Krążące po mediach społecznościowych zrzuty ekranu przedstawiały rzekomą okładkę gazety „Le Parisien”donoszącą, że leczeni we Francji ukraińscy żołnierze stanowią zagrożenie, bo w ich siłach zbrojnych szerzy się HIV. Kilka miesięcy później, w marcu 2024 roku, autorzy materiału podszywający się pod Radio France International (RFI) głosili zaś, że ukraińscy wojskowi wywołali epidemię gruźlicy, rzekomo zakażając opiekujący się nimi personel medyczny. Wcześniej rosyjska fabryka dezinformacji produkowała fałszywe doniesienia o wzroście zakażeń HIV w Armenii, tam mieli za to odpowiadać ukraińscy uchodźcy. Podobną fałszywą informację odnotowano również w Niemczech – kolejne jej wersje dopasowywane są do potrzeb chwili oraz do kraju udzielającego wsparcia walczącym z Rosją Ukraińcom. Sięgając dalej w przeszłość, znajdziemy kłamliwe narracje o ukraińskich laboratoriach broni biologicznej, które intensywnie krążyły w okolicach rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Moskwy na Ukrainę, w 2016 roku zaś rosyjskie i prokremlowskie media rozsiewały tezę, że tajne laboratorium biologiczne Stanów Zjednoczonych w Ukrainie produkowało wirusa Zika.
To klasyczny przykład recyklingowanej narracji bioterrorystycznej – Kreml wraca do niej od dziesięcioleci. Spektakularnym przykładem jest Denver/INFEKTION – uważana za jedną z najbardziej skutecznych operacji dezinformacyjnych w historii wywiadu. W lipcu 1983 roku mało znana indyjska gazeta „The Patriot”, KGB-owskie przykrywkowe medium dezinformacyjne, opublikowała list anonimowego amerykańskiego naukowca o tym, że AIDS powstało tak naprawdę w laboratoriach instytutu badawczego Pentagonu. Przez kilka kolejnych lat informacja niosła się po całym świecie. Historię podchwycił między innymi brytyjski „Sunday Express”, nabrał się nawet jeden z najsłynniejszych amerykańskich dziennikarzy Dan Rather. Narracja pojawiła się w mediach ponad osiemdziesięciu krajów, szczególnie mocno zakorzeniając się w Afryce, Indiach i na Bliskim Wschodzie. W 1992 roku ówczesny szef Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji Jewgienij Primakow przyznał publicznie, że za mistyfikacją stało KGB. Ale kłamstwo łatwo nie umiera i w niektórych częściach świata żyje do dziś.
Obok kolejnych pojawiających się w Polsce bzdur o tym, że Ukrainki „kradną mężów” oraz że imigranci nie muszą stać w kolejkach do lekarzy – również po naszym kraju krążyła fałszywa informacja o biologicznym zagrożeniu ze strony szukających wsparcia sąsiadów. Choroby zakaźne są bowiem wyjątkowo nośnym tematem dezinformacji. Reakcja na zagrożenie biologiczne uruchamia pierwotne mechanizmy lękowe, a HIV jest wciąż silnie stygmatyzujący. Natomiast krztusiec, który pojawiał się w innych wersjach tej opowieści, to choroba dzieci, uruchamia więc lęk rodzicielski.
Ale kampanie kłamstw karmią się wszystkimi możliwymi tematami – byle tylko wywrzeć silne emocjonalne wrażenie na odbiorcach, wystraszyć i wzbudzić niechęć oraz podważyć ich zaufanie do prawdy i instytucji. Przykłady można mnożyć. Dezinformacja jest oczywiście starsza niż internet, ale rewolucja technologiczna, która spotęgowała polaryzację i ogólny spadek zaufania, powoduje, że tego typu broń staje się jeszcze bardziej destrukcyjna. Ostatnie przyspieszenie w rozwoju systemów sztucznej inteligencji tylko pogłębia nasze zagubienie.
Po prawdzie
„Ta nowa odmiana propagandy jest mniej nakierowana na przekonanie do jakiejś ideologii, bardziej zaś na zniszczenie samego pojęcia prawdy”– powtarza Peter Pomerantsev, jeden z najwybitniejszych badaczy propagandy i wojny kognitywnej. Chodzi o to, żebyśmy przestali wierzyć w możliwość odróżnienia fałszu od prawdy. Albo żeby przestało nam na tym zależeć. Byśmy nie ufali władzy i sobie nawzajem oraz nabrali niechęci wobec Ukraińców. Czy nam się to podoba, czy nie – nasze umysły są dziś polem walki.
