fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Nowy Jork. Anatomia złudzenia

Historia Nowego Jorku w uproszczeniu, tak jak historia całego USA, to historia wielkich ambicji i ludzi, którzy te ambicje urzeczywistniali. Nie jest tajemnicą, że rachunek historyczny w kontekście rasowym, kto jest ciemiężonym, a kto ciemiężcą, jest w przypadku USA jednostronny.
Nowy Jork. Anatomia złudzenia
ilustr.: Monika Grubizna

 11 września 2022 roku wysiadłem na lotnisku JFK. Data nieprzypadkowa. Przesądni podróżni nie latają do Nowego Jorku w rocznicę zamachów, dlatego udało mi się kupić bilet z Berlina za nieco ponad dwieście dolarów. Lotnisko zaskoczyło mnie skalą: osiem terminali, z których każdy wydawał się wielkości warszawskiego Okęcia. Nie będąc jeszcze świadomy zagrożeń tego miasta, wsiadłem do samochodu mężczyzny podającego się za taksówkarza i za sto dolarów – prawie połowę ceny biletu transatlantyckiego – pojechałem do mojej pierwszej stancji na Greenpoincie. Znalazłem ją na portalu amerykańskiej Polonii „bazarynka.com”, wyglądającym jak relikt internetu z początku lat dwutysięcznych. Kiedy odbierałem z lotniska odwiedzających mnie przyjaciół, zacząłem zwracać uwagę na ostrzeżenia przytwierdzone do ścian w strefie przylotów – by nie korzystać z usług nielicencjonowanych przewoźników, bo grozi to zwyczajnym porwaniem.

W relacjach Nowojorczyków na Instagramie widzimy głównie niekończący się festiwal Piątej Alei, gdzie w antykwariatach sprzedaje się oryginalne prace Salvadora Dalego. Kilka stacji metra dalej rozciąga się świat rodem z Batman Begins”. Christophera Nolana, w którym bezdomni zastraszają nowojorską klasę pracującą.Wszystko zależy od perspektywy, a tych jest tyle, ilu imigrantów, którzy przybyli z różnych stron świata. Moja była perspektywą dwudziesto kilkuletniego Polaka z wykształconej warszawskiej klasy średniej.

Nowy Jork jako obietnica

Przyleciałem do Nowego Jorku w konkretnym celu. Zostałem przyjęty na studia w szkole aktorskiej Stelli Adler, autorki metody aktorskiej, którą spopularyzowali tacy aktorzy jak Marlon Brando, czy Robert de Niro. Obrałem ten kierunek, ponieważ praca Stelli Adler polega na stymulowaniu wyobraźni i poprzez nią tworzeniu świata wewnętrznego postaci. Wydawała mi się alternatywną w stosunku do tego, czego doświadczyłem w polskiej szkole aktorskiej, w której przez większość czasu stawiano na to, aby „używać siebie” i swoich osobistych doświadczeń. Imponowało mi również to, że w USA fala ruchu #metoo została potraktowana poważniej niż w Polsce, gdzie wiele osób ze środowiska teatralno-filmowego mówiło polowaniu na czarownice. W USA można teraz już mówić o przegięciu tego trendu w drugą stronę, ale w momencie podjęcia przeze mnie decyzji o wylocie, podobało mi się, że ludzi pokroju Harvey’a Weinstein’a spotyka zasłużona kara. Z punktu widzenia młodego pasjonata sztuki, Nowy Jork wydawał się mekką i bezpieczną przystanią, w której wolność artystycznego wyboru, tolerancja i bezpieczeństwo stanowią fundamenty pracy. Nie byłem wyjątkiem. Miałem wrażenie, że przebywam wśród ludzi, którzy żyją z głowami w chmurach, które są przecież tak blisko, że bez trudu można się do nich dostać windą co drugiego wieżowca. Ta namacalność spełnionych marzeń o bogactwie i karierze w stolicy świata bywa oczywiście zgubna, ale jest przynętą, dla której ludzie godzą się na trudne warunki życia w mieście, gdzie średnia mediana czynszu w stosunku do średniej mediany zarobków wynosi 80 procent.

