fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

O czym nie mówimy, kiedy mówimy o demografii

Dlaczego ma to być kryzys i katastrofa? Według narracji, która w Polsce wydaje się dominować, problemem nie jest samo kurczenie się populacji, lecz jej starzenie.
O czym nie mówimy, kiedy mówimy o demografii
Ilustr.: Natalia Wierniewska

Zapanowała zgoda co do tego, że dotyka nas kryzys demograficzny. Czy słusznie?

O spadających statystykach dzietności mówią dziś najpotężniejsi ludzie na świecie. W ostatnich latach Xi Jinping ogłosił, że Chiny muszą zacząć „pielęgnować nową kulturę małżeństwa i rodzenia dzieci”; Władimir Putin zauważył, że w Rosji „nie ustają negatywne trendy i liczba urodzeń cały czas spada”, a w Japonii czy Korei Południowej dzietność jest „dramatycznie” niższa; J.D. Vance zadeklarował: „Chcę więcej dzieci w Stanach Zjednoczonych Ameryki”; we Francji Emmanuel Macron przedstawił plan „demograficznego dozbrojenia”.

Te wypowiedzi brzmią alarmistycznie, a jeszcze bardziej ponury jest ton mediów tradycyjnych i społecznościowych, które ukazują zmiany ludnościowe jako kryzys czy wręcz katastrofę. Zwięźle wyraził to Elon Musk, stwierdzając, że „skrajna zapaść liczby urodzeń to zdecydowanie największe zagrożenie dla ludzkiej cywilizacji”. Pojęcia katastrofy i kryzysu upowszechniły się w też w naszych mediach, małych i wielkich. „Polska stoi nad przepaścią […] – to śmiertelne zagrożenie dla bytu narodowego”, ostrzega prawicowy portal „Nowy Ład”; „Katastrofa demograficzna już tu jest”, alarmuje „Gazeta Prawna”; „Za 100 lat może już nie być Polaków?”, pyta TVN 24. Językiem kryzysu mówią także analitycy i analityczki: Szymon Pifczyk w serwisie „Kartografia Ekstremalna” objaśnia „demograficzną katastrofę Polski”, Anna Gromada zaś na łamach „Polityki Insight” zastanawia się, „co począć z katastrofą demograficzną”.

Dlaczego ma to być kryzys i katastrofa? Według narracji, która w Polsce wydaje się dominować, problemem nie jest samo kurczenie się populacji, lecz jej starzenie. Mniej młodych osób to równocześnie niższy odsetek zatrudnionych, wyższy zaś – emerytek i emerytów. Na dłuższą metę nie jest możliwe, by coraz mniejszy procent ludności wytwarzał coraz więcej dóbr i usług. Jeżeli nic się nie zmieni, gospodarka osłabnie, pojawią się problemy z zaspokajaniem podstawowych potrzeb, a relacje między młodszymi i starszymi będą coraz bardziej konfliktowe.

Te obawy nie są pozbawione podstaw. Za mało jednak rozmawiamy o tym, jak szeroki jest zakres możliwych rozwiązań. I zbyt łatwo szafujemy słowami „kryzys” i „katastrofa”.

Przybysze z Południa

Przemiany demograficzne nie dotyczą na równi całego świata. Według serwisu Worldometer mediana wieku w Afryce wynosi 19,5 roku; to wskaźnik nieporównanie niższy niż w Europie (43 lata), a co dopiero w społeczeństwach takich jak japońskie (50 lat). Niska liczba urodzeń nie jest powodem do zmartwień w Republice Środkowoafrykańskiej, gdzie co druga osoba nie ukończyła piętnastego roku życia. Prognozy ONZ („World Population Prospects 2024”) sugerują, że populacja Afryki będzie rosnąć jeszcze w 2100 roku, podobnie jak suma populacji „mniej rozwiniętych regionów” globu z wyjątkiem Chin.

To pierwsza luka w dyskursie katastrofy. Koncentruje się on na państwach bogatych i względnie bogatych, marginalizując pozostałe; przez to trudniej nam dostrzec rolę migracji, która może złagodzić skutki zmian demograficznych w zamożniejszych społeczeństwach. Jest to argument na rzecz spokojnej i skutecznej polityki integracyjnej. Jeżeli my i nasze dzieci mamy mieć z czego żyć na starość, pytanie o przyjmowanie obcokrajowców nie brzmi „czy”, tylko „jak”.

