fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Niewiadomski: Polska przyjęła chrzest, ale nie chrześcijaństwo

Przez wiele lat bałem się mówić, że coś nie jest chrześcijaństwem, że ktoś nie jest chrześcijaninem. Ale teraz uważam, że obowiązkiem chrześcijanina jest nazwanie zła, kiedy je widzi w czystej postaci.
Niewiadomski: Polska przyjęła chrzest, ale nie chrześcijaństwo
ilustr.: Zuzanna Wojda

Fragment książki „Herezje” , wydanej przez parafię warszawską Kościoła ewangelicko-reformowanego.

Pouczono cię, człowiecze, o tym, co jest dobre i czego Pan żąda od ciebie. Tylko tego, abyś czynił sprawiedliwość, miłował życzliwość a abyś postępował pokornie z twoim Bogiem.

Księga Proroka Micheasza 6,8

Z Jakubem Niewiadomskim rozmawia Ewa Barciszewska.

Teolog z wykształcenia, zaangażowany ewangelik reformowany, pracownik katolickiego magazynu… I z takim dossier przystał pan do komunistów? Nie mógł pan wybrać jakiejś formacji nieco dalej od lewej ściany niż partia Razem?

Do komunizmu mi dość daleko. Jeśli natomiast mowa o Razem, to ten wybór wydaje mi się naturalną konsekwencją wielu poprzednich. Zresztą w moim życiu dość często pojawia się podobne pytanie. Ze strony kościelnej: Jak to możliwe, że ty jesteś zaangażowany politycznie?, a ze strony osób z polityką związanych: Jak to możliwe, że ty jesteś wierzący, że jesteś tak zaangażowany kościelnie?

Są tacy, którzy Chrystusa nazywają pierwszym komunistą…

Ja bym się nie rozpędzał z komunizowaniem Chrystusa. A co do tego mojego połączenia religii i polityki, mogę odpowiedzieć na pewno, że moje zaangażowanie polityczne jest wynikiem mojego rozumienia wiary. Przeżywania wiary i religijności. Chrześcijaństwo to dla mnie religia trochę… poza religiami. Chrześcijaństwo daje człowiekowi wolność.

Chciał pan być pastorem. Coś nie wyszło, czy tak po prostu życie się potoczyło i pan zrezygnował?

Właściwie nie powiedziałem jeszcze w tej kwestii ostatniego słowa.

Jeszcze zanim zacząłem studia, na którymś obozie młodzieżowym wygłosiłem swoje pierwsze kazanie. To było podczas nabożeństwa w górach, w takim małym kamiennym kościółku. Potem wygłaszałem kazania już jako student, prowadziłem nabożeństwa w ramach zastępstw duchownych. Zawsze za cel stawiałem sobie to, żeby moje kazanie było zrozumiałe i trafiało do ludzi, tu i teraz. Żeby to nie była jakaś abstrakcja, która wleci jednym uchem a wyleci drugim, tylko coś o życiu.

Myślałem wówczas, że termin „zbawienie” powinien być zrozumiały dla człowieka. Co to dla niego znaczy, że będzie zbawiony? Wejdźmy do kościoła i zapytajmy o to kilka osób. W wielu przypadkach albo odpowiedzą „nie wiem”, albo przywołają katechizm sprzed kilku wieków, co niewiele załatwi. Więc dla mnie odkryciem było, gdy zrozumiałem, że zbawienie to jest akceptacja przez Boga. Gdyby całą reformację sprowadzić do jednego mianownika, to tam by było bardzo dużo o tym, że jestem bezwarunkowo przez Boga akceptowany. Że nie mogę sobie na tę akceptację zasłużyć, bo „nie przez uczynki, ale przez wiarę człowiek jest zbawiony”. Przez wiarę z łaski Bożej. A więc: Wierzę w to, że Bóg swoją łaską mnie zaakceptował. Nie mogę być bardziej zaakceptowany chodząc częściej do kościoła czy oddając komuś swoją kanapkę. Ani mniej, gdy ją komuś zabiorę. To, że komuś coś dałem czy zabrałem wynika z tego, że zostałem zaakceptowany i że czuję tę akceptację w moim życiu. Że nie muszę zdobywać żadnych odpustów, chodzić do spowiedzi i prosić księdza o akceptację na kolejny miesiąc czy kwartał. Po prostu moja wiara w zbawienie i Boża łaska mnie zbawia. Nie uczynki. Na tym opierają się Luter i Kalwin. U apostoła Pawła jest to bardzo prosto napisane, że „nie z uczynków, aby się ktoś nie chlubił, tylko z wiary jest człowiek zbawiony”, ale parę rozdziałów później w Piśmie Świętym jest napisane, że „wiara bez uczynków jest martwa”.

