magazyn lewicy katolickiej

Medyka niczyja

Naczelnik zmiany Straży Granicznej dał nam „biuro”, gdzie możemy się ogrzać, zrobić kawę. Następnego dnia kolejny nas opieprzył, bo nic o tym nie wiedział. Dzień świra. Codziennie trzeba zaczynać od nowa.
Medyka niczyja
Fot.: Agnieszka Rodowicz

Wzdłuż alejki chodzi dinozaur i zaczepia przechodzących. Starsze osoby nawet tego nie zauważają. Dzieciaki piszczą z radości.

Idę od strony pieszego przejścia granicznego w Medyce, by zobaczyć, co widzą ludzie, którzy je przekraczają. Las namiotów, stoiska jak na jarmarku, palimpsesty zapisanych drobnym drukiem ogłoszeń przyczepionych do płotu. Ludzie rozdający pizzę, frytki, kanapki, kawę, herbatę, zupę, przytulanki…

Tylko na niewielu stoiskach jest napisane, że wszystko jest bezpłatne. Większość wolontariuszy to obcokrajowcy: z Kanady, Francji, USA, Brazylii, Izraela. Większość nie zna rosyjskiego ani ukraińskiego. W namiotach, które rozstawili, są za to stosy ubrań, leków, butów, pampersów, a także łóżka polowe i nagrzewnice. Można odpocząć chwilę. Albo i całą noc.

Od granicy idą ludzie z bagażami. Nie ma funkcjonariuszy straży granicznej, pożarnej, Wojsk Obrony Terytorialnej, którzy wcześniej pomagali je nieść. Zniknęły też media. A ludzie wciąż idą. Mniej więcej tylu samo – w drugą stronę. Oni też potrzebują jedzenia na drogę, walizki, bo stara się rozpadła, kaloszy, bo zaczęło lać. A przede wszystkim informacji. Jeszcze bardziej potrzebują ich przyjeżdżający.

Co chwilę ktoś pyta, którędy do Przemyśla, jak się dostać do Warszawy, do Niemiec… Jestem tu po raz piąty od początku wojny i widzę, że „miasteczko”, które samorodnie wykwitło przy granicznym płocie w Medyce, ewoluuje. Wygląda jednak na to, że nadal nikt tu niczego nie koordynuje, nie kontroluje, nie zorganizował choćby najmniejszego punktu informacji. Czasami wolontariusz pokaże, że do autobusu prosto, podwiezie koszem z supermarketu bagaże albo posadzi kogoś na wózek inwalidzki i powiezie do końca alejki, gdzie podjeżdża autobus z napisem: „przewóz uchodźców”. Tam czeka Jana.

Medyka, kwiecień 2022

Stewardessy pokoju

Żółta kurtka, niebieska czapka, błękitne oczy, długi warkocz w kolorze lnu. Jana Shostak jest Białorusinką z polskimi korzeniami. Artystką wizualną.

– Przyjechałam do Polski dwanaście lat temu po lepszą edukację – opowiada.

Na granicy polsko-ukraińskiej jest od ponad stu dni.

– Nocą pierwszego dnia wojny jechałam z moim partnerem zawieźć pomoc humanitarną. Byliśmy w kontakcie z grupą białoruskich aktywistów, którzy wcześniej uciekli do Ukrainy, a teraz chcieli się dostać do Polski.

Dojechaliśmy do tak zwanego punktu pomocy humanitarnej w dawnym Tesco w Przemyślu. Wsiedliśmy w autobus, który kursował między Medyką, Tesco i dworcem PKP. W pierwszą stronę jechaliśmy z kilkoma ochotnikami na wojnę, z powrotem – z uciekinierami z Ukrainy. W tym z „naszymi” Białorusinami. Tłumaczyłam im po drodze, jak możemy pomóc.

Następnego dnia zadzwonił do Jany Jakub Wygnański z Funduszu Obywatelskiego. Opowiedziała mu, że ludzie na granicy nie dostają podstawowych informacji. Że kiedy są w autobusie do Przemyśla, zaczynają słuchać. Że trzeba im wtedy te informacje przekazać. Na co on: „A to takimi stewardessami pokoju chcecie być?”. Jana na to: „No tak. Super nazwa”.

System

– Przez pierwsze tygodnie nie było czasu, by zrobić zdjęcia i pokazać, co tu się dzieje. Czy pogadać dłużej z ludźmi. Jechało tak dużo autobusów, że ledwo zdążaliśmy do nich wejść i przekazać informacje – wspomina.

Ogłosiła w internecie, że szuka wolontariuszy. Z Gdańska przyjechała Lesia, Białorusinka, która pomogła ściągnąć kolejne osoby na wolontariat.

Nocą było zimno, ludzie w długich kolejkach czekali na transport. Lesia wyszukiwała wśród nich najbardziej potrzebujących pomocy. Na przykład kobietę, która stała bez spodni, bo puściła mocz. Nie wiedziała, że pięć metrów dalej jest góra ubrań do wzięcia. Starszego pana, który poszedł na wojnę jako ochotnik. Odesłano go do domu. Nie mógł do niego wrócić, bo czekali już tam na niego separatyści. Przyjechał do Polski bez niczego. Czy zagubioną osiemdziesięcioletnią babulę, która chciała dojechać do Gdańska, gdzie mieszka syn.

– Takie pojedyncze osoby, którym staraliśmy się i nadal staramy pomóc bardziej – mówi Jana. – Każdy z nas robi tu wszystko: wita, uspokaja, aktywuje karty sim, szuka dla ludzi noclegu. Dajemy też ulotki z numerem infolinii, którą stworzyliśmy, bo państwowa nie działa. Jest wiecznie zatkana, nikt jej nie odbiera, nie oddzwania.

Przez pierwsze cztery doby Jana w ogóle nie spała.

