Brawurowa akcja Romana Giertycha, której celem było podważenie wyniku wyborów prezydenckich, na szczęście zakończyła się porażką. Nie ma powodów do radości – samozwańcza rewolucja, której próbował dokonać były przewodniczący Młodzieży Wszechpolskiej, jest kolejnym krokiem, który powoduje, że państwo traci powagę.
Ślad po tym, co wyprawiał w ostatnich tygodniach Roman Giertych, na pewno w nas pozostanie. Wielu wyborców i wyborczyń Rafała Trzaskowskiego wprost sugeruje, że nie uważa Karola Nawrockiego za legalnie wybranego prezydenta. To niesłychane, że osoby, które rządzą państwem, dla osobistych korzyści były w stanie posunąć się do rzeczy szkodliwych dla demokracji, państwa, a także – całego społeczeństwa. Dzisiaj Donald Tusk odcina się od tezy o sfałszowaniu wyborów, jednak wydaje się, że jest to reakcja spóźniona. Tuż po wyborach wydawało się, że Giertych na swoje działania ma co najmniej ciche przyzwolenie ze strony najważniejszych polityków.
Państwo jako narzędzie kampanii
Nic dziwnego. Od niemal dwóch lat widać, że obecny rząd traktuje państwo jak wygodne narzędzie w kampanii, a nie dobro wspólne wymagające ochrony. Łudziłem się, że Tusk wycofał się z koncepcji państwa minimalnego, która stanowiła wiodącą myśl polityczną jego poprzednich rządów. Miałem nadzieję, że okres spędzony poza Polską pozwolił mu zobaczyć, że silne państwo jest czymś, na czym opiera się współczesna demokracja, a nie socjalistycznym reliktem. Niestety, dzisiejszy Tusk niewiele różni się od tego sprzed dekady. Państwo jest dla niego wyłącznie narzędziem, a nie ważnym przedmiotem troski.
Świetnie było to widać w ostatnim czasie, chociażby w przypadku kampanii wokół obniżenia składki zdrowotnej. To temat, który powinien wymagać szczególnej refleksji: ochrona zdrowia jest jednym z najważniejszych systemów państwa, niezależnie, od której strony na to państwo spojrzymy. Nawet z perspektywy militarnej trudno nie doceniać, jak istotne jest zdrowie społeczeństwa.
Odpowiednie jej finansowanie, a więc i składka zdrowotna, powinny zatem stanowić dla rządzących nienaruszalny fundament, a nie przedmiot bezmyślnego licytowania się na obietnice. Rządząca koalicja od kilku miesięcy próbuje przepchnąć pomysł obniżenia składki zdrowotnej dla przedsiębiorców, choć nijak ma się to do realnych potrzeb systemu ochrony zdrowia. To wyraźny sygnał, że rząd jest w stanie rozmontowywać kluczowe instytucje tylko po to, żeby kupić sobie krótkotrwałą popularność.
Państwo powinno być gwarantem bezpieczeństwa, staje się jednak targowiskiem, na którym politycy i polityczki próbują kupić kilka punktów poparcia.
Pomimo ostrzeżeń lewicowych koalicjantów Donald Tusk cały czas przekonuje, że obniżka składki zdrowotnej jest dobrym pomysłem. W konsekwencji rozpoczyna niebezpieczną grę, w której łatwym instrumentem do podbijania nastrojów społecznych stanie się obniżanie wydatków na ochronę zdrowia. Nietrudno domyślić się, że taką licytację podejmą populistyczne partie, które nie będą miały w tej kwestii skrupułów. Ofiarami staną się miliony osób znajdujące się w gorszej sytuacji ekonomicznej, niemogące pozwolić sobie na skorzystanie z usług prywatnych.
Rozmontowywanie kluczowych instytucji
Niestety, to dobrze znany modus operandi urzędującego premiera. Minimalistyczna, pozbawiona wizji polityka lat 2007-2015 (pod koniec oczywiście bez samego Donalda Tuska) spowodowała, że wybory wygrali prawicowi populiści. To bezpośredni efekt zaniedbań w kluczowych obszarach – zdrowiu, edukacji czy kulturze. Dobrze opisują to słowa samego Tuska : „kto ma wizję, niech idzie do lekarza”.
Podobnie było zresztą w przypadku państwowych spółek. Wystarczy przypomnieć historię Polskich Linii Lotniczych LOT sprzed ponad dekady, gdy na skutek zaniedbań państwowa spółka znalazła się na skraju upadku. W raporcie Fundacji Republikańskiej z 2013 roku wskazano, że jedną z przyczyn był „brak jakiejkolwiek spójnej polityki właścicielskiej ze strony Ministerstwa Skarbu Państwa poza chęcią jak najszybszego sprzedania części udziałów”.