Od początku Kościoła istnieje kontrowersja związana z czymś, co nazywamy apokatastazą – powszechnym zbawieniem. Wielki reformowany teolog ze Szwajcarii, Karl Barth, gdy ktoś go zapytał o to powszechne zbawienie, powiedział – a ja się pod tym podpisuję – że on nie wie i nie może też powiedzieć, że w to wierzy, ale głęboko ufa, że tak może być. Ufa w Boże miłosierdzie. I ja ufam. Chciałbym, żeby tak było.

Kolejna wielka postać, która jest dla mnie drogowskazem, to Dietrich Bonhoeffer, tym razem niemiecki i luterański duchowny, który został stracony za działalność opozycyjną wobec hitleryzmu. Niemiecki Kościół ewangelicki w czasach nazizmu poddał się władzom III Rzeszy, powstali tak zwani Deutsche Christen, Niemieccy Chrześcijanie. Władze tego Kościoła głosiły, że co Jezus to Jezus, ale my mamy Hitlera i to najważniejsze. Jako przeciwwaga powstał wtedy Kościół Wyznający, ruch sprzeciwiający się nazizmowi, opozycja wobec szaleństwa Niemieckich Chrześcijan – Barth i Bonhoeffer zakładali ten ruch. Barth został zmuszony do wyjazdu, natomiast Bonhoeffer działał w opozycji w kraju, za co został aresztowany. Dosłownie dwa tygodnie przed zajęciem Berlina przez wojska alianckie został stracony. Dla niego wiara nie była czymś, co można zamknąć w Kościele. Głosił, że „Kościół tylko wtedy jest Kościołem, kiedy istnieje dla tych, którzy są poza nim” i „Moje tak dla wiary, moje tak dla Chrystusa musi się równać jednocześnie mojemu nie dla opresji, niesprawiedliwości i zła w świecie”.

A to nie jest „oczywista oczywistość”, jak by powiedział klasyk?

Nie dla wszystkich, a zwłaszcza nie dla wszystkich wtedy. Czy ja chcę tę oczywistość wprowadzać w życie? Co to znaczy, że będąc człowiekiem Kościoła i wiary chcę faktycznie, a nie tylko na papierze, sprzeciwiać się opresji czy niesprawiedliwości? Ludzie przed i w trakcie II wojny światowej mówili: Nie, to nie jest rzecz dla Kościoła, to jest polityka. Teraz w Kościele też usłyszymy, że on nie może się zajmować takimi rzeczami, bo to jest wchodzenie w politykę.

Chce pan powiedzieć, że będąc w polityce z taką wiarą, jak pańska, można więcej dobrego zrobić?

Jan Józef Lipski – trzecia wielka dla mnie postać, tym razem na polskim podwórku – powiedział, że zaangażowanie społeczne, zaangażowanie polityczne to jest praktyczne wyrażenie nakazu miłości bliźniego. Dla mnie to jest drogowskaz i dlatego od zawsze w różne rzeczy się angażowałem, czy to w samorządzie, czy w jakichś organizacjach pozarządowych, wolontariacko bądź zawodowo. Zawsze chciałem, żeby na świecie było trochę lepiej. I jeśli jestem w stanie to zrobić, to chcę to robić.

