Protesty w Serbii rozpoczęły się w listopadzie 2024 roku po katastrofie budowlanej w Nowym Sadzie. W wyniku lat zaniedbań infrastruktury publicznej wynikających z powszechnej, zinstytucjonalizowanej korupcji zawalił się dach dworca kolejowego co doprowadziło do śmierci szesnastu osób.
Skala manifestacji szybko przerosła oczekiwania władz. Protestujący, gromadzący się setkami tysięcy w całym kraju, od początku prezentowali konfrontacyjne nastawienie. Organizowali symboliczne, piętnastominutowe blokady uliczne i masowe manifestacje. Władze nie pozostawały im dłużne.
Eskalacja przemocy wobec protestujących nastąpiła po 22 listopada. Agresywni napastnicy brutalnie rozpędzili studentów i profesorów zgromadzonych na Wydziale Sztuk Dramatycznych w Belgradzie, gdy ci w spokoju oddawali cześć ofiarom katastrofy. Jak się okazało, wśród agresorów byli między innymi prominentni członkowie partii rządzącej. Od tego czasu mamy do czynienia ze zrywem i wielkimi protestami, z których rekordowy odbył się 15 marca 2025 roku i zdołał zgromadzić 350 tysięcy uczestników. Rebelii udało się już między innymi obalić premiera Miloša Vučevicia.
Czy zachwieje on całokształtem serbskiego autorytarno-neoliberalnego i skorumpowanego systemu, od lat konsekwentnie cementowanego przez Serbską Partię Postępu? Jakie tendencje przeważą wewnątrz ruchu? I czego polscy studenci mogą nauczyć się od swoich koleżanek i kolegów z Serbii?
Klasowy wymiar walki
Pomimo początkowego zaangażowania w protesty wielu grup społecznych, w powszechnym odbiorze to studenci przewodzą manifestacjom. Rzeczywiście, nie można odmówić im determinacji i zaangażowania. Na skutek protestów i blokad już w pierwszych miesiącach po katastrofie w Nowym Sadzie aż pięćdziesiąt wydziałów uczelni i wiele szkół średnich musiało zawiesić swoją działalność. Jednocześnie rosła fala agresji względem manifestujących, która rozpoczęła się wraz z atakiem na Wydział Sztuk Dramatycznych. Jej najgroźniejszym przejawem była próba staranowania manifestujących przez prorządowe bojówki przy pomocy samochodu marki Porsche.
Studenci nie zdołaliby osiągnąć sukcesu, jakim jest zbudowanie ruchu o ogólnokrajowym poparciu, gdyby nie weszli w szeroki sojusz ze związkami zawodowymi. Na strajk zdecydowało się pięć największych organizacji związkowych w kraju. Przez pewien okres nie pracowała jedna trzecia serbskich placówek oświaty. Pracownicy państwowej firmy energetycznej Elektroprivreda Srbije ogłosili strajk generalny. Szeroki front antyrządowy mógł zostać zbudowany jedynie na bazie podobnej sytuacji materialnej. A ta bez wątpienia istniała. Bezrobocie w kraju wynosi 9,4 procent, a w grupie wiekowej 20-29: ponad 18 procent. Aż 15,4 procent ogółu społeczeństwa i 35 procent młodych Serbów zmuszonych jest do pracy na umowach tymczasowych. Ponad 70 procent osób w grupie wiekowej 20-29 wskazuje, że nie jest w stanie znaleźć innej formy zatrudnienia. Warto dodać, że najwyższy odsetek wśród zatrudnionych tymczasowo młodych stanowią osoby z wykształceniem wyższym. Tak wysoki poziom bezrobocia i przymusowej prekaryzacji dał impuls do połączenia sił rozmaitych środowisk. Ważną symboliczną manifestacją studentów i robotników były obchody święta pracy z maja zeszłego roku. Pracownicy i studenci znaleźli się w jednym miejscu i wsparli nawzajem swoje postulaty.
Ci ostatni także coraz głośniej zaczęli mówić o konieczności zmiany całokształtu prawa pracy i regulacji dotyczących strajkowania. Dotychczas obowiązujące przepisy nie pozwalały pracownikom na bezproblemowe dołączenie do studentów za sprawą skomplikowanych procedur strajkowych, a pracodawcom umożliwiały stosowanie płacowych represji wobec niepokornych. W celu wsłuchania się w postulaty świata pracy powstała studencka grupa Głos Pracowniczy, która regularnie spotyka się z przedstawicielami związków zawodowych, a zwykłych pracowników zaprasza do prowadzonego przez siebie podcastu. Studenci powołali nawet zespoły zajmujące się współpracą z poszczególnymi branżami. Jednocześnie wśród protestujących pojawia się chęć wdrożenia zupełnie innego modelu demokracji niż znamy we współczesnej Europie.
