fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Kto się boi ludobójstwa? Przykład Rwandy

Na wyroki sądów i ważnych gremiów możemy czekać długo. Kiedy siedzimy w wygodnych fotelach, nic nas to nie kosztuje. Ale w takiej sytuacji powinniśmy odpuścić sobie udawanie, że cokolwiek nas to obchodzi.
Kto się boi ludobójstwa? Przykład Rwandy
ilustr.: Julia Chibowska

 Mimo dosyć solidnych podstaw – stanowisk organizacji międzynarodowych, ONZ czy zajmujących się ludobójstwami i Holokaustem specjalistów – politycy unikają określenia wydarzeń w Gazie mianem ludobójstwa. Czasami stoi za tym obawa przed zniechęceniem do siebie Izraela czy lokalnej, często proizraelskiej, wspólnoty żydowskiej. W niektórych przypadkach może chodzić o autentyczne wątpliwości intelektualne lub ograniczony dostęp do informacji. Jednak najczęściej rządy nie chcą uznać działań Izraela za ludobójstwo, ponieważ oznaczałoby to w pewnym sensie przyznanie się do współodpowiedzialności za zbrodnie, chociażby z racji sprzedawanej broni czy technologii.

Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego liczni politycy i publicyści unikają dzisiaj słowa „ludobójstwo”: wynikające z takiej klasyfikacji zobowiązanie do działania.

Żeby to zrozumieć, warto spojrzeć na historię innych ludobójstw. Określanie ich w ten sposób najczęściej nie budzi już dziś żadnych wątpliwości, jednak w czasie ich trwania Organizacja Narodów Zjednoczonych, Stany Zjednoczone i inni istotni gracze jak ognia unikali nazywania zbrodni po imieniu. Podczas wojny w Bośni w latach 90. USA i ONZ w odniesieniu do zbrodni przeciwko Bośniakom preferowały raczej określenia takie jak „czystki etniczne” lub „zbrodnie przeciwko ludzkości”. Po masakrze w Srebrenicy w lipcu 1995 roku wzrosła presja międzynarodowa, ale powszechne uznanie tych wydarzeń za ludobójstwo przez ciała międzynarodowe przyszło około dekady później – w 2005 odpowiednią rezolucję przyjął Kongres USA, a w 2007 także Parlament Europejski i Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Podobnie wobec prześladowań Jezydów przez Państwo Islamskie w Iraku i Syrii trwających od 2014 roku społeczność międzynarodowa również początkowo unikała terminu „ludobójstwo”. Jednak wraz z ujawnianiem dowodów masowych egzekucji, porwań oraz systemowego niewolnictwa seksualnego wobec jezydzkiej ludności – szczególnie po ataku na region Sinjar w sierpniu 2014 – kolejne instytucje zaczęły posługiwać się adekwatnym językiem. Chociaż pierwsze raporty ONZ proponowały taką kwalifikację już w 2015, Parlament Europejski określił zbrodnie dotykające Jezydów mianem ludobójstwa dopiero w lutym 2016 roku, administracja Stanów Zjednoczonych w marcu 2016 roku, a komisja śledcza ONZ ds. wojny w Syrii oficjalnie potwierdziła tę kwalifikację w 2017 roku. W następnych latach podobne stanowisko przyjęły również liczne państwa europejskie i organizacje międzynarodowe. Było to jednak długo po tym, jak dokonano największych zbrodni, kiedy w 2015 trzy czwarte populacji Jezydów dotknęły przesiedlenia i prześladowania, które skazały ich na uchodźstwo. Zbrodnie te uznano za ludobójstwo znacznie za późno, żeby mogłoby to czemukolwiek zapobiec.