I dobrą partię sobie pan do tego wybrał?

Odpowiedziałem sobie na pytanie, czy chcę formalnie gdzieś działać i to jest miejsce, w którym najlepiej się odnajduję. Nie ma żadnego ugrupowania, z którym zgadzałbym się w stu procentach, ale to jest mi najbliższe. I co więcej, mogę w tej organizacji realizować właśnie to, co nakreśliłem. Między innymi dlatego, że ze strony członków partii i osób jej życiem zainteresowanych fakt, że jestem członkiem Kościoła reformowanego, że jestem chrześcijaninem, że mam wykształcenie takie a nie inne, nie spowodował nigdy żadnej negatywnej reakcji. Co więcej, jestem wybierany do władz krajowych i jeśli moja wiara ma w tym jakieś znaczenie, to raczej pozytywne. Bo wiedzą, że ja mam podbudowę pod to, co robię. Ale, paradoksalnie, w Kościele zostałem za swoją działalność ukarany. Widocznie dla nich to nie była „oczywista oczywistość”, bo… dużo by mówić, ale powiem w skrócie. Jeszcze byłem studentem i wystąpiłem w jakimś programie telewizyjnym podpisany jako członek partii. Nigdy tego przed nikim nie ukrywałem, ale też w Kościele ludzie mnie o to nie pytali – nie chodziłem na nabożeństwa owinięty partyjną flagą. Ktoś mnie w tym programie wypatrzył i doniósł uprzejmie do władz kościelnych, a te – krótko mówiąc – postawiły mi ultimatum, że albo rzucam legitymację partyjną, albo koniec mojej kościelnej przygody. I ja uprzejmie acz stanowczo odpowiedziałem, że działalność publiczna to przestrzeń, w której chcę realizować to, do czego zostałem powołany. A poza tym do takiej reakcji władz nie ma podstaw w prawie kościelnym. Co więcej, wśród największych teologów reformowanych ostatnich dziesięcioleci wielu było zaangażowanych politycznie. Choćby wspomniany wcześniej Barth, powszechnie uważany za Lutra czy Kalwina XX wieku, w początkach swej działalności był nazywany czerwonym pastorem, miał legitymację partii socjaldemokratycznej Szwajcarii, jeździł na strajki, organizował je i przez całe życie był politycznie aktywny. Dla mnie oczywiste jest to, że człowiek Kościoła, człowiek wiary, jeżeli chce praktycznie działać na rzecz tego, żeby nasz świat był trochę lepszym miejscem, ma prawo robić to poprzez sformalizowaną działalność partyjną. Co więcej, będąc świadomy napięcia, że nie chcemy polityki w Kościele, każde swoje kazanie przed wygłoszeniem czytałem pięćdziesiąt razy, żeby sprawdzić, czy niechcący nie przemycam jakichś treści politycznych. I nikt nie był mi w stanie czegoś takiego zarzucić. Nigdy.

Były obawy, że pan będzie politykę w Kościele uprawiać?

Na to wyszło. Zostałem wówczas zawieszony w prawach studenta teologii.

A partia nie miała obaw, że będzie pan „szerzył wiarę w jej łonie”?

No właśnie nie. Partia chyba miała do mnie więcej zaufania niż mój Kościół. To przykra konstatacja, ale być może prawdziwa, niestety.

Nie ma pan takiego poczucia, że pana dążenia są trochę na granicy marzeń utopijnych? Był kiedyś komunizm utopijny…

A czym jest Ewangelia czy Osiem Błogosławieństw, jak nie wizją utopijną? Ja nie mam innego programu niż ten, który wyczytuję z Ewangelii.

Gonić króliczka? Wiadomo przecież, że nie stworzymy na Ziemi świata idealnego.

