Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

„Nim wstanie dzień” – historia jednej piosenki

„Nim wstanie dzień” przeszło daleką drogę od ilustracyjnego tematu filmowego, jakim było pierwotnie, stając się dotąd: pomnikiem ku czci autorów, przeobrażając się w pieśń patriotyczną, wyrastając jednocześnie na zalążek standardu jazzowego...

Kadr z filmu „Prawo i pięść”, materiały prasowe


Rok 1964. Samochód mknący trasą pomiędzy Trójmiastem a Warszawą. W środku podróżuje nie byle kto – Agnieszka Osiecka i Krzysztof Komeda Trzciński – oboje w rozkwicie kariery. Niemal całą drogę do stolicy pokonują nie odezwawszy się do siebie. Gdy docierają na miejsce, Komeda przerywa wreszcie milczenie: „Agnieszka, ja wiem jak to trzeba napisać – trochę po «westernowsku», a trochę po radziecku…”

***

Jeśli wierzyć w autentyczność anegdoty, trzydziestotrzyletni wówczas kompozytor miał na myśli pisaną wspólnie z Osiecką piosenkę na użytek nowo powstającego filmu Edwarda Skórzewskiego i Jerzego Hoffmana – „Prawo i pięść” (na podstawie powieści Jerzego Hena), obrazu, do którego po latach przylgnie na trwałe łatka „polskiego westernu” bądź „easternu”.

***

Plan ogólny. Kamera z ptasiej perspektywy. W środku kadru sunie powoli odkryty wagon kolejowy – na nim ludzie otoczeni tobołami, owinięci w waciaki i chusty, niektórzy w pasiakach. Rozmawiają, żywo gestykulują, piją, grają w karty. Ktoś śpi, ktoś czyta. Między nimi siedzi mężczyzna z gitarą, a w tle rozbrzmiewa ballada…

Słychać perkusyjne uderzenia w pudło gitary i odpowiadający im delikatny przydźwięk strun. Zaraz rozlegnie się aksamitny głos Edmunda Fettinga:
 
