstw. Ofiary mają poczucie, że ich cierpienie ginie pod frazesem o „etnicznym konflikcie w Syrii”.
Oblężenie Suwejdy. Czy są szanse na stabilną Syrię?
ilustr.: Aleksandra Lampart

Z Wissamem, Druzem urodzonym w Suwejdzie, miałem spotkać się w ubiegły weekend. Spotkania mijają nam zwykle na dyskusjach o sytuacji politycznej w Syrii, o codziennych doświadczeniach związanych z życiem migranta w Niemczech i wspólnym narzekaniu na wymysły polityków i polityczek. Tym razem Wissam odwołał spotkanie w ostatniej chwili.

– Wybacz, ale nie jestem w stanie normalnie funkcjonować – napisał mi na Whattsappie – Widziałem filmy, po których będę potrzebował terapii. Widziałem rozstrzeliwanych cywilów i nie wiem, co dzieje się z moją rodziną. W Suwejdzie nie ma prądu ani internetu. Myślę tylko o tym, że moi bliscy mogą już nie żyć.

W połowie lipca na południu Syrii doszło do największej eksplozji przemocy od czasu obalenia Baszara al-Assada w grudniu zeszłego roku. Po tym, jak beduińscy bojownicy porwali miejscowego handlarza, konflikt pomiędzy zamieszkującymi ten region Druzami a rywalizującymi z nimi Beduinami szybko wymknął się spod kontroli, eskalując do poziomu regularnej wojny. Ta z kolei szybko przybrała wymiar brutalnych czystek etnicznych, podsycanych wielowiekową nienawiścią do Druzów i ich religii.

Wydarzenia ostatnich dni jak na dłoni zobrazowały szereg problemów, z jakimi musi borykać się współczesna Syria. Po ponad trzynastu latach wyniszczającej wojny domowej, ten wieloetniczny i wielokulturowy kraj musi pogodzić potrzebę odbudowy po reżimie al-Assadów z obecnymi tam od wieków regionalnymi ambicjami. Sytuację komplikuje fakt, iż współczesna Syria jest areną walki mocarstw, takich jak Turcja, Izrael czy Rosja i Stany Zjednoczone. Nic dziwnego, że południowa Suwejda – sporny region, w którym zderzają się interesy wielkich politycznych graczy, stał się miejscem, w którym dynamika obecnych w kraju podziałów etnicznych ukazała swoje najbardziej dramatyczne oblicze.

Tygiel syryjski

W grudniu ubiegłego roku uwaga światowej opinii publicznej ponownie skupiła się na Syrii. W wyniku błyskawicznej ofensywy grupa islamistycznych bojówek znana jako Ruch Wyzwolenia Lewantu (HTS) wkroczyła do Damaszku, przynosząc kres trwającym od ponad 50 lat rządom dynastii al-Assadów. Wkrótce potem przywódca rebeliantów, Ahmad asz-Szara (znany wcześniej jako al-Dżolani), obwieścił koniec starego reżimu i ogłosił się nowym prezydentem kraju.

Przejęcie władzy przez HTS spotkało się z mieszanymi reakcjami zarówno ze strony Syryjek i Syryjczyków, jak i społeczności międzynarodowej. Szczególną niepewność wywołują niebezpieczne związki nowego prezydenta z islamistami. Lęki te spotęgowała żywa pamięć o niedawnej obecności Państwa Islamskiego, którego funkcjonariusze stosowali wymyślną i bezwzględną przemoc wobec wszystkich „niewiernych” – w szczególności wobec nie-muzułmanów – ale także tych sunnitów, którzy w oczach islamistycznych radykałów okazali się niewystarczająco pobożni.

