Spróbujmy zacząć nasze spotkanie od kilku ważnych informacji. Zamierzam napisać do Was pewną formę listu, który mam nadzieję, że dotrze do adresatów i zostanie przez nich odczytany zgodnie z moją intencją. Jako autor tych komunikatów będę starał się dołożyć wszelkiej staranności, byście mogli jak najlepiej zrozumieć mój punkt widzenia. Wynika to z niczym nieuzasadnionej, ale niezbędnej w takich sytuacjach sympatii wobec osób, których być może nigdy na swojej drodze nie spotkam, ale które zechcą poświęcić mały wycinek swojego życia na odczytanie tej wiadomości.
Pozornie spokojna głowa
Kognitywistyka ocenia, że jedynie około 2 procent naszych myśli ma charakter świadomy, a 98 procent zachodzi poniżej progu świadomości. Myślenie refleksyjne nie jest procesem łatwym, wymaga wysiłku oraz dość często nie realizuje naszych „marzeń”. Może nas za to zaprowadzić w rejony, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy, pokazać rozwiązania, które nie przyszłyby nam wcześniej do głowy, i ustrzec przed popełnieniem błędów, które mogłyby mieć poważne konsekwencje, a są do uniknięcia.
Wciąż jednak pozostaje nam 98 procent, które pozostają poza kontrolą refleksji. Wytwarzają one tak zwane obwody idei, które kształtują nam uproszczone, ale skuteczne poznawczo wizje siebie i świata. Im częściej taki „obwód idei” jest używany, tym mocniejszy i bardziej automatyczny się staje. Oznacza to, że większość zjawisk związanych z potocznym ramowaniem otaczającego nas świata zachodzi na poziomie nerwowym i jest przeważnie nieświadomy, a żeby nie mylić tego słowa z pojęciem występującym w freudowskiej psychoanalizie, zaznaczę, że chodzi tu o procesy automatyczne, a nie wyparte.
Świadome postrzeganie nie zachodzi więc natychmiast. Żeby coś rozpoznać, nasz mózg musi mieć odpowiedni obwód nerwowy, który ten sygnał rozpozna i sklasyfikuje. Sygnały zmysłowe docierają do nas po około jednej dziesiątej sekundy, ale nigdy natychmiast. W naszej świadomości nie zauważamy tego odcinka czasu, ale jest on dla naszego umysłu wystarczający, by podjąć odpowiednie z jego perspektywy automatyczne działania. W tym krótkim dla nas czasie układ wzrokowy, słuchowy lub dotykowy modyfikuje sygnał otrzymany od zmysłów, kasując „niepasujące” jego części i tworząc sygnał, który pasuje do już istniejących obwodów naszego mózgu. Warto mieć również świadomość tego, że nasz mózg stara się nam maksymalnie pomóc w radzeniu sobie z dysonansami poznawczymi, czyli z sytuacjami, które wprowadzają pewnego rodzaju niepokój i niepewność w naszym codziennym funkcjonowaniu. Robi to poprzez dokonywanie szybkiego (często zbyt szybkiego) rozpoznania sytuacji, klasyfikowanie jej i próbę dopasowania do posiadanej już przez nas wiedzy o otaczającym świecie i kierujących nim regułach. Dlaczego te rozpoznania bywają „zbyt szybkie”? Otóż nasz mózg nie rozpoznaje rozwiązań danego dysonansu z perspektywy długoterminowych korzyści i konsekwencji. Działa w myśl zasady, że najważniejsze jest zlikwidowanie niepokoju i niepewności tu i teraz, tak byśmy nie pozostawali zbyt długo w stanie refleksyjnego myślenia, oznaczającego niepewność rozpoznań, które zużywa bardzo dużo energii i często nie przynosi natychmiastowej ulgi, a zdarza się, że pogłębia nawet istniejące już dysonanse.
To wszystko się składa na kryzys epistemiczny, który polega na tym, że w wyniku świadomych lub niecelowych działań narasta chaos informacyjny, który powoduje, że coraz trudniej nam jednostkowo i społecznie odróżniać fakty od opinii. Dodatkowo spada zaufanie do tradycyjnych źródeł wiedzy, a co za tym idzie również do nauki i powiązanych z nią osób eksperckich. Jak obrazowo opisać to zjawisko? Jeszcze nie zdołaliśmy zrozumieć, w jaki sposób nauka dochodzi do czasowej pewności lub konsensusu w danym temacie, a już dostarczane nam są narracje, z których wynika, że jest ona omylna, nieskuteczna i wpleciona w niejasne często sieci powiązań i zależności. Powstaje w ten sposób pewne kluczowe nieporozumienie. Zaczynamy zastanawiać się, czy w metody naukowe „wierzyć czy też nie”, choć należą one do innego porządku i nie są oparte na logice opisu świata obecnej na przykład w religiach.
