Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Narodziny czynnej miłości

Czynna miłość to miłość w świecie. Wcielona, a nie istniejąca tylko w świecie idei. Podatna na zranienie i odrzucenie. Obarczona ryzykiem, że źle wybierze, że się wypaczy, że sama będzie ranić i odrzucać. Narażona na kłamstwa – także te opowiadane samym sobie.
Narodziny czynnej miłości
ilustr.: Anna Libera

W większości przyjmujemy opowieść o Bożym Narodzeniu z ufnością dziecka, dziecięcym umysłem i dziecięcą wiarą. Podczas gdy nasze rozumienie świata rozwija się wraz z naszym dorastaniem, zdarza się, że sprawy Boga, wiary, dobra i zła pozostają zamknięte w światopoglądzie dzieciństwa, aż nagle, skonfrontowane z rzeczywistością dorosłości, mogą zostać wyśmiane i porzucone – także przez nas samych. Albo – aby uniknąć tego losu – zamrażamy je, tworzymy z kawałka naszego światopoglądu skansen, owszem, ładny, świąteczny, z kolędami i żłóbkiem, ale nijak niezwiązany z naszą codziennością, niedający życia, tylko trochę sentymentu i okresowej mobilizacji do przypominania sobie o Bogu. Kiedy jeszcze chodzenie do kościoła było rzeczywistością większości osób wokół, to mogło działać, mogło się jakoś trzymać – dla młodszych z nas jednak coraz częściej przeżywanie wiary w Kościele jest doświadczeniem mniejszościowym.

Niektórzy marzą o powrocie do świata, w którym to wielopokoleniowe rodziny i tradycyjny sposób życia broniłyby tej dziecięcej wiary siłą nawyku, potrzebą akceptacji ze strony starszych pokoleń i otoczenia. Do tego świata nie ma jednak powrotu i wiele z nas w okresach takich jak Adwent czy Wielki Post przypomina sobie, że dobrze by było „coś ze sobą zrobić”, „przygotować się na Święta” – ale nie ma już oczywistego wzorca, rutyny, łatwości płynącej z siły nawyku. Jeśli okoliczności sprzyjają – mamy wierzącą osobę w bliskim otoczeniu, wspólnotę odpowiadającą naszej wrażliwości w okolicy, zainteresowane sprawami kościelnymi dzieci – możemy wypracować nowe zwyczaje i łatwiej nam zintegrować życie wiarą z resztą codzienności. Jeśli okoliczności nie sprzyjają – nasi najbliżsi nie widzą sensu świętowania, przygniata nas przy tym ciężar pracy zawodowej i/lub reprodukcyjnej, w najbliżej położonej parafii nie znajdujemy pokarmu Ewangelii, lecz truciznę fałszywej religijności – co nam pozostaje?

Wiem, że wiele i wielu z nas coraz częściej znajduje się w tej drugiej sytuacji. Są też osoby, które nie wpisują się w jeden z zaproponowanych modeli, tylko krążą albo miotają się między nimi – często kosztem wielkiego wewnętrznego cierpienia, a czasem z radością odkrywając w tej ciemności jakieś światło. Z okazji tegorocznego Adwentu szukałam historii, które mogłyby pokazać takie światło w życiu różnych osób, na przykład Dorothy Day – twórczyni „The Catholic Worker”, czasopisma i ruchu, który od prawie dziewięćdziesięciu lat prowadzi w różnych miejscach „domy gościnności”, które miały być wspólnotami podstawowymi ufundowanego na Ewangelii wspólnego życia w ubóstwie i pokoju. Okazało się to jednak o wiele trudniejsze, niż wymarzył sobie współzałożyciel ruchu Peter Maurin i niż próbowała przez niemal pięćdziesiąt lat do swojej śmierci realizować Dorothy. Myślałam o tym, by napisać więcej o jej drodze – wraz z jej intensywnym życiem, nawróceniem w dorosłości, aktywnością społeczną i duchowością.

Pokarm i trucizna

A jednak to nie będzie tekst o Day. Owszem, słuchanie o cudzych doświadczeniach może być bardzo pomocne, dla mnie także bywa. W tym Adwencie myślę jednak o tych z nas, którzy potrzebują teraz czego innego – nie przykładu, nie wzoru do naśladowania, ale pobycia z własną samotnością i sytuacją, kiedy to nie inni, ale my sami odpowiadamy na pytanie o to, co to znaczy, że Bóg przychodzi? Czy to znaczy cokolwiek dla mnie?