Przejściowy rząd Ahmada asz-Szary kontroluje około 65 procent terytorium kraju. Na obszarze tym zamieszkuje niespełna 80 procent populacji Syrii. Szacuje się, że odpowiada to około 60 procentom aktywności ekonomicznej państwa. Niemal całość terytorium na północny-wschód od Eufratu znajduje się pod kontrolą Syryjskich Sił Demokratycznych, potocznie zwanych Rożawą. Powstała w 2015 roku wspólnota autonomiczna jest zdominowana przez ludność pochodzenia kurdyjskiego. Obecne są w niej jednak także inne grupy, takie jak Asyryjczycy czy Arabowie. Część północnych regionów kraju znajduje się de facto pod turecką okupacją. Dodatkowo, wytrenowana i wyposażona przez Amerykanów formacja zbrojna znana pod nazwą Wolnej Armii Syryjskiej, będąca pozostałością po strukturach opozycji, jakie zawiązały się w 2011 roku. Kontroluje część terenów rozciągających się od południowych przedmieść Palmyry aż po strategiczne przejście graniczne al-Tanf przy granicy z Irakiem, istotne z punktu widzenia importu produktów naftowych. Z kolei położone na południowo-wschodnim krańcu kraju Wzgórza Golan pozostają pod kontrolą wrogiego Izraela, a szanse na ich odzyskanie i reintegrację w ramach Arabskiej Republiki Syrii wydają się znikome. Wreszcie, południowa prowincja Suwejda podzielona jest na obszary kontrolowane przez druzyjskie i beduińskie milicje etniczne.

Świadomy swej trudnej pozycji Ahmad asz-Szara szybko postanowił ocieplić swój wizerunek, kreując się na umiarkowanego pragmatyka. Eks-dżihadysta zrzucił mundur i zastąpił go granatowym garniturem, zaczął stosować retorykę podkreślającą wieloetniczny charakter Syrii i potrzebę odbudowy państwa w duchu porozumienia ponad podziałami. Zdaje się, iż PR-owa wolta asz-Szary przyniosła mu pewne korzyści, choćby w postaci udzielonego przez Zachód kredytu zaufania. Doszło do nawiązania stosunków dyplomatycznych z Niemcami i Francją, a w końcu zniesienia obowiązujących od dekad sankcji na Syrię, szumnie ogłoszonym przez Donalda Trumpa. Decyzje te były w dużej mierze podyktowane – być może naiwną – nadzieją na pokojową tranzycję Syrii w kierunku stabilnego politycznie państwa, któremu być może daleko będzie do liberalnej demokracji, ale przynajmniej zdoła zapewnić stabilność licznym mniejszościom, chroniąc je przed krążącym nad całym regionem widmem islamizmu.

Już w marcu tego roku pojawiły się pierwsze symptomy wskazujące, że proces integracji skonfliktowanych regionów Syrii stoi pod znakiem zapytania. Mowa tu o fali pogromów na alawitach, która przetoczyła się przez gęsto zaludnione tereny przybrzeżne na zachodzie kraju. Alawici, kolejna z licznych mniejszości Syrii, stanowią grupę etniczną, z której wywodził się trzon państwowej elity państwa al-Assadów, wliczając w to samych prezydentów. Po części motywowane były one chęcią zemsty za lata ucisku, jakiego Syryjki i Syryjczycy doznali z rąk kojarzonego z alawitami reżimu. Z drugiej strony, przemoc tę można rozumieć jako nieuniknioną konsekwencję biedy, społecznej dezorganizacji oraz nieobecności państwowych instytucji w kontekście odwiecznych resentymentów i rywalizacji pomiędzy poszczególnymi mniejszościami.

Na przełomie kwietnia i maja 2025 roku w położonych na przedmieściach Damaszku miejscowościach Dżaramana i Sahnaja doszło do kolejnego dramatu. Miejscowa ludność, rozjuszona przez krążącą po mediach społecznościowych plotkę o znieważeniu przez Druzów Koranu, postanowiła własnoręcznie wymierzyć rzekomym winowajcom sprawiedliwość. W pogromach zabito co najmniej 80 osób. Po długich negocjacjach pomiędzy syryjskim rządem a przedstawicielami Druzów osiągnięto kruche porozumienie, zakładające integrację części druzyjskich milicji w ramach państwowych sił bezpieczeństwa.