Aby jako obcokrajowiec móc studiować w Stanach Zjednoczonych wymagana jest jedna z wiz studenckich typu F lub M, w zależności od podjętego kursu. Istotnym warunkiem otrzymania tej wizy jest deklaracja, że student w trakcie studiów nie zamierza podjąć żadnej pracy poza kampusem uczelni. Aby otrzymać tę wizę należy wykazać, że zostało się przyjętym na dany program, włada się płynnie językiem angielskim oraz posiadanie wystarczających środków finansowych na utrzymanie przez cały okres studiowania. W praktyce przekonałem się, że znajomość języka nie jest tak istotnym czynnikiem w procesie aplikacji jak posiadanie na koncie wymaganej sumy pieniędzy. W trakcie pobytu poznałem wielu ludzi z różnych krajów, którzy posiadali wyżej wymienioną wizę, a poziom władania językiem angielskim nie wydawał się być lepszy niż poziom komunikatywny. Wśród nich była studiująca na uniwersytecie Ivy League, córka francuskiego miliardera, założyciela jednego z największych francuskich przedsiębiorstw kosmetycznych. Wyciąg z konta mojego taty oraz jego deklaracja, że zapłaci za moje studia i moje utrzymanie na szczęście wystarczyła, żebym otrzymał upragnioną przepustkę do raju. Jednakże rodzice ze swoich warszawskich pensji nie mogli mnie utrzymać na studiach w jednym z najdroższych miejsc na świecie. Dlatego przed wylotem pracowałem jako pomocnik stolarza w Norwegii. Oczywiście, nie było mowy, żeby suma, która w polskich warunkach wystarczyłaby mi żeby przetrwać rok, starczyłaby na czesne i utrzymanie.

Nielegalna normalność

Pierwszą pracę znalazłem z polecenia, w restauracji na Manhattanie. Moim zadaniem były piesze dostawy jedzenia do pobliskich biur. Szybko zauważyłem, że wśród dostawców dominują dwie narodowości: Polacy i Meksykanie. Zaskakująco łatwo nawiązałem kontakt z tą drugą grupą. Polacy wydawali mi się burkliwi i nieprzystępni. Meksykanie polubili mnie za to, że nie byłem wobec nich uprzedzony. Rozmawialiśmy łamanym hiszpańskim, podchwytywałem słowa i zwroty, próbując się uczyć. Obserwujący to Polacy patrzyli na mnie podejrzliwie. Ostrzegali, żebym nie ufał nowym kolegom, że są fałszywi i że to obróci się przeciwko mnie. Pewnego dnia Meksykanie zaproponowali mi „deal”. Chodziło o realizację dużych zamówień, wymagających kilku dostawców i zajmujących więcej czasu, z dużymi napiwkami. Zgodziłem się, bo moja podstawowa stawka godzinowa wynosiła dziesięć dolarów – przy obowiązującej w Nowym Jorku płacy minimalnej na poziomie szesnastu. Pracowaliśmy zespołowo: dwóch lub trzech dostawców realizowało większe zamówienia, pozostali przejmowali mniejsze. Wszystkie napiwki sumowaliśmy i dzieliliśmy po równo. Rzeczywiście, jednego dnia potrafiłem zarobić dodatkowe 100-200 dolarów. Meksykańscy koledzy zaczęli mnie lubić, rozmawialiśmy o piłce nożnej i przezywali mnie Lewandowski. Po tygodniu, gdy nadszedł dzień wypłat, okazało się jednak, że nie dostanę należnych mi pieniędzy. Polak pełniący funkcję kierownika dostaw poinformował mnie, że nie może wypłacić napiwków, bo nie mam „odpowiednich papierów”. Dostałem jedynie gotówkę za przepracowane godziny. Usłyszałem, że jeśli wyrobię sobie zieloną kartę i numer Social Security, będę mógł odebrać czek z resztą pieniędzy. Jak to zrobić, dowiedziałem się dopiero miesiąc później. Dwa dni po rozmowie ten sam człowiek napisał mi SMS-a, że bardzo mu przykro, ale obecnie nie ma dla mnie pracy.

