Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

O otwieraniu i zamykaniu okien

Wszystko zależy tylko od tego, co zrobię z moimi oknami, bo w każdym przypadku mam do czynienia z tymi samymi ideami. Różnica pomiędzy katolikiem otwartym a zamkniętym nie tkwi w katolicyzmie.

Ilustr.: Rafał Kucharczuk


Wszystko zależy tylko od tego, co zrobię z moimi oknami, bo w każdym przypadku mam do czynienia z tymi samymi ideami. Różnica pomiędzy katolikiem otwartym a zamkniętym nie tkwi w katolicyzmie.
 

1.

Wielki niemiecki filozof, Gottfried Wilhelm Leibniz twierdził, że wszystko, co jest, jest złożone z wiecznych, niezniszczalnych, bezwymiarowych, a przy tym najbardziej prostych z prostych elementów – monad. Składają się z nich drzewa, stoły, ipady, ciała zwierząt oraz nasze. Ludzkie dusze to także monady, ale specjalnego rodzaju. Jedna monada jest szczególna. To Bóg. Supermonada. Co było, jest i co będzie, zostało już wcześniej w monadach przez Boga zapisane i dzieje się wyłącznie za jego sprawą. Monady same nie mogą bowiem nic: ani wzajemnie na siebie oddziaływać, ani się, jedna z drugą, skomunikować. Leibniz pisał, że jest tak, ponieważ „monady nie mają okien”.
Co z tego wszystkiego wynika dla filozofii, wolnej woli i świata, jest od dawien dawna przedmiotem debat i sporów. Dla nas jednak nie będzie to miało żadnego znaczenia. Zamierzamy bowiem myśleć na przekór, a nawet wbrew Leibnizowi, całkowicie przy tym przekręcając i wypaczając jego filozofię.
 

2.

Jest lato. Siedzę w swoim pokoju. Duchota niemiłosierna. Otwieram jedno z okien. Chcę wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Uff! Co za ulga!
Ja, mój pokój i jego okna jesteśmy „monadą”. Nie jest ona ani bezwymiarowa, ani prosta, ani, tym bardziej, wieczna. Trudno.
Za oknami, na zewnątrz są inne monady. One również mają okna. Pomiędzy mną, a nimi rozciąga się przestrzeń, w której zanurzone są pojęcia, wzorce, wartości… Jednym słowem: idee.
Pootwierałem swoje okna. Jestem monadą otwartą. Co to znaczy?
 
Gdy moje okna są pootwierane, oddycham. Zrobiłem to, bo chciałem – nikt mnie nie zmusił. Nie boję się tego, co na zewnątrz. Jestem pewny siebie, wiem, kim jestem. Nie oczekuję, że to, co przyjdzie – o ile przyjdzie – będzie takie lub inne. Przyjmę je takim, jakim jest. „Przyjmę” nie znaczy jednak, że uczynię swoim, ale też z góry nie odrzucę, nie ocenię i będę szanował. A z drugiej strony, chcę dzielić się tym, co sam posiadam, pokazywać innym, jestem ciekawy ich zdania. Wiem, że mogę błądzić, a prawda równie dobrze może przyjść z zewnątrz. Rozumiem też, że dopuszczając tę myśl, nie mogę nie chcieć poznawać tego, co przychodzi. Starać się poznać i zrozumieć inne jest dla mnie wewnętrznym nakazem, a może nawet obowiązkiem.
W świecie podobnych mi monad są jednak i takie, które swoich okien nie otwierają. Nie oznacza to jednak od razu, że tego nie chcą. Może się boją? Ktoś je nastraszył, przekonał że „w dzisiejszych czasach tylko głupcy trzymają swoje okna otwarte”, roztoczył wizję złoczyńców, którzy tylko czyhają na to, żeby się włamać, a potem rabować i niszczyć. A może kiedyś się otworzyły, ale zostały zranione, a potem trafiły na niewłaściwych pocieszycieli? Albo jeszcze gorzej: nikt im nie powiedział, że okna ich duszy mają klamki i zawiasy?
 
Jakby nie było, to, że ich okna są zamknięte, wydaje się sugerować, jakoby niczego nie oczekiwały. Nie chcą, by cokolwiek zakłócało ich wewnętrzny spokój, mąciło pewność siebie. To, co tłoczy się za szybami, nie jest dla nich interesujące i nie może mieć nic wspólnego z prawdą. Tę ostatnią zamknęli w środku, tu – w swoim małym pokoiku. Mogą ją co najwyżej pokazać przez szybę lub groźnie pomachać, ale ona należy tylko do nich.
 

3.

Obraz ten – a właściwie zaledwie szkic – koresponduje jakoś z tym, o czym pisali: Bergson, Popper, Mounier, a w Polsce Eska, Turowicz, Kołakowski i wielu innych. Bergson wspominał o „otwartych i zamkniętych duszach”, Popper o „otwartych i zamkniętych społeczeństwach”, Eska i Turowicz o „otwartym i zamkniętym Kościele”…
A przecież i tak wiemy, że chodziło im o monady.
 
