„Papież Leon jest SŁABY wobec Przestępczości i beznadziejny w Polityce Zagranicznej” – tak wyglądałby po polsku początek słynnego wpisu Donalda Trumpa na portalu Truth Social, gdyby zachować dziwaczną pisownię, którą stosuje amerykański prezydent. Trump nie tylko jednak złamał (po raz kolejny) zasady stosowania dużych i małych liter, ale przekroczył próg, którego nie osiągnął żaden spór Watykanu z administracją amerykańską po II wojnie światowej.
Gdyby chodziło tu jedynie o fanaberie samego Trumpa, można by zbyć te przepychanki kilkoma słowami – wszak dłużej klasztora niż przeora. Mamy jednak do czynienia z szerszymi, globalnymi zmianami w przenikających się światach współczesnego konserwatyzmu i chrześcijaństwa. Wraz z przekształceniami ładu międzynarodowego, z „powrotem historii”, o którym pisał już prawie dwadzieścia lat temu amerykański, neokonserwatywny historyk Robert Kagan – zmieniają się także mapy kulturowe i religijne. Przede wszystkim nadszedł czas próby dla chrześcijaństwa i konserwatyzmu, które. w świecie zachodnim trwały we względnej bliskości od wielu lat. Dziś zmiany technologiczne, polityczne i społeczne każą obu stronom zastanowić się nad trwałością tego mariażu. To pęknięcie ukazuje jak na dłoni spór Trumpa z Leonem XIV.
Kapitalizm Jana Pawła
Napięcie między USA a Watykanem to nic nowego. Dość powiedzieć, że przez większość XX wieku Stolica Apostolska i Waszyngton nie utrzymywały pełnych, formalnych stosunków dyplomatycznych. Po 117 latach zamrożenia nawiązały je dopiero 10 stycznia 1984 roku. W 1867 Kongres zakazał jakiegokolwiek finansowania amerykańskiej dyplomacji w najstarszej nieprzerwanie działającej instytucji Zachodu. Pokłady antykatolicyzmu były w USA od początku głębokie, co wiąże się nie tylko z protestantyzmem założycieli, ale także – głębiej – z charakterem samego państwa, z jego istotową cechą, jaką była wolność od struktur instytucjonalnych Starego Kontynentu. „Nie mamy tu króla” – mówili pierwsi Amerykanie. O wiele bardziej nie chcieli więc mieć papieża – przedstawiciela europejskich demonów przeszłości, obcego władcy, któremu katoliccy obywatele USA mogliby być posłuszni bardziej niż władzy miejscowej. Ten lęk napędzał Partię Nic Niewiedzących, która w połowie XIX wieku zwalczała działalność katolickich imigrantów, przybywających wówczas masowo do Ameryki. Ten lęk sprawił, że powieść z 1836 roku, „The Hidden Secrets of a Nun’s Life in a Convent Exposed”, fałszywka rzekomo demaskująca rozpustne i mordercze czyny księży i zakonnic za murami katolickiego klasztoru, sprzedała się w kolosalnej liczbie egzemplarzy (Richard Hofstadter wiele lat później nazwał ją „prawdopodobnie najczęściej czytaną książką w USA do czasu wydania «Chaty wuja Toma»”). Ten sam lęk w 1928 roku pogrążył kandydaturę prezydencką katolika Ala Smitha, a w 1960 zmusił Johna Fitzgeralda Kennedy’ego do publicznego zapewnienia, że jako prezydent nie będzie wykonywał poleceń Rzymu. Można zaryzykować twierdzenie, że antypapizm amerykański trzymał się mocniej i dłużej niż ten w protestanckich krajach Europy. Może wyjąwszy Wielką Brytanię, a i ta po okresie przerwy wznowiła relacje z Watykanem już w 1914.