Sprzedając marzenia turystom 

Zostałem z niewielkimi oszczędnościami z Norwegii, które szybko się kurczyły. Na szczęście z pomocą przyszli mi znajomi ze szkoły. Koleżanka pochodząca z Mediolanu załatwiła mi pracę. Powiedziała, że jest ona dla nas – studentów całkowicie legalna oraz że nie potrzebujemy mieć dodatkowych papierów. Zadanie polegało na sprzedawaniu biletów na spektakle Broadwayowskie na samym Times Square. Dla studenta aktorstwa brzmiało to jak praca marzeń. Następnego dnia w chłodny, listopadowy poranek stałem na Times Square przy schodach TKTS, pod słynnym billboardem Coca-Coli i namawiałem turystów, żeby poszli zobaczyć takie spektakle jak Hadestown, Chicago czy Hamilton. Stawka godzinowa 16 dolarów, plus napiwki, łącznie przynosiło mi od 700 dolarów do nawet 1000 dolarów na tydzień. Pracowałem z imigrantami wielu narodowości: Hindusami, Japończykami, Bułgarami, czy Kenijczykami. Z czasem gdy udało mi się samemu dostać tanie bilety i obejrzeć kilka spektakli, moja sprzedaż wzrastała, ponieważ potrafiłem entuzjastycznie opowiadać potencjalnym kupcom o tym co widziałem. W Boże Narodzenie, które jest najbardziej dochodowym dla nowojorskiej turystyki okresem, udało mi się sprzedać bilet na „The Music Man” z Hugh Jackman’em za 1400 dolarów. Niestety, parę miesięcy później, kiedy wesoło krzyczałem do ludzi, żeby poszli tego dnia na Broadway zamiast do muzeum MMsów, podeszło do mnie dwóch klientów, którym sprzedałem bilety na „Hadestown” poprzedniego dnia. Panowie oświadczyli, że bilety, które zakupili ostatecznie nie trafiły do ich skrzynek mailowych. Zaskoczony, jąkając się, odpowiedziałem, że to bardzo dziwne i żebyśmy razem poszli do biura firmy, dla której pracowałem. Pracownicy powiedzieli, że nic nie mogą z tym zrobić, że czasami tak się zdarza, że bilety zostały wykupione przez kogoś innego w tym samym czasie przez internet. Okazało się, że firma nie posiada własnej puli biletów, tylko że handlują biletami, które są dostępne w internecie po zawyżonych cenach, a moim zadaniem jest przekonać ludzi, że nasze ceny są promocyjne. Zdruzgotany tą informacją, nie mając pewności, czy bilety, które sprzedaje są prawdziwe, zastanawiając się ile ludzi nieświadomie oszukałem, zdecydowałem się porzucić pracę.