Kolonialna przeszłość

Ten problem z kwalifikacją dobrze ilustruje także przykład ludobójstwa w Rwandzie. Aby zrozumieć, jak do niego doszło i jak wyglądała reakcja międzynarodowa, konieczna jest znajomość kontekstu historycznego regionu. W okresie poprzedzającym kolonializm Rwanda stanowiła samodzielne państwo z dziedzicznym monarchą na czele. Większość mieszkańców stanowili Hutu (głównie zajmujący się rolnictwem), ale pozycję arystokracji zajmowali Tutsi (posiadający dzierżawioną przez Hutu ziemię, oraz bydło), z których pochodził też monarcha. Najmniej liczni i stojący najniżej w hierarchii – byli pigmeje Batwa.

Przynależność do danej grupy etnicznej w Rwandzie, Burundi czy Ugandzie ma często znaczenie większe niż obywatelstwo państwowe. Tutsi z Rwandy i Burundi mogą czuć się mocniej związani ze sobą nawzajem niż ze swoimi krajanami z narodów Hutu czy Batwa.

W XIX wieku Rwanda stała się kolonią niemiecką, potem jako terytorium mandatowe Ligi Narodów podlegało pod zarząd Belgii. Kolonizatorzy utrzymali Tutsi u władzy jako swoich zarządców. W praktyce więc zapanował korzystny dla obu stron układ, w ramach którego to Tutsi sprawowali rzeczywistą władzę w Rwandzie, gwarantując stabilność i swobodę działania kolonizatorom. Co jednak istotne, między tymi dwiema grupami można się było przemieszczać. Szczególnie zamożni Hutu mogli zostać honorowymi Tutsi. Zaczęło się to zmieniać wraz z wprowadzeniem „nowoczesnej” kolonialnej administracji, kart tożsamości i rejestrów, jednoznacznie określających przynależność etniczną., W latach 30. dwudziestego wieku belgijska administracja zablokowała dalsze przemieszczanie się między tymi grupami.

Po przyznaniu Rwandzie autonomii przez Belgów w 1959 niemal od razu wybuchła wojna domowa. Hutu obalili monarchię Tutsi, co doprowadziło do ucieczki tysięcy Tutsi do krajów sąsiednich. Przez kolejnych trzydzieści lat w Rwandzie przeplatały się okresy otwartej wojny i niestabilnego pokoju. W 1990 wybuchła kolejna wojna domowa, w której partyzanci Tutsi z Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego próbowali obalić rząd Hutu, kierowany przez Juvenala Habyarimana, prowadzący politykę rażącej dyskryminacji wobec Tutsi.  Po długim konflikcie w 1993 roku podpisano porozumienie pokojowe.

Rok później, 6 kwietnia 1994 roku, zestrzelono samolot, na pokładzie którego znajdowali się prezydent Habyarimana oraz również należący do Hutu prezydent Burundi, Cyprien Ntaryamira. Obaj zginęli w katastrofie.

Ekstremiści Hutu oskarżyli Tutsi o śmierć prezydenta i złamanie porozumień pokojowych; zdaniem Tutsi odpowiedzialni za zabójstwo byli członkowie gwardii prezydenckiej Hutu. Okoliczności katastrofy do dzisiaj w pełni nie wyjaśniono.

Skąd zło?

Ludobójstwo na Tutsi poprzedziła kampania ich dehumanizacji. W latach 80.  Tutsi, którzy zostali wygnani z Rwandy, zaczęli domagać się prawa do powrotu. Nastroje anty-Tutsi zaczęły się nasilać, ponieważ media zdominowane przez Hutu przedstawiały ich jako zagrożenie dla Rwandy.

Faktyczne działania partyzantek Tutsi działających z państw trzecich powodowały, że niechęć nie była zupełnie bezpodstawna, a media Hutu nie musiały wymyślać fałszywych historii. Często oprzeć się mogły na ziarnie prawdy, jak na przykład w sprawie cierpień cywilów podczas wojny domowej. Na takiej podstawie stworzono grunt pod ludobójstwo, któremu śmierć prezydenta posłużyła tylko jako katalizator.