Dlaczego więc w ogóle Ameryka zdecydowała się na odnowienie stosunków dyplomatycznych po tylu latach? Przyczyniła się do tego zarówno (geo)polityka, jak i kwestie światopoglądowo-religijne. Istotną rolę w tym procesie odegrał Jan Paweł II. Jego wybór, a potem pielgrzymki do kraju gromadzące masy Polaków, miały istotny wpływ na powstanie i karnawał „Solidarności”. Ronald Reagan, wybrany na prezydenta wkrótce po Sierpniu, ujrzał w polskim robotniczym ruchu szansę na wzmocnienie impulsu antysowieckiego. Pierwsze spotkanie z Janem Pawłem II w Bibliotece Watykańskiej 7 czerwca 1982 zrobiło na Reaganie duże wrażenie. W oświadczeniu wygłoszonym po spotkaniu prezydent nie szczędził papieżowi słów podziwu, podkreślając, że będzie „wzywał do zakończenia stanu wojennego i uwolnienia więźniów politycznych”. Watykan i Biały Dom miały ten sam interes: rozmontować imperium sowieckie.
Jednak zbliżenie republikańskich rządów Reagana z Watykanem nie sprowadzało się jedynie do cynicznej gry politycznej. Lata 80. to także czas nawiązywania światopoglądowego sojuszu między konserwatywnymi katolikami i ewangelikalnymi protestantami, później nazwanego przez Charlesa Colsona „ekumenizmem okopów”. Jedną ze spraw, wokół której zawiązano ten sojusz, był sprzeciw wobec aborcji – uznanej w 1973 za prawo konstytucyjne obywatelek w słynnej sprawie Roe kontra Wade. I katolików, i protestantów niepokoił też szereg innych zjawisk, które z grubsza sprowadzały się do przyśpieszonego rozpadu dawnego, konserwatywnego ładu moralnego. Jednocześnie trzej architekci protestancko-katolickiej „fuzji” – ks. Richard John Neuhaus (założyciel „First Things”), teolog George Weigel i politolog Michael Novak, bliski współpracownik Reagana – stali mocno po stronie „konserwatywnego katolicyzmu społecznego”, zgodnego z amerykańskim wolnorynkowym kapitalizmem. Novak w „The Spirit of Democratic Capitalism” (1982) dowodził wręcz, że kapitalizm jest zgodny z Ewangelią. Stwierdzenie, że Novak, Neuhaus i Weigel znaleźli w Janie Pawle II jednoznacznego sprzymierzeńca dla swoich pomysłów gospodarczych byłoby znacząco przesadzone, jednak w okresie pontyfikatu Wojtyły – w dużej mierze ze względu na doświadczenia samego papieża – w katolickiej nauce społecznej pojawiało się sporo akcentów antykomunistycznych. To wzbudziło nadzieje w kręgach „chrześcijańskich kapitalistów”. Potwierdziła je przede wszystkim (przynajmniej w ich interpretacji) encyklika „Centesimus annus” z roku 1991. Jan Paweł II zadaje tam pytanie, „czy można powiedzieć, że klęska komunizmu oznacza zwycięstwo kapitalizmu jako systemu społecznego i że ku niemu winny zmierzać kraje, które podejmują dzieło przebudowy gospodarczej i społecznej?”. Od razu też na nie odpowiada: „jeśli mianem «kapitalizmu» określa się system ekonomiczny, który uznaje zasadniczą i pozytywną rolę przedsiębiorstwa, rynku, własności prywatnej i wynikającej z niej odpowiedzialności za środki produkcji, oraz wolnej ludzkiej inicjatywy w dziedzinie gospodarczej” – to odpowiedź brzmi „tak”. Weigel wprost mówił później w wywiadzie dla „Religion & Liberty”: „«Centesimus annus» wprowadziła naukę społeczną Kościoła na nową drogę przez aprobatę wolnej gospodarki”. Oczywiście chrześcijańscy kapitaliści dokonali tu selektywnej lektury – bo już w kolejnych zdaniach encykliki Jan Paweł II stwierdza, że „jeśli przez «kapitalizm» rozumie się system, w którym wolność gospodarcza nie jest ujęta w ramy systemu prawnego, wprzęgającego ją w służbę integralnej wolności ludzkiej” – to odpowiedź na zadane pytanie jest „zdecydowanie przecząca”. Nie mówiąc już o wcześniejszej krytyce liberalnego kapitalizmu w „Sollicitudo rei socialis” (1987) i o wielu innych wypowiedziach papieża.
