Z Franciszkiem Machowskim rozmawia Aleksander Kamkow.
Czy to prawda, że Berlina już nie ma?
W polskim dyskursie często pojawia się narracja o upadku Berlina, co z perspektywy mieszkańca brzmi absurdalnie. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że Berlin to failed city. Wręcz przeciwnie: wciąż więcej osób przyjeżdża niż wyjeżdża. To nadal stolica kultury, zabawy i wolnomyślicielstwa. A przy okazji stolica Niemiec.
Nie brakuje jednak problemów, na które zwracają uwagę i media, i mieszkańcy. W kampanii samorządowej często pojawiał się temat zanieczyszczenia miasta. Podobnie jak kwestie bezdomności i narkomanii – część partii podnosiła choćby problem strzykawek na placach zabaw, które bywają miejscami koczowania osób w kryzysie bezdomności. W wyborach lokalnych pojawiają się też tematy globalne, jak kwestia wsparcia dla Palestyny. Lewicowe inicjatywy wyborcze, takie jak nasza, jednoznacznie potępiają działania Izraela. Wiele partii establishmentu albo unika tematu jak ognia, albo otwarcie staje po stronie tego państwa.
Tegoroczna kampania toczyła się w cieniu zwycięstwa AfD w Saksonii-Anhalt i niedawnego zamachu na Christopher Street Day. Jak w kontekście tych wydarzeń wygląda sytuacja osób z doświadczeniem migracyjnym w Niemczech?
Obydwa te wydarzenia bywają wykorzystywane w narracjach, wedle których w kraju nie ma już rodowitych mieszkańców, a Berlin upadł. W przekazie istotnej części prawicy krytyka migracji sprowadza się w rzeczywistości do uprzedzeń wobec muzułmanów i osób o innym kolorze skóry.
Prowadząc działania w mediach społecznościowych, stykamy się z falą nieprzychylnych komentarzy. Skrajne wpisy zgłaszamy, ale tam, gdzie to możliwe, próbujemy dyskutować – prostujemy mity o „upadłym mieście” czy „dzikich hordach z Bliskiego Wschodu”. Większość tych komentarzy pochodzi jednak z pustych kont, powiela te same frazy albo zawiera ewidentne błędy językowe. Mam poważne wątpliwości, na ile te opinie o upadku cywilizacji powstają na Zachodzie, a na ile w farmach botów we Władywostoku.
W takiej atmosferze osobom z doświadczeniem migracyjnym może nie być łatwo. Chęć przeciwstawienia się ksenofobii i normalizacji rasistowskiego języka jest jednym z głównych powodów, dla których postanowiliśmy zarejestrować naszą listę.
Czym są Ausländer für Berlin?
To lewicowy komitet wyborczy, składający się z kandydatek i kandydatów pochodzących z różnych krajów Europy. W projekt zaangażowali się między innymi przedstawiciele węgierskiej inicjatywy antyorbánowskiej – jak Nóra Fritsch – oraz rumuńskiej organizacji Diaspora Civica, z której ramienia na Neukölln kandydował Alin Radu. Mimo to głównym motorem całej akcji pozostaje Razem Berlin i to nasi członkowie wykonują większość pracy.
Inicjatywa utworzenia komitetu wyszła z berlińskiego okręgu naszej partii. To najbardziej aktywny z okręgów zagranicznych. Pomysł zaangażowania się w lokalną politykę dojrzewał w nas od dawna. Nasz okręg istnieje od chwili założenia partii w 2015 roku. Dołączyłem do niego pięć lat temu i od tamtej pory stale rozmawialiśmy o starcie w wyborach. Podpatrywaliśmy, jak nasi współtowarzysze rozwijają struktury w Polsce i chcieliśmy przenieść te doświadczenia na lokalny grunt. Zależało nam też na zrobieniu czegoś zupełnie nowego – w Berlinie nie było wcześniej sytuacji, w której sami migranci stworzyliby komitet wyborczy.
Decyzja zapadła pod koniec 2024 roku podczas rozmów w osiedlowej Kneipe, jak nazywane są w Berlinie bary z niedrogimi napojami: postanowiliśmy wystartować w wyborach samorządowych we wrześniu 2026.
Nie chcieliśmy tworzyć ugrupowania reprezentującego tylko polską diasporę. Zależało nam na inicjatywie międzynarodowej, poruszającej uniwersalne tematy i posługującej się uniwersalnym językiem – dlatego niemal wszystkie nasze materiały powstają po angielsku.