Ze świata czterech stron,
Z jarzębinowych dróg,
Gdzie las spalony, wiatr zmęczony,
Noc i front
Zbliżenie. Najazd na sąsiedni wagon. Tam, z nogami nonszalancko przewieszonymi przez krawędź, siedzi Andrzej Kenig (Gustaw Holoubek) – główny bohater filmu.
Kwiatem zabliźni się wojny ślad
Barwą róż
Za kilka scen były więzień obozów Auschwitz i Dahau pragnący ułożyć sobie powojenne życie – zdobyć nową parę spodni, szybko wzbogacić – przeobrazi się w „samotnego kowboja” zmagającego się z bandą szabrowników łupiącą opuszczone poniemieckie miasteczko. Na razie jednak przygląda się krzątaninie repatriantów, którzy koczują przy składzie bydlęcych wagonów na sąsiednim torze. Drzwi jednego z nich zdobi nakreślony białą farbą napis: „Wracamy na ziemie piastowskie”. Fetting śpiewa:
Dzieci urodzą się nowe nam
I spójrz – będą śmiać się, że my
Znów wspominamy ten podły czas,
Porę burz
A na kolejnym wagonie widnieje hasło „Zasiejemy, zaorzemy naszą odzyskaną ziemię”.
Tekst „Nim wstanie dzień” – bo tak brzmi tytuł wykonywanego przez Fettinga utworu – nasycony jest odwołaniami do ziemi. Zbiorowy podmiot liryczny piosenki Agnieszki Osieckiej – który filmowemu widzowi łatwo mimowolnie utożsamić z postaciami z ekranu – to ludzie odbudowujący porządek swojego świata zburzony przez Wojnę. Owo – projektowane w niedookreśloną przyszłość („za dzień, za dwa…”) – odtworzenie lub też zbudowanie na nowo ładu ma się odbywać zarówno wewnątrz jednostek, jak i przy udziale pozaludzkich „aktorów”, okoliczności, sił; świeży kwiat ma zastąpić spalony las i poczerniały głóg, ziemia (jeszcze „ciężka od krwi”) – wydać nowy łan zboża, z którego wkrótce „chleby upieką się w piecach”. Wszystkiego („Słońce przytuli nas do swych rąk”), co zdolne odegnać noc i ustanowić świt. Ślad wojny zaś zabliźni się ostatecznie wraz z narodzinami nowego pokolenia, któremu niezrozumiałą i śmieszną wyda się trauma ich ojców wyniesiona z „pory burz”.
Ten sposób opisu i ulepiona dla niego zmyślnie ilustracja muzyczna sprawiają, że o bohaterach piosenki myśli się jak o oswajających zachodnie krańce Ziemi amerykańskich pionierach („po westernowsku”), nie zapominając jednak, że są oni wschodnioeuropejskimi przesiedleńcami w trybach historii („po radziecku”).
Twór jako tworzywo
Zarówno ballada „Nim wstanie dzień”, jak i przewijający się przez cały film „Prawo i pięść” motyw muzyczny – jej akompaniament – doczekały się całej gamy różnorodnych estetycznie i koncepcyjnie wykonawczych interpretacji. O ile tłem, luźnym szkieletem towarzyszącym pisaniu oraz pierwotnemu wykonaniu tej piosenki był scenariusz filmowy, o tyle warto przysłuchać się i przyjrzeć temu, jakie – inne niż filmowe – tła stoją za niektórymi „coverami” utworu duetu Osiecka–Komeda.
Pomnik Osieckiej, pomnik Komedy
Worek z takimi wykonaniami otworzył się we wczesnych latach dwutysięcznych. Nie wiem, czy ów boom należy wiązać z rozpoczęciem działalności przez Fundację im. Agnieszki Osieckiej „Okularnicy” i wzrostem zainteresowania twórczością zmarłej niedługo wcześniej poetki. Jednak z pewnością lwia część prób odczytania „Nim wstanie dzień” powodowana była chęcią upamiętnienia ikony piosenki.
Zespół Raz Dwa Trzy w 2002 roku złożył z piosenek autorki „Kołysanki dla okruszka” (i dwóch tysięcy innych utworów) program „Czy te oczy mogą kłamać?”. Wokalista Adam Nowak śpiewa nisko – w tembrze odpowiednim dla mowy. Właściwie prawie melorecytuje. Raz szybko wypowiada obszerniejszą zbitkę słów (cały wers), a raz na dłuższą chwilę oddaje pola instrumentalistom – oddziela słowa od akompaniamentu. Wiele melodycznych przebiegów śpiewa wbrew oryginalnym nutom – do dołu. To, wraz ze zrezygnowanym tonem, akcentowaniem frazy „nie dziś”, a lekkim przechodzeniem nad „wstanie świt”, przekonuje mnie o przemyślanej interpretacji tekstu przez Raz Dwa Trzy sugerującej brak wiary podmiotu lirycznego w faktyczne „nastanie świtu”. I tak „Nim wstanie dzień” zostało piątą ścieżka na koncertowym albumie zespołu nagrywanym w radiowym studiu S-2 imienia… Agnieszki Osieckiej.
