Na telefonie Khalil pokazuje mi zapisaną transmisję na żywo, na której izraelski osadnik z Karmelu wymachuje bronią.
– To dzięki naszym staraniom, sąd nakazał zburzenie wszystkich nielegalnych konstrukcji w Umm Al-Khair – śmieje się, pokazując na plac zabaw. – Niech Bóg ma was w opiece!
Umm Al-Khair, podobnie jak kilka innych wiosek leżących na południe od Hebronu, zmaga się z regularnymi atakami izraelskich osadników.
Khalila spotykam podczas wizyty z izraelską organizacją solidarnościową Achvat Amim w Umm Al-Khair. Jeszcze do niedawna mieszkał też tu jego brat Awda, znany palestyński aktywista pokojowy, który w zeszłym roku został zamordowany przez izraelskiego osadnika. Historia Awdy to jednak fenomen: w lipcu 2025 jego zabójca został postawiony w stan oskarżenia. W ciągu ostatnich dwudziestu lat tylko 3 procent śledztw dotyczących ataków osadników na Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu skończyło się wyrokiem. Wojsko, policja i inne izraelskie służby nie interweniują, gdy uzbrojeni osadnicy terroryzują palestyńskie wioski, a czasem nawet im w tym pomagają. A przecież prześladowania nie kończą się na burzeniu placów zabaw.
Żyjemy w ciągłym strachu
Palestyńczycy i aktywiści opisują osadników jako osoby agresywne, nieprzewidywalne, w pełni oddane skrajnie prawicowej ideologii i fundamentalistycznej interpretacji judaizmu. Osadnicy, nawet gdy bezpośrednio nie atakują, robią wszystko, aby zastraszyć lokalną społeczność i zmusić ją do wyprowadzki. Przychodzą wieczorem do wioski, grożąc, że będą tu rano, stoją za płotem i gapią się na mieszkańców lub wbijają izraelskie flagi wokół świetlicy.
Warunki humanitarne w wiosce bardzo trudne. Większość domów ma tylko kilka materacy, piecyk i szafę. Mieszkańcy współdzielą dwie kuchnie, kilka toalet i prysznic, który dopiero od zeszłego roku podłączony jest do źródła stale ciepłej wody.
– Wielu z nas nie pracuje, bo boimy się opuścić wioskę – mówi mi Khalil. – Osadnicy często atakują nas pojedynczo, z dala od naszego domu.
Strach nie omija także dzieci z Umm Al-Khair; z obawy przed atakami większość z nich chodzi do szkoły tylko trzy dni w tygodniu. Tragiczna sytuacja przekłada się na zdrowie psychiczne mieszkańców. Część dzieci w wiosce mierzy się z problemami rozwojowymi związanymi ze stratą rodziców i życiem w ciągłym strachu, a dorośli często cierpią na depresję i zespół stresu pourazowego.
Co ważne, większość mieszkańców nielegalnej osady Karmel nie stwarza czynnego zagrożenia dla Palestyńczyków, ale również nie reaguje na ich krzywdę i nie wzywa służb. Mieszkańcy Umm Al-Khair żyją więc w stanie ciągłej obawy. Policja reaguje tylko na mniej więcej połowę wszystkich zgłoszeń, a funkcjonariusze nierzadko zatrzymują Palestyńczyków zamiast osadników, którzy są sprawcami przemocy.
Dodatkowo Umm Al-Khair znajduje się w Strefie C na Zachodnim Brzegu, co sprawia, że Autonomia Palestyńska nie ma tu nic do powiedzenia. To część okupowanych terytoriów, nad którymi Izrael dzierży pełną kontrolę wojskową i cywilną. W teorii oznacza to, że izraelskie władze są zobowiązane zapewnić bezpieczeństwo i dostęp do dóbr publicznych jej mieszkańcom; w praktyce – losem Palestyńczyków w Masafer Yatta i pozostałych częściach Strefy C przejmuje się mało kto. Jej mieszkańcy mierzą się nie tylko z prześladowaniem przez osadników. Opowiadają również o uprzedzeniach, jakie żywią wobec nich inni Palestyńczycy z powodu ich beduińskich korzeni, które w palestyńskim społeczeństwie kojarzą się negatywnie. Mówią, że częściej widują w swoich domach żydowskiego aktywistę z innego kontynentu niż palestyńskiego urzędnika, polityka czy pracownika organizacji pozarządowej. Co ważne, Umm Al-Khair jako wioska jasno sprzeciwiła się atakowi 7 października. Brutalność Hamasu uważają za kontrproduktywną – nie wspominając już o tym, że dla osadników stanowi wymówkę pozwalającą na terroryzowanie ich społeczności.