O monady, czyli o nas, nasz stosunek do innych i do świata. „Ludzki punkt widzenia pozwala nam nieograniczenie rozszerzać wiedzę o świecie, ale wszechświat nasz będzie miał zawsze tyleż wymiarów, ile my sami. Będzie on również w tym stopniu zamknięty albo otwarty, w jakim jest każdy z nas”, pisał Kołakowski. Od tego, jacy jesteśmy, zależy, jaki jest nasz świat: różnorodny i szeroki czy homogeniczny i ciasny.
Od nas zależy też w dużej mierze, jaką konkretną formę przyjmą wyznawane przez nas ogólne idee. Otworzyłem się kiedyś na ideę katolicką i okno to pozostaje wciąż otwarte, ale resztę okien szczelnie zamknąłem. Już ich nie potrzebuję. Stałem się monadą, która obawia się złych wpływów współczesnego świata – wolę nie dawać im możliwości zgubnego na mnie oddziaływania. Z mojego otwartego okna mogę komunikować się z innymi, myślącymi podobnie do mnie oraz ostrzeliwać tych, z którymi mi nie po drodze.
 
Może być jednak i tak, że idea katolicka stała się moją, ale nie wiązało się to wcale z zamknięciem pozostałych okien. Wręcz przeciwnie, przecież coś dobrego, wartego uwagi może wpaść także przez któreś z nich?
Podobnie, mogę być – w moim odczuciu – postępowym liberałem, który nie potrafi znieść myśli o tym, że to inni mają rację albo chociaż jej część. Ale całkiem możliwe jest też, że wyznając tę ideę, będę równocześnie starał się zrozumieć sposób myślenia tych innych i z chęcią wejdę z nimi w dialog. Ktoś mógłby być zatwardziałym ateistą albo też ateistą szanującym to, w co wierzą wierzący, mimo że ich sposób przeżywania stosunku do świata jest mu całkowicie obcy.
 
Wszystko zależy tylko od tego, co zrobię z moimi oknami, bo każdym przypadku mam do czynienia z tymi samymi ideami. Różnica pomiędzy katolikiem otwartym a zamkniętym nie tkwi w katolicyzmie.
Nie twierdzę wcale, że idee są całkowicie obojętne. Istnieją przecież takie, dla których otwarcie się swojego wyznawcy jest równoznaczne z ich śmiercią. Taka idea rozpada się pod natłokiem świeżego powietrza. Trzeba też pamiętać o tym, że nawet najbardziej otwarta monada nie jest w stanie uczynić dobrymi idei z gruntu plugawych. Z kolei, dusza zamknięta całkiem łatwo poradzi sobie ze zniszczeniem najpiękniejszej, wydawać by się mogło… otwartej idei. To proste: idee tego rodzaju muszą oddychać, rozwijać się w promieniach, którymi się nawzajem oświetlają, a trzymane w ciemnym, dusznym pokoju szybko stają się swoją własnymi, skarlałymi karykaturami.
 

4.

Wspominałem o sytuacji, gdy monada nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej okna mogą się otwierać. Nikt jej nie nauczył, że tak można, a sama jakoś nie potrafiła rozgryźć skomplikowanego mechanizmu klamki. Jej sytuacja jest nie do pozazdroszczenia.
To jednak nic, w porównaniu z sytuacją kogoś, kto lekkomyślnie pootwierał wszystkie okna, a teraz nie potrafi ich zamknąć. Stał się bezbronny. Na początku wydawało mu się, że da sobie świetnie radę, że jest świetnie przygotowany, że przecież o to chodzi. Ale czas pokazał, że był w błędzie. Nie potrafi stawiać ciągłego oporu, radzić sobie z tym, na działanie czego się wystawił. W końcu pęka, łamie się i traci tożsamość. Całkowicie się rozpuszcza albo przeciąg urywa mu głowę…
 
Jest lato. Siedzę w swoim pokoju. Duchota niemiłosierna. Otwieram więc okno. Chcę wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Zamiast tego, wpuszczam rój krwiożerczych komarów. To już lepiej było zostawić to okno zamknięte…
Bywa i tak. Mam zatem prawo pozamykać czasami swoje okna. Zwłaszcza wtedy, gdy do pokoju wlatują bestie nastawione tylko i wyłącznie na picie mojej krwi. Otwartość nie jest wartością samą w sobie. Jest umiejętnością, czymś, czym należy się ostrożnie i z rozwagą posługiwać.
 
A skoro nikt nie jest w stanie utrzymywać swych okien cały czas otwartych, czy nazywanie niektórych monad „otwartymi” nie jest nadużyciem? Czy nie jest to wyraz pogardy dla innych, które, być może nie całkiem ze swojej winy, nie zorientowały się jeszcze do czego służą okna? Bergson pisał: „Pomiędzy duszą zamkniętą a duszą otwartą jest dusza, która się otwiera. Pomiędzy nieruchomością człowieka siedzącego a ruchem tego samego człowieka, gdy biegnie, jest moment jego prostowania się, postawa, którą przybiera, wstając”. Prawda jest taka, że wszyscy, jesteśmy w najlepszym przypadku w trakcie wstawania. Mało komu udaje się otwierać swoje okna na dłużej niż moment.
Nie ma monad otwartych i zamkniętych. Są, co najwyżej, monady bardziej lub mniej, częściej lub rzadziej, dłużej lub krócej otwarte. Będzie już całkiem nieźle, jeżeli uda się nam być takimi trochę bardziej, częściej i dłużej.
 
Przeczytaj inne teksty Autora.
UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury!

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×