W 2013 roku generał Walery Gierasimow opublikował artykuł, który analitycy zachodni – nie do końca trafnie – okrzyknęli manifestem nowej generacji konfliktów. Szef rosyjskiego sztabu oceniał w nim, że proporcja środków niekinetycznych – psychologicznych, informacyjnych, ekonomicznych, dyplomatycznych – do środków militarnych wynosi w nowoczesnej wojnie cztery do jednego na korzyść tych pierwszych. Kłamstwo może być bronią równie destrukcyjną jak broń konwencjonalna, a demokracje liberalne, w tym Polska, wciąż nie traktują tego zagrożenia z należytą powagą. A są na tego rodzaju działania kognitywne bardziej podatni niż Ukraińcy, którzy w obliczu egzystencjalnego zagrożenia na poważnie zabrali się do budowania odporności państwa i społeczeństwa. W 2014 roku Kremlowi udało się przeprowadzić – jak określił to ówczesny głównodowodzący NATO w Europie, generał Philip Breedlove – „najbardziej zdumiewający blitzkrieg wojny informacyjnej, jaki kiedykolwiek widziano”, czyli aneksję Krymu przez tak zwane zielone ludziki. Po późniejszym ataku na wschodnią Ukrainę rosyjskiej propagandzie udało się przekonać sporą część światowej opinii publicznej, że w obwodach ługańskim i donieckim organicznie wybuchła wojna domowa, a nie przygotowana przez Moskwę operacja destabilizacji, w której udział biorą rosyjscy funkcjonariusze i żołnierze. Kampanie skutecznie przekonały też mieszkańców Rosji o konieczności „obrony” rosyjskojęzycznych mieszkańców regionu.
Według kalkulacji Kremla społeczeństwa państw Unii Europejskiej są bardziej podatne na działania dezinformacyjne niż Ukraińcy– a od tego, czy Europejczycy odczuwają wspólny interes bezpieczeństwa z Ukraińcami, zależy wsparcie dla Kijowa. Głównymi celami rosyjskiej dezinformacji – poza samą Ukrainą – są Francja, Mołdawia, Niemcy i Polska. Europejska Służba Działań Zewnętrznych oficjalnie nazwała tego rodzaju kognitywne ataki FIMI (Foreign Information Manipulation and Interference), czyli zagraniczne manipulowanie informacjami i ingerencja informacyjna. Definicja obejmuje fabrykowanie treści, amplifikowanie narracji przez boty, podszywanie się pod zaufane instytucje i koordynowane kampanie cross-platformowe.
Wariant z rzekomą okładką „Le Parisien” to klasyka operacji Doppelgänger. Najpierw spreparowano fałszywą stronę internetową imitującą szatę graficzną dziennika: z jego logo, czcionką i layoutem, potem zrzuty ekranu zaczęły krążyć na Telegramie i rosyjskich serwisach propagandowych. Według tego przepisu rosyjskie firmy Social Design Agency i Structura National Technologies klonowały czołowe europejskie media: „Bild”, „The Guardian”, „Le Parisien” czy ANSA. Fałszywe artykuły próbowały przekonywać, że sankcje są nieskuteczne, uchodźcy to ciężar, a zachodnia pomoc niszczy Europę. Operacja była prowadzona pod kontrolą Administracji Prezydenckiej Rosji, a konkretnie Siergieja Kirijenki. Metody są różne. Fałszywe konta wysyłały do redakcji i fact-checkerów e-maile lub wiadomości na portalu X z zapytaniami w stylu: „Czy wasza redakcja potwierdza doniesienia o epidemii HIV wśród ukraińskich żołnierzy leczonych we Francji?”. Już sam zrzut ekranu z zapytaniem może być używany jako sugestia, że sprawa jest badana i nierozstrzygnięta.
