Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

„Lud jest moim prorokiem”

Kiedy rzeczywistość sprzyjała ubogim, arcybiskup głosił prawdę jak Dobrą Nowinę, z uniesieniem i radością. Kiedy panowały ucisk i represje, okrucieństwo, śmierć i nędza – zwłaszcza wśród biednych – głosił prawdę z bólem.
„Lud jest moim prorokiem”
Ilustr.: Julia Tyszka

Artykuł jest przekładem fragmentów wystąpienia Jona Sobrino zatytułowanego „El legado de Monseñor Romero mártir”, które zostało wygłoszone 2 września 2018 roku na Uniwersytecie Środkowoamerykańskim w San Salvador. Tekst publikujemy za zgodą Autora. Tytuł, lead, wyimki, jeden ze śródtytułów oraz skróty pochodzą od redakcji. Składamy serdeczne podziękowania Pani Profesor Zofii Marzec za życzliwe wsparcie naszych starań o uzyskanie zgody na przedruk. Tłumaczenie: Paulina Olivier.

***

Spróbuję bardzo krótko odnieść do arcybiskupa Romero to, co Piotr powiedział w domu Korneliusza, rzymskiego setnika i dobrego człowieka, kiedy zapytano go o Jezusa z Nazaretu. „Wiecie, co się stało w całej Judei, poczynając od Galilei” – zaczął. W znacznej mierze dotyczy to również naszej wiedzy o arcybiskupie Romero. Następnie Piotr streścił najważniejsze aspekty życia Jezusa: „Przeszedł On, dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła”. Podał również motyw: „Ponieważ Bóg był z Nim”. I zakończył, mówiąc o Jego przeznaczeniu: „Jego to zgładzili przez ukrzyżowanie. Bóg wskrzesił Go…” (Dz 10,37-40).

Ten właśnie schemat życia i przeznaczenia Jezusa przychodzi mi na myśl, gdy wspominam arcybiskupa Romero. Bez naginania faktów i z zachowaniem proporcji zamierzam pokazać, kim był i jakie było jego przeznaczenie. W tym celu posłużę się słowami [dwóch świadków]: chłopa i oświeconego teologa. Chłop powiedział: „Arcybiskup głosił prawdę. Obronił nas przed biedą. I dlatego go zabili”. Teolog powiedział: „Wraz z arcybiskupem Romero Bóg przeszedł przez Salwador”. Być może słyszeliście już te słowa, ponieważ często je powtarzam. Na ten moment nie mam jednak nic lepszego do zaoferowania.

Arcybiskup głosił prawdę”

Arcybiskup był głosicielem prawdy, był nią opętany i mówił o niej z pasją. Kiedy rzeczywistość sprzyjała ubogim, głosił prawdę jak Ewangelię, dobrą nowinę, z uniesieniem i radością. Kiedy rzeczywistość była zła, kiedy panowały ucisk i represje, okrucieństwo, śmierć i nędza – zwłaszcza wśród biednych – arcybiskup głosił prawdę z bólem, jak złą nowinę, potępiając i demaskując. Napełniony prawdą, arcybiskup był ujmującym ewangelizatorem i niewygodnym prorokiem.

Powiedzenie, że arcybiskup Romero był „głosicielem” prawdy, może wydawać się abstrakcyjne i mało znaczące w porównaniu z innymi rzeczami, które zrobił. Ale od tego zaczął chłop i myślę, że nie bez powodu.

Jako „głosiciel prawdy”, arcybiskup wydawał sądy o całej rzeczywistości. Pozwolił jej „przemówić” (Karl Rahner) i był na tyle uczciwy, żeby wyjawić słowo, które zostało przez rzeczywistość wypowiedziane. W tym leży źródło wpływu, jaki miały słowa arcybiskupa. Biorąc zaś pod uwagę opłakany stan, w jakim prawda była wówczas w Salwadorze – wątpię, czy ten stan rzeczy uległ znaczącej poprawie – jego wpływ był ogromny.

W tradycji biblijnej „mówienie prawdy” jest nakazem dochodzącym z oddali. Również z oddali widać, jak niebezpieczna jest przestrzeń, w której prawda się porusza. Zły jest „mordercą” i „kłamcą” – głosi Ewangelia Jana (8,44). Najpierw zadaje śmierć, a następnie zataja. Dlatego też, zgodnie z tym, co Puebla mówi o działaniu Boga, arcybiskup zrozumiał, że ostatecznym celem głoszenia prawdy jest obrona ubogich.