Koalicja Obywatelska wykorzystuje chwytliwe hasło, że to, co państwowe, z definicji nie jest wydajne, a więc reformowanie czegokolwiek pozbawione jest sensu. Obecnie taką samą koncepcję widać w działaniach rządu w spółce PKP Cargo. Jedynym pomysłem na modernizację największego operatora przewozów towarowych w kraju (i drugiego w Unii Europejskiej!) są… zwolnienia. W tym roku prace może stracić ponad tysiąc osób, a w przyszłym liczba ta może sięgnąć niemal 2,5 tysiąca. Dodajmy, że zwijanie tak istotnej z punktu widzenia logistyki firmy trwa jednocześnie z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego oraz elektrowni jądrowej. Czego tu nie rozumieć?
Nic dziwnego, że Donald Tusk i Rafał Brzoska tak ochoczo ze sobą współpracują, skoro ich wizje państwa tak dobrze się ze sobą łączą. Poprzednie rządy Tuska były okresem, gdy Poczta Polska przeprowadzała zwolnienia oraz likwidowała urzędy. Właśnie słabość państwowej firmy spowodowała, że na jej miejscu wyrosnąć mogła potęga InPostu. Przerażać może, że premier nie tylko tego nie widzi, ale wręcz zachęca jednego z najbogatszych Polaków do aktywnego udziału w rozmontowywaniu państwa.
Słabe państwo jako samospełniająca się przepowiednia
Najgorsze jest to, że słabość państwa staje się w ten sposób samospełniającą się, liberalną przepowiednią. Scenariusz jest prosty: jakaś spółka – na przykład Poczta Polska – jest słaba i nie radzi sobie, przynosi straty, rząd tnie więc wydatki, bo po co wydawać pieniądze na coś, co nie funkcjonuje wystarczająco dobrze (szanujmy się!), co prowadzi do kolejnych problemów. W ten sposób państwo krok po kroku zaczyna całkowicie się wycofywać. Jak dobrze pójdzie, spotka się to także z entuzjazmem społeczeństwa, które nie będzie przecież umierać za pocztę, nieumiejącą dostarczyć listu w przyzwoitym czasie.
Odpowiedzią na trudne wspomnienia z przeszłości nie może być całkowity demontaż państwowych instytucji. Historia LOT-u sprzed dekady dobrze pokazuje, że problemem nie jest sama własność państwowa, tylko brak spójnej strategii, jasnych zasad i kompetentnego nadzoru. Zamiast sprzedawać wszystko, co się da, rozwiązaniem powinny być twarde ustawowe ramy zarządzania i pełna transparentność decyzji, tak żeby państwo było aktywnym podmiotem, który dąży do realizacji określonych celów.
Natomiast według liberałów państwo powinno być widoczne i dbać o potrzeby obywateli i obywatelek, ale usunąć się w cień.
Na podobnej zasadzie liberałowie traktują politykę mieszkaniową – całkowicie pozostawioną mechanizmom rynkowym. W tej logice państwo nie jest ani inwestorem, ani regulatorem, ani nawet gwarantem czegokolwiek, a jedynie biernym obserwatorem, który od czasu do czasu pobudzi rynek. Rzecz jasna w taki sposób, aby skorzystali najsilniejsi. Rezultaty tego podejścia widoczne są gołym okiem: ceny nieruchomości oderwały się od możliwości społeczeństwa, a rosnące ceny zakupu i wynajmu spowodowały, że setki tysięcy osób pozbawione są własnego miejsca do życia, które w wielu krajach Europy uznawane jest za fundament polityki społecznej.
Społeczeństwo oczekuje czegoś więcej
Wydaje się, że tylko społeczny nacisk spowodował, że w niektórych tematach nadeszła pewna zmiana, tak jak stało się to w mieszkalnictwie. Coś musiało dotrzeć do Donalda Tuska, bo trzy lata temu rzucił nawet, że mieszkanie jest prawem człowieka. Jednak wydaje się, że gdyby nie ten nacisk – a także konieczność współrządzenia z lewicą – Koalicja Obywatelska wciąż mogłaby być zdania, że jedyną odpowiedzią państwa powinna być całkowita bierność.
Problem w tym, że coraz mniej osób ma tak ograniczone wymagania wobec państwa. Bezpowrotnie minęły czasy, gdy społeczeństwo zachwycone było ustawą Wilczka, a jedynym potrzebnym przepisem było to, że wszystko, co nie jest zabronione, jest dozwolone. Według European Social Survey od kilku lat rośnie liczba osób, które wymagają, aby państwo było aktywne – aktualnie ponad 70 proc. Polek i Polaków popiera „aktywną rolę państwa w gospodarce w celu ograniczania nierówności”.