Niezależnie od tego, czy w Wigilię Bożego Narodzenia będziemy siedzieć z rodziną przy stole i śpiewać kolędy, czy będziemy jedyną osobą w domu, która pójdzie do kościoła, czy może tą, która nie pójdzie – to jest dobry czas, żeby pozwolić sobie skonfrontować się z pytaniami: dlaczego i po co to wszystko?

Jeśli chcesz, żebym odpowiedziała za ciebie – porzuć wszelką nadzieję, a przynajmniej dalszą lekturę tego artykułu. Nie chcę odpowiadać za nikogo. Zamiast wygłaszać kazania, mogę po prostu pobyć z tymi, którzy chcą posiedzieć z pytaniami, i mogę podzielić się tym, że nie są sami.

Mam wielki przywilej rozmawiać z różnymi osobami, które próbują w dorosłości poukładać sobie sprawy wiary, duchowości, relacji do Kościoła. O ile dobrze je rozumiem, chcą świadomie zadbać o to, by ich wiara nie pozostała skansenem i by nie porzucać tego, co odkrywały jako piękne, dobre i karmiące – nawet gdy widzą, że do tego, co karmiące, dorzucano im rzeczy niepożywne, a czasem i trujące. Sama, konfrontując się z ambiwalencją wpływu Kościoła na moje życie, znalazłam sobie drogę w studiowaniu teologii i religioznawstwa – najpierw formalnie, na uczelniach, ale znacznie dłużej już poza akademią. Nauczyłam się dzięki temu widzieć ludzkie i społeczne uwarunkowania i skutki różnych aspektów kościelnego nauczania i praktyk. Nauczyłam się też znajdować własną ścieżkę, często wąską i nie jestem pewna, czy optymalną – ale z nadzieją, że jest na tu i teraz wystarczająco dobra, i z zaufaniem, że Bóg towarzyszy nam na naszych ścieżkach. Dla mnie oznacza to ciągłe zmiany, ciągłą otwartość na to, że będę wierzyć inaczej niż rok, dwa, dwadzieścia lat temu.

„Niczego dowieść nie można”

To jednak tylko jedna z wielu możliwości. Nie wiem, czy to sensowna droga dla innych i nie chcę na jej rzecz lobbować. Jestem przekonana, że trzeba znaleźć własną ścieżkę – i nie zawsze musi być tak samotna jak moja. Może być w dużej mierze wspólna dla ciebie i najbliższej osoby, osób. Może przecinać się z innymi albo mieścić się w ramach szerszego nurtu. Zawsze jednak – jeśli to naprawdę twoja ścieżka, a nie wyimaginowana droga stworzona w ramach myślenia życzeniowego – będzie oznaczała osobistą odpowiedź i odpowiedzialność za słuchanie sumienia, za ponoszenie konsekwencji swoich wyborów i za świadomość, że nie jestem Bogiem: będę zawsze działać bez pełnej wiedzy, bez całkowitej pewności. I będę się mylić.

Wydaje mi się, że może nawet da się żyć bezbłędnie – ale tylko w teorii. Tymczasem działając, współpracując z innymi, będąc w relacjach, wyrażając siebie – codziennie błądzimy. Możemy to pudrować, wyrywać kartki z dzienników i je palić, odcinać się od osób, które zobaczyły nas w chwilach, kiedy byliśmy najdalsi od naszych ideałów, sami siebie okłamywać. Możemy nabrać otoczenie, biografów, nawet siebie samych. To też przyczyna, dla której, choć potrzebuję inspirować się innymi, jestem coraz bardziej sceptyczna co do tego, na ile warto inwestować energię w uczenie się o nich i próby ich naśladowania. A jednak przeczytałam w miesiąc pięć książek o Day, więc i w tym nie jestem konsekwentna… Dzięki temu wiem też, że łączy nas miłość do Dostojewskiego.

Dla mnie osobiście słowa starca Zosimy z „Braci Karamazow” były jednym z fundamentów, na których zaczęłam budować moje dorosłe życie wiary: „Tu niczego dowieść nie można. Można się tylko przekonać – doświadczeniem czynnej miłości”. Czynna miłość to miłość w świecie. Wcielona, a nie istniejąca tylko w świecie idei. Podatna na zranienie i odrzucenie. Obarczona ryzykiem, że źle wybierze, że się wypaczy, że sama będzie ranić i odrzucać. Narażona na kłamstwa – także te opowiadane samym sobie. Tu znów Dostojewski: „Najważniejsza rzecz, niech pan sam przed sobą nie kłamie. Ten, kto sam przed sobą kłamie i własnego kłamstwa słucha, prawdy żadnej już nie widzi ani w sobie, ani dookoła siebie, a przeto szacunek traci dla siebie i dla innych”. Miłość do prawdy – nawet tej, że nie jesteśmy tam, gdzie byśmy chcieli.