Niezależnie od tych sprzeczności, ówczesna krucha zbieżność trzech stanowisk – politycznego, moralnego i ekonomicznego – pozwoliła na ponowne zbliżenie Stanów Zjednoczonych i Stolicy Apostolskiej. Jak się jednak wkrótce okazało, nie miało ono trwać wiecznie.
Kto z nami?
Pierwsza poważna rysa pojawiła się za pontyfikatu Jana Pawła II, jeszcze zanim Stany Zjednoczone podniosły się po 11 września. W marcu 2003 w przededniu brytyjsko-amerykańskiej „prewencyjnej” inwazji na Irak, papież ogłosił Środę Popielcową dniem postu w intencji pokoju i wysłał do Białego Domu swojego specjalnego wysłannika, kardynała Pio Laghiego – przyjaciela rodziny Bushów. Przesłanie było jednoznaczne: taka wojna byłaby nielegalna i niesprawiedliwa. George W. Bush zdecydowanie je odrzucił. Gdy spotkanie jeszcze trwało, rzecznik Białego Domu Ari Fleischer publicznie oświadczył, że prezydent nie da się papieżowi odwieść od swoich planów. Laghi wrócił do Rzymu z niczym. Jan Paweł II negocjował zarówno z Bagdadem, jak i z Nowym Jorkiem, szukał pośrednictwa ONZ, jednak bezskutecznie. Wojnę uważał za porażkę cywilizacyjną.
Jak na ironię, głównym katolickim teoretykiem ataku prewencyjnego na Irak był nie kto inny, jak jeden z architektów sojuszu między USA a Watykanem, George Weigel, który uznawał, że uderzenie prewencyjne wypełnia tradycyjną definicję „wojny sprawiedliwej”. Katechizm Kościoła katolickiego mówi jednak wyraźnie, że chodzi o wojną obronną (KKK 2308), i to obwarowaną wieloma warunkami (KKK 2309). Według Weigla we współczesnym świecie terroru i broni masowego rażenia klasyczne kryterium obrony trzeba przemyśleć na nowo. Zarówno Jan Paweł II, jak i Joseph Ratzinger (także później jako Benedykt XVI), twardo stali przy definicji katechizmowej. „W Katechizmie nie ma pojęcia wojny prewencyjnej” – mówił ten drugi. W tej wymianie zdań sprzed ćwierć wieku już uwidacznia się główna linia sporu amerykańsko-watykańskiego, który zaognił się za czasów administracji Donalda Trumpa. Jest to spór o to, czy wolno chrześcijaństwo zaprząc do logiki siły – i kto ma prawo o tym rozstrzygać.
Z czasem nadszarpnięta została także druga nić sojuszu – światopoglądowa. Tu kluczowa była wewnętrzna przemiana amerykańskiej – a z czasem w ogóle zachodniej – konserwatywnej prawicy. O ile konserwatyści z formacji i pokolenia Weigla, Neuhausa i Novaka wierzyli w możliwość odnowy tradycyjnego ładu moralnego przy współudziale liberalnej demokracji (wraz z jej instytucjami) i gospodarki, o tyle w drugiej dekadzie XXI wieku coraz częściej pojawiało się rozczarowanie tą koncepcją i poszukiwanie innych dróg (równolegle z narastającym załamaniem liberalnej demokracji i gospodarki po kryzysie 2007-2008). Symbolicznym wyrazem tej przemiany jest twórczość Roda Drehera. W 2017 roku Dreher – konwertyta (najpierw na katolicyzm, potem na prawosławie) ogłosił „Opcję Benedykta” – diagnozę, według której wojna kulturowa o aborcję, małżeństwo, obyczaj jest przegrana, a chrześcijanie powinni wycofać się z głównego nurtu i budować równoległe wspólnoty, jak mnisi u schyłku Rzymu. To był sygnał głębszej zmiany nastroju: pokolenie Drehera zwątpiło, że da się obronić pierwiastek chrześcijaństwa obecny w liberalnej demokracji i odpowiednio nią pokierować. A skoro liberalna demokracja przegrała z kulturą postępową – to może problem nie leży w jej złym zastosowaniu, lecz w niej samej? Filozof polityki Patrick Deneen w książce „Dlaczego liberalizm zawiódł?” (2018) dokładnie odwraca tezy Neuhausa: liberalizm zawiódł dlatego, że odniósł sukces. Jest wewnętrznie zepsuty, tak jak zepsute są jego oświeceniowe korzenie. Trzecia nić, łącząca dawnych fuzjonistów z Watykanem – gospodarcza – dawno już nie istniała w czasach pontyfikatu antykapitalistycznego Franciszka (a wcześniej prospołecznego Benedykta).