W kwietniu 1994 ruszyła trwająca sto dni fala przemocy, podczas której milicje Hutu brutalnie mordowały Tutsi. Rzeźodbywała się na oczach wszystkich i z bezwzględną precyzją, mimo że zarówno siły ONZ, jak i wojska Belgii były obecne w Rwandzie. Owiane złą sławą „Radio Ludobójstwo” (RadioTélévision Libre des Mille Collines, RTLM) zachęcało Hutu – stanowiących 85 procent populacji Rwandy – do wybijania „karaluchów Tutsi”. Masakry dokonywano z użyciem maczet i narzędzi rolniczych. Wiele krwawych obrazów z tego ludobójstwa przekazywały międzynarodowe media: mężczyźni Hutu zabijali swoje żony Tutsi, duchowni Hutu wydawali – a czasami sami mordowali – Tutsi szukających schronienia w kościele.

Łączna liczba ofiar wyniosła między 520 a 702 tysiące osób, w tym od 500 do 662 tysięcy Tutsi (czyli około ich 77% populacji) około 10 tysięcy przedstawicieli narodu Batwa oraz od 10 do 30 tysięcy umiarkowanych i opozycyjnych Hutu. Dodatkowo szacuje się, że w trakcie ludobójstwa zgwałcono od 250 do 500 tysięcy kobiet Tutsi.

Zarówno siły pokojowe ONZ, jak i wojska belgijskie, obawiając się agresji Hutu, wycofały się z kraju. Stany Zjednoczone, pozostające w szoku po niedawnej porażce operacji „Black Hawk Down” w Somalii, nie chciały angażować się w kolejny afrykański konflikt. Po ponad dwóch miesiącach od rozpoczęcia ludobójstwa pojawiły się „międzynarodowe” (złożone w ponad 98 procentach z Francuzów) siły pokojowe, które próbowały powstrzymać rzeź Tutsi w ramach operacji „Turquoise”. Około sto dni po rozpoczęciu rzezi partyzantka Tutsi z Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego zdołała dotrzeć do stolicy i obalić rząd Hutu zbrodnię. Niestety, początkowo nie poprawiło to sytuacji: w kolejnych dniach doszło do mordów odwetowych ze strony Tutsi, a wielu członkom rządu Hutu, którzy powinni zostać osądzeni, zbiegło z kraju.

Ezopowy język Clintona

Wydarzenia w Rwandzie bez wątpienia były ludobójstwem. Jednak w wielu przypadkach organizacje międzynarodowe głowy państw unikały tego określenia, a kiedy ich kwalifikacja stała się bezsprzeczna – nie zareagowały odpowiednio.

We Francji w początkowym etapie przedstawiano masakrę jako wznowienie wojny domowej i obustronne walki. Jednak najsłynniejszy i dobrze udokumentowany przypadek dotyczy Stanów Zjednoczonych, Billa Clintona i całej jego administracji.

Rwanda była ważnym tematem już na początku jego prezydentury w 1993 roku. Chociaż sam kraj zaczął utrzymywać z USA kontakty dyplomatyczne dopiero po uzyskaniu niepodległości w 1962 roku, nie był obszarem intensywnych działań podczas zimnej wojny i nie przyciągał szczególnej uwagi USA. Zmieniło się to po upadku Związku Radzieckiego, kiedy Stany Zjednoczone zaczęły wchodzić w buty „policjanta świata”. Operacja „Pustynna Burza” wyzwoliła Kuwejt spod irackiej okupacji, operacja ONZ „Deny Flight” pod przewodem USA podczas wojny w Bośni i Hercegowinie wymusiła zakaz bombardowań. W 1993 ONZ z dużym zaangażowaniem USA wynegocjowała pokój w Rwandzie. Przez kilka lat Stany Zjednoczone faktycznie były państwem za pomocą interwencji zaprowadzającym Pax Americana na całym świecie. Jednak niedługo później połamały sobie zęby w Somalii, tracąc żołnierzy i spotykając się z gniewem krajowej opinii publicznej.

Po tym doświadczeniu straciły zapał do międzynarodowych interwencji, dlatego pierwsze informacje o atakach na Tutsi nie spotkały się z ich reakcją.