Ja też w to nie wierzę. Wierzę jednak, że ludzie mogą dążyć do tego, by nam wszystkim żyło się lepiej. Można to robić w różnych formułach. Nie mogę powiedzieć, że ktoś zaangażowany prawicowo nie jest chrześcijaninem, bo to nie moje myślenie. Ale ja praktyczne wypełnianie przykazania miłości bliźniego widzę w tym nurcie, który wybrałem.

A czy jakoś się pan angażuje w codzienne działania swojej parafii?

W parafii nie jestem w żadnym gremium, ale jestem delegatem parafii do Synodu Kościoła. Jak jeszcze mogłem, to czasem wygłaszałem kazania. Obecnie trwają rozmowy z nowymi władzami Kościoła i może jeszcze będę mógł wrócić na kazalnicę. Powiedziałem wcześniej, że poszedłem na studia teologiczne z taką myślą, że zostanę duchownym. Już nie mam tej myśli. Gdzieś z tyłu głowy tkwi jakiś jej ułamek, że może to się kiedyś wydarzy. W każdym razie pasuje do mnie powiedzonko, jakie mieliśmy na uczelni: „Teologię ukończyłem, wiary dochowałem”. Wzięło się ono stąd, że na studia teologiczne przychodzą młodzi ludzie z często bardzo konserwatywnych, luterańskich rodzin. Na uczelni dowiadują się na przykład, że Mojżesz nie napisał Pięcioksięgu, że było trzech Izajaszy – i wielu studentów ma absolutny kryzys wiary. Wszystko im się sypie, bo ksiądz czy mama mówili, że jest tak, a okazuje się, że jest inaczej. A ja miałem odwrotnie – mnie w trakcie studiów coraz lepiej było z Bogiem i wiarą, ale coraz gorzej z Kościołem jako instytucją. I – na ten moment – jeśli chciałbym być ordynowany i pracować w Kościele (czego nie wykluczam tak kardynalnie), to pewnie gdzieś za granicą. Nie w Polsce, nie w tym Kościele ewangelicko-reformowanym, który jest teraz, nie z tym myśleniem o Kościele, które teraz u nas dominuje.

Powie pan coś więcej o ideologii partii Razem?

Razem jest moim wyborem, bo boli mnie to, że w Polsce, Europie i na świecie części osób żyje się świetnie i mają hajsu po uszy, pewnej grupie żyje się w miarę stabilnie, ale jest olbrzymia większość, która żyje tak sobie, źle lub bardzo źle. Mówię o kwestiach finansowych, zdrowotnych, o kwestiach pracy i jej jakości. A gdy popatrzymy globalnie, to też o dostępie do żywności czy pitnej wody. A nawet do internetu. Słowem kluczem w polityce i istotą tego, żeby ten świat polepszyć, jest solidarność. To znaczy, że chora jest sytuacja, w której nieliczni ludzie mają naprawdę olbrzymie, wręcz kosmiczne fortuny, podczas gdy za murem ich posiadłości inni nie mają na życie od pierwszego do pierwszego. Chciałbym tak przeorganizować nasze życie społeczne, żebyśmy bardziej sprawiedliwie dorzucali się do naszego wspólnego garnuszka, bo teraz ci, którzy mają mniej, dorzucają się proporcjonalnie bardziej i są mocniej obciążeni niż ci, którzy zarabiają dużo więcej.