Ile miasto zarabia na nielegalnej pracy 

Jak zdobyć upragnioną zieloną kartę, dowiedziałem się od kolegi, który poprosił mnie, żebym pojechał razem z nim do Jackson Heights, w Queens. Dzielnica ta nie ma reputacji bezpiecznej, stąd wynikała jego prośba. Znajomy dowiedział się, że żeby dostać „normalną” pracę w Nowym Jorku, nie trzeba wygrywać loterii wizowej ani wchodzić w formalny związek małżeński z obywatelem Stanów Zjednoczonych. Wystarczy przygotować zdjęcie paszportowe, fałszywe dane, sto dolarów, oraz pojechać linią metra F na Jackson Heights-Roosevelt Avenue/74th Street Station. Wtedy przemieszczając się wśród peruwiańskich handlarzy torebek i wszystkiego co da się podrobić, rozglądając się, czy nie ma w pobliżu funkcjonariuszy policji, dyskretnie wypowiada się magiczne hasło: SSN (Social Security Number). Bardzo szybko zostaliśmy skierowani we właściwym kierunku. Mężczyzna, który zgodził się nam pomóc, wziął zdjęcie z danymi i powiedział, że potrzebuje około godziny. Po tym czasie wrócił ze świeżo przygotowanymi dokumentami. Fałszywa zielona karta nie wyglądała zbyt wiarygodnie. Zdjęcie zostało wklejone krzywo, twarz kolegi była nienaturalnie rozciągnięta w poprzek, a czcionka, którą wypisano fałszywe dane nie pasowała estetycznie do reszty dokumentu. Jednak mój kolega nie miał wyjścia. Nie miał żadnej pracy od kilku miesięcy i groził mu powrót do rodzinnego kraju. Dzięki nowym papierom udało mu się dostać pracę biurową, a po roku zaczął awansować na wyższe, kierownicze stanowiska. Tego, dlaczego to jest możliwe, nie wiedział, ani on sam ani nikt inny kogo znałem. Podczas procesu aplikacji wizowej najważniejsza jest deklaracja o niepodejmowaniu pracy zarobkowej przez studentów przebywających na wizie F-1. Jedyne rozsądne wytłumaczenie jakie mi się nasuwa jest takie, że samo podjęcie pracy przez studenta jest w świetle prawa jedynie wykroczeniem (violation), a unikanie płacenia podatków (tax evasion) jest przestępstwem ściganym przez organy prawa. Dlatego kolega Evan (imię zmienione), który podejmuje oficjalne zatrudnienie na umowę o pracę, jest zobowiązany, pomimo swojego statusu imigracyjnego, płacić podatki federalne, stanowe i miejskie, a miasto czy stan nie musi oddawać mu nic w zamian. Przecież dane, którymi się posługuje w pracy są danymi fałszywymi, których nie przedstawi, gdy pójdzie poprosić o ubezpieczenie z powodu nagłego wypadku, ani też ze strachu przed wykryciem i ekstradycją nie upomni się o zwrot podatku. Według US Immigration and Customs Enforcement (ICE), liczba studentów przebywających na wizie F-1 w mieście Nowy Jork wynosiła 172 522. Jeżeli połowa z nich dorabiałaby sobie w ten sposób i płaciłaby podatki w wysokości w jakiej płacił mój kolega Evan, czyste zyski z podatków dla miasta i stanu wynosiłyby około 60 milionów dolarów miesięcznie. Warto wspomnieć, że znacznie większy zysk przynoszą całkowicie nielegalni imigranci, których liczba nie jest dokładnie znana (według badań oscyluje między 600 tysięcy a 900 tysięcy), i którzy zdani są tylko i wyłącznie na owe fałszywe papiery. Łatwo tym sposobem zrozumieć jak wielkie zyski z nielegalnej imigracji mają takie aglomeracje jak Nowy Jork, Los Angeles, czy Chicago, czyli miasta sanktuaria (sanctuary cities). Czysty dochód jaki wpływa do budżetów tych miast z podatków osób pracujących na fałszywych papierach, i którzy z tych podatków nie dostają nic w zamian, jest zbyt duży, żeby opłacało się współpracować z federalnymi organami do ścigania nielegalnie pracujących, bądź przebywających imigrantów. Argumentem za tą tezą jest brak wymogu uczestnictwa pracodawców w programie E-Verify w stanach Nowy Jork czy Kalifornia, stworzonego dla pracodawców przez Departament Bezpieczeństwa w celu weryfikacji posiadanych przez potencjalnego pracownika dokumentów. Warto dodać jako ciekawostkę, że udział pracodawców w programie E-Verify jest obowiązujący w większości stanów republikańskich.