Telefon jak lustro
Masafer Yatta, czyli grupa palestyńskich wiosek na południowym Zachodnim Brzegu, do których należy Umm Al-Khair, nie stawia jednak czoła osadnikom zupełnie w pojedynkę. Oprócz Palestyńczyków, w wiosce pomieszkują też izraelscy i międzynarodowi aktywiści, którzy przekraczają tak zwaną Zieloną Linię, która oddziela Zachodni Brzeg od terytorium Izraela, aby chronić mieszkańców przed atakami ze strony osadników. Ich tajną bronią jest… ich obecność.
Protective presence (ang. ochronna obecność) jest praktyką aktywistyczną powstałą w Izraelu i Palestynie, która opiera się na towarzyszeniu Palestyńczykom w ich codziennej rutynie: odprowadzaniu dzieci do szkoły, pracy na polu czy gotowaniu posiłków. Pomoc jest dwutorowa: po pierwsze, osadnicy są mniej skłonni zaatakować Palestyńczyka, gdy ten jest w towarzystwie osoby o zagranicznym paszporcie, która mówi po angielsku lub hebrajsku. Po drugie, obecność aktywistów w praktyce oznacza też wsparcie psychologiczne i zapobiega poczuciu beznadziei wśród Palestyńczyków. Protective presence jest zupełnie legalna – turyści i obywatele Izraela mogą zgodnie z prawem przebywać w Strefie C Zachodniego Brzegu.
W Masafer Yatta zazwyczaj przebywa od pięciu do dwudziestu aktywistów, którzy mieszkają w gościńcu i jedzą posiłki z Palestyńczykami. Przyjechali tutaj dzięki programowi Hineinu (hebr. „tu jesteśmy”), który na trzy miesiące łączy przyjezdnych z palestyńskimi rodzinami, zapewniając tym pierwszym, oprócz zakwaterowania i wyżywienia, lekcje języka arabskiego. Program otwarty jest nie tylko dla osób z międzynarodowej społeczności żydowskiej – na Zachodni Brzeg mogą przyjechać też inni aktywiści przejęci losem Palestyńczyków.
Ich praca w Masafer Yatta różni się w zależności od dnia. Czasami przez długie godziny nic się nie dzieje i towarzyszą palestyńskim rolnikom w ciszy. Innym razem pomagają przy sprzątaniu wioski, pracach ogrodowych, gotowaniu posiłków czy opiece na dziećmi.
Protective presence potrzebna jest również w domach – osadnicy od jakiegoś czasu nie ograniczają się jedynie do terroryzowania Palestyńczyków na zewnątrz, ale nachodzą ich też w ich kuchniach i sypialniach. Często aktywiści mają do czynienia z osadnikami, którzy prowokują Palestyńczyków lub grożą im bronią. Wtedy zadaniem przyjezdnych jest nagrywanie osadników lub, w niektórych sytuacjach, stanięcie między nimi a Palestyńczykami.
– Czasami lepiej sprawdza się spokojny ton głosu i racjonalna rozmowa – mówią Litzi i Eli, aktywiści jednej z organizacji – ale czasami, gdy jesteśmy obrzucani przekleństwami, odpowiadamy tym samym. Chcemy, żeby osadnicy wiedzieli, że to, co robią, jest złe i powinni się tego wstydzić.
Trafną analogią jest wykorzystanie telefonu jako lustra: to właśnie fakt, że poczynania osadników są nagrywane, zmusza ich do skonfrontowania się z własną niemoralnością.
W Masafer Yatta panuje jednak zasada, żeby podążać za intuicją Palestyńczyków: to oni decydują, jakiej pomocy potrzebują od aktywistów i jakie kroki wspólnie podejmują. Dogadywanie się na stronie z osadnikami bez Palestyńczyków jest wykluczone; celem aktywistów jest oddanie jak najwięcej sprawczości i autonomii w ich ręce. Mieszkańcy Umm Al-Khair nie chcą być uratowani przez aktywistów. Zamiast tego jasno mówią o tym czego potrzebują: ich obecności, dokumentacji przemocy, a czasami pomocy w porozumieniu się z władzami.
Inicjatywy podobne do protective presence stają się coraz popularniejsze. Praktykowane są w wioskach w okolicach Ramalli i doliny Jordanu. Achvat Amim i Hineinu nie są też jedynymi organizacjami, które praktykują i koordynują protective presence: włoska organizacja, Operacja Gołąb, czy palestyński Międzynarodowy Ruch Solidarności są równie ważne i popularne.
Historia protective presence nie jest krótka. Ma swój początek podczas drugiej intifady, czyli palestyńskiego powstania z początku tego stulecia. Wtedy to pierwsi izraelscy aktywiści trafili do Masafer Yatta, aby bronić mieszkańców przed odwetem izraelskiego wojska. Relacje oparte na wzajemnym szacunku, które zbudowano ponad dwadzieścia lat temu, stanowią podstawę programów protective presence do dziś.