Arcybiskup Romero głosił prawdę w sposób niespotykany w Salwadorze ani wcześniej, ani później. Głosił ją z mocą, a odnosząc się do tego, co najbardziej fundamentalne, mówił: „Nie ma nic ważniejszego od życia ludzkiego, zwłaszcza życia ubogich i uciskanych” (16 marca 1980). A jeśli dobrze pamiętam, w Puebla powiedział Leonardo Boffowi: „Wy, teologowie, pomóżcie nam bronić tego minimum, które jest największym darem Boga: życia”.

Arcybiskup głosił prawdę szeroko, żeby móc powiedzieć „całą” prawdę. Jego homilie trwały niekiedy nawet godzinę. Głosił ją publicznie, „na dachach” (Łk 12,3) – zgodnie z życzeniem Jezusa – w katedrze i przez diecezjalne radio YSAX. Głosił prawdę przystępnie, ucząc się wielu rzeczy od ludzi, tak że ubodzy i chłopi, nie zdając sobie z tego sprawy, byli współautorami jego homilii i listów pasterskich. „Ta homilia powstaje między mną a Wami” (16 września 1979). „Wy i ja razem napisaliśmy czwarty list pasterski” (6 sierpnia 1979). Żeby wypowiedzieć prawdę, arcybiskup formułował również ważne refleksje na temat swoich relacji z ludem. „Czuję, że lud jest moim prorokiem” (8 lipca 1979). „Dokonaliśmy wspólnie refleksji tak głębokiej, że jestem przekonany, iż biskup zawsze może się wiele nauczyć od swojego ludu” (9 września 1979). Arcybiskup głosił wreszcie prawdę w sposób ludowy, ponieważ cenił i szanował ścieżki myślenia prostych ludzi. Zarazem udało mu się uniknąć infantylizacji religijnej, która stanowi ciągłe zagrożenie w duszpasterstwie.

W niedzielnych homiliach i w listach pasterskich, arcybiskup „przechodził, czyniąc dobro”. Nieco uprzedzając fakty: nie został zabity po prostu za to, że bronił prawdy, ale za to, że ją głosił. Dlatego podoba mi się wyrażenie: „głosiciel prawdy”.

Obronił nas przed biedą”

W świecie dobrego życia i pragnienia dobrego życia język męczenników wywołuje zdziwienie, a nawet budzi odrazę. Jednak dla nas, po Rutilio Grande*, po arcybiskupie Romero, po czterech amerykańskich zakonnicach oraz po tysiącach prostych mężczyzn i kobiet, którzy zostali zabici niewinnie, a większość z nich również bezbronnie – choć zabrzmi to paradoksalnie – język męczenników może być także źródłem światła, otuchy i wdzięczności. Nie powinno to jednak prowadzić do utraty przez słowo „męczennik” jego podstawowego cielesnego wymiaru ani do tego, by kładziono w nim nacisk jedynie na „bycie świadkiem” (mártys). Istnieją uczciwi i prawi świadkowie, którzy nie są zabijani. Męczennicy są przede wszystkim tymi, których zabija się za to, że bronią ludzi oraz spraw godnych i sprawiedliwych. Odsyłają oni w pierwszej kolejności do Jezusa zabitego na krzyżu.

W tym kontekście ostatnie słowa chłopa są bardzo ważne. Nie mówi: „i go zabili”, lecz: „i dlatego go zabili”. O tym „dlatego” chłop mówił wcześniej: „Obronił nas przed biedą”.

Zawsze istnieją powody, dla których można zostać zamordowanym jako męczennik. Kiedy zamordowano ojca Rafaela Palaciosa, arcybiskup powiedział w homilii pogrzebowej: „Zabijacie tych, którzy przeszkadzają”. Czynić sprawiedliwość to „przeszkadzać”, a zostać zabitym – to zapłacić cenę.

Kto broni biednych i uciskanych, musi mieć w sobie gotowość na to, że zostanie zamordowany. Dzieje się to na różne sposoby, spośród których wszystkie w równej mierze stanowią udział w odbieraniu życia. Tę myśl wyraził także Ignacio Ellacuría, odnosząc się do tożsamości uniwersytetu inspirowanej chrześcijaństwem. Powiedział, że jeśli uniwersytet jest prześladowany, to znaczy, że zrobił coś lub nawet wiele spośród tego, co było jego zadaniem. I jeszcze wyraźniej: jeśli uniwersytet nie cierpi żadnych prześladowań, to znaczy, że nie zrobił tego, co zrobić powinien. Nie bronił uciśnionych.