Wszystkie te zjawiska wywołują w nas poczucie niepewności lub chaosu poznawczego. Najprostsze i intuicyjne strategie radzenia sobie z taką sytuacją polegają zaś na dwóch wyborach. Po pierwsze: zawieszenie zaufania do wszelkich narracji, które nas otaczają. Bywa to też niestety nazywanie błędnie „sceptycyzmem” lub „myśleniem krytycznym lub włączaniem myślenia”. Pomyłka zaś polega na tym, że myślenie krytyczne nie może się odbywać bez elementarnego założenia, że informacja jest weryfikowana (o ile jest to możliwe) i dopiero potem określa się czy jest prawdziwa, nieprawdziwa lub czasem trudna do zweryfikowania. W tym zaś procesie nie zakłada się na początku ani wersji optymistycznej, ani pesymistycznej. Po drugie: następuje tendencja do poszukiwania tej jednej, jedynej opowieści, która pozwoli nam się wyzwolić z dysonansów i niepewności oraz dostarczy jasnych, klarownych odpowiedzi. W sytuacji dużej niepewności poznawczej taka postawa może prowadzić nas do dwóch rodzajów fundamentalizmów:
- fundamentalizmu światopoglądowego – religia, czy jakaś inna forma ideologii, którą postrzegamy jako niosącą w sobie właściwy opis świata i tego, co się z nami dzieje.
- Fundamentalizmu „naukowego” – czyli wiara w to, że nauka przyniesie wcześniej czy później wszystkie niezbędne i prawdziwe odpowiedzi i pozwoli nam na stałe opuścić strefy dyskomfortu. Słowo nauka specjalnie biorę to w cudzysłów, ponieważ tego rodzaju definicje jej roli mają niewiele wspólnego z tym, czym nauka w rzeczywistości ma być i czemu oraz komu służyć.
Jeden umysł, dwa systemy
Redakcja „Kontaktu” proprosiła mnie, bym w przystępnych słowach spróbował podpowiedzieć, czy i w jaki sposób można sobie radzić z tą potencjalnie niebezpieczną sytuacją. Od razu chciałbym tu zaznaczyć, że mam na tę prośbę również co najmniej dwie odpowiedzi (ach, ten brak zdecydowania). Nawiązując do znanego nam powiedzenia, jedna z nich jest „dobra”, a druga „zła”. Ta lepsza, przynajmniej z pozoru, jest taka, że jak najbardziej można sobie z tymi zjawiskami radzić, a ta początkowo przynajmniej gorsza sugeruje, że może nie być to czasami łatwe i wymaga osobistego oraz systemowego świadomego zaangażowania.
Od czego więc zacząć? Kluczowymi elementami zdają się być tu świadomość i… życzliwość wobec siebie i innych. Świadomość rozumiem tu jako moment , w którym zdajemy sobie sprawę z tego, że oto uruchomiła się właśnie w nas automatyczna reakcja na przeczytane lub usłyszane słowa lub zdjęcie czy obrazek, które właśnie zobaczyliśmy. To zawsze dzieje się po fakcie, bo tak to jest z automatyzmami. Warto byście zdawali sobie sprawę, że macie do czynienia z pewną machiną, której rolą jest pominięcie w waszym myśleniu elementu refleksji i krytycznego spojrzenia. Opisał ją w ciekawy sposób Daniel Kahneman, zmarły niedawno psycholog i ekonomista, a także laureat Nagrody Nobla. Rozróżnił on dwa procesy myślowe, które oczywiście nie są przedzielone żadną zauważalną przerwą, ale wyodrębnienie ich pozwala nam lepiej zrozumieć sposób ich działania. System pierwszy (szybki) odpowiada za to, by jak najszybciej zniwelować pojawiający się dysonans poznawczy. Dlaczego? Ponieważ jego rolą jest zapobieganie potencjalnemu nadmiernemu zużyciu energii i działa on w trybie krótkoterminowym, to upraszcza „na wszelki wypadek” wszystko, co nie pasuje do znanych nam już opisów i doświadczeń rzeczywistości. System drugi (wolny) przejmuje te początkowe, błyskawiczne rozpoznania i o ile zachodzi taka konieczność przekształca je w bardziej logiczne, uporządkowane oraz rozbudowane narracje na temat tego, co doświadczyliśmy. Brzmi ciekawie? Przeczytajcie, co się za tym kryje.