Pytam ją, jak reagowali na nich uchodźcy. Jana nie lubi tego słowa. Parę lat temu przekonywała, by ludzi szukających w Polsce ochrony nazywać nowakami i nowaczkami.

– Kilka osób spytało, czemu mówimy po rosyjsku. Ale większość się cieszy, że coś rozumie. Zresztą część Ukraińców jest rosyjskojęzyczna… – zaczyna wyjaśniać Jana i nie kończy, bo musi odebrać telefon. Co chwilę ktoś do niej dzwoni albo ona do kogoś, by sprawdzić, czy tego dnia jadą pociągi specjalne, ile jest miejsc w Tesco. Żeby uzyskać tę ostatnią informację od koordynatorki, rozmawia z nią prawie dziesięć minut.

Dzień świra

– Wszystko zaczyna się od braku zrozumienia potrzeb. Nowakowie i nowaczki, którzy przekraczają granicę, mówią, że czują się głupio, że tu taki festyn – opowiada Jana. – Ta niekończąca się żyła dóbr jest super, ale nie ma w niej tego, czego oni najbardziej potrzebują: informacji.

Nie ma tu nikogo, kto by ich witał. Służby, jak ktoś o coś pyta, odpowiadają powoli, ale po polsku. Ludzie nie rozumieją, wpadają w panikę, musimy ich uspokajać. Jedna zmiana funkcjonariuszy nie przekazuje drugiej, że jesteśmy grupą tłumaczy, na granicy 24/7 i jeśli ktoś o coś pyta, można wskazać na nas. Albo na wydrukowaną przez nas tablicę z odpowiedziami na najczęstsze pytania: „Dokąd ten autobus? Czy jest za darmo? Ile trwa podróż?”.

Przerywamy rozmowę, bo Jana sprawdza, czy wezwano karetkę do kobiety z rozbitą głową, dokąd pojedzie czekający w Medyce autobus…

– Robota głupiego, na okrągło pytanie o to samo, bo to się wciąż zmienia.

Nikt nie informuje ludzi, że mogą przenocować w szkole w Medyce, nie ma transportu. Kiedy zbliża się noc, forsujemy, by zawozili tam ludzi. Słyszymy, że autobus nie może tam pojechać. Szukamy więc wolontariuszy, by zawieźli kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt najbardziej zmęczonych osób. To my wypełniamy tę szkołę, inaczej stałaby pusta. Wczoraj w nocy Tesco było przepełnione, poczekalnia PKP w Przemyślu też, a przyjechało dużo ludzi z Mariupola. Próbowaliśmy przekonać służby, by zawiozły ich do szkoły w Medyce, gdzie było jeszcze dwieście wolnych miejsc. Jesteśmy już bardzo zmęczeni tym dłubaniem. Żeby się dowiedzieć, czy danego dnia odchodzą pociągi specjalne, trzeba zadzwonić pięć, siedem, dziewięć razy do PKP w Przemyślu. Jeśli nie uda się dodzwonić, wysyłamy wolontariuszy, by się dowiedzieli.

Naczelnik zmiany Straży Granicznej dał nam „biuro” w zakładzie obsługi SG, gdzie możemy się ogrzać, zrobić kawę. Następnego dnia kolejny nas opieprzył, bo nic o tym nie wiedział. Dzień świra. Codziennie trzeba zaczynać od nowa.

Od dawna próbuję się dowiedzieć od koordynatorki z Tesco, do jakich krajów jeżdżą stamtąd autobusy, co oferują ich rządy, co lokalne NGO-sy, by mówić o tym ludziom już w Medyce. Na granicy jest podział na tych, których ktoś zabiera, oraz tych, którzy nie mają nikogo. Część osób nie ma planu, co dalej. Pytam: „Dokąd potrzeba? Do Paryża. Dlaczego? Bo o Paryżu słyszałam”. Można taką osobę namówić, by pojechała do Szwecji, kiedy bus do Malmö czeka obok. Tylko do tego trzeba języka i psychologicznych umiejętności. Powinny tu pracować kompetentne osoby.

Powtarzam wciąż koordynatorce: „Byłoby nam łatwiej, gdybyśmy znali możliwości. Są u was osoby, które to wiedzą. Trzeba te informacje zebrać, przetworzyć, opisać w prostym języku”. I nic. Więc sami dzwonimy i badamy sprawę. Póki co ustaliliśmy, że Włochy dają 300 euro przez trzy miesiące i pomoc medyczną, a w miarę w możliwości także mieszkanie.

– Halo? – odbiera telefon Jana. – Powiedz im, żeby podjechali do Medyki. Spróbuj ich namówić, skoro mają wolne miejsca.

– No i właśnie – tłumaczy. – Niezapełnione autobusy ruszają do Hiszpanii i Niemiec, bo Tesco zamyka się na dezynfekcję. Szkoda niewykorzystanych miejsc, ale nie ma nikogo, kto by o nich informował. Wczoraj pojechało do Finlandii osiemnaście osób, a było pięćdziesiąt wolnych miejsc. Na dworcu w Przemyślu wisi dużo ogłoszeń o transporcie i lokum za granicą. Próbujemy je weryfikować, dzwonimy, dopytujemy.

Tesco jest wiecznie przepełnione, inne noclegownie w Przemyślu zamknięto, do tej w Medyce nie kierują ludzi. A prezydent miasta opowiada: „Jest mniej osób na granicy, wszystko OK”. A poza tym: „My jesteśmy w Przemyślu, za Medykę nie odpowiadamy”. Te granice dzielenia odpowiedzialności nie pomagają.