Laboratoriami skuteczności dezinformacji były między innymi wybory prezydenckie w USA z 2016 roku oraz pogrążona w brexitowym amoku Wielka Brytania. Badanie University College Dublin i University College Cork wykazało, że 44 procent uczestników pamiętało fałszywe wiadomości o brexicie jako prawdziwe zdarzenia. Autorzy tego badania przestrzegają, że tak naprawdę mało kto jest odporny na dezinformację, a każde zetknięcie z nią może mieć na nas negatywny wpływ. „Kontakt z fałszywymi wiadomościami może skutkować wytworzeniem fałszywych wspomnień dotyczących przedstawianych wydarzeń, a efekt ten można wzmocnić, dostosowując historie do poglądów ideologicznych czytelnika” – pisali badacze. Nasze mózgi nie są skonstruowane jako detektory prawdy, lecz jako generatory sensu, który pasuje do tego, w co już wierzymy. Dlatego, wbrew poczuciu, że jesteśmy superracjonalni i logiczni oraz że na własną rękę potrafimy ocenić, co jest prawdą, a co ściemą, nierzadko bywa, że tak nie jest – wybieramy poczucie bezpieczeństwa, sensu i samozadowolenia.
Wobec kłamstwa
Czy bardziej zależy nam na tym, żeby się chronić, czy żeby zaszkodzić przeciwnikom naszego kraju? Jak zareagujemy, jeśli rosyjska dezinformacja uderzy w partię, której nie lubimy i ją osłabi? Albo czy jesteśmy gotowi przyjąć fakty, które wprowadzają ambiwalencję, a może nawet obnażają błędy w naszym dotychczasowym myśleniu? Co jest dla nas ważniejsze: prawda czy dobre samopoczucie, spójność naszego plemienia albo dołożenie przeciwnikom politycznym? Spolaryzowana Polska jest szczególnie podatna na wrogie operacje wpływu. Do tego dochodzi niemoc systemowa, bo na dezinformację nie ma jednego leku. Skuteczna odpowiedź wymaga skoordynowanych działań różnych instytucji publicznych, zaangażowania organizacji pozarządowych oraz samych obywateli, a więc sprawnych instytucji, zaufania oraz sprawnej wspólnoty. Często to działania mało spektakularne, a systemowe.
Rosyjscy dezinformatorzy miewają wewnętrznych sojuszników – rozgrzanych w walkach partyjnych polityków i obywateli. Albo odwrotnie: część polityków i obywateli, bez opamiętania angażując się w wewnętrzne walki partyjne, wchodzi w mniej lub bardziej świadome sojusze z Kremlem. Badanie opublikowane w 2025 przez Pettera Törnberga i Julianę Chueri wykazało, że politycy radykalnej prawicy populistycznej są istotnie statystycznie bardziej skłonni do szerzenia dezinformacji niż politycy głównego nurtu. Ba, dezinformacja jest obecnie nieodłączną częścią strategii skrajnej prawicy. Radykalni prawicowi populiści wykorzystują ją do destabilizacji demokracji i uzyskiwania przewagi politycznej. „Dezinformacja i prawicowy populizm muszą być rozumiane jako nierozerwalne i synergistyczne – dwa wyrazy tego samego politycznego momentu”– konkludowali autorzy.
Rolę Rosji w brexitowym chaosie trudno oszacować – również dlatego, że rząd Borisa Johnsona uchylał się od poważnego zbadania sprawy. Według autorów niezależnego badania zleconego przez „The Times” w kluczowych tygodniach ponad 150 tysięcy kont powiązanych z Rosją zostało przełączonych z innych wątków na tematy brexitowe. Slogan „Take Back Control” (Odzyskać kontrolę) operował głębokimi mechanizmami psychologicznymi. Odwoływał się na przykład do poczucia utraty suwerenności, na co kampania Remain odpowiedziała racjonalnymi argumentami ekonomicznymi. Niestety, w środowisku nasyconym emocjami chłodna kalkulacja przegrywa. „Próbowaliśmy fact-checkingu, ale odkryliśmy, że gdy fakty zagrażają tożsamości ludzi, po prostu się od nich odbijają” – komentował Pomerantsev. Prawdzie trudno się przebić, jeśli nie odwołuje się do emocji albo spójnej narracji o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Dekadę po referendum 62 procent ankietowanych Brytyjczyków ocenia brexit jako porażkę.
Na dezinformacji korzystają też oczywiście oligarchowie z Doliny Krzemowej. Model biznesowy platform technologicznych opiera się bowiem na zaangażowaniu, a treści dezinformacyjne generują nieproporcjonalnie silne emocje. Poza Rosją również Chiny czy Iran prowadzą operacje kognitywne, których celem jest rozsadzenie Unii Europejskiej i podważenie wiary Europejczyków w demokrację. W 2024 Europejczycy stracili też sojusznika – administracja Donalda Trumpa nie tylko rozmontowała własne mechanizmy antydezinformacyjne, ale aktywnie zwalcza też te europejskie. „Le Monde” podsumował niedawno, że Francja jest „w krzyżowym ogniu rosyjskiej i amerykańskiej dezinformacji”.