Dzisiaj aktywiści przyjeżdżający na Zachodni Brzeg to w większości Izraelczycy i amerykańscy Żydzi; zdarzają się też jednak Brytyjczycy, Francuzi czy Rosjanie. Zazwyczaj niereligijni i o lewicowych poglądach. Często są to osoby, które odmówiły obowiązkowej służby w wojsku lub których doświadczenie bycia w armii uczyniło sceptycznymi wobec okupacji. Przeważają młode kobiety i mężczyźni w średnim wieku, jest wiele osób LGBT+. Itamar, który do Masafer Yata przyjeżdżał z Jerozolimy już dwadzieścia lat, mówi, że choć czasami ta ostatnia kwestia budzi sprzeciw Palestyńczyków, to nie dochodzi do poważniejszych konfliktów.
– Palestyńczycy, którzy na wielu płaszczyznach są odgrodzeni od świata szczelnym murem, często liberalizują się i otwierają na różnorodność dzięki poznaniu aktywistów – dodaje.
Także aktywiści uczą się wiele od samych Palestyńczyków: relacje między obiema grupami są szczere i serdeczne. Palestyńczykom zdaje się nie przeszkadzać, że wielu aktywistów pochodzi z Izraela; nie wrzucają do jednego worka agresywnych osadników i życzliwych wolontariuszy.
– Wielu aktywistów przyjeżdża do Masafer Yatta ze względu na ideę, ale zostaje z przyjaźni – tłumaczeń Itamar.
Problemem jest system
Aktywiści podkreślają, że obecna sytuacja jest zła także dla samych osadników. Dzieci w osadach są socjalizowane, aby nienawidzić Palestyńczyków. Nawet gdy mają czternaście czy piętnaście lat, towarzyszą swoim ojcom, gdy ci zastraszają mieszkańców Umm Al-Khair. Itamar podkreśla, że cały system okupacji Zachodniego Brzegu skonstruowany jest tak, żeby powodować przemoc niezależnie od charakteru tej czy innej osoby. Mówiąc system na myśli ma między innymi wojskowe punkty kontrolne dla Palestyńczyków czy prawny obowiązek ochrony osadników przez żołnierzy.
– Policjant, który przyjeżdża wezwany do Umm Al-Khair, może być dobrym człowiekiem – tłumaczy – ale fakt, że potrafi porozumieć się z tylko jedną stroną, czuje się podobny tylko do jednej strony i ma obowiązek bronić tylko izraelskiego obywatela, sprawia, że jasne jest, kogo koniec końców poprze.
Itamar dodaje, że jako żołnierz w IDF podczas służby na Zachodnim Brzegu sam popierał podział Izraela-Palestyny na państwo żydowskie i palestyńskie. Miał przyjaciół Palestyńczyków, odstręczała go izraelska skrajna prawica. Nie na wiele się to jednak zdało, bo w praktyce wzmacniał okupację Zachodniego Brzegu. Beka Strober, osoba zarządcza Achwat Amim, pisała o analogicznej sytuacji: „nieważne jest, czy żołnierz uśmiecha się do Palestyńczyka na check-poincie, czy nie. Problemem jest sam check-point”. Wielu Izraelczyków nawet mimo prodemokratycznych poglądów nie chce wyłamać się ze społecznych norm, więc partycypują w systemie, z którym wewnętrznie się nie zgadzają.
Pytanie o skuteczność protective presence nie jest łatwe. Z jednej strony ataki na Palestyńczyków, szczególnie po 7 października, postępują, podobnie jak stopniowa aneksja Strefy C przez Izrael. Ale aktywiści nie przyjechali tutaj, myśląc, że ich obecność zakończy przemoc ze strony osadników.
– Jesteśmy tutaj po to, żeby tworzyć jakkolwiek znośną atmosferę dla Palestyńczyków – mówi Litzi. Wtóruje jej Itamar: – Naszym zadaniem jest utrzymać granice między osadami a palestyńskimi wioskami. Nie uda nam się odzyskać straconych pól, ale możemy zatrzymać dalsze przejęcia.
Itamar wie, że nawet to nie jest pewne. Jednak w miejscu takim jak Izrael i Palestyna, gdzie powszechnym doświadczeniem jest przemoc, niewiele rzeczy jest w tak oczywisty sposób dobrych, jak towarzyszenie Palestyńczykom na ich ziemi. Pełni niepewności, ale i z nadzieją, aktywiści wracają codziennie na Zachodni Brzeg i przeciwstawiają się ekstremizmowi.
