W mglisty poranek 17 września 1862 roku unioniści z liczących łącznie 60 tysięcy żołnierzy korpusów zgromadzonych nad rzeką Antietam w Marylandzie rozpoczynają natarcie. Na drugim brzegu oczekuje na nich 40 tysięcy wyczerpanych konfederatów. Wielu z nich nie ma butów, ich stopy są zdarte niemal do kości po tygodniach marszów, w czasie których dieta oparta na niedojrzałej kukurydzy doprowadziła do epidemii dezynterii. Trasę ich wędrówki znaczyły ślady ogryzionych kolb i fekaliów. Wierzą jednak w geniusz generała Roberta Lee, który prowadził ich od zwycięstwa do zwycięstwa nad większą, lepiej zaopatrzoną, ale słabnącą moralnie armią Północy.
Po dwunastu godzinach walk na otwartym terenie i w polach kukurydzy pozostanie ponad trzy tysiące trupów, grzebanych później pośpiesznie w płytkich rowach. Jesienne deszcze odkryją cała, śmiertelny smród zawiśnie nad całą okolicą, zmuszając do ucieczki mieszkańców okolicznych osad. Historycy oszacują liczbę rannych i zaginionych na 20 tysięcy ludzi.
Północ pokonała tamtego dnia Konfederację. Gdy wieść dotarła do Abrahama Lincolna, zebrał gabinet i oświadczył, że przed bitwą, w czasie modlitwy, zawarł z Bogiem przymierze. Jeśli Najwyższy da Unii triumf, prezydent uzna to za wyraz woli boskiej, aby uwolnić Czarnych.
Pięć dni później podpisał Proklamację Emancypacji. „Bóg zdecydował za nas na korzyść niewolników”, stwierdził.
Polityczne mesjanizmy
Lincoln odwołuje się do jednego z dwóch najważniejszych nurtów amerykańskiego mesjanizmu. Po Antietam i przy innych okazjach stwierdza: Bóg wybrał nas, abyśmy stali się wzorem dla innych narodów świata, dążąc do ideałów zapisanych w Deklaracji Niepodległości i Konstytucji. To mesjanizm przykładu.
Dziś sekretarz wojny Pete Hegseth, uzasadniając atak na Iran, cytuje Księgę Psalmów: „Błogosławiony Pan – Opoka moja, On moje ręce zaprawia do walki, moje palce do bitwy. On mocą moją i warownią moją, moją osłoną i moim wybawcą, moją tarczą, której zaufałem”. To drugi nurt: mesjanizm krucjaty. My, naród wybrany, nie ograniczamy się do świecenia przykładem, lecz wyprawiamy się zbrojnie tam, dokąd Pan nas posyła, aby naprawiać świat.
Źródeł obu mesjanistycznych ideologii poszukajmy w kolonii Plymouth założonej przez purytańskich pielgrzymów, którzy w roku 1620 dotarli do brzegów dzisiejszej Nowej Anglii na pokładzie „Mayflower”. Plymouth jest fundamentem amerykańskiej mitologii. Jeden z mitów założycielskich opowiada o wspólnym posiłku białych z Indianami po pierwszych zbiorach w 1621. Wedle powszechnie przyjętej wersji, historia ta dała początek Świętu Dziękczynienia. W rzeczywistości pionierzy z Europy szybko przystąpili do dzieła eksterminacji. Masakra plemienia Pekotów w 1637 roku została przez purytańskich kronikarzy opisana jako „płonący piec”, w którym sprawiedliwy Bóg spalił wrogów wybranego ludu.
Siedem lat wcześniej na pokładzie Arbellii, innego statku wiozącego purytanów do Nowej Anglii, prawnik John Winthrop wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że nowa kolonia ma być jak „Miasto na wzgórzu” (A City upon a Hill), na które patrzą oczy całego świata. Wraz z pierwszą rzezią rdzennych narodów dwa nurty amerykańskiej misji łączą się: żeby zgodnie z wolą Boga zbudować „Miasto na wzgórzu” musimy wyruszyć na krucjatę przeciw „dzikim”.
Kraj wybrany
Na obrazie „Amerykański postęp” Johna Gasta z 1872 roku ucieleśniająca Stany Zjednoczone Kolumbia – piękna kobieta w białej szacie – podąża wraz z osadnikami przez prerię, na zachód. W jednej dłoni dzierży książkę, w drugiej kabel telegraficzny. Płótno daje artystyczny wyraz dominującemu wśród amerykańskiej inteligencji od połowy XIX wieku przekonaniu o boskim przeznaczeniu (Manifest Destiny), jakie wyróżnia ich kraj pośród innych. Stawia ono osadników po stronie dobra, a „dzikich Indian” – po stronie zła, które trzeba wytępić, żeby posiąść ziemię obiecaną. Bywa kwestionowane – choćby przez Lincolna – ale dla wielu jest ideologicznym paliwem w krwawej rozprawie z Indianami, po której kraj zgodnie z zamierzeniem narodowej misji (i wolą Pana) rozciąga się od Atlantyku po Pacyfik.