Niektórzy z nich stawiają na demokrację bezpośrednią. Od początku protestów studenci i ich sojusznicy gromadzą się, aby wspólnie decydować o kierunku dalszego działania. Sami studenci dbają również o przejrzystość wewnątrz ruchu, co objawia się między innymi cyklicznymi spotkaniami, dyskusjami i zasadą, że nie rozmawiają z mediami w pojedynkę. Na przykład w Belgradzie ze względu na dużą liczbę studentów autonomiczne względem oficjalnych struktur uczelni parlamenty wydziałowe, w których obradach uczestniczyć może każda osoba uczęszczająca na dany kierunek, wybierają swoich przedstawicieli do studenckiego parlamentu centralnego. Są oni jednocześnie związani instrukcjami swoich kolegów i mogą być w każdej chwili odwołani z funkcji.
Idee samorządności robotniczej mają w Serbii długą tradycję, sięgającą jeszcze czasów Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii. W państwie Josipa Broza Tity niezależne samorządy sprawowały władzę nad zakładami pracy. Model jugosłowiański dał robotnikom z bloku wschodniego, w tym Polakom w 1956, inspirację do żądania przemian społecznych we własnych państwach. I chociaż projektowi socjalistycznej Jugosławii nie brakowało wad – o czym świadczą studenckie protesty z 1968 roku powodowane potrzebą rozwiązania kwestii bezrobocia i represji wobec studentów oraz pogłębienia demokratyczno-socjalistycznych reform – może on stanowić odniesienie dla przyszłej Serbii.
Pozostaje pytanie, w jakim stopniu w tej tradycji umocowani są obecnie protestujący studenci? Najpewniej w niewielkim. Z doświadczenia działalności w Inicjatywie Pracowniczej wiem, że ludzie walczą przede wszystkim o własny krótkoterminowy dobrobyt materialny. Jednak zakorzenione w społecznej pamięci protesty mogą być bodźcem do znaczących zmian. Przykładem mogą być polskie związki zawodowe odwołujące się do karnawału „Solidarności”.
Pozostaje pytanie, czy postępowe i radykalnie demokratyczne tendencje zdołają przeważyć w ruchu, którego wyjściowym żądaniem jest praworządność i walka z korupcją, a sami studenci niespecjalnie kwapią się do stworzenia jednoznacznego programu politycznego przyszłej, demokratycznej Serbii, mimo że wielu upatruje w nich wielką nadzieję. Poza tym na ewentualne demokratyzację tego kraju czyha wiele przeszkód z zewnątrz.
Świat przeciwko protestom w Serbii?
Studenci mają poparcie 64 procent obywateli. 72 procent uważa, że protesty są konsekwencją powszechnej korupcji i rządowych zaniedbań, a zryw nie jest separatyzmem Wojewodiny – autonomicznej, wielonarodowej serbskiej prowincji, jak próbowały portretować go władze. W szczytowym momencie na ulice Belgradu wyszło 325 tysięcy ludzi. Niestety, setki tysięcy rozgniewanych Serbów nie znajdują prawie żadnego poparcia na arenie międzynarodowej. Prezydent Rosji Władimir Putin okrzyknął serbskie powstanie kolejną „kolorową rewolucją” insynuując tym samym, że jest ono podsycane przez zewnętrzne siły. Interes dyktatora jest oczywisty – serbskie władze mimo gestów w kierunku Zachodu, pozostają wciąż jednymi z najbardziej prorosyjskich w Europie. Specjalny wysłannik Donalda Trumpa Richard Grenell zarzucił protestującym podważanie rządów prawa i, co w przypadku przedstawiciela tej administracji ironiczne, siłowe zajmowanie rządowych budynków. Dyrektor generalny Komisji Europejskiej do spraw rozszerzenia Gert Jan Koopman stwierdził natomiast, że Unia Europejska nie poprze żadnej gwałtownej zmiany władz w Serbii, wpisując się tym w trend ignorowania przez europejskie instytucje petycji i apelów wystosowanych przez protestujących.
Jednocześnie Unia Europejska wspiera równie gwałtowne protesty w Gruzji. Efekty zauważyć możemy już teraz – protestujący przestali postrzegać Unię jako nadzieję na demokrację, a w przyszłości może mieć to wpływ na społeczne wsparcie dla akcesji Serbii, które obecnie jest już na niskim poziomie. Skąd jednak taka postawa?