Omawiany utwór bywał traktowany również jako pomnik dla Krzysztofa Trzcińskiego…
Rozpoczyna się gdański festiwal jazzowy „Solidarity of Arts” w 2012 roku. Na odległym od właściwej sceny podeście, wpuszczonym głęboko w publiczność staje Tomasz Stańko (nomen omen współpracownik Komedy) i rozpoczyna krótką solową improwizację. Gdy tylko jego trąbka wydaje ostatni ochrypły dźwięk, na scenie za plecami trębacza rozjarza się delikatnie światło, a od słów „Ze świata czterech stron…” zaczyna śpiewać Stanisław Soyka. Towarzyszy mu tylko kontrabas. W tej ascetycznej aranżacji na wierzch nad delikatnie zasugerowaną harmonię wypływają wszystkie nuty głównego głosu. Soyka słowa piosenki traktuje raczej jako dźwięki muzyczne; eksperymentuje z ich barwą, wtórując rytmowi kontrabasu, podkreśla nieakcentowane sylaby, za jednym razem wzmacnia dźwięczne samogłoski, za drugim – syczące szczelinówki. Muzyk kończy występ wokalizą.
Taki a nie inny wstęp do wydarzenia łączącego na jednej scenie czołowe postacie polskiego jazzu i zagranicznych wykonawców formatu Richarda Bony, a nawet Quincy’ego Jones’a traktuję jako deklarację reżyserów widowiska – „Widzimy w twórczości Komedy produkt eksportowy, a w postaci kompozytora – laryngologa idola”.
Pożywka dla wirtuoza
Z owocu współpracy Komedy i Osieckiej znani instrumentaliści wypreparowali prosty, oparty na skali doryckiej temat, będący punktem wyjścia do poprowadzenia własnej myśli muzycznej.
Takiej twórczej reinterpretacji dokonał w 2011 roku Leszek Możdżer. W jego jedenastominutowym imponującym dziele „The law and the fist” usłyszymy kilka różnych rytmów i dynamik, odnajdziemy urywki pierwotnego wątku muzycznego wyłaniające się raz po raz z poszczególnych głosów albo ukryte w rzęsistym deszczu prym. Samotny fortepian Możdżera nieśmiało rozpędza się, a pianista studiuje temat, poddając go kolejnym harmonizacjom, rozrzedzając, zagęszczając, klejąc i łamiąc na coraz to nowe sposoby, by zakończyć dobitnym powtórzeniem właściwej melodii w basie.
Podobnie Artur Lesicki i Marek Napiórkowski na recenzowanej przeze mnie niedawno płycie „Celuloid”, zawierającej gitarowe wariacje na tematy muzyki filmowej, potraktowali zapisane przez Komedę Trzcińskiego dźwięki jako wstęp i finał dłuższej improwizacji. Wewnątrz tej klamry gitarzyści skorzystali z okazji do namalowania kilku różnych plam harmonicznych kolorów – to wzmagających uczucie niepokoju, to kojarzących się z nadzieją.
Wojenko! Wojenko!
Szukając – na potrzeby tego felietonu – nieznanych mi dotąd wykonań „Nim wstanie dzień”, natknąłem się na szereg odegrań towarzyszących imprezom rocznicowym, koncertom piosenki patriotycznej. Zdałem sobie sprawę, że utwór rozpoczynający „Prawo i pięść” – przez historyczny kontekst fabuły filmu Skórzewskiego i Hoffmana – został włączony w poczet „dóbr narodowych”, udziedzictwowiony.
Dobitnie świadczyć może o tym świeża płyta Andrzeja Jagodzińskiego „W hołdzie wolności”, na której temat mojego felietonu pojawia się w towarzystwie zaaranżowanych na jazzowo „Wojenko, wojenko”, „Deszcz, jesienny deszcz” i „Pałacyku Michla”.
Wartym odnotowania jest też wykonanie Piotra Machalicy z tak zwanego „Polskiego” odcinka nadawanego przez TVP show „Przebojowa noc”. Wokalna interpretacja utworu wydaje się jedną z najbliższych fettingowskiemu oryginałowi, ale towarzysząca aktorowi orkiestra wywraca do góry nogami oszczędny, spartański wręcz, koncept Komedy na kompozycję.
***
Utwór raz powołany do życia, zyskawszy popularność, przestaje być własnością twórcy – zaczyna istnieć samodzielnie, zaś w krótkim felietonie nie sposób opisać wszystkich wcieleń takiego dzieła. „Nim wstanie dzień” przeszło daleką drogę od ilustracyjnego tematu filmowego, jakim było pierwotnie, stając się w dotąd: pomnikiem ku czci autorów, przeobrażając się w pieśń patriotyczną, wyrastając jednocześnie na zalążek standardu jazzowego. Pozostaje tylko obserwować jakie kolejne role zacznie pełnić dla kolejnych rzesz wykonawców.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×