Linia łącząca Deneena z administracją Trumpa jest już prosta i krótka. Wiceprezydent J. D. Vance jest pod jego intelektualnym wpływem. Deneen poparł kandydaturę Vance’a na wiceprezydenta w 2024. I choć sam, podobnie jak Dreher, proponuje raczej tworzenie niewielkich, alternatywnych wspólnot, to Vance wraz z Trumpem i jego administracją wybrali inną drogę – polityki siły. A więc drogę przejęcia instytucji – czy to przez DOGE Elona Muska, czy przez Schmittowskie pomysły profesora prawa Adriana Vermeulego, który otwarcie zaleca konserwatystom porzucenie pozytywizmu prawniczego na rzecz „konstytucjonalizmu dobra wspólnego” – argumentując za powrotem „hierarchii”, „władców” i „politycznej dominacji”. Amerykańska nowa prawica czerpie inspirację z zagranicznych nieliberalnych ruchów, w tym z Węgier czasów Viktora Orbána, chwalonego przez administrację Trumpa.
Osobnym, a kluczowym składnikiem tej układanki jest chrześcijański syjonizm. To nurt protestancki, interpretujący powrót Żydów do Izraela jako wypełnienie proroctw biblijnych i konieczny etap przed powtórnym przyjściem Chrystusa. Jego współcześni propagatorzy – pastor John Hagee i jego Christians United for Israel, były sekretarz stanu Mike Pompeo, ambasador USA w Izraelu Mike Huckabee – stoją za bezwarunkowym poparciem rządu Netanjahu i za operacją „Epic Fury”. To paradoks wart podkreślenia: dla chrześcijańskiego syjonizmu wojna na Bliskim Wschodzie jest elementem boskiego scenariusza. Trudno o coś odleglejszego od katolickiej teologii pokoju.
Kto przeciw nam?
W tym miejscu pojawia się Leon XIV – Robert Francis Prevost. Trzeba od razu rozwiać nieporozumienie, które ułatwiłoby życie jego krytykom: Leon nie jest drugim Franciszkiem, nie jest papieżem progresywnym. Watykaniści zgodnie określają go jako papieża umiarkowanego, centrystę. W kwestiach doktrynalnych i moralnych skłania się raczej ku tradycji: sprzeciwia się eutanazji, aborcji i karze śmierci, zgodnie z klasycznym nauczaniem Kościoła o świętości życia, a w sprawach takich jak diakonat kobiet czy duszpasterstwo osób LGBTQ+ zajmuje stanowisko bardziej zachowawcze niż jego poprzednik. Cytuje go z entuzjazmem zarówno progresywny ojciec James Martin, jak i konserwatywny kardynał Timothy Dolan. A jednak to właśnie ten centrysta, nie żaden rewolucjonista, stał się dla administracji Trumpa wrogiem numer jeden.
Klucz do zrozumienia Prevosta nie leży bowiem w polityce, lecz w jednym słowie, które sam wypowiedział na loggii Bazyliki świętego Piotra w dniu wyboru: „jestem synem świętego Augustyna”. Augustianizm jest fundamentalną soczewką, przez którą trzeba czytać ten pontyfikat – w głębi Leon XIV pozostaje zakonnikiem, kocha życie wspólnotowe, jest słuchaczem, a rządzenie pojmuje jako służbę. Jego życie zdefiniowała też misyjna praca w Peru lat 80., gdzie wzmocniła się jeszcze jego wrażliwość wobec „przegranych tego świata”.
Nie ma się co dziwić, że jeszcze jako kardynał Prevost w lutym 2025 dyskretnie skrytykował J.D. Vance’a, używającego kategorii ordo amoris, by uzasadnić priorytetowe traktowanie współobywateli przed migrantami. Zacytował na X tekst Kat Armas z „National Catholic Reporter”: „J.D. Vance myli się: Jezus nie każe nam ustalać hierarchii miłości do innych”, a kilka dni później – artykuł z „America Magazine”: „List Franciszka, ordo amoris Vance’a i co Ewangelia mówi nam o imigracji”.
