fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Miasta dla ludzi

Pandemia pokazała, że ulice mogą służyć ludziom, a nie tylko autom. Polacy coraz mocniej domagają się zieleni, przestrzeni wspólnych i mądrej urbanistyki. Brakuje tylko odwagi władz, by dołączyć do europejskiej zmiany.
Miasta dla ludzi
ilustr.: Agata Stańczak

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” – brzmi staropolskie przysłowie. Niestety sprawa nie jest taka prosta. O ile różnego rodzaju kryzysu zawsze prowadzą do konieczności szukania nowych rozwiązań, o tyle dobre one mogą być jedynie wtedy, gdy wyciągniemy z nich odpowiednie wnioski. Dotyczy nie tylko sytuacji osobistych, ale też społecznych, co może mieć decydujący wpływ na nasze życie.

Zdecydowanie jednym z największych tego typu kryzysów obecnych czasów była pandemia COVID-19. W 2020 r. świat zamarł, dosłownie i w przenośni. Poza efektem mrożącym, związanym z niepewnością dotyczącą zdrowia publicznego i osobistego każdego z nas, zamarły też miasta. Przymusowo uwięzieni w naszych domach przestaliśmy korzystać z przestrzeni publicznych: ulic, biur, parków, a nawet lasów. Był to zdecydowanie moment krytyczny również z perspektywy urbanistycznej.

Większość zachodnioeuropejskich miast dostrzegło w tym szansę. Szansę na przeprowadzenie wielkich miejskich eksperymentów, o których eksperci z zakresu urbanistyki, mobilności i socjologii przez lata mówili w kuluarach, ale których nikt nie miał odwagi przetestować. No bo jak zmienić dotychczasowe funkcjonowanie poszczególnych ulic, placów czy całych dzielnic tylko po to, żeby sprawdzić, czy rysowane i badane na modelach rozwiązania sprawdzą się w codziennym funkcjonowaniu setek tysięcy, a nierzadko milionów mieszkańców? Pandemia dała szansę na zamodelowanie zwyczajnie niezdarzających się w historii okoliczności, podobnie jak Warszawa miała możliwość odbudowania się jako zupełnie na nowo zaprojektowane miasto po II wojnie światowej.

Uwolnione od samochodów jezdnie zaczęły wyglądać jak wyryte w tkance miasta autostrady. Puste place zaczęły kłuć w oczy betonem i brakiem zieleni. Pozbawione dzieci szkoły ukazały marnowanie ogromnych przestrzeni w kluczowych dla dzielnic lokalizacjach, a puste od pracowników biurowce pokazały ich właścicielom bezsensowność inwestowanych od lat pieniędzy w przeszklone pomieszczenia, siłownie i sale do rozrywki.

Do pracy wzięły się wtedy największe europejski stolice: Mediolan, Londyn, Paryż. Włodarze tych miast zauważyli tę wyjątkową szansę na bezbolesne i niskonakładowe zaprojektowanie tkanki miejskiej w bardziej ludzki sposób. Jezdnie zaczęto udostępniać dla rowerów. Miejskie place oddano do aranżacji okolicznym mieszkańcom, a otoczenie szkoły dzieciom do zabawy. Rok 2020 to przełom dla inicjatyw takich, jak szkolne ulice, których od tego czasu powstało ponad 1900, „walkability city”, które całkowicie odmieniło Paryż w zaledwie 4 lata, czy „piazze a parte” w Mediolanie, które przywróciło do życia i aktywności społecznej lokalne skwery rozsiane w całym mieście. Te działania, teraz już doskonale zbadane i przeanalizowane, ukazały jak w soczewce miejski abrudr, w którym żyliśmy: przeskalowane jezdnie służące jedynie części mieszkańców, brak przestrzeni do rozmów, integracji z sąsiadami czy bezpiecznej i nieskrępowanej zabawy dzieci poza salą gimnastyczną i boiskiem. Z zazdrością patrzę na te zmiany, konsekwentnie realizowane i wprowadzone na kolejnych obszarach Paryża czy Londynu, zastanawiając się… co w Polsce poszło nie tak?