Budowanie odporności na dezinformację utrudnia fakt, że to broń, której skuteczność trudno ocenić. Czy jesteśmy w stanie z całą pewnością osądzić, na ile kremlowskie interwencje przyłożyły się do wygranej Donalda Trumpa w 2016 roku, a na ile jego zwycięstwo było wynikiem autonomicznej preferencji wyborców? Trudno zdecydować, gdzie kończy się przenikliwość, a zaczynają teoria spiskowa i histeria. Poza tym w demokracjach liberalnych za jedną z najważniejszych wartości uznawana jest wolność słowa, każda więc próba systemowych rozwiązań budzi obawy o cenzurę – czasem uzasadnione, a czasem wynikające z ignorancji lub złej woli. Z drugiej strony, rosyjskie ataki dezinformacyjne bywają wykorzystywane przez przegrywających polityków jako alibi. Część Amerykanów głosowała na Donalda Trumpa, bo czuła się coraz bardziej wykluczona, a antytrumpowscy politycy po prostu ich rozczarowali. Politycy i inne gadające głowy miewają tendencję do zrzucania winy za swoje porażki na kremlowskie trolle, zamiast brać za nie odpowiedzialność. Dezinformacja często żywi się istniejącymi problemami, napięciami i emocjami, wkłada palec w ranę. Również dlatego tak trudno ocenić, jak bardzo wpłynęła na czyjeś przekonania, a na ile są one organiczne. Tak czy inaczej, atakujący wygrywa, bo celem jest chaos, spory, niepewność i podważenie zaufania – wszystko to osłabia mobilizację do wspólnej walki.
Europa odpowiada
By się jakoś chronić, Unia Europejska w ostatnich latach powołała do życia liczne instytucje i przyjęła szereg strategii, kodeksów i regulacji. W 2020 roku Komisja Europejska powołała do życia Europejskie Obserwatorium Mediów Cyfrowych (EDMO), czyli hub łączący fact-checkerów, badaczy akademickich i ekspertów od edukacji medialnej. Z mniejszym lub większym skutkiem Bruksela podejmuje też próby zmuszenia do działania amerykańskich i chińskich korporacji. Digital Services Act jest najambitniejszym projektem regulacji przestrzeni cyfrowej. Nakłada na duże platformy między innymi obowiązek oceny ryzyka systemowego. DSA nie definiuje dezinformacji ani nie nakazuje wprost jej usuwania – reguluje przejrzystość algorytmów i zobowiązuje największe platformy do ujawniania ich wpływu na procesy demokratyczne. Wyjątkiem są treści nielegalne na mocy prawa unijnego lub krajowego, które platformy mają obowiązek usuwać. Jednak EDMO – mające za zadanie ocenić, czy te największe platformy faktycznie ograniczają rozprzestrzenianie dezinformacji zgodnie z wymogami prawa – uważa, że dobrowolność kodeksu dobrych praktyk nie zapewniła znaczącej rozliczalności platform. Z drugiej strony, o tym, że pomimo niedostatków DSA jest ważnym narzędziem, świadczy fakt, ile energii technooligarcha Elon Musk i administracja Donalda Trumpa wkładają w ataki na te regulacje. Waszyngton nałożył nawet sankcje wizowe na byłego komisarza Thierry’ego Bretona za wdrażanie europejskich regulacji cyfrowych.
W 2024 roku po raz pierwszy unijne sankcje objęły podmioty zaangażowane w rosyjskie działania FIMI. W związku z tym, że kampanie dezinformacyjne często uderzają jednocześnie w kilka krajów, w 2025 roku Komisja Europejska z Wysokim Przedstawicielem UE ds. Zagranicznych ogłosili Europejską Tarczę Demokracji, która ma pomóc w koordynowaniu działań państw członkowskich i społeczeństwa obywatelskiego. Eksperci oceniają, że tarcza – tak jak i cała infrastruktura walki z FIMI – są wciąż za mało skuteczne. Środowiska konserwatywne zarzucają jej zaś, że jest narzędziem cenzury. Regulacja przestrzeni cyfrowej niesie ryzyko nadmiernego moderowania treści legalnych i uciszania mniejszości – to argumenty, które nie powinny być pomijane. Demokracje muszą nieustannie negocjować napięcie – między ochroną a cenzurą, między ograniczaniem zasięgu dezinformacji a ograniczaniem mowy niewygodnej dla władzy.