Początek pontyfikatu jednak wcale nie zapowiadał wojny z prezydentem. Trump pogratulował Leonowi wyboru, Vance i Marco Rubio uczestniczyli w mszy inauguracyjnej, a kilka dni później zostali przyjęci na audiencji. Już wtedy jednak widać było, że coś nie gra: zaproszenie Trumpów do Białego Domu Leon odłożył na biurko ze zdawkowym „kiedyś”, a sam prezydent na początku maja zdążył opublikować wygenerowany przez AI obraz przedstawiający siebie jako papieża. Przez resztę 2025 roku linie podziału się utrwalały, choć nie doszło do bezpośredniego starcia: Leon ostrzegał przed „ekstremalnie bogatymi ludźmi” inwestującymi w AI i ignorującymi wartość człowieka, w październiku ogłosił adhortację „Dilexi te” o miłości Kościoła do ubogich i migrantów, a amerykańscy biskupi w listopadzie przyjęli – pierwszy raz od lat – przesłanie sprzeciwu wobec masowych deportacji.
Punktem zapalnym stała się wojna. 28 lutego 2026 roku USA i Izrael wspólnie zaatakowały Iran w operacji „Epic Fury”; wśród zabitych znalazł się najwyższy przywódca Iranu. Leon XIV zareagował natychmiast, ostrzegając przed „nieprzekraczalną otchłanią’ i powtarzając, że pokoju nie buduje się bronią, lecz dialogiem. Watykan poszedł dalej: kardynał Pietro Parolin oświadczył, że ta wojna nie spełnia warunków wojny sprawiedliwej. W Niedzielę Palmową papież wygłosił homilię, w której – cytując Izajasza („ręce wasze pełne są krwi”) – stwierdził, że Jezus odrzuca modlitwy tych, którzy prowadzą wojnę. Po drugiej stronie Pete Hegseth modlił się w Pentagonie o „przeważającą przemoc wobec tych, którzy nie zasługują na miłosierdzie” i mówił o „niegodziwych duszach wydanych wiecznemu potępieniu”.
Bezpośrednia kolizja nastąpiła w kwietniu. Gdy Trump zagroził Irańczykom, że w przypadku nieposłuszeństwa „cała cywilizacja umrze tej nocy”, Leon nazwał te słowa „prawdziwie niedopuszczalnymi” i wezwał obywateli, by naciskali na swoich kongresmenów. Na to właśnie amerykański prezydent zareagował długim wpisem w TruthSocial. 13 kwietnia w samolocie do Algieru Leon odpowiedział krótko: „Nie boję się administracji Trumpa”. Vance dorzucił, że Watykan powinien „trzymać się moralności”, a papież ma „być ostrożny, gdy mówi o teologii”; Trump, wezwany przez biskupa Roberta Barrona do przeprosin, odmówił.
Spór, który zaczął się od kurtuazyjnych gratulacji i koszulki Chicago Bears, zamienił się w ciągu jedenastu miesięcy w pierwszą w dziejach otwartą wojnę słów między papieżem a urzędującym prezydentem USA. Ostatni żyjący członek dawnej ekipy „fuzjonistów”, George Weigel, dziś broni papieża przed prezydentem, którego popiera większość katolickich konserwatystów w Stanach.