Wcześniej WOT, straż pożarna i wojsko pomagało pakować bagaże do autobusów. Często było 5-8 funkcjonariuszy jednocześnie. Niepotrzebnie. Jedni byli dla nas bardzo niemili, inni rozumieli, co robimy. Niektórzy żartowali, że słowo boże głosimy. Od połowy kwietnia nie ma wcale WOT-u ani wojska, strażaków jest niewielu, policja wpada od czasu do czasu. I ludzie, szczególnie w nocy, zaczynają się pchać do autobusów. Chyba tak to działa, kiedy nie ma osób w uniformach.

Svieta na przejściu granicznym w Medyce, kwiecień 2022

Sprawdzeni ludzie i pieniądze

– Nikt nie kontroluje osób, które kręcą się w Medyce, nie ma bazy sprawdzonych, mówiących po rosyjsku i ukraińsku wolontariuszy – ciągnie Jana. – My jesteśmy takimi osobami.

W sumie przez ich pokład przewinęło się już 29 stewardess i stewardów.

Sasza z teatru lalek w Grodnie. Artiom – reżyser filmowy z Wilna. Sława, Rosjanin z USA. Aleksa po torturach rok temu uciekła z Białorusi do Polski.

– Był też Jegor, który cały czas się łudzi, że wróci do Białorusi. Krzyś spod Krakowa, eksporter kawy „Inki”, przywiózł nam kasę, zebraną od znajomych i wypełnił kuchnię jedzeniem – wymienia dalej Jana.

– Na początku umawialiśmy się, że albo nikt nie dostaje pieniędzy, albo wszyscy po równo. Była wśród nas grupa ludzi, która może sobie pozwolić na wolontariat – opowiada Jana. – Ale jest też Żenia, którego zabraliśmy pierwszej nocy z granicy. Wcześniej uciekł z Białorusi do Ukrainy. Nic tu nie ma. Podobnie jak Karolina i Andriej, którzy w trakcie protestów w Białorusi trafili do więzienia. Uciekli przed procesem do Ukrainy. Kiedy wybuchła wojna, do Polski. Ich konto ze wszystkimi pieniędzmi zostało zablokowane.

Nie mieliśmy kasy dla wszystkich. Zdecydowaliśmy, że najpierw dostaną ją osoby, które uciekały podwójnie albo pojedynczo. Staram się im płacić minimalne diety – 100 złotych za dzień.

Jana żyje ze stypendium dla naukowców, które przyznano jej na pisanie doktoratu. Pieniądze dostała w lipcu 2020 roku. W sierpniu wybuchła w Białorusi rewolucja. Mogła sobie pozwolić na działania na pograniczu sztuki i aktywizmu. W tym roku dostała za nie paszport Polityki i nominację na Superbohaterkę „Wysokich Obcasów”.

– Ale to już trwa zbyt długo, by działać wolontariacko. Próbowałam namówić Polską Akcję Humanitarną, by weszła we współpracę z nami, ale między słowami zakomunikowali, że jesteśmy zbyt małą grupą. Mówiłam w Polskim Czerwonym Krzyżu, że działamy, jesteśmy skuteczni i otwarci na współpracę. PCK na to: „Tak, tak…”, ale nic nie dochodzi do skutku. Nie tracę nadziei, że w końcu się uda.

Baza

Najpierw mieszkali po znajomych. A to w Rzeszowie, a to pod Przemyślem.

W końcu Fundusz Obywatelski dał im pieniądze na wynajęcie mieszkania. Trzy pokoje w starej kamienicy, w których mieszka kilka-kilkanaście osób. Jana dziś siedzi w ich „bazie”, kilka przecznic od dworca PKP w Przemyślu i pisze regulamin-instrukcję dla nowych wolontariuszy.

– Wcześniej był transport z Medyki do Przemyśla organizowany przez policję, straż pożarną i wojewodę. Od 1 kwietnia zostały tylko autobusy urzędu miasta. Ale robią sobie przerwę między 22 a 4 rano. Wczoraj w nocy padał deszcz. Namioty-ogrzewacze w Medyce były przepełnione. Tesco też – opowiada Jana. – Ludzie mokli na dworze. Zamęczyliśmy policjantów i udało się uruchomić dwa autobusy, które pojechały na dworzec. Chociaż cieplej niż na ulicy. Czasem znajoma zmiana policji kogoś podwiezie, kiedy indziej uda się namówić strażaków, by zawieźli ludzi na nocleg. Ale to raczej wyjątek niż reguła. Nie ma osób, które by tym zarządzały.

– Na dworcu w Przemyślu jest punkt z tabliczką Centrum Zarządzania Kryzysowego. Rozdają tam kanapki i pączki – zauważam.

– Pewnie od wolontariuszy – kwituje Jana. – Spróbuj znaleźć jakieś jedzenie od państwa. Zajęło nam sporo czasu, zanim udało się dogadać, że możemy dzwonić do Tesco, by ustalić, czy i ile mają miejsc. Nie udało nam się przekonać, by autokary w drodze z Medyki na dworzec PKP jechały przez Tesco. A uważamy, że lepiej wysyłać ludzi od razu do różnych krajów w Europie.

– Wątpisz w polskie społeczeństwo?

– Nie. Ale niech zajmuje się tymi, którzy już tu są. Kiedy pytam ludzi, czemu wracają do Ukrainy, mówią: „Pobyłam tu miesiąc, nie mam gdzie dziecka zostawić, nie mam pracy i muszę zapłacić za pokój 400 dolarów”.

Czasami są wolontariusze rosyjskojęzyczni. Ale przychodzą i odchodzą. Nie ma systemowego zarządzania nimi, przekazywania wiedzy. Gdyby były pieniądze, moglibyśmy zrekrutować ludzi do pracy, przeszkolić ich, wynagrodzić. Póki co sztukujemy: coś dał Fundusz Obywatelski, białoruska programistka z USA zebrała pieniądze po znajomych. A od 8 marca przeszło przez nasz „lotny punkt” w Medyce ponad 90 tysięcy osób. Do tych, którzy jadą samochodami i autobusami, nie docieramy, choć fajnie by było. Chcielibyśmy też przenieść to, co robimy, na inne przejścia. W Hrebennem pytałam, jak tam z informacją. Powiedzieli, że jest. Pojechałam, okazało się, że rozdają ulotki z numerem niedziałającej rządowej infolinii i adresami punktów recepcyjnych, które już nie istnieją.