Państwa członkowskie na własną rękę rozwijają instrumenty obronne. Obok krajów skandynawskich i bałtyckich, na czoło na tym polu wysuwa się Francja. Powołała na przykład wyspecjalizowaną agencję skupiającą się wyłącznie na przeciwdziałaniu FIMI. VIGINUM odgrywa kluczową rolę w identyfikowaniu i ujawnianiu operacji dezinformacyjnych. Francja posiada również gęstą sieć weryfikatorów, a także ramy prawne służące zwalczaniu dezinformacji. Ostatnio z defensywy przeszła do ofensywy – po tym, jak rosyjskie trolle próbowały przekonać użytkowników, że Emmanuel Macron zażywa kokainę, w ubiegłym roku francuskie ministerstwo spraw zagranicznych rozpoczęło program o nazwie „French Response”. Tak naprawdę to tylko konto na X, które aktywnie walczy z fake newsami. Brzmi skromnie? Jak na Europę to rewolucja.
Jednak reagowanie nie zawsze ma sens. Czasem lepiej milczeć. W erze ekonomii walki o uwagę prostowanie informacji z jednej strony jest konieczne, z drugiej jednak w warunkach mediów społecznościowych prowadzi do podbicia widoczności kłamstwa i może dodać mu skrzydeł. Dlatego operatorzy konta „French Response” nie reagują na każde kłamstwo, licząc, że część z nich utonie w oceanie cyfrowych treści. Starają się identyfikować tylko te, które mają duże szanse ponieść się dalej. Warto jednak zwrócić uwagę, że szybka reakcja, a nawet wyprzedzenie ataku dezinformacyjnego, zwane czasem prebunkingiem, uważane jest przy tym za skuteczniejsze niż prostowanie, czyli debunking. Może być rodzajem szczepionki na fałszywe informacje. Kluczowe jest bowiem to, która informacja dotrze do odbiorców pierwsza. Wiadomo też, że zamiast prostować i wdawać się w dyskusje podbijające widoczność informacji, często skuteczniej jest odeprzeć atak dowcipem i ironią, które ośmieszą wroga. Humor, tak jak gniew i nienawiść, pomaga informacji nieść się w świat.
Polska nie dorobiła się jeszcze porównywalnych rozwiązań regulacyjnych ani instytucjonalnych. Choć sporo się na ten temat mówi, to – w obliczu zbyt małej aktywności władz oraz ogromnej polaryzacji – rzucane na ślepo oskarżenia o bycie trollem na nikim nie robią już wrażenia. Edukacja medialna zaczęła dopiero wchodzić do szkół, jednak wciąż na niewielką skalę. Polska opóźnia wdrożenie DSA, w związku z czym trafiła przed Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W grudniu 2025 roku Sejm przyjął ustawę implementującą to unijne prawo, jednak prezydent Karol Nawrocki ją zawetował, twierdząc, że groziła cenzurą. Fundacja Panoptykon ripostowała, że weto prezydenta wzmacnia władzę platform kosztem praw użytkowników. Pojawiają się pomysły rzekomych rozwiązań: ryzykowne i na skróty. Politycy zaczęli suflować w debacie publicznej pomysł karania za kłamstwo, szczególnie w warunkach wojny za granicą. Zdaniem wielu ekspertów polskie służby mogłyby częściej sięgać do istniejących już przepisów, które przewidują między innymi ochronę dóbr osobistych przed fałszywymi narracjami, a w skrajnych przypadkach: karę za działalność na szkodę państwa. W polskim prawie wciąż nie istnieje żadna ustawowa definicja dezinformacji. Niemcy poszli inną drogą i wprowadzili prawo, które zobowiązuje platformy internetowe do usuwania „ewidentnie niezgodnych z prawem” postów w ciągu dwudziestu czterech godzin pod groźbą kar w wysokości do pięćdziesięciu milionów euro.
Jeden za wszystkich?
Jeśli zawodzą państwo i jego instytucje, to tym większą odpowiedzialność muszą wziąć na siebie pojedynczy obywatele. Niestety, nie ma złotych recept. Tysiące razy byliśmy pouczani o konieczności weryfikowania informacji. To ważne i konieczne. Wyrabia w nas dobre odruchy, podobnie jak słuchanie przed odlotem samolotu reguł postępowania w razie katastrofy, ale w rzeczywistości mało kto to robi. Nie jesteśmy w stanie dogłębnie sprawdzić każdej informacji, która do nas trafia.