Przez chwilę wydawało się, że mimo licznych tarć Syria ma jeszcze szansę wrócić na tory stabilizacji. Wspomniane akty przemocy można było postrzegać jako bolesny etap procesu integracji kraju, zarówno w aspekcie wewnętrznym, jak i zagranicznym. Optymiści wskazywali tu na spadającą izolację Syrii na arenie międzynarodowej oraz umacnianie się autorytetu asz-Szary w polityce krajowej. Niestety w Suwejdzie doszło do rozruchów, które podważyły najbardziej fundamentalne założenia obrane przez nowe władze. Skala przemocy wobec Druzyjek i Druzów nie tylko przyćmiła zupełnie wcześniejsze czystki, ale też podważyła – i tak już kruche – zaufanie syryjskiego społeczeństwa do projektu Syrii wspólnej dla wszystkich zamieszkujących ją mniejszości.

Przymusem golone brony, czyli czystki etniczne w praktyce

– Miałam nadzieję, że przejęcie władzy przez asz-Szarę coś zmieni – mówi moja przyjaciółka, Zejnab – Dżihadystyczna przeszłość prezydenta budziła moje obawy. Wierzyłam jednak, że moi rodacy znajdą drogę do pokojowego współistnienia. Choćby dlatego, że wszyscy mamy dosyć tej okrutnej wojny. Myliłam się, a teraz myślę, że będzie jeszcze gorzej niż w czasach al-Assadów.

Zejnab pochodzi z alawickiej rodziny. Choć wychowała się w Niemczech, głęboko przejmuje się losami kraju. Nie ukrywa, że ostatnie pogromy w Suwejdzie są dla niej ogromnym szokiem. Jej odczucia podziela wiele Syryjek i Syryjczyków w kraju i za granicą. Trudno się temu dziwić, bowiem skala przemocy, z jaką mamy tam do czynienia jest absolutnie bezprecedensowa.

Wspomniane wcześniej porwanie miejscowego handlarza doprowadziło do masowej mobilizacji zarówno beduińskich, jak i druzyjskich sił w całym regionie. Walki bardzo szybko przybrały formę brutalnych czystek etnicznych, których większość ofiar stanowią właśnie Druzowie, będący największą grupą w regionie. Związane ze środowiskiem druzyjskim portale społecznościowe pełne są nagrań przedstawiających masowe egzekucje Druzów, zniszczone domy oraz zmasakrowane ciała cywilów leżące na ulicach miasta. Stojący za atakami Beduini próbują przedstawić prowadzone przez siebie czystki jako walkę z „druzyjskimi zdrajcami” i „kolaborantami syjonistycznego reżimu”. W języku motywowanych radykalną interpretacją islamu Beduinów Druzowie nazywani są „świniami”. Wielki szok wywołały u Druzów nagrania, na których dżihadyści golili Druzom brody i wąsy – intymny symbol ich przynależności i oddania wspólnocie.

Skojarzenie Druzów z Izraelem wskazuje na kolejny wymiar syryjskiej układanki, związany z izraelskimi zbrojnymi interwencjami. Od przejęcia władzy przez HTS rakietowe ataki na Syrię właściwie nie ustają. 16 lipca niesprowokowany Izrael po raz kolejny zaatakował Syrię. Zbombardowane zostało ogarnięte walkami miasto Suwejda. Oficjalnym powodem ingerencji miało być wywarcie presji na rządzie asz-Szary celem poprawy sytuacji Druzów w południowych regionach kraju. W Syrii Izrael prowadzi obłudną grę obliczoną na destabilizację i rozpad kraju na wiele skonfliktowanych państewek. Z uwagi na relatywnie wysoką pozycję, jaką Druzowie cieszą się w izraelskim społeczeństwie, Izrael próbuje przedstawiać się jako obrońca ich sprawy w regionie. Syryjscy Druzowie jednak pomocy od Izraela nie chcą i stanowczo się od niego odżegnują. Dotyczy to zarówno tych zamieszkujących okupowane Wzgórza Golan, jak i tych z południa Syrii. Sytuacja ta dobrze obrazuje, jak opłakane skutki dla miejscowej ludności mogą mieć imperialne ambicje Tel-Awiwu. Jego propaganda podsyca paranoję islamistów, prowadząc ku jeszcze większej przemocy wobec zagrożonej druzyjskiej społeczności.