Kahneman prosi nas, byśmy wyobrazili sobie, że system pierwszy to słoń (na dodatek szybki), a system drugi, to jeździec. Problem w tym, że to słoń kieruje jeźdźcem i często niezauważenie dla tego drugiego przejmuje nad nim kontrolę. W praktyce oznacza to, że szybkie, zawsze niezweryfikowane (co nie oznacza, że w każdym wypadku nieprawdziwe) rozpoznania mogą wpływać na to, w jaką stronę zmierza nasza refleksyjna analiza, jeśli nawet wystąpi. To zaś powoduje, że pierwotne wrażenie lub ocena sytuacji stają się w niezauważalny dla nas sposób podstawą coraz bardziej rozbudowanych wniosków.
Przykład? Mój mózg odbiera przeczytany tekst jako atak na kluczowe dla mnie wartości. Pozwala mu to uruchomić klasyczne automatyczne reakcje na sytuacje zagrożenia: atak, ucieczkę lub udawanie martwego. Możemy więc stwierdzić, że musimy walczyć z osobą, która to napisała, jak najszybciej przed nią uciekać lub udawać, że tych słów nie widzieliśmy i nie słyszeliśmy, ale uznajemy je za jednoznacznie wrogie. To reakcja, która wydarzyła się poniżej progu naszej refleksyjnej świadomości, więc to, co będzie się działo dalej jest oparte na tym, czego nawet nie próbowaliśmy zweryfikować.
Na warsztatach z myślenia krytycznego ze zdumieniem i fascynacją obserwuję, jak czasem, niedługo po dokładnym omówieniu opisanego powyżej zjawiska wywiązuje się jakaś zabarwiona emocjonalnie dyskusja. A wtedy, cała przyswojona przed chwilą wiedza przestaje mieć znaczenie. Zaczynają się zaś liczyć jednoznaczne opinie i szybkie rozpoznania. Próbuję się wtedy często „wtrącić” z przypomnieniem, ale bywa i tak, że moje wysiłki są przez jakiś czas kompletnie ignorowane. Wygląda to mniej więcej tak, jakby nasze umysły wyłączały pewne obszary swojego funkcjonowania, by skupić się na tym, co przyniesie potencjalnie natychmiastową gratyfikację, bez oglądania się na długofalowe konsekwencje.
Trening czyni mistrza
Ważną i nieoczywistą jednocześnie rolę zaczyna wtedy pełnić drugi element, czyli życzliwość, która polega na zrozumieniu kluczowych aspektów sytuacji. To, co odbieramy bowiem u innych jako jednoznaczny brak dobrej woli lub zwyczajną „głupotę”, może być właśnie automatyczną reakcją redukującą dysonans, a nie wypowiedzeniem nam wojny. Jeśli zaś istnieje taka możliwość, to warto założyć i spróbować sprawdzić, skąd w nas przekonanie, że właściwie rozpoznaliśmy, co kieruje innym człowiekiem. By móc zaś to spróbować zweryfikować musimy uruchomić świadomie zarówno poznawczą ciekawość, jak i (przynajmniej czasowo) założyć, że druga strona nie kieruje się złą wolą czy fałszywym obrazem rzeczywistości. W jaki sposób przesunąć w tę stronę środek ciężkości naszego wnioskowania? Cóż, być może was nie zaskoczę (i dobrze, wtedy łatwiej to przyjąć) polega to na treningu. Czyli powtarzaniu innego sposóbu reagowania na dysonanse i robienie tego w sposób refleksyjny. Im więcej powtórzeń, im więcej doświadczeń, tym bardziej ten „mięsień” zaczyna nam się rozwijać. A skoro już pozwoliłem sobie na to, by zastosować tu metaforę treningu, to tak jak w przypadku wizyt na siłowni, biegania, czy co tam lubicie uprawiać, równie ważnym elementem rozwoju jest odpoczynek i regeneracja. W tym wypadku oznacza to świadomość, że na przykład stosowanie narzędzi myślenia krytycznego wymaga ostrożności i nie należy z nimi przesadzać. Myślenie krytyczne czy też refleksyjne jest bowiem dla niektórych naszych automatyzmów kontrintuicyjne, dlatego że stawia na dłuższą i szerszą perspektywę, a nie na natychmiastowe rozwiązania. Zużywa ono też sporo energii, na przykład glukozy i jak sobie lubię mówić do ludzi podczas warsztatów: nie będziecie mogli myśleć krytycznie, kiedy jesteście zmęczeni i źle odżywieni.
Refleksyjność poznawcza i związane z nią procesy myślowe mają charakter fizyczny, a nie abstrakcyjny czyli cytując George Lakoffa, amerykańskiego lingwistę „żadna myśl nie unosi się w powietrzu”, tylko funkcjonuje w naszym ciele i na nie wpływa.