Niestety, nasze miasta przespały ten czas. Oczywiście, można powiedzieć, że były ważniejsze sprawy: kryzys w służbie zdrowia, afery związane z respiratorami i maseczkami czy wybory, które miały być, a jednak ich nie było. Jednak pandemia dotknęła cały świat. Dlatego wydaje mi się, że sprawa jest jednak bardziej złożona, a dokładniej zakopana w naszej polskiej mentalności. Indywidualizmie, który przez lata był umacniany przez kapitalizm, odrzucanie wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z socjalizmem, przy którym stawiamy znak równości z komunizmem, i poczucie, że to, co wspólne, zawsze jest do niczego i nic nie warte, bo nie „nasze”.

To podejście w urbanistyce przejawia się między innymi w zamkniętych osiedlach, których najbardziej popularnym medialnie przykładem jest Marina Mokotów, całkowicie zamknięta do użytku dla osób z zewnątrz, co ma dawać jej mieszkańcom poczucie luksusu i bezpieczeństwa. Kolejni deweloperzy stawiający budynki mieszkaniowe, szumnie zwane apartamentowcami, poszli tą samą drogą i tak ze zbocza zaczęła się toczyć śnieżna kula deweloperskiego parawaniartwa. Niestety idea ta została przechwycona także wśród spółdzielni mieszkaniowych i wspólnot budynków stawianych w latach 80., 90. i 2000., którzy zaczęli stawiać ogrodzenia wokół stojących od dziesięcioleci już budynków. Doprowadziło to do kompletnego absurdu, jaki obserwujemy praktycznie w każdym większym mieście, w których naturalne ścieżki piesze pocięte są ogrodzeniami, a mieszkańcy, aby dostać się z jednej części osiedla na drugą, muszą przedostawać się przez kolejne furtki, niczym w grze komputerowej złożonej z kilku leveli. To grodzenie nie pozostaje też bez wpływu na pozostałych mieszkańców. Ich codzienne drogi dojścia do pracy, szkoły czy na zakupy wydłużyły się nienaturalnie przez wymuszone przejścia wokół płotów. Skrajne sytuacje, w których z powodu postawionego szlabanu lub zamkniętego wjazdu, którego nikt na czas nie mógł otworzyć, na pomoc nie dojechały karetki pogotowia i wozy straży pożarnej, nagłaśniały media. Jednak czy mieszkańcy tych ogrodzonych osiedli rzeczywiście czują się bezpieczniejsi? Śmiem wątpić. Z pewnością czują się odseparowani od otoczenia. To niestety tylko umacnia indywidualizm, niszczy poczucie wspólnej odpowiedzialności za otoczenie i utrudnia tworzenia publicznych przestrzeni wspierających kontakty społeczne, ponieważ wspólnoty i spółdzielnie nie chcą słyszeć o „oddawaniu” swoich części terenu do użytku wspólnego.

Jednak, żeby nie tracić nadziei, warto zauważyć i chwalić tendencje odwrotne. I tutaj wróćmy do czasu pandemii. Gdy pierwszy kurz strachu i chaosu informacyjnego opadł, ludzie zaczęli zauważać pewne absurdy – konieczności codziennego dojazdu do biura, na który traci się czas rodzinny, energię i pieniądze, mimo że praca zdalna okazała się być równie efektywna. Ostatecznie to pracodawcy musieli dostosować się do wymogów i oczekiwań pracowników, którzy nie chcą wracać do biur i przeznaczać na pracę z dojazdami dziesięć godzin dziennie, skoro bez nich przeznaczają na nią osiem. Praca zdalna zmieniła dynamikę nie tylko indywidualnych nawyków w codziennym poruszaniu się, ale także funkcjonowania całych miast. Obecnie obserwujemy zmniejszenie ruchu w godzinach szczytu, na ulicach w ciągu dnia pojawiają się ludzie, a nawet duże sklepy spożywcze odnotowują zmianę w godzinach zakupów swoich klientów, którzy pojawiają się w nich w bardziej rozłożonych na cały dzień godzinach, a nie szturmem po siedemnastej. Dostosowywanie się do tej nowej sytuacji widać także w urbanistyce. Największe i najbardziej znane zagłębie biurowe w Polsce, czyli warszawski Mordor, przechodzi właśnie intensywną metamorfozę. Biurowce przekształcane są w mieszkaniówkę, a część z nich jest nawet wyburzana, aby zrobić miejsce na nowe budynki mieszkalne. Znajdująca się w okolicy galeria handlowa pozbywa się sporej części gastronomicznej, ponieważ nie przeżywa ona już tak intensywnego zainteresowania w porze lunchu, jak przed pandemią.