Mamy w Polsce degresywny system podatkowy, w którym ja płacę proporcjonalnie więcej niż na przykład Sebastian Kulczyk. Gdybyśmy jako społeczeństwo sprawili, że ci, którzy mają te przesadne fortuny, posunęliby się na ławce chociaż trochę, to byśmy mieli więcej na szkoły, szpitale, na infrastrukturę. Społeczeństwa z tymi nierównościami historycznie radziły sobie na dwa sposoby: albo rewolucją ze ścinaniem głów, albo w sposób cywilizowany, w ramach społecznej umowy. Bo jeśli jesteśmy demokratycznym społeczeństwem to taką umowę możemy sobie zbudować dokładnie tak, jak chcemy. Dla mnie oczywistą potrzebą jest wprowadzenie progresywnego systemu podatkowego, żeby ci najubożsi byli z opłat zwolnieni, żeby odciążyć małych przedsiębiorców, wprowadzić progresywny ZUS. Jest też kwestia mieszkań. W Warszawie mamy ponad dwieście tysięcy lokali mieszkalnych, które stoją puste, jednocześnie w stolicy żyje kilka tysięcy osób, które nie mają dachu nad głową. Inwestorzy skupują mieszkania, jako środek lokowania kapitału, a to pompuje tak zwany bąbel mieszkaniowy, pompuje ceny. To są rzeczy, które mogą być zmienione poprzez społeczną umowę, poprzez to, że społeczeństwo tak wybierze swoich przedstawicieli, że ci stworzą prawo, które to zmieni.

Te gigantyczne nierówności są nie tylko kwestią finansową ale też społeczną. Tak rozwarstwione społeczeństwa gorzej funkcjonują. PiS nie doszedłby do władzy, gdyby nie osiem lat rządów PO, gdyby ludzie nie pracowali na śmieciówkach po cztery pięćdziesiąt za godzinę. Taka sytuacja jest w całej Europie i na całym świecie. Dlatego Front Narodowy we Francji ma takie poparcie, dlatego we Włoszech wygrali przyjaciele Putina. To problem cywilizacyjny, bo dopuściliśmy do olbrzymiego rozpasania jednego procenta i ten jeden procent ma dziewięćdziesiąt dziewięć procent tego wszystkiego, co Ziemia posiada. To nie jest zdrowa sytuacja.

Co jeszcze w dzisiejszej rzeczywistości pana drażni, niepokoi?

Ostatnio miałem na przykład wątpliwą przyjemność z naszym wymiarem sprawiedliwości, bo zostałem oskarżony o „bezprawne zajmowanie pasa terenu, którym ktoś inny zarządzał”. A chodziło o to, że trzy lata temu, pierwszego sierpnia, w rocznicę powstania warszawskiego, był marsz narodowców, który kończył się pod pomnikiem na Placu Krasińskich, a myśmy tam, z grupą zupełnie nieznanych mi osób (Obywatele RP, KOD, ktoś jeszcze) zorganizowali kontrdemonstrację. Po prostu staliśmy na schodkach, niektórzy mieli jakieś transparenty. Przyszła policja, kazała się rozejść, my się nie rozeszliśmy, więc nas siłą wynosili, spisywali. I potem w sądzie policja próbowała udowodnić, że byłem zagrożeniem dla narodowców i dla organizatorów marszu. A to była z mojej strony po prostu potrzeba wyrażenia niezgody na twierdzenia naszych światłych narodowców, że powstanie warszawskie walczyło o Polskę białą, heteroseksualną i katolicką. Bo w powstaniu walczyli bardzo różni ludzie, narodowcy też, ale i socjaliści. Walczyli po prostu o wolność. Jedną z moich wewnętrznych potrzeb publicznego świadectwa dla świata jest pokazanie, że to, co ci narodowcy z sobą niosą, co reprezentują, nie jest chrześcijaństwem.

Przez wiele lat bałem się mówić, że coś nie jest chrześcijaństwem, że ktoś nie jest chrześcijaninem. Ale teraz uważam, że obowiązkiem chrześcijanina jest nazwanie zła, kiedy je widzi w czystej postaci. I kiedy przeglądam w pamięci różne sytuacje, w których brałem udział albo kojarzę na przykład z mediów, gdy ci narodowcy byli błogosławieni przez biskupa w Białymstoku, a także te marsze i demonstracje, które oni robią w prawosławnych rejonach, czcząc „żołnierzy wyklętych”, dochodzę do wniosku, że Polska przyjęła chrzest, ale nie przyjęła chrześcijaństwa. Mamy ogromne problemy z chrześcijaństwem i to jest duża wina Kościoła. Katolickiego, ale nie tylko.