I dlatego go zabili”

Arcybiskup Romero wiedział, że mogą go zabić. Miesiąc przed zamordowaniem, wykonując ćwiczenia świętego Ignacego, wyjawił swojemu spowiednikowi, ojcu Azkue, „lęk przed gwałtowną śmiercią”. W rzeczywistości jednak od zwiastowanej mu śmierci przeżył trzy lata. Podkładano bomby w świątyniach, w seminariach, w klasztorach, w szkołach katolickich, na Uniwersytecie Środkowoamerykańskim. Przypuszczano ataki na ważne miejsca w archidiecezji, takie jak drukarnia i stacja radiowa YSAX. Przeszukiwano domy i instytucje. Szczególnie bolesne i niepokojące musiały być zabójstwa sześciu księży, pięciu diecezjan i jezuity. Zwiastowano jego śmierć.

Przez te trzy lata musiał również płacić cenę cierpienia z powodu nienawiści ze strony możnych. Jeden z dzienników dużym drukiem ogłosił na pierwszej stronie: „Arcybiskup Romero sprzedaje swoją duszę diabłu”. A przy innej okazji: „Odprawią egzorcyzmy nad prałatem Romero”. Nie wybaczyli mu ani tego, co zrobił, ani tego, co powiedział. W przypływie chrześcijańskiego gniewu, ale też z poczuciem humoru, Romero zauważył kiedyś: „Gdyby Jezus Chrystus był teraz arcybiskupem San Salvador, zniewagi i oszczerstwa padałyby na Niego znacznie częściej niż na mnie” (5 grudnia 1977).

Ricardo Urioste, niedawno zmarły wikariusz generalny arcybiskupa Romero, powtarzał, że „arcybiskup był jednocześnie najbardziej kochanym i najbardziej znienawidzonym Salwadorczykiem”. To oczywiste, że najbardziej umiłowanym był ten, który przyniósł ludziom radość i godność. Oczywiste jest również, że wielu bardzo go nienawidziło: potentaci, ciemięzcy i zabójcy, funkcjonariusze szwadronów śmierci, wojska i organów bezpieczeństwa, rządzący i politycy, zarówno ci w kraju, jak i ci w imperium z Północy, pracownicy różnych mediów, a także niektórzy członkowie hierarchii w Rzymie.

Na krótko przed śmiercią, w homilii z 16 marca, arcybiskup powiedział: „Bardziej mnie smuci, niż złości, kiedy mnie obrażają i oczerniają. Niech wiedzą, że nie żywię do nich żadnej urazy ani niechęci”. A do pewnego dziennikarza zwrócił się w następujący sposób: „Czy możesz napisać, jeśli mnie zabiją, że przebaczam i błogosławię tym, którzy to zrobią? Miejmy nadzieję, że przekonają się, że w ten sposób tylko stracą swój czas. Biskup umrze, ale Kościół Boży, którym jest lud, nigdy nie zginie”. Niektórzy powątpiewają, czy są to prawdziwe słowa arcybiskupa Romero. Być może. Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że są to słowa bardzo spójne z innymi, które z pewnością wypowiedział. A przede wszystkim spójne ze wszystkim, co nosił w swoim sercu i co wypowiedział przed swoim Bogiem.

Myślę, że arcybiskup mógł znieść nienawiść, którą żywili ku niemu niektórzy ludzie, ponieważ brał na siebie cierpienie ubogich, uciskanych, ofiar. A oni znosili je razem z nim, wspierani jego miłością. Kto kocha i jest kochany, nie może nikogo nienawidzić. Może jedynie kochać.

Pierwszą część mojego wystąpienia kończę tymi krótkimi i symbolicznymi słowami samego arcybiskupa. „Musimy się nawrócić, drodzy bracia; ja jako pierwszy” (11 listopada 1979). „Jak pięknie jest być chrześcijaninem! W istocie jest to objęcie wcielonego słowa Bożego, przyjęcie zbawczej mocy, posiadanie nadziei nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone” (16 lipca 1978). „Mój głos zniknie, ale moje słowo, którym jest Chrystus, pozostanie w sercach, które chciały je przyjąć” (17 grudnia 1978).