Polityczna poprawność w granicach sztuki 

To, co w praktyce oznacza popularna wśród amerykańskich liberałów idea „wyrównywania szans” dowiedziałem się już w trakcie pierwszego tygodnia studiów. Na zajęcia ze scen klasycznych, zostaliśmy poproszeni o przygotowanie dwuminutowego monologu jednej z szekspirowskich sztuk. Mając właściwe studentowi pierwszego roku uczelni artystycznej naiwne podejście, uznałem, że to wspaniała okazja, żeby zgłębić postać Otella. Pragnę zaznaczyć, że nie miałem zamiaru malować się farbą ani w żaden inny sposób uprawiać blackfacingu, czyli upodabniania się osoby o białym kolorze skóry do osoby czarnoskórej. Wyszedłem naiwnie z założenia, że studiując na uczelni, która za swoje kredo podaje hasła takie jak wolność, tolerancja, nie muszę kierować się takimi archaicznymi uprzedzeniami jak pochodzenie rasowe bohatera, w szczególności w tak umownej i symbolicznej przestrzeni, jaką jest teatr. Nie trzeba dodawać, że Hamleta, który był księciem duńskim, nie grają wyłącznie osoby o rysach skandynawskich. Wybrałem w tamtym czasie postać Otella, dlatego, że dylematy i wyzwania przed jakimi stał ten bohater, były mi w tamtym czasie bliskie. Otello był Maurem, czyli pochodzącym z okolic Maroka księciem, a więc imigrantem, odmieńcem. W tamtych czasach i w ten sposób był traktowany przez mieszkańców ówczesnej Wenecji. Ze względu na jego odmienność i sytuację, w której się znalazł – przyszło mu żyć w kompletnie innym kulturowo świecie, była jednym z powodów dla których z nim sympatyzowałem. Po przedstawieniu mojej propozycji monologu, zostałem wezwany do gabinetu profesora na rozmowę. Zostałem uprzejmie poproszony, żebym wybrał monolog jakiejkolwiek innej męskiej postaci spośród sztuk Szekspira. Dodał, że może to wywołać pewien konflikt, którego starają się unikać w szkole. Zrobiło mi się wstyd, zacząłem się tłumaczyć, że nie zamierzałem nikogo obrazić, że w kraju z którego pochodzę nie doświadczyłem takiej multikulturowości. Oczywiście, jak delikatny temat poruszyłem, jak i wiele innych rzeczy, zrozumiałem dopiero później i z czasem byłem wdzięczny profesorowi, który uchronił mnie przed ostracyzmem.

Czy rasizm to mit? 