Sytuację nieudolnie próbował ratować syryjski rząd tymczasowy, wysyłając na miejsce regularną armię. Niestety, ona także dopuściła się poważnych przestępstw wobec miejscowych. Według świadectw mieszkańców Suwejdy działania beduińskich bojówek odbywały się we współpracy z syryjskim wojskiem. Współudział formacji rządowych w przemocy wobec Druzów potwierdzają liczne źródła, takie jak reportaż opublikowany na łamach „The Washington Post” czy raport Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka, który mówi wprost o      egzekucjach na Druzach przeprowadzonych wspólnie przez armię syryjską i beduińskich bojowników. Niewykluczone, że sfrustrowany brakiem postępów w kwestii integracji regionu asz-Szara postanowił rozprawić się z Druzami, wykorzystując w tym celu konflikt tej społeczności z Beduinami. Syryjscy Druzowie pod przywództwem szejka Hikmata al-Hidżriego od początku traktują nowe syryjskie władze z dużym sceptycyzmem. Jeszcze w marcu al-Hidżri nazwał rząd asz-Szary „ekstremistycznym w każdym znaczeniu tego słowa”, co stanowiło zapowiedź nieustępliwej polityki wobec Damaszku.

Postawa Druzów wynika z faktu, że od wieków cieszą się w Syrii pewną niezależnością. W czasach Francuskiego Mandatu Syrii region Suwejdy należał do Wolnego Państwa Dżabal ad-Druz, będącego druzyjskim regionem autonomicznym. Al-Assadowie szanowali pozycję druzyjskich szejków oraz pozwalali przedstawicielom tej społeczności kultywować tradycję w nieskrępowany sposób – w zamian za formalne uznanie zwierzchnictwa reżimu nad całą Syrią. Mimo swojej opresyjności, reżim al-Assadów postrzegał Druzów jako pełnoprawnych obywateli, zgodnie z oficjalnie obowiązującą doktryną panarabizmu. Tajne służby brały zatem na swój celownik tylko (i aż) tych Druzów, którzy wykazywali postawy antyrządowe. Wraz z nadejściem asz-Szary, Druzowie zaczęli bać się o przyszłość. Wśród związanych z prezydentem islamistów panuje powszechne przekonanie, że Druzowie i podobne mniejszości to heretycy, dla których w pobożnym islamskim państwie nie ma miejsca. Nie dziwi zatem, że na przestrzeni ostatnich miesięcy doszło do wielu konfliktów pomiędzy rządem centralnym a druzyjskimi bojówkami, które odmawiały rozbrojenia, co za tym idzie, rzucały wyzwanie zwierzchnictwu nowego prezydenta.

Internet już jest, ciała wciąż leżą na ziemi

Na początku sierpnia udało mi się skontaktować z Hakimem, który w kwietniu wyjechał do Syrii. Przez dwa dni czekałem na odpowiedź na moje pytanie, czy jest bezpieczny. Gdy już zacząłem się martwić, telefon niespodziewanie zawibrował.

– Jestem w Suwejdzie. Nie mogę się wydostać, wszystkie drogi są zablokowane. Niebezpieczeństwo czyha na nas z każdej strony – napisał na Whattsappie. – Dopiero od kilku dni mamy prąd, ale tylko przez półtorej godziny dziennie. Brakuje mąki na chleb, przestała działać ostatnia piekarnia. Internet wrócił, ale połączenie jest słabe i często się rozłącza. Suwejda jest oblężona. Ciała wciąż leżą na ziemi.

Gdy zapytałem, czy mogę mu jakoś pomóc, odpowiedział bez wahania:

– Proszę przekazać o naszym cierpieniu wszystkim krajom świata. Terroryści i ekstremiści atakują nas w Suwejdzie, będą też atakować w Europie i na całym świecie. Im więcej ludzi dowie się o naszym męczeństwie, tym łatwiej będzie nam pomóc.