Nie wiem, co chłop pomyśli o tych refleksjach. Ale żeby rozumieć dziedzictwo arcybiskupa Romero i wcielić je w życie, lubię powtarzać jego mądre słowa: „Arcybiskup głosił prawdę. Obronił nas przed biedą. I dlatego go zabili”.

Widziałem w Twoim działaniu palec Boży”

„Z tego odległego wygnania chcę wyrazić swój podziw i szacunek do Ciebie”. Tak zaczyna się list, który Ignacio Ellacuría napisał do arcybiskupa Romero 9 kwietnia 1977 roku z przymusowej emigracji w Madrycie. Następnie teolog podał trzy powody, dla których wyrażenie „widziałem w Twoim działaniu palec Boży” nie powinno być odczytywane jedynie jako literacka metafora.

„Pierwszym aspektem, który wywarł na mnie wrażenie, jest Twój ewangeliczny duch […]. Natychmiast dostrzegłeś znaczenie śmierci ojca Grande, znaczenie prześladowań religijnych i z całej siły wzmocniłeś to znaczenie. Świadczy to o Twojej szczerej wierze i chrześcijańskim rozeznaniu”.

„Był na tyle rozsądny, by wysłuchać wszystkich, ale ostatecznie zdecydował się na to, co z punktu widzenia zdrowego rozsądku wydawało się najbardziej ryzykowne. W przypadkach jedynej Mszy świętej*, ograniczenia działalności szkół, jego zdecydowanego odcięcia się od wszelkich oficjalnych funkcji i tym podobnych – wiedział, jak rozpoznać wolę Bożą, i umiał naśladować przykład i ducha Jezusa z Nazaretu”. To jest drugi aspekt.

„Trzecim aspektem jest to, że stworzyłeś Kościół i stworzyłeś jedność w Kościele. Wiesz dobrze, jak trudno jest dziś zrobić te dwie rzeczy w San Salvador. Ale Msza święta w katedrze i prawie całkowicie jednomyślny udział całego zgromadzenia – duchownych i licznego ludu Bożego – pokazują, że w tamtym momencie to się udało. Nie mogłeś wejść na lepszą drogę, by budować Kościół i jedność w Kościele wewnątrz archidiecezji. Nie umknęło Ci, że było to trudne. Ale osiągnąłeś to. I osiągnąłeś to nie na drodze pochlebstw czy udawania, ale na drodze Ewangelii: bycia jej wiernym i bycia nią odważnym. Myślę, że tak długo, jak długo będziesz kontynuował tę linię i jako pierwsze kryterium przyjmował ducha Chrystusa przeżywanego męczeńsko, to, co najlepsze w Kościele w San Salvador, będzie z Tobą, a ci, którzy mają się odłączyć, zostaną oddzieleni. W czasie próby można się przekonać, którzy są wiernymi dziećmi Kościoła – kontynuatora życia i misji Jezusa, i którzy chcą mu służyć”.

Posłany, aby ocalić swój lud”

„Arcybiskup Romero, wysłannik Boży”. Podobnie jak chłop, Ignacio Ellacuría z uznaniem i podziwem wspomina męczeństwo arcybiskupa Romero, ale zarazem wzbrania się przed opisywaniem go ze szczegółami. „24 marca prałat Romero upadł przed ołtarzem. Strzał w serce wystarczył, by zakończyć jego ziemskie życie. Od miesięcy grożono mu, ale nigdy nie szukał najmniejszej ochrony. Sam prowadził samochód i mieszkał w pozbawionym zabezpieczeń mieszkaniu przy kościele, w którym został zamordowany. Został zabity przez tych samych ludzi, którzy zabijają lud, tych samych, którzy w roku jego męczeństwa zamordowali blisko dziesięć tysięcy osób, w większości młodych, chłopów, robotników i studentów, ale także starców, kobiety i dzieci – zabieranych ze swoich domów i wkrótce potem znajdowanych ze śladami tortur, skatowanych, często niemożliwych do zidentyfikowania”.