Wpadają Karolina z Andrejem. Przynoszą pizzę. – Dary z nieba – komentuje Jana.

Karolina ma dwadzieścia sześć lat. Pracowała w Białorusi jako weterynarz, była aktywistką w różnych organizacjach. Kiedy wylądowała w areszcie na piętnaście dni, stwierdziła, że trzeba wyjeżdżać. Uciekli z Andriejem do Ukrainy w marcu zeszłego roku.

– 24 lutego, jak tylko usłyszałam syreny, pomyślałam, że trzeba uciekać, bo się tam w czasie wojny nie utrzymamy. Sklepy zamknięte, kantory też, a te otwarte dawały kurs, jaki tylko chciały – opowiada.

Przed polską granicą stali w korkach trzy dni.

– Nie było jak spać, odetchnąć. Jechałam na środkach uspokajających, dzięki czemu jakoś przetrwałam ataki paniki – przyznaje Karolina.

Dojechali nocą 1 marca swoim busem. Andriej wozi nim teraz materiały na kamizelki kuloodporne i inną pomoc do Ukrainy. Od połowy marca pracują z Janą w Medyce. Pytam ich o dalsze plany.

– Plany? Jutro zaczynam zmianę o godzinie 12. Wcześniej pójdę do kościoła. I tyle. Kiedy uciekliśmy z Białorusi, jeszcze coś planowałam. Po wyjeździe z Kijowa przestałam. Bo nic nie wiadomo.

Psycholożka nosi bagaże

Tatiana ma pięćdziesiąt lat i pokasłuje. Zanim wyjechała z Ukrainy, przeszła covid.

– Mama pochodzi z Doniecka, ja urodziłam się i mieszkałam w Kijowie. Całe życie mówiłam po rosyjsku, ale kocham Ukrainę i nie chcę żadnej Rosji, Putina – opowiada. – U nas jest korupcja, ale to wolny kraj. Nikt cię nie posadzi za to, co powiesz. Musimy jakoś przetrwać i będzie normalnie. W Rosji nie.

Tatiana zwlekała z wyjazdem. Wierzyła, że wojna skończy się za tydzień, dziesięć dni. Zebrała się dopiero, gdy przyszła wiosna. Na polskiej granicy była 25 marca.

– W autobusie zwróciłam uwagę na Janę, kiedy przekazywała informacje. Bardzo mi się to spodobało, zapamiętałam ją – wspomina.

Z granicy pojechała na nocleg do Tesco. Zobaczyła ogłoszenie, że szukają psychologa. Zgłosiła się, bo jest psycholożką. Zaproponowali wolontariat.

– Psycholog to przede wszystkim język. No i podejście. Ludzie potrzebują, by im przekazać informacje, pomóc przenieść bagaże, zaprowadzić do wolontariusza. A potem przetłumaczyć z „naszego na nasze”. Bo niektórzy wolontariusze mieszkają za granicą od lat, a tu przyjeżdża ciocia, która nigdy z Mariupola nie wyjeżdżała. On jej coś mówi, ona nie rozumie. Nie wystarczy powiedzieć: „Jestem psycholożką” i siąść na krześle.

Kiedy widzę, że kobieta zanosi się płaczem, podchodzę. Pytam, o co chodzi. Siedzi już tydzień w Tesco z córką, nie wie, co robić. Zaprowadziłam ją do wolontariuszy, wytłumaczyłam, o co chodzi. Znaleźli im transport i mieszkanie w Niemczech. Po dwudziestu minutach wyjechały. Nie chodzi o to, by mówić: „Uspokój się”. Trzeba rozwiązać problem, a człowiek sam się uspokoi. Nie ma co czekać, aż przyjdą ludzie z PTSD. Takich osób jest może 1%. Reszta potrzebuje pomocy w danej sytuacji. A do tego trzeba znać język, zwyczaje i być gotowym robić wszystko – mówi Tatiana i dodaje, że Tesco jest bardzo potrzebne. – Chcieli je zamknąć. Nie można na to pozwolić. Ludzie wciąż uciekają.

W międzyczasie uznała, że pojedzie do Anglii. Złożyła wniosek o wizę.

W Tesco poznała Kolę, Białorusina i psychologa, który pracował jako wolontariusz. Zaprzyjaźnili się, poznał ją z Janą. Tydzień popracowała w Tesco, teraz pracuje z nią w Medyce.

– Nie ma tam żadnego systemu – mówi Tatiana. – Ja sobie poradziłam, bo podejdę do każdego, będę się dopytywać, domagać. Ale są ludzie, którzy tego nie zrobią. Nie mają paszportu, nigdy nie wyjeżdżali. Zadają po dziesięć razy to samo pytanie. Wyjaśniam, nie rozumieją. Kto ma siłę, rozeznanie, energię, znajdzie sobie nocleg, transport. Jeśli nie, to nie. Dlatego dużo ludzi wraca.

– Czemu ty nie chcesz zostać w Polsce?

– Nie mam pieniędzy, żeby wynająć mieszkanie. W Anglii będę mieszkać u rodziny, która być może pomoże mi też znaleźć pracę.

– W Polsce też można zamieszkać u rodziny – zauważam.

– Nie wiem, gdzie jej szukać. Nikt w tym pomaga. Polacy tylko informują, dokąd jechać. Może to i dobrze. Od początku słyszałam, że Polska jest przepełniona.

Obudził się Żenia, który od kilku dni choruje. Ma trzydzieści jeden lat i jest aktywistą LGBT.