Kolejnym elementem niezbędnym do budowania krytycznej życzliwości jest uświadomienie sobie, że nasze procesy komunikacyjne są przesiąknięte metaforyką wojny, konfliktu i rywalizacji. Powoduje to, że na poziomie podstawowych rozpoznań w sytuacji potencjalnej komunikacyjnej niezgody, uruchamiają nam się te ramy opisu zjawiska, które w naszej kulturze są najmocniej osadzone. Jakie? Choćby to, że spór,dyskusję czy debatę się „wygrywa” lub „przegrywa”, albo to, że osoby mające inne niż my zdanie czy percepcję danego zjawiska są naszymi „przeciwnikami i wroginiami”. Takie ustawienie ram rozmowy, w której pojawiają się dysonanse, wywołuje w nas nadmierną wielokrotnie mobilizację (tu mamy metaforykę wojenno-sportową) i jednocześnie strach. Ta obawa przed porażką powoduje zaś, że gubimy jedną z najpiękniejszych potencjalnych cech nieporozumień komunikacyjnych: możliwość zweryfikowania swoich poglądów i danych, a dzięki temu opuszczenie fałszywych ścieżek wnioskowania lub też rozszerzenie pola naszej wiedzy i rozumienia danego zjawiska.
Pułapki myślenia
Czy w tym podejściu są jakieś pułapki lub niebezpieczeństwa? Będę wobec Was uczciwy, bo taka jest rola osoby, która próbuje z innymi podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Z tej perspektywy odpowiedź brzmi: tak.
Funkcjonujemy czasowo w rzeczywistości, w której przywołane powyżej podejście jest odbierana często jako utopijne, albo wręcz narażające nas w kontaktach z innymi na potencjalne nieprzyjemności lub nawet nadużycie. Może być przecież tak, że podejmiemy wysiłek, by inaczej podejść do rozmowy lub dyskusji i nie otrzymamy tego samego od innych. Przyczyn tego jest wiele, a co najciekawsze złe intencje są w tym wypadku o wiele rzadsze, niż uruchamianie przez kogoś innego z automatu pewnych mechanizmów obronnych, które wydają mu się w tym momencie absolutnie słuszne i niezbędne. Dlatego ja próbuję sobie radzić z tą ewentualnością za pomocą jednego z narzędzi krytycznego myślenia, są to reguły Rappaporta.
Zgodni w niezgodzie
W swojej wieloletniej już praktyce przechodziłem już z tym sposobem prowadzenia relacji komunikacyjnej liczne przygody. Od pierwszego zachwytu, poprzez poczucie, że jest to, jak powiedział jeden z uczestników moich warsztatów, bardzo nierealistyczna, a wręcz naiwna metoda rozwiązywania nieporozumień, aż po poczucie, które mam obecnie, że jest to bardzo praktyczne narzędzie zarówno profilaktyczne, jak i takie, które pozwala nam ruszyć pozornie beznadziejne spory czy dyskusję, w kierunku ich rozwiązania.
Pierwsza reguła brzmi mniej więcej tak: spróbuj wyrazić stanowisko drugiej strony w taki sposób, by na końcu powiedziała „dziękuję, sama bym tego lepiej nie ujęła”. O co tu chodzi? Pod pozornym patosem tych słów kryje się praktyczna rada. Nie da się nam dobrze zrozumieć, jeśli nie podejmiemy wysiłku, by sprawdzić, czy naprawdę usłyszeliśmy to, co chciała powiedzieć nam inna osoba. Wiemy już bowiem dzięki licznym badaniom, że w naszej wzajemnej komunikacji występuję sporo szumów, które powodują, że często słyszymy to, czego potrzebujemy, albo na co jesteśmy poznawczo przygotowani, a nie to, co chciano nam przekazać. Nie jest to spowodowane tym, że jesteśmy głusi, albo nie chcemy świadomie czegoś słyszeć. Tak działa w sytuacjach dysonansowych nasz umysł. Jeśli więc sprawdzimy, czy dobrze usłyszeliśmy, to wzrasta szansa, że coś sensownego z tej wymiany myśli wyniknie. A jeśli nie? No cóż, ktoś może stwierdzić, że źle go zrozumieliśmy i powiedzieć, że mamy się tego domyślić lub że „każdy głupi wie o co tutaj chodzi”. W takiej sytuacji uruchamiamy profilaktykę. Ponieważ nie możemy zweryfikować czy w ogóle dobrze coś zrozumieliśmy, to czasowo lub na stałe zawieszamy lub kończymy dyskusję. Dlaczego? Jest to oznaka szacunku dla drugiej strony i siebie (nie ma sensu rozmawiać jeśli nie ma do tego wspólnej chęci), jak i oszczędność energii poznawczej.