Siła słabości
W chrześcijaństwie zmagają się od zarania dwie koncepcje. Można je nazwać chrześcijaństwem siły i chrześcijaństwem słabości. Chrześcijaństwo siły zdaje się wychodzić od słów Chrystusa: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”. Punktem jego wyjścia jest poczucie misji. Kto szykuje się do misji, musi się przygotować, musi mieć odpowiednie zasoby, by tę misję wykonać. Chrześcijanin siły rozgląda się więc za zasobami wokół siebie. Widzi, jak gromadzi je świat. Widzi siłę świata, którą da się zmierzyć i wyrazić liczbami. Tę siłę Jacques Maritain nazywał „bogatymi środkami doczesnymi”. Chrześcijanin siły dochodzi do wniosku, że żeby zrealizować misję Chrystusa, musi zgromadzić odpowiednio dużo bogatych środków doczesnych i wykorzystywać je roztropnie do realizacji misji. Wachlarz stosowanych środków jest szeroki – od wystroju kościołów przez techniki marketingowe, środki masowego przekazu i politykę, aparat instytucjonalny, aż do przemocy. To miejsce, które chrześcijaninowi siły grozi odejściem od chrześcijaństwa w ogóle. Niepostrzeżenie przestaje pełnić misję, którą dostał, a zaczyna pełnić inną – której celem jest zachowanie tego, co zostało przez lata zbudowane dzięki środkom bogatym, czyli, krótko mówiąc, zachowanie cywilizacji. Żeby zachować cywilizację, trzeba używać siły. Tak rodzi się chrześcijaństwo, które własną potęgę bierze za dowód Bożego błogosławieństwa – i które, broniąc „chrześcijańskiej cywilizacji”, gotowe jest porzucić samego Chrystusa. Maritain ostrzegał zresztą, że to właśnie cecha środków bogatych: ich owoce są widoczne, więc łatwo przypisać je sobie i popaść w triumfalizm.
Chrześcijaństwu siły trzeba przeciwstawić chrześcijaństwo kenotyczne, które za wzór bierze nie zdobywcę, lecz Chrystusa z „Listu do Filipian”, który „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi”. Mierzy ono swoją misję nie siłą, lecz krzyżem. Jak pisała Simone Weil: „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Kto miecz odkłada – umiera na krzyżu”. To jest dokładnie linia podziału między Hegsethem modlącym się o „przeważającą przemoc” a papieżem powtarzającym, że Jezus odrzuca modlitwy tych, którzy prowadzą wojnę.
W tym miejscu trzeba postawić poważne zastrzeżenie, bo bez niego cały wywód byłby naiwny. Jak polityk miałby „iść na krzyż”? Przecież odpowiada za bezpieczeństwo powierzonych mu ludzi; nie wolno mu szafować ich krwią. To realny argument – etyka odpowiedzialności, o której pisał Max Weber, nie pozwala mężowi stanu na ewangeliczną bezbronność. Rzecz jednak w rozróżnieniu, które Kościół czyni od czasów Augustyna: między wojną obronną a zaczepną. Watykan nie jest pacyfistyczny – uznaje prawo do obrony. Sprzeciwia się natomiast wojnie prewencyjnej, uderzeniu wyprzedzającemu, agresji. Stanąć po stronie pokoju znaczy tu więc nie tyle odmówić politykowi prawa do miecza, ile powstrzymać żądzę krwi – i władzę, która za miecz chwyta pierwsza.
W USA mamy do czynienia z nową formacją, która tej żądzy – i bliźniaczej, kapitalistycznej żądzy pieniądza – nie chce już hamować. W XX wieku, przed rozmontowaniem liberalnej demokracji, istniały bezpieczniki. Administracja Trumpa, którą trudno nazwać konserwatywną, bo niczego nie chce zachować – tych bezpieczników nie uznaje. A swoje dążenia zasłania chrześcijaństwem. Robi to Paula White-Cain, charyzmatyczna „doradczyni duchowa” Trumpa i szefowa biura ds. wiary w Białym Domu, głosicielka teologii sukcesu (prosperity gospel). Robi to Pete Hegseth, który na piersi nosi tatuaż „Deus vult” – „Bóg tak chce”, okrzyk pierwszej krucjaty. Jednocześnie ten „konserwatyzm” zawiera sojusz z Peterem Thielem i Elonem Muskiem – z tak zwaną tech right, „ciemnym oświeceniem”, którego antropologia jest chrześcijaństwu wprost przeciwna: to wizja człowieka jako materiału do technologicznego przyspieszenia, nie jako obrazu Boga.
To myślenie nie jest wcale specyficznie amerykańskie. Być może nadchodzi moment próby, w którym okaże się, że prawica alt-rightowa, siłowa, triumfalistyczna – nie ma z chrześcijaństwem nic wspólnego. W „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood to właśnie reżim Gileadu, powołujący się na Biblię, wieszał katolickich księży. Dystopia bywa przenikliwa: religia siły najpierw pożera tych, którzy wierzą inaczej – a na koniec samą wiarę.