Tischner powiedział kiedyś, że nigdy nie widział, żeby ktoś odszedł z Kościoła, bo przeczytał coś Marksa, ale widział jak to się stało przez proboszcza. Na dużą skalę tak to właśnie działa – ludzie odchodzą, bo nie chcą już mieć z chrześcijaństwem nic wspólnego, albo idą w drugą stronę, radykalizują się i zamiast Boga i Chrystusa mają bożka w postaci narodu. Niech Kościół katolicki sobie robi, co chce, bo też ma swoje problemy, swoje reformy i ja temu kibicuję, choć nie wierzę, że coś z tego wyjdzie. Ale mam duże pretensje do Kościołów mniejszościowych, że niewystarczająco mocno zabierają głos w takich sprawach i sytuacjach.

Teraz głośno jest o ustawie Ziobry, w której kombinuje się, że ma być rozszerzona ochrona Kościoła i katolicyzmu, że gdy ktoś obraża katolicyzm, to powinien odpowiadać karnie. I tutaj Kościoły mniejszościowe powinny krzyczeć: hola, my się nie zgadzamy, to nie jest chrześcijaństwo, bo chrześcijaństwo to nawracanie ludzi Ewangelią, nie ustawą! Ale Kościoły tego nie robią. I co więcej, jeśli są osoby takie jak na przykład ksiądz Michał Jabłoński, który w sposób akceptowalny bardziej lub mniej – bo różnie ludzie reagują, mają różną wrażliwość – wyraża swój pogląd w tej czy innej sprawie, mówi co jego zdaniem jest okej a co nie, idzie z tym do mediów, nie odcina się od możliwości skomentowania wydarzeń i zjawisk jego zdaniem złych, to często tak jak on dostaje po łbie. Wśród powszechnej tendencji widzę ją niestety też w naszym Kościele: żeby nie mówić o tym za głośno, bo ktoś może się obrazić albo pomyśleć, że my uprawiamy politykę. No i wciągnęła mnie pani w politykę, a ja tak bardzo chciałem tego uniknąć (śmiech).

No to bardzo przepraszam i pomówmy o czymś, co może polityką nie jest, a pana wciąga. „Kontakt”?

W „Kontakcie” działam od blisko dwóch lat. Najpierw byłem sekretarzem redakcji, a teraz jestem po prostu członkiem zespołu. Kiedyś to czasopismo funkcjonowało jako wewnętrzny biuletyn KIK-u, ale już od wielu lat działa na szerszą skalę. „Kontakt” wychodzi coraz bardziej na zewnątrz i w redakcji toczy się dyskusja, czy podtytuł „Magazyn lewicy katolickiej” nie powinien zmienić przymiotnika na „chrześcijańskiej”. Cokolwiek by z tej dyskusji wynikło – to środowisko stało się dla mnie, outsidera, bardzo ważne, wiele się nauczyłem i poznałem fantastycznych ludzi.

Szukam jeszcze czegoś „poza polityką”. A może Wiara i Tęcza?

To organizacja zrzeszająca chrześcijan LGBT, bardzo dla mnie ważna, bo to nie tylko przyjazne miejsce dla nas, ale też ważne świadectwo wobec świata. Chodzi o pokazanie ludziom na zewnątrz, że osoby LGBT nie są straszne i anty- kościelne, tylko że w Kościołach jest masa ludzi wierzących, którzy identyfikują się z jedną z tych literek. I pokazanie, że my też szukamy swojego miejsca w tym Kościele czy Kościołach.