Możemy jednak rozwijać kompetencje cyfrowe i w ten sposób wystawiać się na mniejsze ryzyko. Po pierwsze, ograniczyć, a najlepiej zredukować do zera bezmyślne scrollowanie. W jego trakcie czytamy głównie sensacyjne nagłówki, a na przyswojenie treści poświęcamy kilka, najwyżej kilkanaście sekund. W tak krótkim czasie nie jesteśmy w stanie zmierzyć się z żadną informacją krytycznie, a mimo to zostawia ona w nas ślad. Być może nie pamiętamy dokładnie, co rzekomo zrobili uchodźcy, ale niepokój, że mogą być źródłem zagrożenia, pozostaje. Kropla drąży skałę – im więcej tego rodzaju negatywnych treści wchłaniamy, tym mocniej utrwalają się w nas przekonania.
Możemy rozważyć przyjęcie równie zdecydowanego stanowiska wobec treści wysoko przetworzonych jak to, które zajmujemy już w stosunku do wysoko przetworzonej żywności. Tak jak rezygnujemy z chipsów, może warto przestać korzystać z X-a. Na medialnej diecie warto na poważnie zwracać uwagę na to, co konsumujemy: ile, jakiej jakości i z jakich źródeł. Wymaga to czasu i wysiłku, ale w świecie, w którym dane i informacje stały się głównym źródłem bogactwa i władzy, musimy chyba pogodzić się z tym, że wysiłek w celu ich ochrony jest po prostu konieczny. Poza tym, skoro autorzy dezinformacji żerują na naszych emocjach – szczególnie strachu, obrzydzeniu i gniewie – to właśnie na tego rodzaju własne reakcje w internecie musimy uważać. Jeśli coś szczególnie nas wzburzy, dajmy sobie chwilę na ochłonięcie, zrozumienie, dlaczego tak silnie zareagowaliśmy, czy ktoś nami nie manipuluje. „Manipulacja i zakłócanie przepływu informacji, jak dezinformacja, fałszywe wiadomości czy propaganda, są powszechne i najskuteczniejsze w czasach kryzysu i niepewności, kiedy ludzie są najbardziej podatni na ich wpływ. Ludzie mają podświadomą potrzebę kontrolowania przyszłości, a niepewność kojarzy się z nieznanym” – ostrzegają eksperci Baltic Research Foundation for Digital Resilience (DIGIRES) w podręczniku dla nauczycieli.
Szczególnie gdy dojdzie do dramatycznych wydarzeń, musimy uważać. „W takich warunkach zaczynamy odczuwać strach i niepokój. Zaczynamy szukać odpowiedzi w mediach i sieciach społecznościowych. Stajemy się otwarci na wszelkie informacje, które pomagają nam «wyobrazić sobie przyszłość», aby odzyskać kontrolę. Niestety, często są to dezinformacje –tworzone szybko i pozbawione faktów. Konsekwencje dawania wiary takim dezinformacjom mogą być poważne, prowadzić do błędnych decyzji i dalszego utrwalania cyklu niepewności” – można przeczytać w raporcie „How to creatively integrate media and information literacy exercises in the classroom?”.
Samemu trudno jednak będzie stawić czoła koalicji populistów, rosyjskich trolli i algorytmów. Dobrze jest więc wiedzieć, komu możemy (nawet ograniczenie, ale jednak) ufać – którym mediom i dziennikarzom. W tym cały ambaras, że musimy być krytyczni, ale też jednak komuś ufać, bo sami informacji z fizyki, Afganistanu i giełdy nie zweryfikujemy. Nikt nie jest takim omnibusem, a arogancja bywa niebezpieczna. Chodzi oczywiście o źródła, które dostarczą nam jakościowych treści i sprawdzonych informacji, a nie tylko takie, które potwierdzają nasz światopogląd i wpędzają w samozadowolenie. Ich identyfikowanie również wymaga czasu i pracy. Poza tym, choć wydaje się to syzyfowa praca, musimy wzmacniać naszą wspólnotę. Bez tego nie zyskamy odporności. W tak toksycznym środowisku medialnym zaczniemy – oprócz bezpieczeństwa – tracić zdolności koncentracji czy krytycznego myślenia oraz zdrowie psychiczne.