– W Białorusi ludzie boją się przyznawać do orientacji. Państwo stara się wykazać, że wszystkie osoby LGBT to głąby, narkomani i prostytutki – opowiada Żenia. – Uciekłem do Ukrainy, teraz do Polski.

Tam pracował jako budowlaniec, tu zrozumiał, że chce robić coś bardziej twórczego. Zajął się kucharstwem.

– Czemu w takim razie ja gotuję? – wtrąca żartem Tatiana.

Wstały Svieta i Tania. Wrócił ze zmiany Sasza. W kuchni zrobiło się tłoczno i gwarno. Rozmowy, dyskusje, co zawrzeć w nowych ulotkach, toczą się do nocy.

Medyka, kwiecień 2022

Żeby się nie znieczulić

Miałam spytać Janę, czy oni mają pomoc psychologiczną. Ale wczoraj było już późno, wszyscy siedzieli przy stole, razem jedli, żartowali, śmiali się. Teraz, po nocnej zmianie na granicy, Tania płacze. Tatiana zamyka się z nią w jednym z pokoi. Więc pytam Janę, czy ktoś im psychologicznie pomaga.

– Mamy wśród nas psychologów – śmieje się. – Przez to, że ja powypalałam się już kilka razy, wiem, co robić, by do tego nie dopuścić. Albo się zupełnie nie znieczulić. Byłam na rozdaniu nagród „Wysokich Obcasów”. Pojechałam tam z Karoliną i Andrejem, żeby opowiedzieć o tym, co tu się dzieje. Co robimy. Przyjechałam tak, jak stałam: z nieumytą głową, w naszym „uniformie”. Może jedną potencjalną partnerkę zdobyliśmy. Niedawno zadzwonił do nas człowiek z Budomierza. Kiedyś urządzał tam festiwal Folkowisko, a teraz organizuje pomoc humanitarną. Będą to, co mówimy w autobusach po polskiej stronie, przekazywać po ukraińskiej.

A co partner Jany na to, że robi to od dwóch miesięcy?

Jana dzwoni do Jakuba: „Cześć kochanie. Dziennikarka pyta, co ty na to, że tu mieszkam”. „Wolałbym cię tutaj, ale co zrobię? Lubisz mieszkać w kołchozie. Wybacz, że z tobą cały czas tam nie jestem, ale dla mnie to już trochę nie do wytrzymania”.

Obraz działa, opozycja nie

– Obawiam się, że ta wojna będzie się toczyła gdzieś obok nas. Już tak jest. Jako artystka wizualna wiem, że działa obraz. Stąd pomysł na nasze uniformy. To był pretekst, by przypomnieć o Ukrainie, o sytuacji na granicy, kiedy już wszystkim znudziło się filmowanie kolejek.

„Kubraczki” uszył Risk made in Warsaw. Na długich do ziemi fartuchach są biało-niebieskie mapy świata, na których nie ma granic, i niebiesko-żółte lamówki. Na froncie napisy po rosyjsku i angielsku: „Informacja”.

– Uważam, że to też sposób, by pokazać, kto tu pomaga. Jak przyjeżdża furgonetka z frytkami z Holandii, stawia flagę holenderską. Dlatego mamy przy naszym stanowisku polską, ukraińską i białoruską – tłumaczy Jana. – Sugerowałam Żeni, by wieszać też tęczową flagę, by zaznaczać jego obecność. Bo to pomaga w budowaniu narracji o osobach LGBT. A wojna to taki czas, trzęsienie ziemi, że warto to wszystko podkreślać.

Każdy na tym korzysta. W Medyce jest też namiot Marszu Niepodległości, wolontariusze noszą kamizelki z napisem „Straż Narodowa”. Przy przejściu stoją też namioty dużych, międzynarodowych organizacji: IOM-u, UNICEF-u.

– Pewnej nocy lało – opowiada Jana. – Ludzie czekający na autobus mokli. Poszłam sprawdzić, co w tych namiotach oferują. Nie było nic i nikogo. Mogłyby chociaż służyć do tego, by ludzie chowali się tam przed deszczem.

Przerażające jest też dla mnie to, że opozycja nic nie robi w kwestiach migracji. Nie ma ludzi, którzy mieliby odwagę mówić: „Brakuje tego i tego, mamy takie rozwiązania”. Rząd je odrzuci? Pewnie tak, ale ten brak działania wzmacnia PiS. W efekcie braku systemowych rozwiązań część ludzi wraca do Ukrainy. Jedni dlatego, że zostawili umierającą matkę albo syna, męża czy zięcia, których za niedługo zabiorą do wojska. Chcą być razem. Ale są też osoby, za które odpowiedzialny jest polski rząd. Mój poranek zaczął się od telefonu Ukrainki, którą poznałam na granicy. Kobieta z dwójką dzieci i jej mama, pani sześćdziesiąt lat. Oszukali je w Polsce, nie zapłacili za pracę. Chcą jechać do Białorusi, bo tam znajoma zaoferowała im mieszkanie i pomoc w szukaniu pracy.

Staramy się pomagać ludziom, którzy wyjeżdżają, ale nie mamy odpowiednich kompetencji. Potrzebni są psychologowie, którzy by ich namówili, żeby zostali. Ale do tego trzeba by mieć konkretne informacje, ofertę. Osoby, które się Polsce nie odnalazły, rzadko o tym mówią. Bo musiałyby przyznać, że tu nie jest tak dobrze, jak się wydawało i poprosić o pomoc. A to trudne.

Jana Shostak, Karilina i Andriiej z Białorusi

Ludzie nie wytrzymują

Bezpłatny autobus, który jedzie z Medyki pod dworzec, wraca na granicę pusty. Mógłby zabrać ludzi, którzy wracają do Ukrainy. Ale nikt na to nie wpadł. Nie ma też informacji, skąd odjeżdżają autobusy i busy do Medyki. Miejskie i prywatne. Wracający szukają ich, plącząc się między dworcem PKP i PKS.