Choć wiadomości Hakima są zwięzłe, łatwo wyczuć, jak wielkie emocje się za nimi kryją. Mimo sytuacji, w jakiej znajduje się jego społeczność, Hakim nie traci nadziei – Beduini i siły rządowe wkrótce się wycofają, a Druzowie przetrwają i będą wolni. A potem uzyskamy niepodległość – dopisuje, póki pozwala mu na to słaby zasięg.

Ostrzeżenie Hakima należy potraktować poważnie. Ostatnia destabilizacja Syrii wynikająca z wojny domowej umożliwiła dżihadystom z Państwa Islamskiego podbój rozległych terenów. Dysponujący własnym terytorium i zasobami ekonomicznymi islamiści mogli pozwolić sobie na agresję względem Europy. W ubiegłej dekadzie terroryści z ISIS przeprowadzili szereg zamachów, między innymi w Paryżu czy Berlinie. To one były jednym z czynników, które zapoczątkowały łańcuch wydarzeń prowadzący do wzrostu postaw antyimigranckich i antyislamskich w Europie. Bez wątpienia swobodna obyczajowo i pluralistyczna, Europa była i pozostanie celem dla islamskiego fundamentalizmu. Jeśli Syria miałaby po raz kolejny znaleźć się w wirze gorącej wojny domowej, powrót zamachów na Starym Kontynencie może okazać się kwestią czasu. Wydarzenia w Suwejdzie są zatem więcej niż tylko kolejnym epizodem przemocy na drodze do upragnionej stabilizacji. Są ogromnym krokiem wstecz dla całej syryjskiej państwowości i społeczeństwa. Ich przebieg wskazuje, że państwo trzeszczy w szwach kulturowych podziałów, a uśpione demony etnicznej nienawiści budzą się do życia po dekadach letargu, za jakie uznać należy epokę żelaznych rządów dynastii al-Assadów.

Współpraca asz-Szary z Beduinami stawia pod znakiem zapytania jego koncyliacyjną retorykę i nakazuje zastanowić się nad szczerością intencji nowych władz w Damaszku. Z jednej strony wydają się potwierdzać wcześniejsze obawy, że rebranding wizerunku prezydenta był zabiegiem stricte propagandowym, obliczonym na przekonanie do siebie światowej opinii publicznej i uśpienie czujności narażonych mniejszości. Z drugiej pokazuje, jak wielkim wyzwaniem jest odbudowanie Syrii jako jednego państwa. Być może kraj tak różnorodny jak Syria zwyczajnie nie będzie w stanie funkcjonować jako klasyczne państwo narodowe. Kwestią otwartą pozostaje, czy istnieje wobec tego jakaś alternatywa.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych dniach i miesiącach zarówno Druzów, jak i całą Syrię czeka trudny czas. Podobnie jak mieszkańcy Gazy, Druzowie nie mają wielkich nadziei na rychłe nastanie pokoju. Dramat Druzów odbywa się w ciszy, pomijany przez światowe media, skupione na rozgrywkach wielkich mocarstw w Ukrainie i innych punktach zapalnych. Jego ofiary mają głębokie poczucie, że ich narracja nie przebija się do szerszej świadomości, a ich cierpienie często ginie pod natłokiem frazesów o „etnicznym konflikcie w Syrii”, pozbawionych odniesień do sprawców i kontekstu tych dramatycznych wydarzeń. Być może w obliczu obecnej sytuacji jesteśmy w stanie zrobić niewiele. Doświadczający okrutnych prześladowań Druzowie i Druzyjki z Suwejdy zasługują na naszą solidarność i szczerze pragną, aby o ich tragedii dowiedział się cały świat. Być może pierwszym krokiem koniecznym do poprawy ich sytuacji musi być przełamanie bariery milczenia poprzez oddanie głosu ofiarom, które same najlepiej wiedzą, jak wielka krzywda została im zadana.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×