To ciekawy eksperyment: robimy politykę w Niemczech, ale nasze wykształcenie i szlify polityczne odebraliśmy w Polsce. Centralne władze partii nie wspierały nas finansowo ani organizacyjnie – dały nam jedynie parę wstępnych rad, a całą kampanię finansujemy sami. Nie ma tu żadnych wpływów z zagranicy. Cały nasz know-how wynika z doświadczeń zdobytych w Razem, na przykład podczas wspierania ostatniej kampanii parlamentarnej w Polsce.
Skąd pomysł na nazwę komitetu?
To celowa gra słów nawiązująca do skrajnie prawicowej Alternative für Deutschland (AfD). Okazała się strzałem w dziesiątkę i jest jedną z naszych najlepszych zagrywek marketingowych.
Nasza nazwa przeszła pewną ewolucję. Początkowo myśleliśmy tylko o Ausländer
rein (niem. „obcokrajowcy, wchodźcie”, przeciwieństwo szowinistycznego Ausländer raus). Chcieliśmy być prowokacyjni i już na poziomie samej nazwy ponaigrywać się z postulatów AfD, jednak spodziewaliśmy się, że urząd wyborczy nie dopuści naszego komitetu ze względu na zbyt duże podobieństwo nazwy do już istniejącej partii. Urzędnicy podeszli do naszego poczucia humoru z dużą życzliwością i bez problemu zarejestrowali komitet. W ten sposób utworzyliśmy komitet Ausländer für Berlin – w skrócie AfB, co jest celowym odniesieniem do AfD.
Z jakimi postulatami wystartowaliście do wyborów?
Długo dyskutowaliśmy nad naszym programem i dość szybko uznaliśmy, że skupimy się na temacie migracji. W końcu sami jesteśmy migrantami – choć, jak z przykrością zauważamy na podstawie komentarzy w sieci, tymi „lepszymi”. Często słyszymy: „Wy jesteście w porządku, ale tych brązowych tu nie chcemy”. Mamy świadomość własnego przywileju: jesteśmy biali, mamy europejskie paszporty i dzięki nim możemy startować w wyborach. Chcemy wykorzystać tę pozycję, by zrobić coś dla całej społeczności migranckiej.
Nasze postulaty obejmują udostępnienie dokumentów urzędowych w pięciu językach, zatrudnienie specjalistycznych pedagogów wspierających wielojęzyczność w szkołach i przedszkolach oraz posprzątanie uboższych dzielnic we współpracy z miejskimi przedsiębiorstwami i inicjatywami oddolnymi. Domagamy się skutecznej walki z bezdomnością i uzależnieniami poprzez tworzenie punktów nadzorowanego przyjmowania substancji, a także przyznania praw wyborczych i udziału w referendach wszystkim mieszkańcom żyjącym tu od co najmniej trzech lat. Sprzeciwiamy się zabudowie Tempelhofer Feld, walczymy o tanie mieszkania i wywłaszczenie koncernów mieszkaniowych w ramach akcji „Deutsche Wohnen & Co. enteignen”. Dążymy do stworzenia bezpiecznej, czystej i taniej komunikacji miejskiej, przekształcenia placów w otwartą przestrzeń dla każdego oraz pełnego wykorzystania potencjału różnorodności i migracji.
Nasze działania nie ograniczają się zresztą tylko do Niemiec. Do Berlina docierają na przykład wieści z Polski, gdzie Ukraińcy bywają atakowani na ulicach tylko za to, że rozmawiają w swoim języku. Sprzeciwiamy się nienawiści wobec migrantów bez względu na ich kolor skóry, wyznanie czy kraj, z którego pochodzą.
Forma naszej inicjatywy od początku balansowała między satyrą a głęboką myślą lewicową. Ostatecznie spotkaliśmy się pośrodku. Chcieliśmy stworzyć wyraźną przeciwwagę dla skrajnie prawicowej i antymigranckiej AfD. Warto zaznaczyć, że w całej Saksonii-Anhalt, gdzie AfD wygrała, mieszka prawie tyle ludzi, co w samym Berlinie – około 4 miliony. Oznacza to, że w stolicy jest więcej obcokrajowców niż wyborców tej partii w tamtym landzie. Sukces AfD w Saksonii-Anhalt to poważny sygnał ostrzegawczy dla Niemiec i Europy, ale sprawa nie jest jeszcze przegrana. Wierzymy, że solidarność migrantek i migrantów jest w stanie przezwyciężyć narastającą ksenofobię.