Na tym jednak sprawa się nie kończy. Imigrantki oraz imigranci spowolnili zmiany demograficzne w Europie Zachodniej, ale ich nie zatrzymali; z biegiem czasu liczba dzieci u przybyszów zbliża się do poziomu ludności miejscowej. Ponadto prognozy ONZ wskazują i na to, że globalna płodność będzie stopniowo spadać. Wobec tych procesów migracja jest więc rozwiązaniem tymczasowym.

Co więcej, ruchy ludności mogą mieć zarówno pozytywne konsekwencje dla opuszczanych społeczeństw (na przykład gdy emigranci i emigrantki wspierają finansowo pozostających w ojczyźnie bliskich), jak i negatywne (gdy osoby, które wyjeżdżają, zamiast wzmacniać gospodarkę w kraju pochodzenia budują dobrobyt za granicą). Potrzebujemy mądrej polityki integracyjnej – z jednej strony respektującej prawa człowieka i prawa pracownicze, z drugiej rozładowującej napięcia w państwach przyjmujących. Równocześnie zaś potrzebujemy refleksji nad tym, jak nie przerzucać własnych problemów na uboższą część świata.

Być może właściwą drogą jest realne wsparcie dla mniej zamożnych krajów, znacznie większe niż obecna „pomoc rozwojowa” i „pomoc na miejscu”. Pozwoliłoby ono przynajmniej niektórym potencjalnym migrant(k)om podejmować decyzje wolne od ekonomicznego przymusu. Scenariusz ten jednak obejmuje istotne koszty dla zamożniejszych społeczeństw, a jego realizacja nie byłaby prosta. Poza pobudkami moralnymi argumentem mogłaby być obserwacja, że im bardziej destabilizujemy biedniejsze kraje, tym bardziej przyczyniamy się do nawet liczniejszej niż dotąd emigracji – bardziej przy tym kłopotliwej również dla Globalnej Północy.

Nie tak szybko z tymi emeryturami

Jeśli migracja nie rozwiązuje problemu – a przynajmniej nie w całości – to co może go rozwiązać? Najczęściej poruszaną propozycją jest zwiększenie podaży pracy, zwłaszcza przez podwyższenie wieku emerytalnego (motywowane również tym, że wzrasta – między innymi w Polsce – długość życia w zdrowiu). Zanim jednak przesądzimy, że trzeba pracować dłużej, przyjrzyjmy się szeregowi alternatyw.

Po pierwsze, zaproponowano już wiele reform mających szansę spowolnić spadek dzietności. Część we wspomnianym wcześniej tekście opisuje Anna Gromada (skadinąd przyjmująca perspektywę katastrofy bądź kryzysu). Prezentuje rozwiązania zmniejszające lukę dzietności – stwarzające lepsze warunki dla rodzicielstwa parom, które mają teraz mniej dzieci, niż by chciały. Propozycji w tekście jest wiele: niższe ceny mieszkań i żłobków, umowy łączące stabilność (czas nieokreślony) z elastycznością (praca zdalna lub w niepełnym wymiarze godzin), in vitro, popularyzacja wiedzy o płodności także wśród mężczyzn, wsparcie dla samotnego rodzicielstwa (w tym skuteczne egzekwowanie alimentów) czy włączenie do dyskusji par queerowych. Autorka wskazuje też, że jednym ze źródeł problemów demograficznych są trudności młodych dorosłych z budowaniem i nawiązywaniem dłuższych relacji, i proponuje między innymi dyskusję nad społecznymi alternatywami dla aplikacji randkowych.

Po drugie, możemy dążyć do głębszych zmian w strukturze gospodarczej. Kiedy zmniejsza się odsetek zatrudnionych, rozwiązaniem może być nie tylko wydłużenie czasu pracy, lecz także wyższe opodatkowanie kapitału, w tym milionerów i korporacji. Do tego dzisiejszy system emerytalny nie jest końcem historii – nie istniał zawsze i może ustąpić miejsca nowemu, potencjalnie lepiej dostosowanemu do współczesnych potrzeb.

Czy to wszystko wystarczy? Pomyślmy, przeliczmy, spróbujmy. Rozważmy też możliwości, które dają nowe technologie, ale nie same w sobie (i tym bardziej nie pozostawione w rękach gigantów cyfrowych), lecz poddane demokratycznej kontroli i wykorzystane na rzecz społeczeństwa. Podwyższanie wieku emerytalnego w żadnej mierze nie powinno być naszym odruchem. Trzeba zresztą pamiętać, że nie wszyscy mogą pracować dłużej – w szczególności praca fizyczna często jest zbyt wyczerpująca dla organizmu, aby mogła trwać tak samo długo, jak umysłowa.

Świat się zmienia, ale czy upada?