Historia Nowego Jorku w uproszczeniu, tak jak historia całego USA, to historia wielkich ambicji i ludzi, którzy te ambicje urzeczywistniali. Nie jest tajemnicą, że rachunek historyczny w kontekście rasowym, kto jest ciemiężonym, a kto ciemiężcą, jest w przypadku USA jednostronny. Rasa biała przez wiele pokoleń budowała swoje imperium, kosztem innych ras urządzając prawdopodobnie jedno z największych historycznie ludobójstw etnicznych Amerykanów oraz zniewalając na wiele dekad ludzi rasy negroidalnej. Nie jest to fakt w żaden sposób podważalny. Prezydent William Woodrow Wilson, którego imienia plac znajduje się na warszawskim Żoliborzu, i który bardzo entuzjastycznie przychylił się sprawie niepodległości Polski po pierwszej wojnie światowej, był sympatykiem segregacji rasowej, a za jego kadencji słynna organizacja Ku Klux Klanu przeżywała swój renesans. Jeszcze za jego kadencji jej członkowie organizowali masowe ataki na domostwa Afroamerykanów, urządzając masakry, jak ta w East St. Louis w 1917 roku. Wiele razy byłem pytany przez znajomych Amerykanów o to czy rasizm w naszym kraju istnieje. Tłumaczyłem, że oczywiście, że tak, jednak moim zdaniem wyróżnić można dwa rodzaje rasizmu, ze względu na genezę. Z moich obserwacji wynika, że rasizm polski wynika głównie ze strachu przed obcym i nieznanym, podobny do tego jaki odczuwali Wenecjanie w dramacie Otello. Rasizm amerykański to głównie rasizm systemowy. Biali Amerykanie nie są przyzwyczajeni do widoku ludzi o innym kolorze skóry, natomiast byli przyzwyczajeni do oglądania ich na plantacjach bawełny, polach kukurydzy, czy zwyczajnie jako służby w ich domach. Afroamerykanie otrzymali swoje pełne prawa obywatelskie w 1964 roku, a w 1965 roku prawo do głosowania. Oznacza to, że ludzie, którzy pamiętają czasy segregacji rasowej wciąż żyją i skoro pamięć masakry Wołyńskiej może przetrwać pokolenia i wciąż wywoływać konflikty i kontrowersje, nie trudno się dziwić, że czarnoskórzy obywatele USA nadal mają obawy, że ktoś mógłby podważać ich podstawowe prawa. Poza takimi brutalnymi przypadkami jak zabójstwo George’a Floyd’a przez policję w 2020 roku, głównym przejawem rasizmu jest rasizm ekonomiczny, który bardzo wyraźnie widać w Nowym Jorku. Nie trzeba sięgać do statystyk, żeby zobaczyć, że dzielnice zamieszkiwane przez czarnoskórych oraz Latynosów są biedniejsze, gorzej utrzymane i przez to też odizolowane. Również wśród nowojorskich bezdomnych dominującym kolorem skóry nie jest biały. Statystyki nie pozostawiają złudzeń. Według raportu biura NYC Comptroller na zlecenie senatora James’a Sanders’a, głównego sponsora ustawy o reparacjach, średnia mediana majątku netto dla białych gospodarstw domowych w 2023 roku wynosiła 276 900 dolarów, a czarnoskórych 18 870 dolarów.

Lekcja sprawiedliwości 

Gdybym nie zdawał sobie sprawy z historii rasizmu w USA i tego jakie żniwa wciąż zbiera segregacja rasowa, która trwała przez stulecia, bardzo łatwo mógłbym wpaść w pułapkę, w którą wpadło wielu radykalizujących się białoskórych Amerykanów. Przez trzy lata pobytu w Nowym Jorku wielokrotnie czułem się oszukany, czy pominięty. W środowisku szkolnym, w którym się znalazłem nie pozwolono mi grać Otella, natomiast moi czarnoskórzy koledzy i koleżanki byli obsadzani w rolach o pochodzeniu europejskim. Ponadto, dostawali różnego rodzaju zapomogi i stypendia, do których dostępu nie mieli biali studenci. Pewnego razu zostaliśmy uprzedzeni przez nauczyciela, że jako biali mężczyźni nie powinniśmy przyjmować ról, które są płciowo nieokreślone, gdybyśmy zaś byli innego koloru skóry, nie zostałoby odebrane to równie surowo. Innego razu, koleżanka, która powiedziała w ramach zajęć Sonet IV Szekspira, w którym pada wers „Then, beauteous niggard, why dost thou abuse/The bounteous largess given thee to give?(„Przecz, piękny sknero, nadużywasz oto darów ci danych, byś je dalej dawał?”), została werbalnie zaatakowana przez inną, czarnoskórą koleżankę za wypowiadanie słowa „niggard”, które w tym kontekście znaczy skąpiec, ale kojarzy się ze współczesnym, obraźliwym słowem „nigga”, czyli „czarnuch”. To jedna z wielu podobnych historii, nie ma potrzeby przywoływania wszystkich, żeby dostrzec zjawisko, które występuje w wielu liberalnych amerykańskich społecznościach i instytucjach, związanych z kulturą i nauką. Mówię o pewnej systemowej rywalizacji: czarnoskórzy i Latynosi, czyli dwie główne mniejszości zaciekle walczą o większą reprezentację w prestiżowych zawodach artystycznych i naukowych, uzyskując między innymi wprowadzanie standardów DEI (Diveristy, Equity and Inclusion) w firmach. W wysokobudżetowych produkcjach coraz więcej jest ról, granych przez aktorów, którzy nie są biali, stało się to wręcz pewnym etycznym wymogiem, tak samo na prestiżowych uczelniach typu Ivy League skrupulatnie realizowane są odpowiednie parytety. I jest to historycznie sprawiedliwe. Przez sto lat amerykańskie kino było zdominowane przez białych aktorów, a aktorzy o innych kolorach skóry byli spychani na margines do grania stereotypowych ról drugo, albo trzecioplanowych. Jednakże w niektórych przypadkach, można mówić o sytuacji odwrotnego rasizmu (reverse racism) co w 2025 spowodowało kontrę w postaci trumpowskiej walki z DEI policies na uczelniach czy w Dolnie Krzemowej. Często z poparciem białej biedoty (white trash), która czuła się pośrednio ich ofiarą.