W całym Berlinie wystartowało 17 komitetów wyborczych, w tym takie, które określały się jako proimigranckie i lewicowe. Dlaczego zdecydowaliście się utworzyć osobną listę wyborczą, a nie połączyć siły z już istniejącymi ugrupowaniami?
Chcieliśmy zachować pełną kontrolę nad własnym programem i postulatami. Nasza inicjatywa opiera się w zasadzie na jednym głównym założeniu: migracja to siła, a nie problem. Postulujemy wprowadzenie wielojęzyczności w urzędach oraz zapewnienie językowego wsparcia dla dzieci dwujęzycznych w żłobkach i przedszkolach. Mimo że wykracza to poza kompetencje samorządu, postulujemy też rozszerzenie praw wyborczych – chcemy, by każda osoba mieszkająca w Berlinie lub w Niemczech od co najmniej trzech lat automatycznie uzyskiwała prawo do głosowania, wzorem na przykład Szwecji. Obecnie przyznaje się je wyłącznie obywatelom państw Unii Europejskiej i to tylko w wyborach lokalnych oraz europejskich.
Długo zastanawialiśmy się, czy startować samodzielnie, czy dołączyć do którejś z większych list. Z jednej strony samodzielny start dawał nam niezależność, z drugiej – współpraca z silniejszym partnerem i wykorzystanie jego struktur zwiększały szanse na zdobycie mandatów. Gdy pod koniec ubiegłego roku pojawiły się doniesienia, że Die Linke, SPD i Zieloni rozważają wystawienie wspólnej listy, uznaliśmy to za idealny scenariusz. Nie musielibyśmy wybierać jednego ugrupowania, lecz dołączylibyśmy do szerokiej koalicji.
Pomysł szybko jednak upadł, gdy notowania partii lewicowych i centrolewicowych poprawiły się. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z tego kierunku także ze względów ideowych. Kiedy poszliśmy na wstępne spotkanie z Die Linke, na start otrzymaliśmy tekst wyjaśniający, dlaczego partia ta nie zamierza współpracować z SPD i Zielonymi. Z perspektywy Razem niemiecka Die Linke okazała się po prostu zbyt skrajna.
Główną przeszkodą jest jej stosunek do Rosji. Dla naszej inicjatywy – składającej się w większości z osób z Polski i innych krajów Europy Wschodniej – współpraca z ugrupowaniem, które ma niejednoznaczne stanowisko wobec Putina i wojny w Ukrainie, była po prostu wykluczona.
W naszej inicjatywie – poza jedną osobą – nikt nie posiada niemieckiego paszportu. To unikalna cecha, która odróżnia nas od innych komitetów wyborczych w Berlinie.
Kandydat CDU na burmistrza Berlina uczynił z „walki z islamizmem” jedno z głównych haseł wyborczych. Czy twoim zdaniem „islamizacja” niemieckiej stolicy jest realnym zagrożeniem?
Ten sam kandydat ze swoją partią broni Izraela w każdym kontekście i za wszelką cenę. Wnioski nasuwają się same.
Nie twierdzę, że wyzwania związane z integracją migrantów z odmiennych kręgów kulturowych czy zjawisko islamizmu nie istnieją. Jednak wedle sondaży dla mieszkańców najważniejsze są obecnie kwestie mieszkaniowe i rosnące koszty życia. Bezpieczeństwo i migracja znajdują się na dalszych miejscach. Co ciekawe, dokładnie tyle samo osób obawia się migracji, ile uważa za największe zagrożenie wzrost siły skrajnej prawicy.
Choć w Berlinie mieszka wielu muzułmanów, to Polaków jest tu prawdopodobnie jeszcze więcej. Głośnym tematem w ostatnich latach stała się też przestępczość klanowa, która zepchnęła na margines dawne grupy przestępcze. Dużo pisze się o arabskich klanach narkotykowych, ale policja i wymiar sprawiedliwości pracują normalnie. Prowadzę kampanię na Neukölln – w dzielnicy, w której sam mieszkam. W polskich mediach czy w przekazie CDU przedstawia się ją jako niebezpieczną no-go zone, gdzie strach wyjść na ulicę. To po prostu bzdury.