Życie przychodzi

Jesteś tu, gdzie jesteś. Wierzysz albo nie – na tyle, na ile wierzysz albo nie wierzysz. Wiesz, co chcesz z tym zrobić, albo nie wiesz. Może trochę tak, trochę inaczej. I tylko tutaj – tutaj, gdzie jesteś naprawdę – możesz odpowiedzieć na wyzwania czynnej miłości. Może jednym z nich jest pytanie o Boga, może o to, czy chcesz świętować to, co twoi bliscy albo Kościół. Może nawet nie masz siły tych pytań sobie stawiać – i to także jest to, gdzie jesteś, i warto to zobaczyć i zaakceptować.

Zrobisz z tym coś, jeśli masz zasoby, może znajdziesz pomoc, może zostawisz na razie w spokoju. Nie mam prawa tego oceniać, ale mogę tylko zachęcać – zobacz, gdzie jesteś, i przyjmij, że twoje życie jest tu i teraz właśnie takie, jakie jest. Jeśli mogę coś zasugerować – nie skupiaj się na tym, by je osądzać i by potępiać to, co zobaczysz jako dalekie od ideału, ale przede wszystkim przyjmij to, że może być skomplikowane i obarczone błędami. To także może być nauka z opowieści o narodzinach Jezusa – niezależnie od tego, na ile jesteśmy gotowi, życie przychodzi i ma swoje wyzwania. Jeśli Bóg przychodzi w ten Adwent, w te Święta – to nie do jakiegoś idealnego świata, ale do tego realnego, jaki zastaje. Z wojnami, biedą, małodusznością, niebezpieczeństwami, katastrofami, ale i pięknem, życzliwością, ciepłem zwierzęcych oddechów i ludzkich serc… I jeśli jest tym, o którym uczy Pismo, to zamieszkuje pośród nas. Nie gdzieś tam w idealnym świecie, nie tylko tam, gdzie ludzie deklarują, że mocno wierzą i że są w Kościele, który wie o nim wszystko najlepiej, ale po prostu pośród nas. Wielkanoc pokazuje z kolei, w historii uczniów idących do Emaus, że nawet jeśli idzie się w złym kierunku, można spotkać Pana.

Myślę, że warto mówić o własnej ścieżce – o tym, że istnieje, i o trudach i radościach podróży nią. Długo zachowywałam ją dla siebie, niepytana nie mówiłam za wiele o tym, co wtedy, gdy ta ścieżka jest daleka od głównego nurtu nauczania Kościoła katolickiego, w którym wyrosłam. Jeśli czegoś nauczyłam się w tym Adwencie, zwłaszcza studiując bardzo skomplikowane dzieje Dorothy Day, to tego, by naprawdę zaakceptować to, że ma się takie życie, jakie się ma, i że naprawdę żyjąc – będziemy się gubić, popełniać błędy, działać w sposób niezgodny z naszymi ideałami albo te ideały weryfikować. Nawet w wezwaniu do odpowiedzialności za własne wybory, nie jesteśmy same ani sami. Odwaga powiedzenia o sobie naraża nas na niezrozumienie, ale niemówienie o sobie, niedzielenie się swoim doświadczeniem i pytaniami – skazuje nas na brak wspólnoty i wsparcia.

Przy całej wyjątkowości każdej i każdego z nas, przy różnicach i ich świadomości, doświadczenie czynnej miłości wiąże się z tym, że się odsłaniamy, wyrażamy siebie, że odważamy się patrzeć na innych i dostrzegać ich – a nie tylko nasze oczekiwania czy wyobrażenia o idealnych ludziach, doskonałych związkach, wspólnocie nieomylnych. Paweł pisał w 1 Liście do Koryntian o wyzbywaniu się tego, co dziecięce. Jezus mówił, że mamy stać się jak dzieci. Nawet tu nie ma prostej odpowiedzi – więc nie potępiajmy w sobie ani innych miłości do Bożego Narodzenia z naszych dziecinnych fantazji, ale też pozwólmy sobie przeżywać je zgodnie z tym, kim jesteśmy jako dorośli.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×