Dobrze pokazała to dyskusja wokół Centralnego Portu Komunikacyjnego. Koalicja Obywatelska ewidentnie zdziwiła się, że większość społeczeństwa nie podziela poglądu, że to wyrzucanie pieniędzy w błoto, a elektorat (nawet ten liberalny) oczekuje, że państwo będzie aktywnie inwestować, także w projekty, które wymagają znaczących nakładów finansowych. Rząd stopniowo – krok po kroku – wycofywał się ze swoich pozycji. Ostatecznie stanęło na tym, że CPK powstanie, ale w okrojonej wersji, co skutecznie wykorzystuje w swojej retoryce Karol Nawrocki. Właściwie jakkolwiek nie potoczy się ta historia dalej, skorzysta na tym Prawo i Sprawiedliwość.
Nawet tam, gdzie Donald Tusk chce pokazać siłę państwa, robi to wyjątkowo nieudolnie, przez co ostatecznie tak naprawdę pokazuje jego słabość. Tak dzieje się w przypadku ochrony granic. Siła państwa rozumiana jest dosłownie, poprzez manifestowanie działalności służb. To jednak złudne – prawdziwa siła to ta, której nie trzeba manifestować poprzez mundury, broń czy pałki. Nasze państwo ma wszelkie możliwości i procedury, które pozwalają na to, żebyśmy czuli się bezpiecznie. Rolą liderów politycznych powinno być odwoływanie się do nich.
Obecny rząd robi jednak coś odwrotnego: wpada w panikę, jakbyśmy byli nieprzygotowani na żadną okoliczność. W popłochu zmienia procedury dotyczące azylu, a na życzenie prawicowych bojówek rozpoczyna kontrole na granicach.
W takiej sytuacji trudno dziwić się, że działania nie powodują wzrostu poparcia – rząd wydaje się całkowicie reaktywny w stosunku do tego, co dzieje się wokół. Jeżeli za kilka lat czarne sny prawicy o imigrantach, którzy zniszczą Polskę, nie spełnią się, w powszechnej opinii nie będzie to zasługa dobrze działającego państwa, ale skrajnej prawicy.
Przykłady można byłoby mnożyć – premier nie wyciągnął wniosków. Podobnie jak za swoich poprzednich rządów niespecjalnie interesuje się kulturą czy szkolnictwem, marginalizuje dialog publiczny, a spółki skarbu państwa są dla niego istotne tylko jako narzędzie propagandowe bądź fiskalne.
Postawa Donalda Tuska wobec ideologii jest zaskakująca elastyczna. Niemal na jednym oddechu potrafi opowiadać o deregulacji i nacjonalizacji gospodarki.
Co w zamian? Zwykły, europejskie państwo
Co ciekawe, alternatywa jest na wyciągnięcie ręki. Wybór nie jest pomiędzy abdykacją państwa a socjalizmem, chociaż liberałowie czasami lubią tak to przedstawiać. Współczesne europejskie społeczeństwa najczęściej wybierają model wolnorynkowego, ale aktywnego państwa. Tak funkcjonuje większość najsilniejszych gospodarek – zresztą przecież od Niemców przejęliśmy model społecznej gospodarki rynkowej, który wpisany jest do konstytucji. To model, w którym państwo nie udaje, że nie istnieje, tylko aktywnie reguluje rynek, inwestuje w infrastrukturę i egzekwuje prawa pracowników. Niestety, w przypadku Polski ta „społeczna” część gospodarki rynkowej widoczna jest głównie na papierze.
Taka jest filozofia współczesnego państwa – minęły czasy, gdy państwowość definiowana była wyłącznie jako monopol na przemoc. Duński socjolog Gøsta Esping-Andersen opisuje, jak państwa europejskie legitymizują władzę poprzez dbanie o takie obszary jak zdrowie czy edukacja. W konsekwencji decyzje o rozmontowywaniu tych systemów nie tylko szkodzą obywatelom i obywatelkom, ale także władzy, która traci legitymizację.
Dwa lata temu liczyłem na to, że kilkuletnia praca w instytucjach europejskich – najpierw jako przewodniczący Rady Europejskiej, a później Europejskiej Partii Ludowej – spowodowała, że Donald Tusk zmienił się jako polityk. A nawet nie tylko jako polityk, ale także jako człowiek. Myślałem, że wcześniej, tak jak wielu osobom z jego pokolenia, państwo mogło kojarzyć się opresyjnie, jednak kilka lat spędzonych poza Polską pozwoli mu nabrać innej perspektywy.