Obserwuję to, siedząc w prywatnym busie do Medyki. W końcu szczelnie wypakowany rusza. Mieszkańcy Przemyśla już się do niego nie mieszczą. Koło mnie siadła młoda kobieta. Ela jest z Kijowa. Kiedy wybuchła wojna, pojechała do Lwowa. Pytam, czy wie, dlaczego ludzie wracają.

– Chyba dlatego, że chcą być w domu, z rodziną. Polska jest przeładowana. Wcześniej niełatwo było obcokrajowcowi znaleźć porządną posadę, teraz jeszcze trudniej. Więc część wraca, bo nie może znaleźć pracy, mieszkania, szczególnie jeśli nie znają innych języków niż ukraiński i rosyjski – tłumaczy.

W Medyce są dziś na dyżurze Swieta i Tania. Poznały się w drodze do Polski.

– Nie wiem, co by było, gdybym była sama. Na granicy tylko płakałam – wspomina Tania. Nie chce więcej powiedzieć. Jej syn, także uchodźca z Białorusi, jest w Ukrainie i walczy.

– Ja i jeden chłopak nie mieliśmy paszportów. Zostały w Kijowie, gdzie składaliśmy wnioski o ochronę jako działacze polityczni – opowiada Swieta. – W końcu puścili nas bez dokumentów. Wolontariusze, z którymi wcześniej byliśmy umówieni, zawieźli nas do Warszawy. Potem wróciłam tu z Tanią pomagać. Bo pamiętamy, jak same przeszłyśmy granicę. Byłyśmy umówione z ludźmi, którzy mieli nam pomóc, a i tak nie wiedziałyśmy, co będzie dalej. To, że możemy tu ludzi na samym początku uspokoić, wesprzeć, jest bardzo ważne.

Swieta wsiada do autobusu, który zapełnił się uchodźcami. Przedstawia się, tłumaczy, że autobus pojedzie na dworzec kolejowy w Przemyślu, ostrzega, by pieniądze i dokumenty trzymać przy sobie, nie wsiadać do samochodów osób, które nie mają na ręce zielonej opaski. Oznacza ona, że kierowca jest zgłoszony w systemie. Oraz, żeby wysłać dane kierowcy bliskim.

„Na dworcu jest też punkt z ciepłym jedzeniem World Kitchen. Podchodźcie, częstujcie się. Głodny nikt nie odejdzie. Jeśli macie pociąg za parę godzin, pytajcie wolontariuszy, gdzie możecie poczekać. Jeśli na dworcu dotrze do was, że nie wiecie dokąd jechać, możecie udać się do centrum dla bieżeńców, które nazywa się Tesco. Stamtąd wyjeżdżają autobusy do różnych krajów Europy”.

Po południu przyjeżdża na zmianę Jana. Do kolejnego autobusu ustawiła się już długa kolejka. Jana rozmawia z każdą osobą, która w niej stoi, pyta, dokąd jedzie, jakich informacji potrzebuje.

W pewnym momencie strażak przyprowadza do Jany młodego mężczyznę. Wiezie na wózku inwalidzkim niepełnosprawnego ojca. Młodszy jest głuchoniemy. Jana wyciąga kartkę, długopis i pisze pytania. Dowiaduje się, że mężczyźni nie mają tu nikogo, starszy jest bardzo słaby, potrzebuje odpocząć. Dziś autobusy z Medyki do Tesco nie jeżdżą. „Podobno nie ma tam miejsc” – wyjaśnia kierowca.

– Gówno prawda – rzuca Jana i dzwoni do koordynatorki. Spokojnie tłumaczy. Kobieta po drugiej stronie najwyraźniej nadal nie rozumie, bo Jana zaczyna krzyczeć do słuchawki: „Jest tu osoba niepełnosprawna na wózku i ona nie przeżyje kolejnej przesiadki!”.

Słyszę, jak kierowca mówi do strażaka: – Dla mnie to nie problem tam podjechać. Strażak: – Zaraz do Tesco zadzwonię, bo oni tam w chuja grają.

Jana kończy rozmowę i zwraca się do kierowcy: „Ok, załatwiłam. Pojedzie pan do Tesco”. Po czym bierze do ręki mikrofon, głośnik pod pachę i wsiada do autobusu. Tłumaczy, dokąd pojadą dziś pociągi z dworca w Przemyślu, gdzie można dostać polską kartę sim, że trzeba ją zarejestrować.

– Rozdam wam teraz ulotki z numerem naszej infolinii – daje żółte karteczki z napisem: „Bezpłatna białoruska ręka pomocy Ukrainie”.

– Ja Białorusinka. Białoruś to nie Łukaszenka. Białorusini też walczą w Ukrainie, byśmy mogli kiedyś, w wolnym kraju, spotkać się na herbacie.

Pasażerowie kiwają głowami, niektórzy ocierają łzy.

„Russkij wojennyj korablj… – krzyczy Jana, a pasażerowie dołączają: – …idi na chuj!” I w śmiech.

– Dobrze, że wywołujemy emocje. Dzięki temu ludzie mają kilka sekund normalności – uważa Jana. – Chcemy tu być, dopóki będziemy potrzebni. Głupio myśleć: „Fala już przeszła”. Ludzie cały czas idą.

21 maja z Ukrainy do Polski wjechały 23 tysiące osób.

Wszystko pod wojewodą

Próbuję się dowiedzieć, jak sytuację w Medyce, Tesco i na dworcu PKP w Przemyślu widzą osoby za to odpowiedzialne. Najpierw pytam w okienku w hali głównej dworca. Wisi tam kartka: „Centrum Zarządzania Kryzysowego, Urząd Miejski w Przemyślu”. Czym się zajmuje?