Ostrzeżenia przed tragedią pojawiały się jednak jeszcze wcześniej, za administracji George’a Busha Seniora. Jeden z raportów z 1992 roku ostrzegał, że w kręgu rwandyjskiej partii rządzącej byli ekstremiści popierający eksterminację Tutsi. Według „Foreign Policy” już w sierpniu 1992 roku, na cztery miesiące przed objęciem urzędu przez Clintona, z Kigali wysłano pierwszą depeszę ostrzegającą przed możliwością przemocy na tle etnicznym.

Z ujawnionych później dokumentów wynika, że administracja Billa Clintona wiedziała już w kwietniu 1994 roku – krótko po strąceniu samolotu – że Rwanda pogrąża się w ludobójstwie, ale ukrywała tę wiedzę, by usprawiedliwić swoją bierność. Śledztwa dziennikarskie i ujawnione dokumenty wskazują, że w ciągu szesnastu dni od rozpoczęcia masakry najwyżsi urzędnicy zaczęli w prywatnych rozmowach używać słowa „ludobójstwo”. Publicznie jednak wciąż go unikano. Przyczyną takiego stanu rzeczy miała być podjęta wcześniej decyzja prezydenta Clintona, że Stany Zjednoczone nie będą interweniować. Raporty wywiadu pokazują też, że członkowie rządu – a niemal na pewno także sam prezydent – zostali poinformowani o planowanym „ostatecznym rozwiązaniu”, jeszcze zanim rzeź osiągnęła największą skalę. Słowo „ludobójstwo” pojawiało się w wewnętrznych dokumentach, omijało jednak oficjalne wystąpienia.

Za sprawą pozwu z prośbą o wgląd do akt ważne materiały pozyskało National Security Archive, niezależny ośrodek badawczy z Waszyngtonu. Ustalono, że tajny codzienny briefing CIA przekazywany Clintonowi, wiceprezydentowi Alowi Gore’owi i setkom wysokich urzędników niemal codziennie zawierał informacje o Rwandzie. W notatce z 23 kwietnia zapisano, że rebelianci Tutsi będą kontynuować walkę, aby „powstrzymać ludobójstwo, które rozprzestrzenia się na południe”. Trzy dni później briefing Departamentu Stanu dla Warrena Christophera i innych urzędników odnotował „ludobójstwo i podział kraju” oraz wspomniał o deklaracjach „ostatecznego rozwiązania” wymierzonego w Tutsi.

Mimo to administracja prezydenta Clintona po raz pierwszy publicznie użyła słowa „ludobójstwo” dopiero 25 maja, a i wtedy złagodziła przekaz, mówiąc o „aktach ludobójstwa”. Obawiano się, że takie słowo wywoła presję ze strony opinii publicznej domagającej się działania, którego administracja nie chciała podjąć. Uważano również, że Stany Zjednoczone nie mają w Rwandzie istotnych interesów: był to niewielki kraj w Afryce Środkowej, pozbawiony surowców i strategicznego znaczenia.

Brak reakcji na ludobójstwo – postrzegane jako „zbrodnię zbrodni”, szczególny rodzaj zła, któremu należy w świecie naznaczonym Holokaustem zapobiegać wszelkimi środkami – był początkiem kompromitacji USA w roli światowego arbitra. Oczywiście, przez kolejne dekady Amerykanie nadal próbowali ustawiać się w takiej roli – po zakończeniu ludobójstwa interweniowali między innymi na Haiti, chroniąc legalny rząd, czy podczas wojny w Jugosławii w ramach sił NATO. Ludobójstwo w Rwandzie ciągnęło się jednak za Clintonem przez kolejnych dwadzieścia lat. Jeszcze w 2015 do mediów trafiały kolejne odtajnione dokumenty ujawniające jego świadomą bezczynność.