W wystąpieniach studentów i pracowników pojawiają się głośne żądania przebudowy całego modelu ekonomiczno-społecznego Serbii. To wyzwanie dla całokształtu dominującego na świecie systemu neoliberalnego. Już teraz na protestach pojawiają się zgromadzenia ludowe i mechanizmy demokracji bezpośredniej. Prefigurują tym samym alternatywę dla ustroju, w którym przyszło im żyć.
Warto zaznaczyć, że – jak dowodził w swoim artykule Krzysztof Katkowski – niechęć Ameryki i Europy do wsparcia protestujących ma również swoje materialne podłoże. Serbia jest ważnym eksporterem litu do państw, które starają się uniezależnić od chińskich dostaw. UE obawia się, że w razie gdyby wsparła protesty, władze Serbii zwróciłyby się ekonomicznie w kierunku Rosji.
To nie pierwszy raz, kiedy zasoby i geopolityka okazują się dla światowych liderów ważniejsze niż demokracja. Tym istotniejsze jest, żeby polscy studenci okazali solidarność ze swoimi serbskimi rówieśnikami.
Co polscy studenci mogą wyciągnąć z Serbii?
Walka serbskich studentów jest bez wątpienia imponująca. Kto wie, może to tam, podobnie jak w 1956 roku, rodzi się społeczeństwo, które może okazać się wielką inspiracją dla Polaków, łaknących zmiany status quo. Pora, żeby polscy studenci odrobili lekcję z Serbii i na masową skalę połączyli swoje wysiłki z pracownikami w celu budowy wspólnego ruchu. To możliwe. Co więcej, zalążek struktur oporu już istnieje. Studenci zrzeszeni w Ogólnopolskim Związku Zawodowym Inicjatywa Pracownicza, za główny cel swojej działalności obrali sobie walkę z zamykaniem akademików oraz o polepszenie oferty socjalno-usługowej uczelni, w tym dostępu do tanich i dobrej jakości stołówek czy wyższego stypendium socjalnego. W czasie okupacji domów studenckich studentom udało się nawiązać współpracę z szerszym kręgiem ruchów społecznych i miejskich. Źródłem ich sukcesu było przede wszystkim zrzeszenie w formę związku zawodowego, który gwarantuje wzajemne wsparcie komisji, a przez to możliwość podjęcia działania na szerszą skalę.
Niestety, bezpośrednia i trwała współpraca z zakładami pracy wciąż nie została podjęta. Może wynikać to z bardzo restrykcyjnego prawa strajkowego, które nie pozwala na podjęcie w swoim miejscu pracy czy na uczelni strajku solidarnościowego. Dodatkowo, jak pokazał tegoroczny strajk w „Jeremiasie”, pracodawcy robią wszystko, żeby odizolować od siebie zarówno ogół pracowników strajkującego zakładu od wspierających ich protestujących, jak i pracowników strajkujących od niestrajkujących w ramach zakładu. Na ten moment kluczową kwestią we współpracy studentów i pracowników jest wspieranie się w walkach zarówno na uczelniach, jak i w zakładach pracy, a na dłuższą metę wypracowanie programu politycznego, który mógłby łączyć oba środowiska. Pomimo różnic w ich składzie klasowym nietrudno jest znaleźć wspólne postulaty: na przykład w kwestiach mieszkalnictwa, ochrony zdrowia, wymiaru czasu pracy, stabilności zatrudnienia czy liberalizacji prawa do strajku.
Do wzrostu popularności protestów studentów w Polsce mogą przyczynić się czynniki materialne. Podczas gdy w Serbii na umowach tymczasowych pracuje 35 procent młodych osób, na Uniwersytecie Warszawskim aż 63 procent pracujących studentów zatrudnionych jest na umowach cywilno-prawnych, popularnie zwanych śmieciówkami. I chociaż w okresie studiów może to być najbardziej opłacalna opcja, to przy obecnych tendencjach na rynku pracy młody pracownik także po ukończeniu uczelni z dużym prawdopodobieństwem pozostanie zatrudniony na śmieciówce. Czy polscy młodzi dorośli dalej będą akceptować taką sytuację? Czy śladem swoich serbskich kolegów podejmą czynny opór? Na ten moment największym wyzwaniem jest szerokie informowanie o walkach prowadzonych przez sojusz studencko-pracowniczy: podobnie jak uczynili to Serbowie, łącząc liczne grupy społeczne niezadowolone z systemu.