Z dwóch powodów jest to trudne. Bo po pierwsze dla wielu chrześcijan to wszystko grzech, sodomia i nie wiadomo co jeszcze, na przykład ideologizowanie i „seksualizowanie” dzieci, i podobne bzdury. Niestety, wielu funkcjonariuszy Kościoła to nakręca. Ale z drugiej strony, w społeczności LGBT jest też pewna niechęć do nas. Często można się spotkać z takim myśleniem: Skoro Kościół nas prześladuje, jest przemocowy i opresyjny wobec nas, to wy jesteście w tym Kościele bez sensu, wiara to coś głupiego, a wy jesteście zacofani. W rezultacie nasze miejsce, chrześcijan LGBT, jest takie… między młotem a kowadłem. Ja mam akurat dobrze, bo parafia warszawska mojego Kościoła jest miejscem, w którym orientacja seksualna nie ma najmniejszego znaczenia, ale dla wielu osób, zwłaszcza z Kościoła rzymskokatolickiego, bo oni są większością, poszukiwanie swojego miejsca w Kościele to droga przez mękę. Olbrzymia część spośród nich, ku mojemu zdumieniu i niezrozumieniu, chce pozostać w Kościele katolickim i tam szuka jakichś wysepek typu „znam takiego dominikanina, co jest spoko”, „mam Wspólnoty Jerozolimskie i tam jest okej”. Trochę się śmieję z takich poszukiwań i mówię im, pół żartem pół serio, że wpadli w swoisty syndrom sztokholmski, skoro chcą w tym siedzieć. I część osób, które jeszcze parę lat temu były bardzo z Kościołem katolickim związane, teraz od niego odeszło. Stwierdziły, że za dużo tej opresji. Przynajmniej w Polsce, bo może w innym kraju, gdzie panuje inny duch, odnalazłyby się w Kościele rzymskokatolickim.

Martwi to pana?

Trochę martwi, bo to jest proces postępujący, nie tylko w przypadku osób LGBT. Badania pokazują, że Polska jest w Europie absolutnym prymusem, jeśli chodzi o sekularyzowanie się młodych ludzi. Nigdzie w tej „paskudnej, zgniłej moralnie Europie” nie jest tak, jak w Polsce. I to jest z jednej strony przykre, a z drugiej widzę w tym pewną nadzieję. To znaczy wietrzę nadzieję po pierwsze na to, że Kościoły się zmienią, ale po drugie, że ci ludzie, którzy w tych Kościołach zostaną – zostaną na serio, a nie tak, jak na przykład moi rodzice przez wiele lat, bo babcia, prababcia czy coś tam jeszcze. Że zostaną faktycznie po coś, a nie dlatego, żeby wypełniać rubryki statystyk. Ale to potrwa lata, chociaż… idzie tak lawinowo. Boję się tego i widzę to po rozmaitych rozmowach czy synodach naszego Kościoła, że nie ma pomysłu na wyjście do ludzi na zewnątrz.

Nie widzę, jak Kościoły chcą walczyć z laicyzacją. Może chcą tylko, jak to robi Kościół katolicki w Polsce, okopywać się na swoich stanowiskach. Bo to, co robi teraz polski Kościół rzymskokatolicki, wygląda na odhaczanie kolejnych błędów, które przez wiele lat popełniał jego odpowiednik w Irlandii. Tam doszło przecież w końcu do referendum aborcyjnego, w którym Irlandczycy pokazali Kościołowi, co o nim myślą. W Polsce będzie to samo, tylko jeszcze nie wiemy, ile czasu to zajmie. Kiedy sobie myślę o Kościele, to z nadzieją czytam fragment z
Ewangelii, w którym Jezus pokazuje uczniom świątynię jerozolimską i mówi, że kamień na kamieniu z tego nie zostanie. To jest straszna wizja, ale ja odbieram ją z nadzieją, bo do tego, by chrześcijaństwo stało się prawdziwe, niekoniecznie większościowe i niekoniecznie w pałacach, tylko takie „po prostu”, najpierw musi się rozlecieć to, co jest teraz.

Skróty pochodzą od redakcji.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×