Clinton później przeprosił za te zaniechania, jednak odtajnione dokumenty osłabiają jego tłumaczenie, jakoby nie wiedział, co dzieje się w Rwandzie. Podczas wizyty w Kigali w 1998 roku przeprosił za zbyt późną reakcję i za to, że nie nazwał zbrodni od razu ludobójstwem. W przemówieniu, które wielu odebrało jako próbę zmniejszenia własnej odpowiedzialności, mówił, że amerykańska perspektywa i pracowite dni w biurze sprawiły, że on i jego administracja w pełni nie rozumieli skali horroru.

Od zawsze byliśmy przeciw

Z Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa, której stronami są 154 państwa, wynikają obowiązki. Państwa muszą podejmować działania, by nie dopuścić do tej zbrodni oraz wprowadzić do prawa krajowego odpowiednie przepisy umożliwiające ściganie ludobójstwa, jego prób, współudziału i publicznego podżegania. Konwencja zobowiązuje również do ścigania i karania sprawców niezależnie od ich stanowiska. Istotnym elementem jest współpraca międzynarodowa, w tym ekstradycja podejrzanych oraz współdziałanie z organami takimi jak Międzynarodowy Trybunał Karny. W przypadku sporów co do stosowania konwencji państwa mogą zostać skierowane do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. W teorii oznacza to, że nie mogą pozostawać bierne wobec zagrożenia ludobójstwem i mają obowiązek aktywnie reagować.

Jednak zapobieganie ludobójstwu niesie za sobą poważne konsekwencje polityczne. Decyzja o interwencji militarnej jest trudna do uzasadnienia w oczach wyborców, a sankcje ekonomiczne często wiążą się z osłabieniem własnej gospodarki. Za porażkę płaci się wysoką cenę, a sukces nie przynosi dużych korzyści politycznych. Społeczność międzynarodowa nie jest zbyt skuteczna w zapobieganiu ludobójstwom. Często za późno rozpoznaje zagrożenia lub unika ich nazwania. Brak zdecydowanego działania organizacji międzynarodowych i „dużych” państw, pozwala tym mniejszym uchylać się od odpowiedzialności. Jednocześnie, jeśli USA czy państwa europejskie interweniowały zbrojnie w sprawach mniejszej wagi, trudno jest uzasadniać bierność, kiedy trwa ludobójstwo.

Dlatego najłatwiej uznawać, że coś nim nie jest – przynajmniej tak długo, jak działanie wymaga to realnych nakładów siły. W przypadku Rwandy, zbrodni w Bośni, mordów na Jezydach – czy jak zapewne stanie się też z Gazą – uznanie czynu za ludobójstwo przychodzi zazwyczaj, kiedy działania wojskowe się kończą, a zbrodnia się dokonała. Wtedy można bezpiecznie ogłosić światu, że od zawsze było się przeciwko. Że doszło do błędów, że nie dostarczono dowodów, a informacje były niepełne.

Rzecz w tym, że ludobójstwo to termin, który z zamierzenia nie powinien być wykorzystywany retroaktywnie.

W perspektywie historii ludobójstwa – w tym Holocaust – były poprzedzone latami dyskryminacji, wykluczenia i prześladowań. Istnieje wiele modeli i metod pozwalających je przewidzieć. To na ich podstawie opracowywano doniesienia, które trafiały na biurko Billa Clintona w 1993 i na początku 1994. W 1996 roku Gregory Stanton, założyciel Genocide Watch, opracował model wyjaśniający proces prowadzący do ludobójstwa. Celem tego modelu, podobnie jak samej jego koncepcji opracowanej przez Lemkina, jest poprawa naszej zdolności rozpoznawania etapów poprzedzających potencjalne ludobójstwa. Pozwala to państwom podejmować działania zapobiegające eskalacji: takie jak wprowadzenie sankcji czy nawet interwencja zbrojna.

Na wyroki sądów i ważnych gremiów można czekać długo, bardzo długo. Osób siedzących na wygodnych fotelach w bezpiecznych częściach świata nic to nie kosztuje.

Ale w takiej sytuacji równie dobrze możemy sobie po prostu odpuścić udawanie, że cokolwiek nas to obchodzi.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×