Z łatwością mógłbym sobie wyobrazić aktualnego premiera, który – wciąż odwołując się do liberalnego etosu – promuje ideę silnego i sprawczego państwa, zapewniającego dzięki tej sile wolność obywatelom i obywatelkom – a nie pomimo niej. Taki Tusk wymógłby na koalicjantach ustawy egzekwujące podstawowe prawa człowieka, takie jak prawo do aborcji czy legalizację związków partnerskich. Taki Tusk nie płaszczyłby się przed Rafałem Brzoską, ale narzucił biznesowi uczciwe i twarde warunki współpracy. Taki Tusk natychmiast zaprzestałby pushbacków oraz wdrożył procedury azylowe, a także rozpędził prawicowe bojówki, pokazując społeczeństwu, że nie ma się czego obawiać. Taki Tusk przywróciłby godność tysiącom osób i spełnił obietnicę dotyczącą ustawy o asystencji osobistej.
Zamiast tego widzę premiera, który zapewnia, że jesteśmy silnym państwem, a jednocześnie jest zbyt przestraszony, żeby zawalczyć właściwie o cokolwiek. Trudno wyobrazić sobie, że może to wzbudzać zaufanie społeczeństwa czy szacunek wobec państwa.
Ten brak odwagi staje się nie tylko kwestią wizerunkową, ale także praktyczną – wycofane państwo staje się polem gry dla silniejszych grup interesu. Nawet jeśli nie jest to ze strony Koalicji Obywatelskiej działanie celowe, w efekcie rządowych działań korzyść odnoszą ci, którzy mają głos, na przykład osoby związane z polityką czy biznesem. Dobrze widać to w polityce energetycznej, gdzie zamiast długofalowej strategii dostajemy chaotyczne, reaktywne ruchy.
Rządzący politycy lubią ostatnio powtarzać, że jesteśmy dwudziestą gospodarką świata. To prawda. Co więcej, nie chciałbym nawet kwestionować tego osiągnięcia. Dziś, kiedy jesteśmy w 90. centylu światowych gospodarek na pewno żyje nam się lepiej niż kiedyś.
Jednak tak naprawdę niewiele to mówi o sile państwa. Wydaje się, że nasza gospodarka zbudowana jest w całkowicie rozproszony sposób, co – jak ostrzegają ekonomiści i ekonomistki – może być zgubne w obliczu rozmaitych wyzwań, na przykład, gdy inny region świata zacznie konkurować poprzez obniżenie kosztów pracy. Pod względem wydatków na badania czy rozwój przegrywamy z państwami znacznie od nas biedniejszymi, a wskaźnik zaufania do instytucji publicznych należy do najniższych w Unii Europejskiej. Silne państwo to nie tylko ładnie wyglądający wskaźnik w Excelu, ale sprawnie działający organizm, który poprawia życie ludzi.
Zmarnowana szansa
Jednak najważniejsza jest w tym kontekście stracona szansa po tym, co wydarzyło się w 2023 roku. Po latach systemowej erozji państwa – będącego wówczas przedmiotem wyzysku i propagandy – przez prawicę, nowy rząd mógł zacząć budować wspólnotę wokół pewnych wartości. To był czas, w którym można było wprowadzić programy odbudowy zaufania: przejrzyste konkursy na stanowiska publiczne, prawdziwe konsultacje społeczne, reformę wymiaru sprawiedliwości.
Był to też dobry moment na odważne decyzje w obszarach, które najbardziej dotykają codziennego życia – odbudowę systemu ochrony zdrowia, tak by pacjent nie czekał miesiącami na wizytę; przywrócenie edukacji roli narzędzia wyrównywania szans, a nie politycznej indoktrynacji; wreszcie realne inwestycje w kulturę, traktowaną nie jako koszt, lecz jako fundament wspólnoty i tożsamości. Takie działania mogłyby nie tylko poprawić jakość życia obywateli, ale też stać się nowym spoiwem społecznym po latach podziałów.
Zamiast tego otrzymaliśmy rząd, który wprawdzie nie traktuje państwa jako narzędzia do realizacji własnych, ideologicznych celów, ale jednocześnie nie za bardzo się nim interesuje. Nic dziwnego, że ludzie nie czują się emocjonalnie z takim państwem związani – trudno oczekiwać od obywateli patriotyzmu, gdy mają poczucie, że rząd w ogóle o nich nie dba, nie widzi ich problemów i nie daje powodów do zaufania. W takiej sytuacji hasło „walczmy z PiS-em” przestaje być mobilizujące, bo dla wielu wyborców żadna z opcji nie wydaje się realnie reprezentować ich interesów.
Nie mam na myśli zadeklarowanych przeciwników prawicy – ci i tak zagłosują na którąś z obecnie rządzących partii. Ale to może być właśnie te kilka procent głosów, których brakuje, by wygrać wybory – utraconych nie dlatego, że głosujący chcą poprzeć prawicę, ale dlatego, że nie uwierzyli, że cokolwiek może się zmienić.