Podobne zjawisko ucywilizowania osiedli widoczne jest wśród inwestorów. Nowe deweloperskie projekty zawierają już części wspólne, w których mieszkańcy mogą spędzać czas, a o ogrodzeniach jako wyznaczniku luksusu nikt już nie wspomina. Mało tego – część z istniejących osiedlowych ogrodzeń jest likwidowana pod naciskiem mieszkańców, którzy w czasie lockdownu dobitnie odczuli brak przestrzeni do spędzania czasu poza własnym mieszkaniem. Obserwuję, nawet na swoim zawodowym poletku, inicjatywy mieszkańców, którzy chcą rozbetonowywania podwórek, skwerów czy placów właśnie po to, by tworzyć z nich zielone i wspólne przestrzenie. Nasza świadomość rośnie, a wraz z nią oczekiwanie od osób kształtujących przestrzeń miejską odejścia od indywidualizmu na rzecz kolektywizmu. Zawierają się kolejne rady osiedli, w spółdzielniach mieszkaniowych następuje wymiana pokoleniowa, a miejskie budżety obywatelskie są pełne projektów w przestrzeni publicznej.

Dzięki pandemii, która pokazała nam wszystkim absurd podziału przestrzeni miejskiej, zgłaszane od dawna przez aktywistów miejskich inicjatywy weszły do mainstreamu debaty publicznej. Coraz bardziej słychać głosy mieszkańców, którzy nie zgadzają się na rozjeżdżanie zieleni, zabudowywanie terenów zielonych czy inwestycje mieszkaniowe bez zabezpieczenia właśnie części wspólnych. Wydaje się, że zbliżamy się do pewnego momentu zwrotnego w debacie o funkcjonowaniu naszych miastach.

Możemy wyobrazić sobie dwa skrajnie różne scenariusze. Pierwszy to ten, w którym władze samorządowe otworzą oczy i zobaczą, że Polska znajduje się w tyle ogona transformacji miejskich, trendów planowania przestrzennego, adaptacji i mitygacji zmian klimatu. Kolejne spływające środki unijne wykorzystane zostaną na mądre projekty renowacji i ochrony przyrody, również tej miejskiej, odbetonowywanie miejskich rynków, skwerów i ulic. Rzeki w końcu otrzymają priorytet ochrony i swoją podmiotowość, a premier Donald Tusk ostatecznie przyzna, że bobry nie są wrogiem numer jeden dla ludzkości.

Drugi to ten, w którym nic się nie zmieni. Decydenci nadal będą utrzymywać patodeweloperkę i widzieć renowację jako połączenie gentryfikacji z karczowaniem każdego znaku dzikiego życia, w polityce mieszkaniowej nic się nie zmieni i nadal karty w niej będą ustawiać inwestorzy wspierani przez kredyty 0 lub 2%, a pozostałe cenne miejskie tereny zielone oddawane będą pod inwestycje. Wtedy być może w końcu przeleje się czara goryczy i nastąpi coś w rodzaju masowego obywatelskiego nieposłuszeństwa. Może przyjmie ono formę protestów, może totalnej roszady w kolejnych wyborach parlamentarnych i samorządowych, być może coraz liczniejszych wyjazdów obywateli z kraju.

Bo miasta mogą być dobrymi miejscami do życia i my już to wiemy. Brakuje nam tylko sprawczości, bo nie determinacji, wpływu, bo nie głosu, i odwagi politycznej samorządowych i rządowych decydentów, by w końcu nasze miasta dorównały innym stolicom europejskim nie tylko w cenie mieszkań, ale także jakości życia.



Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×