Załóżmy, że się udało (naprawdę się to zdarza, choć raczej jest to w kategorii pracy, a nie cudu) i możemy przejść do reguły drugiej, która brzmi: próbujcie ustalić rzeczywiste punkty sporne. Tu widać po raz kolejny praktyczny aspekt tej metody. W momencie, gdy odkrywamy, że pojawia się między nami niezgoda, to nasz mózg ma tendencję do automatycznego uniwersalizowania tego zjawiska. Od tego momentu bowiem wydaje nam się, że nie zgadzamy się na przykład z Marcinem, a jeśli tak, to nasz spór obejmuje całość kontaktów i relacji. Dlatego też spróbujcie, jeśli jest na to wzajemna wola, by ustalić o jakie konkretnie sprawy chodzi, czy są one duże czy małe, kluczowe czy poboczne, trzeba je pokolejkować, czy można je zacząć wyjaśniać już teraz. A jeśli ktoś lub my sami wciąż uważamy, że „po prostu jesteś głupi lub głupia”, albo „jesteś po prostu zły”, to niestety w tym momencie dalsza dyskusja nie ma już chwilowo sensu i warto się z niej wycofać.
Czasem jednak uda się przebrnać wspólnie i przez drugą regułę. Wtedy czeka na nas kolejna, która brzmi: spróbujcie ustalić czy chcecie się czegokolwiek od siebie nauczyć. Na pierwszy rzut oka brzmi to niczym wczesny Paulo Coelho, ale to tylko pozory. Przy tej regule mamy sobie uświadomić, że próba dyskutowania z osobami, które nie mają w sobie ciekawości i otwartości na nasz punkt widzenia danej sprawy (albo my na ich opinie), jest długoterminowo pozbawiona sensu i prowadząca w najgorszym wypadku nawet do przemocy, która proces komunikacji może zakłócić na bardzo długo. Jednak ani Wy, ani Wasi rozmówcy nie macie obowiązku być ciekawymi innego spojrzenia. Czasem jest to niemożliwe, czasem bywa niebezpieczne. W takiej sytuacji lepiej zrezygnować i odpuścić – będzie z tego więcej pożytku niż z palenia energii poznawczej na trenowanie sztuczek retorycznych czy erystycznych. Potencjalnie najważniejszym celem komunikacji jest bowiem rozszerzenie pola wiedzy i dostępnych informacji, a nie zwycięstwo jednej lub drugiej „prawdy ostatecznej”. Świadome wchodzenie w dyskusję oznacza więc założenie, że w wyniku tego, co usłyszę mogę częściowo lub nawet całkowicie zmienić swoje zdanie. Podkreślam: to nie obowiązek, to tylko i aż możliwość, którą refleksyjnie możemy zarządzać.
Czwarta i ostatnia reguła zdaje się być przewrotna, ale jest z perspektywy mojej praktyki równie praktyczna. Głosi ona bowiem, że: wtedy i tylko wtedy, gdy powyższe trzy reguły są spełnione możecie spokojnie rozpocząć wzajemną krytykę. Tak, dopiero wtedy nabiera ona sensu. Okazaliście szacunek drugiej stronie próbując ją jak najlepiej zrozumieć, potem ustaliliście o co się spieracie, a w czym się zgadzacie i chce się Wam czegoś od innych nauczyć. W takich warunkach, nawet jeśli nie dojdziecie do porozumienia (bo przecież o nie jest ono warunkiem wejścia w dyskusję), to przynajmniej macie szansę, żeby się czegoś dowiedzieć i lepiej się zrozumieć. Dodatkowo oświadczycie życia w przestrzeni nieoczywistej zgody i wyjdziecie poza jedyną wizję świata, która po prostu nie istnieje.
Czy moje słowa w czymś Wam pomogą? Nie wiem. To Wy macie możliwość ocenić to bardziej. Mogę tylko zapewnić, że opisałem coś, co działa, choć na początku często wydaje się zwyczajnie niemożliwe.
Pamiętajmy, że fakt, że mamy w sobie automatyzmy, nie oznacza, że jesteśmy automatami. Każdy z nich pełni krótkoterminowo przydatną rolę i nie ma sensu, ani możliwości ich się pozbywać. Całe piękno tej pracy polega na tym, że gdy już je rozpoznamy, to możemy się nauczyć wychodzić poza nie. I wtedy rozpoczyna się całkiem ciekawa przygoda.