– Rozdajemy jedzenie, które dostarcza miasto i mieszkańcy Przemyśla, oraz darczyńcy zza granicy… – tłumaczy kobieta w kamizelce „Wolontariusz – UM”.

Poza tym w punkcie można dostać leki, a w okienku obok dowiedzieć się, czy jedzie pociąg specjalny. Informacji udziela strażnik ochrony kolei, ale na pytanie, na jakich stacjach w Niemczech pociąg się zatrzymuje, nie umie odpowiedzieć. Pyta osób, które siedzą za jego plecami i nie robią nic. Nie wiedzą. – Gdzieś tu była to rozpiska. Ale gdzie? – zastanawiają się.

Dzwonię do Miejskiego Biura Zarządzania Kryzysowego i Ochrony Ludności w Przemyślu. Kierowniczka odsyła mnie do służb województwa, bo punktem recepcyjnym i organizacją tego, co się dzieje w Medyce oraz transportem, zajmuje się wojewoda. Pytam o miejskie autobusy, które kursują z Medyki do Przemyśla i z powrotem. „Ale pani się dodzwoniła do starostwa powiatowego. My zajmujemy się pomocą uchodźcom na Ukrainie i realizujemy zadania zlecone przez wojewodę podkarpackiego” – słyszę. – To może coś mi pani o tym powie, skoro je realizujecie? – pytam. „Proszę ze starostą, wice-starostą albo do prezydenta miasta Przemyśla”.

Znajduję kolejny numer, tym razem do Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Przemyślu. „Zarządzanie Kryzysowe, słucham? Ze mną porozmawiać? Raczej nie, z tego względu, że nas na granicy nie ma. Cały czas obsługiwaliśmy wszystko z budynku, zdalnie. Trzeba by z osobami, które tam bywają. Kto bywa? Trzeba by dzwonić do… Pani porozmawia z naczelnikiem”.

Naczelnik odsyła mnie do osób upoważnionych do kontaktów z mediami. A poza tym wyjaśnia, że to nie rejon działania miasta, trzeba się kontaktować z urzędem w Medyce. Próbuję jeszcze dowiedzieć się, czym zajmuje się wydział. Naczelnik z ociąganiem wyjaśnia, że ewidencją ludności, wydawaniem dowodów osobistych i kwestiami związanymi z zarządzaniem kryzysowym.

– To może wie pan coś w sprawie kursowania autobusów z uchodźcami między Medyką a dworcem w Przemyślu? – pytam. „To do wojewody”.

Osoby odpowiedzialne za kontakty z mediami w Urzędzie Miasta Przemyśl telefonów nie odbierają.

W Medyce proszę o rozmowę z kimś odpowiedzialnym za organizację pomocy przy przejściu granicznym. Łączą mnie z urzędniczką z wydziału ludności. Sugeruje, bym kontaktowała się zarządzaniem kryzysowym w Rzeszowie. Bo oni zajmują się tylko punktem w Hali Sportowej w Medyce. Twierdzi, że ludzie są tam kierowani z granicy przez wyznaczone osoby od wojewody. Że jest zapewniony transport. Kiedy dopytuję, jak go znaleźć, denerwuje się: „Jeśli ma pani takie pytania, proszę napisać maila i odpowiemy. Ewentualnie proszę o kontakt z wojewodą”.

Rzecznik wojewody podkarpackiego Michał Mikołajczyk prosi, by wysłać pytania mailem.

Odpisuje, że punkt w Tesco prowadzony jest przez samorząd w Przemyślu i transport do tego miejsca koordynowany jest przez miasto. Wojewoda wydała polecenie organizacji transportu z granicy państwa do punktu recepcyjnego na dworcu PKP. Trasę tę pokonują autokary samorządu miejskiego w Przemyślu. Częstotliwość i harmonogram odjazdów realizowany jest adekwatnie do natężenia ruchu migracyjnego.

Służby współpracujące z wojewodą, czyli WOT, Straż Pożarna, wojsko, Policja zabezpieczają potrzeby uchodźców na terenie przejść granicznych, realizują transport i świadczą pomoc w punktach recepcyjnych w zakresie m.in. aprowizacji, możliwości odpoczynku, zabezpieczenia medycznego i wsparcia psychologicznego. Szczególną rolę odgrywa policja, która weryfikuje wolontariuszy i organizacje wolontariackie, dbając o każdy aspekt bezpieczeństwa osób uciekających przed wojną. Uchodźcy otrzymują na granicy ulotki w języku ukraińskim, rosyjskim i angielskim, które zawierają m.in. adresy punktów recepcyjnych. Na przejściach z funkcjonariuszami Straży Granicznej współpracują żołnierze WOT, którzy również takich informacji udzielają. Koordynatorzy wyznaczeni przez wojewodę, pracują tylko w punktach recepcyjnych na terenie województwa, ale wszelkie informacje udzielane są zaraz po przekroczeniu granicy. Każda osoba, która chce korzystać z pomocy polskiego państwa, na terenie przejścia otrzymuje ulotki informacyjne i możliwość transportu do punktów recepcyjnych. Autobusy w ruchu wahadłowym pomiędzy przejściem a punktami recepcyjnymi posiadają odpowiednie oznaczenie i poruszają się jedynie na tak zaplanowanej trasie.

Wojewoda uważa też, że współpraca pomiędzy administracją rządową, służbami, samorządami i wolontariuszami układa się bardzo dobrze, a do prawidłowego funkcjonowania tego systemu zapewniona została odpowiednia liczba osób. Zaangażowanie służb oraz wolontariuszy jest monitorowane, raporty spływają do Podkarpackiego Urzędu Wojewódzkiego. Dzięki temu, gdyby wystąpiła taka konieczność, urząd ma możliwość szybkiego wzmocnienia kadrowego konkretnych lokalizacji. Jednak według wojewody ruch migracyjny spowodowany wojną osłabł znacząco. „Jeszcze kilka tygodni temu do Polski – korzystając z podkarpackich przejść – wjeżdżało blisko 80 tys. osób dziennie, dziś te liczby wynoszą maksymalnie kilkanaście tysięcy. To m.in. wolontariusze, dziennikarze i Ukraińcy robiący zakupy w naszym kraju. Tylko niewielki odsetek stanowią uchodźcy. Dlatego ograniczamy wsparcie służb zaangażowanych w pracę na przejściach i w punktach recepcyjnych”.