Na wojnach z rdzennymi narodami kształtuje się amerykański militaryzm. Nowa wojskowa siła pozwala prowadzić krucjatę na całej planecie. Pod koniec XIX wieku pod pretekstem wyzwolenia Kuby spod brutalnych rządów Hiszpanii, USA anektują Filipiny, Guam i Portoryko. Kampaniami często kierują ci sami oficerowie, którzy wcześniej wykańczali Indian na Wielkich Równinach. Prezydent William McKinley przyznaje, że nim podjął decyzję, modlił się, prosząc Boga o radę. Najwyższy odpowiedział mu, że Ameryka nie może oddać wysp Hiszpanii, a Filipińczycy „nie potrafią rządzić się sami”. Ameryce nie pozostało nic innego, jak „wyedukować Filipińczyków, podnieść ich na duchu, ucywilizować”. Liczbę ofiar cywilnych amerykańskiej inwazji z 1899, w wyniku której na Filipinach nadeszły epidemie głodu i cholery szacuje się na 200 tysięcy do miliona.
Terminologia z czasów Manifest Destiny na stałe wchodzi do języka wojskowego. W czasie wojny w Wietnamie Amerykańscy marines obszary kontrolowane przez Wietkong nazywają Indian Country (kraj Indian). Termin ten, oznaczający teren za linią wroga, stosowany jest też w czasie wojen w Afganistanie i Iraku. Uzasadniając te inwazje, George W. Bush nazywa wojnę z terroryzmem „krucjatą”. Obiecuje, że w jej wyniku na całej planecie zapanuje demokracja.
Tak oto łączą się dwie misje Ameryki. „Miasto na wzgórzu” daje przykład całemu światu. Tym razem z pomocą swej potężnej armii.
Święta Konstytucja
Amerykański paradoks: choć to nowoczesne idee Oświecenia dały intelektualne i filozoficzne podwaliny dokumentom założycielskim, wykwitł z nich patriotyzm, który jest religijny. Deklaracja Niepodległości i Konstytucja zyskują rangę narodowego Pisma. Wymiar boski nadany zostaje monumentalnej przyrodzie Zachodu, ziemi odebranej „dzikim”. Stojąc nad brzegiem Wielkiego Kanionu albo w Monument Valley Amerykanin nie przebywa w parku narodowym, ale w świątyni, gdzie oddaje się hołd amerykańskiej wyjątkowości (american exceptionalism).
Wyrzeźbiony z dwudziestu ośmiu bloków białego marmuru, mierzący sześć metrów Abraham Lincoln w swym mauzoleum w Waszyngtonie siedzi na tronie jak Wszechmogący. Choć przez lata deklarował się jako agnostyk i z przemówień kazał doradcom wykreślać słowo „Bóg”, w najważniejszych momentach swej historycznej krucjaty posiłkował się Nim, przekonując, że to On powołuje Amerykę do wielkości.
W XXI wieku wszyscy prezydenci, łącznie z Barackiem Obamą i Joe Bidenem, używają określenia the greatest nation on earth, najwspanialszy naród na ziemi, odwołując się do lincolnowskiej wizji służenia innym narodom za przykład. Obamie, choć uważany jest za przywódcę nowego typu ucieleśniającego wieloetniczną wrażliwość Ameryki, umykają niuanse dotyczące zbrodniczej historii napisanej w imię Boga. Za jego kadencji w największej operacji służb specjalnych ostatnich dziesięcioleci, polowaniu na Osamę bin Ladena, cel zostaje zaszyfrowany jako Geronimo, legendarny wódz Apaczów.
Jedynym prezydentem, który odciął się od mesjanistycznej retoryki był Jimmy Carter. W słynnym przemówieniu o kryzysie zaufania z 1979 roku wezwał Amerykanów do autorefleksji. Zamiast wychwalać potęgę, mówił o moralnej i tożsamościowej słabości amerykańskiej wspólnoty. Rok później przegrał wybory z Ronaldem Reaganem, którego ulubioną figurą retoryczną było „świetliste miasto na wzgórzu”.
Chrystus z karabinem
Niecały rok po zwycięstwie nad Antietam – gdzie to jakoby Bóg, spoglądając ze swej wysokości na cuchnące, usłane trupami pola, uwolnił Afroamerykanów – Północ odparła kolejną ofensywę generała Lee. Bitwa pod Gettysburgiem w Pensylwanii z lipca 1863 roku była jeszcze bardziej krwawa. Kilka miesięcy później, w czasie otwarcia cmentarza żołnierzy w Gettysburgu, Lincoln wygłosił swoje najsłynniejsze przemówienie (choć ledwie dwuminutowe), w którym znów odwołując się do Boga, biblijnym językiem podkreślił wyzwoleńczą misję Ameryki. Poległych żołnierzy obsadził w roli chrystusowej ofiary na rzecz całej ludzkości.
Najbardziej szanowany prezydent w historii USA nie dostrzegł pułapki, jaką zastawił na przyszłe pokolenia Amerykanów. Znosząc niewolnictwo, dowodząc wojną w słusznej sprawie, dokonał jednocześnie sakralizacji przemocy. Wikłając Boga w świecką sprawę obywatelskich wolności, misję przykładu splótł z misją krucjaty.
Dziś, żeby „Miasto na wzgórzu” mogło dalej świecić, zawiera się przymierze z Bogiem, wspina na dach z karabinem snajperskim na ramieniu i strzela do prezydenta. Albo dokonuje rzezi w synagodze. Albo wysyła na nowych „dzikich”” pociski manewrujące typu Tomahawk (nazwane językiem poprzednich „dzikich”, którzy zostali anihilowani).
„On moje ręce zaprawia do walki” – recytuje Psalm sekretarz wojny.
Tomahawk spada na szkołę podstawową dla dziewcząt w mieście Minab w Iranie.
Ponad sto dziewczynek ponosi śmierć na miejscu.