Odpowiedzią na spadek dzietności nie jest business as usual. Polityka, prawo, społeczeństwo, gospodarka, kultura będą się zmieniać, a część tych zmian zależy od nas. To wyzwanie, ale niekoniecznie katastrofa, jeżeli zaś kryzys, to rozumiany jako przełom, punkt zwrotny. Otwierają się przed nami różne ścieżki. Ponadto, jak podkreśla Irena Kotowska w serwisie OKO.press, u podłoża przemian demograficznych leży nie tylko malejąca dzietność, lecz także niewątpliwy sukces cywilizacyjny, którym jest wzrost długości życia. Demografka zachęca też do dostrzeżenia potencjału seniorek i seniorów, w debacie postrzeganych zwykle jako obciążenie (rynku pracy, systemu zabezpieczeń społecznych, finansów publicznych).

Należy również pilnować, by dyskusja o zmianach ludnościowych nie polegała na stygmatyzacji kobiet, które „po prostu nie chcą mieć dzieci”. Opowiada o tym Anna Matysiak w wywiadzie dla „Gazety Prawnej”, zaznaczając, że matki z reguły ponoszą więcej ciężarów niż ojcowie (w tym biorą na siebie większe ryzyko zawodowe). Badaczka stwierdza też, że kobiety, które na równi z mężczyznami pragną realizować się w rodzicielstwie oraz rozwijać w pracy, częściej decydowałyby się na dziecko lub na kolejne dzieci, gdyby mogły liczyć na większe wsparcie państwa i pomoc partnerów; świadczą o tym sukcesy polityki rodzinnej krajów skandynawskich.

Ostatnim wątkiem – niezmiernie ważnym! – jest relacja zmian demograficznych z klimatycznymi. Tutaj rysują się dwa zasadnicze stanowiska. Pierwsze reprezentuje Zofia Łapniewska, przywoływana w portalu Gazeta.pl przez Kacpra Kolibabskiego. Ekonomistka mówi, że spadek populacji jest szansą dla środowiska, ponieważ zmniejsza konsumpcję, a przez to zużycie zasobów naturalnych. Drugie stanowisko przedstawia David Runciman w „London Review of Books”, omawiając książkę Deana Spearsa i Michaela Gerusa „After the Spike: The Risks of Global Depopulation and the Case for People”. Pisze, że przy niewielkiej dzietności polityka przechyla się ku interesom osób starszych, te zaś rzadziej są zmotywowane do zajmowania się losami świata w kolejnych dekadach. Jeśli brytyjski autor ma rację, szansą dla środowiska nie jest mniej, ale więcej dzieci – i to nie byłaby dobra wiadomość.

Runciman zwraca także uwagę na bezwładność zmian demograficznych: cokolwiek zrobimy dziś, przyniesie owoce dopiero po wielu latach. To mogłoby być następnym powodem do pesymizmu, tym razem związanego z klasą polityczną – czy decydentki i decydenci, którzy myślą głównie o zapewnieniu sobie dobrych wyników w najbliższych wyborach, zdołają wznieść się ponad swoje ograniczenia? Czy poprowadzą poszczególne kraje i cały świat we właściwą stronę, cokolwiek by to oznaczało? W odpowiedzi przytoczyć można protokół montrealski z 1987 roku. Podpisany z czasem przez wszystkie państwa ONZ, powstrzymał, a nawet odwrócił rozszerzanie się dziury ozonowej. Skoro wtedy taka współpraca była możliwa, to i w przyszłości może się powtórzyć.

Przede wszystkim zaś możemy zaskoczyć samych siebie. Komentując fatalistyczny tekst Runcimana, Jana Bacevic i Violeta Cortés wskazują, że przewidywania oparte na obecnym modelu społeczeństwa nie muszą się sprawdzić, jeżeli sam model się zmieni. Dotyczy to zwłaszcza dzieciństwa i rodziny. Dziś za domyślne i oczywiste środowisko wychowawcze uznajemy rodzinę nuklearną, złożoną z matki, ojca i potomstwa; jak jednak przypomina Rebecca Sear, z perspektywy historycznej i międzykulturowej „w większości ludzkich społeczeństw w wychowaniu dzieci uczestniczy wiele osób”. Może się zdarzyć, że opieka nad najmłodszymi i najstarszymi organizowana będzie we wspólnotach wykraczających coraz dalej poza więzy krwi, a wtedy za pewien czas będziemy zmuszeni wykonać wszystkie rachunki ponownie. A to, co w 2026 roku wydawało się kryzysem, okaże się po prostu kolejną zmianą.

Działajmy już teraz, ale nie nakładajmy sobie klapek na oczy. Przyszłość zawsze jest otwarta.



Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×