Zdjęcia Stewardess i stewardów pokoju

Ziemia niczyja

Ktoś w Medyce powiedział mi, że koordynacją działań wolontariuszy przy przejściu w Medycy zajmuje się PCK.

Łukasz Szaruga z podkarpackiego oddziału, odpowiedzialny za działanie punktów medycznych PCK, zaprzecza. – W naszym punkcie tuż za przejściem granicznym w Medyce rozdajemy herbatę, pożywienie, odzież, powerbanki… Pracują u nas wolontariusze z zagranicy, ale są sprawdzani, podpisujemy umowy. Chodzi o to, by pacjentami nie zajmowały się osoby, które nie mają o tym pojęcia. Co się zdarza. Każdy może tu przyjechać i założyć kamizelkę. Osoby pracujące z nami noszą takie same mundury jak my albo mają własne i identyfikatory.

– Kto zajmuje się nadzorem, koordynacją tego co dzieje się w Medyce?

– Nie ma instytucji ani osoby odpowiedzialnej za całość tego „miasteczka” – odpowiada Szaruga.

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego, dzwonię do Macieja Maruszaka, dyrektora podkarpackiego PCK.

– Chcieliśmy przejąć kontrolę nad tym miejscem, ale to wójt gminy Medyka odpowiada za teren do płotu granicznego. Nie dostaliśmy zgody na zarządzanie nim.

– Jakie były argumenty przeciwko?

– Nie było. Otrzymaliśmy jedynie informację o odmowie przekazania terenu w zarząd. Część osób robi tam dobrą robotę, na przykład zapewniając miejsca noclegowe. Choć ich tam w ogóle nie miało być. Osoby przekraczające granicę miały jak najszybciej jechać do punktów recepcyjnych. Ale bywa tak, że napływa w nocy dużo ludzi, a autokary nie przyjeżdżają.

Uważam, że przy przejściu odbywa się, że nazwę to delikatnie, „festiwal wolontariatu”. Ludzie chcą pomagać, ale nadmierna kuchnia, która w Medyce wykwitła, jest moim zdaniem zbędna. Tam trzeba tylko wody, energetyka do ręki. Obecność zagranicznych ratowników nieznających języka powoduje, że karetki czasami nie chcą od nich przyjmować zgłoszeń, bo niewłaściwie przekazują informacje. To, co się dzieje w Medyce, nie jest oparte na wypracowanych modelach strukturalnych, tylko na kontaktach personalnych między punktami recepcyjnymi, koordynatorami i wolontariuszami na granicy. Nie powinno tak być. Co ciekawe, władze tego miejsca nie zauważają. Nikt o nim nie chce słyszeć. Tak samo Tesco. To nie jest oficjalnie punkt recepcyjny, a przebywa w nim więcej osób niż w punkcie recepcyjnym w Korczowej.

– Dlaczego tak jest?

– Była koncepcja, że podkarpackie i podlaskie są województwami tranzytowymi. W Medyce ludzie mieli tylko wsiadać do autokarów. No ale kiedy autobusy czekają, trzeba się nimi zająć. Wszyscy się uczymy, ale już był czas, by to zorganizować porządnie. Na wolontariuszach na dłuższą metę się nie pojedzie.

Pytam wójta gminy Medyka, kto zarządza miasteczkiem wolontariuszy przy przejściu granicznym. Marek Iwasieczko odpowiada, że nie ma żadnego miasteczka, jakieś fundacje się tam kręcą.

– Gmina tym terenem administruje. Ludzie weszli na teren nasz i wojewody, bo część należy do województwa i próbują wolontariatem uchodźcom pomagać – mówi wójt. – Skoro to się przedłuża, próbuję ustalić, kto ma prawo tam przebywać i na jakiej zasadzie, wziąć to w jakieś ryzy.

– PCK proponowało przejęcie nad tym kontroli. Nie dostało od pana zgody.

– Nie dostało, bo to, co się tam dzieje, zawężam, a nie rozwijam. Gmina to kontroluje i różne służby.

– Jakie?

– Nie mogę pani powiedzieć.

– Jak kontrola jest sprawowana?

– Zapisujemy, pilnujemy, sprawdzamy, kto postawił dany namiot. Jak przyjdę i mówię, że jestem z gminy, to często ktoś wystawia oczy. To się z policją chodzi i w ten sposób zrobiliśmy listę tych niby ewentualnych najemców.

– Wolontariusze mają wynajmować teren i za to płacić?

– A jak pani myśli? Nie mogę tego komuś dać za darmo. Na to są określone przepisy, wynikające z ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami. Potem ktoś mi zarzuci, że nie dbam o dochody gminy. Muszę powiedzieć: „dajcie pięć złotych, siedem, piętnaście”, w zależności, jaka działka, żeby nie było, że rozdawnictwo uprawiam. Wolontariat wolontariatem, pomoc uchodźcom to sprawa wyjątkowa, ale przepis obowiązuje. Więc jestem między młotem a kowadłem. Nikomu nie przeszkadzam, zwłaszcza tym, którzy działają wolontaryjnie. Tylko to już trwa trzy miesiące. Proszę też przyjąć do wiadomości, że to nie są sami wolontariusze. To różni ludzi, którzy pod pretekstem wolontariatu próbują sobie działać. Trzeba to wyselekcjonować.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×