Na froncie gentryfikacji

 Ze smutkiem stwierdzam, że moje doświadczenie w Nowym Jorku wyrobiło we mnie pewne mechaniczne odruchy obronne. Kiedy napotykam przypadkowego mężczyznę o ciemnym kolorze skóry, moje ciało napina się i jest gotowe do walki, lub ucieczki. Byłem wielokrotnie atakowany werbalnie, a niekiedy zmuszony do obrony fizycznej przed Afroamerykanami, pochodzącymi z biednych dzielnic Brooklyn’u, czy Bronx’u. Również w tych sytuacjach nie było przestrzeni, ani czasu, żeby potencjalnym agresorom tłumaczyć, że też mieszkam w tych dzielnicach, też klepię biedę, gdzie jest Polska czy jaka (czyli prawie żadna) była rola naszego kraju w kształtowaniu kolonijnego świata. Wyjątkiem są Haitańczycy, którzy pamiętają legendy o Polskich legionistach Dąbrowskiego, którzy w trakcie rewolucji haitańskiej na przełomie XVIII i XIX wieku, rzekomo zwrócili się przeciwko francuskim kolonizatorom i pomogli powstańcom. Pewien aptekarz haitańskiego pochodzenia odważył się raz wyjść zza lady, żeby mnie uściskać, kiedy dowiedział się, że jestem Polakiem i z przejęciem zaczął opowiadać mi tę historię, puentując, że Polacy to jedyni na świecie „white niggards”. Dowodów historycznych niestety na ten temat jest mało i należy tę legendę traktować z ostrożnością, jednakże w moich wspomnieniach odniesienia do niej znajdują szczególne miejsce. Wspomniane zjawiska agresji czarnoskórych do białych są skomplikowanym problemem, ponieważ na tło historyczne nakładają się inne zjawiska, takie jak bardzo intensywna gentryfikacja w Nowym Jorku, czyli proces zmiany charakteru części miasta w bardziej skomercjalizowany, zdominowany przez osoby o wyższym statusie materialnym. Zjawisko to najwyraźniej widać na nowojorskim Brooklynie, gdzie dzielnice takie jak Williamsburg, Bushwick czy Park Slope, a nawet polski Greenpoint, które w pojęciu białych Amerykanów jeszcze na początku XXI wieku uchodziły za „kolorowe”, albo „niebezpieczne”, obecnie przypominają warszawską ulicę Chmielną, albo Powiśle. Miałem okazję obserwować ten proces na własne oczy, ponieważ ze względu na moje ograniczone środki finansowe byłem zmuszony mieszkać na metaforycznej linii frontu postępującej gentryfikacji w dzielnicach takich jak Flatbush, czy Ridgewood. Wyższe klasy ekonomiczne (według statystyk, głównie biali Amerykanie, ewentualnie bogaci obywatele europejskich państw zachodnich) wykupują coraz to więcej nieruchomości na Brooklynie, Bronxie, czy Queens, a priorytetem ich zakupów jest bliskość i dobra komunikacja do Manhattanu. Razem z nimi wkraczają takie korporacje spożywcze jak Whole Foods, czy Trader Joe’s, które wypierają miejscowych przedsiębiorców, a w ostateczności miejscową społeczność, której nie stać na płacenie wysokich czynszów i kupowanie organicznej żywności, popularnej wśród wyższej klasy Amerykanów. W konsekwencji nowojorskie społeczności Afroamerykanów i Latynosów są spychane na coraz dalsze peryferia miasta, gdzie dojazd do Manhattanu i do lepiej płatnej pracy graniczy z niemożliwością. Oczywiście, w naturalnej reakcji łańcuchowej, przekłada się to na edukację, służbę zdrowia i wiele innych aspektów życia. Jednakże, wrogie nastawienie Afroamerykanów do białych jest występującym i postępującym problemem, którego świadomi są również ci pierwsi. Mój pierwszy gaz pieprzowy w Nowym Jorku był prezentem od mojej czarnoskórej koleżanki, Shirley, która wiedząc przez które dzielnice komunikuję się z domu do szkoły i która sama była świadkiem kilku ataków agresji na mnie. Stwierdziła, że jej gaz znajdzie lepszy użytek w mojej kieszeni.