W artykule, który cytuję, Ellacuría zaczyna od opisu męczeństwa, a następnie pyta, co w ciągu swojego życia zrobił arcybiskup Romero. Lapidarne sformułowanie, bardzo drogie Ellacuríi, głosi: „Tym, co zrobił arcybiskup, było przyniesienie zbawienia swojemu ludowi”. „Nie przyniósł zbawienia jako przywódca polityczny, intelektualista czy wielki mówca”. Zaczął głosić i urzeczywistniać Ewangelię z całym jej bogactwem, zaczął wcielać ją w życie i wykorzystywać historyczną moc Ewangelii. Zrozumiał „raz na zawsze” – mówi z mocą Ellacuría – że misją Kościoła jest głoszenie i urzeczywistnianie Królestwa Bożego, które nieuchronnie przychodzi przez głoszenie Dobrej Nowiny ubogim i przez wyzwolenie uciśnionych. Arcybiskup szukał i przyniósł prawdziwe zbawienie od procesu historycznego. Opowiadał się za ludem, „aby on sam mógł krytycznie budować nowy świat, w którym dominującymi wartościami byłyby sprawiedliwość, miłość, solidarność i wolność”.

Ellacuría dostrzegł w arcybiskupie Romero dar i łaskę. „Został wysłany”, mówi, a nie był tylko dziełem naszych rąk. Stał się – chociaż nie dla wszystkich jednakowo – „wielkim darem Bożym”. „Mądrzy i roztropni tego świata, duchowni, cywile i wojskowi, bogaci i możni tego świata mówili, że zajmował się polityką. Lud Boży, ci, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, o czystym sercu, ubodzy w duchu, wiedzieli, że to wszystko jest fałszem. Nigdy nie czuli Boga tak blisko, ducha tak widocznego, chrześcijaństwa tak prawdziwego, tak pełnego łaski i prawdy”.

„Wszystko to przyniosło mu miłość uciskanych i nienawiść ciemiężycieli. Pokonały go prześladowania, te same prześladowania, których doznał jego lud. Tak umarł i dlatego go zabili. Z tego powodu arcybiskup Romero stał się również wyjątkowym przykładem tego, jak moc Ewangelii może stać się historyczną siłą przemiany”.

Z arcybiskupem Romero Bóg przeszedł przez Salwador”

Ellacuría wypowiedział te słowa na mszy żałobnej za arcybiskupa Romero, którą odprawiliśmy na Uniwersytecie Środkowoamerykańskim. W tych słowach kryje się genialna myśl. Nie znam duchownych ani teologów, filozofów czy polityków, którzy konceptualizują rzeczywistość i wydają o niej sądy z takim radykalizmem. Te słowa mogą zdumieć i zaskoczyć. Mogą wydawać się zbyt abstrakcyjne. Mimo że mają charakter teologiczny, mogą nie brzmieć zbyt religijnie ani zbyt pobożnie. Ale muszę wyznać, że są dla mnie prawdziwe i owocne. A przynajmniej mają w sobie więcej prawdy i wydają więcej owoców niż inne, które słyszałem o arcybiskupie Romero.

Ellacuría widział w historii arcybiskupa radykalizm, którego w takim natężeniu nie znalazł w żadnej innej rzeczywistości, chociaż wśród nich były: sprawiedliwość, prawda i wolność, demokracja i socjalizm – w swoich najlepszych momentach – ani, o ile dobrze pamiętam, w żadnej innej osobie z przeszłości, jak czcigodna by nie była. Widział, że przejście Boga w arcybiskupie stworzyło dobra: dobra osobiste i, co nieoczywiste, dobra społeczne – trudne do osiągnięcia, a raz osiągnięte – trudne do utrzymania. Stworzyło sprawiedliwość, obronę i wyzwolenie uciskanych przez konfrontację z ich ciemięzcami. Wywołało współczucie i czułość wobec bezbronnych. Stworzyło prawdę bez kompromisów, nie było ograniczone przez kłamstwa ani przez powracające niebezpieczeństwo poddania się politycznej poprawności. I podtrzymało nadzieję, która nie umiera.

Do Ellacurii arcybiskup mówił z jednej strony o Bogu ubogich i męczenników, o Bogu wyzwalającym, wymagającym, proroczym i utopijnym. Krótko mówiąc, mówił mu o tym, czego w Bogu jest więcej „po tej stronie”. Ale mówił także o tym, co w Bogu jest niewypowiedziane, niemożliwe do adekwatnego uhistorycznienia – o tym, co w Bogu jest „poza”, o niezgłębionej i błogosławionej tajemnicy.

Tak właśnie widział Boga w arcybiskupie Romero Ignacio Ellacuría. A każdy, komu słowo „Bóg” wydaje się dziwne, niech pomyśli o następujących słowach Ellacurii: „Tym, co ostatecznie jest w rzeczywistości, jest to, co dobre, a nie to, co złe”. To „ostateczne” jest tym właśnie, co wraz z arcybiskupem przeszło przez Salwador.

 

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×