Kluczowe jest rozróżnienie propagandy i partyjnych wyolbrzymień – często inspirowanych narracją Kremla – od realnych problemów, które rzeczywiście wymagają rozwiązania. Odpowiedzią nie jest jednak moralna kapitulacja, zamykanie granic przed uchodźcami czy antyimigrancka polityka AfD. Problemy te rozwiązuje się dobrą polityką społeczną: tworzeniem miejsc spotkań, budowaniem dialogu i zapobieganiem segregacji.
Wystarczy spojrzeć na wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt. Około 92 procent mieszkańców tego kraju związkowego to rdzenni Niemcy, a uchodźców i migrantów prawie tam nie ma. Najbardziej boją się ich ci, którzy nigdy żadnego obcokrajowca nie poznali.
To wnioski istotne także dla Polski. Kraje z dłuższą historią dyskusji o migracji dawno odeszły od pojęcia asymilacji, a obecnie kwestionują model integracji na rzecz głębszego współistnienia i otwartego dialogu.
W Berlinie – mieście bardzo lewicowym – coraz częściej pojawia się hasło: koniec z przymusem integracji. Nie widzimy powodu, by na siłę się integrować. Chcemy robić swoje, zachować własną tożsamość, opinie i kulturę. Uważamy to za zdrową podstawę do współtworzenia lokalnej społeczności, zwłaszcza w tak międzynarodowej metropolii. Zmuszanie ludzi do udawania kogoś, kim nie są, bezpośrednio przekłada się na problemy społeczne, w tym przestępczość wśród nieletnich.
Według exit polli nie udało się wam uzyskać ani jednego mandatu. Czy warto było startować w tych wyborach?
Byliśmy w niemieckiej prasie i polskiej telewizji, nasze ulotki i plakaty zobaczyły tysiące ludzi, a kilka naszych rolek na instagramie osiągnęło niezłe zasięgi – z przekazem trafiliśmy do wielu, wielu osób. I o to właśnie chodziło: przypomnieć ludziom, mediom i polityce głównego nurtu, że migracja jest zjawiskiem pozytywnym. I że migranci nie zasługują na to, by być chłopcem do bicia skrajnej prawicy.
Jak najbardziej warto było startować – uzyskanie mandatów od początku było dla nas drugorzędne. Zaktywizowaliśmy w ramach naszej inicjatywy sporo osób z polskiej i innych społeczności migranckich. Pokazaliśmy, że członkowie mniejszości mają narzędzia wpływu na rzeczywistość polityczną i sami nauczyliśmy się ich używać. Po tej kampanii rozmawianie z partnerami w Polsce czy w Niemczech będzie miało dla nas całkiem nowy wymiar.
Z tego, co mówisz, wyłania się zupełnie inny obraz Berlina niż ten znany z niektórych mediów w Polsce. Na jakie przekazy powinni być szczególnie wyczuleni nasi czytelnicy i czytelniczki, aby nie poddać się dezinformacji?
Przede wszystkim na wszelkie przejawy nierzetelnego, sensacyjnego dziennikarstwa. Nagłówki używające słów rodem z politycznych wieców – takich jak „hańba”, „skandal”, „groza”, „upadek” czy „koniec Berlina” – wskazują zwykle, że materiał ma na celu rozbudzić emocje, a nie przekazać rzetelne informacje.
Dobrym przykładem jest niedawna fala doniesień w polskich mediach, jakoby w całym kraju dochodziło dziennie do mniejszej liczby przestępstw niż w samym Berlinie. Ta statystyka brzmiała absurdalnie i dopiero niedawne sprostowania w niemieckich mediach wyjaśniły mechanizm tej manipulacji. W Polsce kradzież do określonej kwoty kwalifikowano jako wykroczenie, podczas gdy w Niemczech każda kradzież jest z urzędu przestępstwem. To właśnie te drobne kradzieże stanowiły lwią część niemieckiej statystyki.
Wniosek jest prosty: jeśli jakaś informacja brzmi zbyt sensacyjnie, jaskrawo lub zbyt prosto, by była prawdziwa – najpewniej prawdziwa nie jest. Nie nabierajcie się na przekaz o upadającym Berlinie: nasze miasto trzyma się mocno. Wierzę, że solidarność osób z doświadczeniem migracyjnym – których w Berlinie jest niemal 60 procent – przezwycięży mroczne narracje serwowane nam przez kremlowskie farmy botów.
Franciszek Machowski
językoznawca i literaturoznawca, aktywista i awanturnik z zamiłowania. Działacz społeczny i członek berlińskiego okręgu partii Razem.
Aleksander Kamkow