Wszyscy jesteśmy z getta

W Nowym Jorku można znaleźć przedstawicieli każdej rasy, religii, czy narodowości, jeśli się ma wystarczająco szczęścia i determinacji, można się chwilami poczuć jak prawdziwy kosmopolita, obywatel świata. Jednakże fakt, że na samym początku trafiłem do polskiego mieszkania na Greenpoincie, że praca dorywcza, której się podjąłem była w restauracji, gdzie pracowali Polacy nie był przypadkowy. Zaczynałem jako Polak, dlatego byłem skazany na „polskie getto”. Gdybym pochodził z ekonomicznie wyższej klasy, mógłbym wynająć sobie mieszkanie na Manhattanie i prowadzić „normalne” życie studenckie. Na ten sam system nowojorskich gett narodowościowych są skazani wszyscy przybysze z Ameryki Południowej, Azji, Europy, czy Afryki, których rodziny nie należą do ekonomicznych elit. Niektóre getta, jak na przykład włoskie są lepiej usytuowane od innych. Koleżanka z Mediolanu, która załatwiła mi pracę na Times Square nie zabawiła tam długo, ponieważ bardzo szybko znalazła pracę w ekskluzywnej włoskiej restauracji na Manhattanie, również pokój wynajmowała od nowojorskich Włochów w Lower East Side. Ja nie trafiłem najgorzej. Z Greenpointu przeniosłem się na Ridgewood, Maspeth, czyli średnio zamożnych dzielnic zamieszkiwanych przez nowojorską Polonię. Gdybym przybył z biedniejszej części świata, prawdopodobnie byłbym skazany na dzielnice, do których prawie w ogóle nie dojeżdża metro, o bardzo wysokich statystykach przestępczości i niskich zarobkach. Problemy, które przedstawiłem są moim spostrzeżeniami, których bezpośrednio doświadczyłem będąc studentem artystycznej szkoły w Nowym Jorku. Nie są opinią eksperta z dziedzin nauk społecznych, ani politycznych, tylko subiektem kogoś, kto zgłębiał empirycznie meandry życia i próbował przetrwać oraz zbierać doświadczenia w tej niezwykle pięknej, ale stawiającej ogromne wyzwania metropolii.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×