fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Ksenofobia nie zbuduje mieszkań

Rząd chwali się, że Polska jest dwudziestą gospodarką świata – stać nas już chyba na to, żeby nie wyrzucać na bruk matek z dziećmi? Także tych, które uciekły przed bombami i rakietami.
Ksenofobia nie zbuduje mieszkań
ilustr.: Marta Basak

– Znajomy Białorusin wyszedł z żoną i labradorem na zwykły wieczorny spacer. Przy okazji mieli odebrać paczkę z paczkomatu. Ot, najbardziej ekstremistyczny plan na sobotni wieczór, jaki można sobie wyobrazić: żona, pies, paczkomat – opisuje na swoim facebookowym profilu Dzmitry Halko, dziennikarz pochodzący z Białorusi.

Po drodze spotykają parę z psami bez smyczy. Zwrócenie im uwagi kończy się agresywnym atakiem.

 – Mężczyzna usłyszał obcy akcent. „Wypierdalaj na Ukrainę”. Znajomy odpowiedział, że nie jest Ukraińcem, tylko Białorusinem. Najwyraźniej system dokonał aktualizacji danych. „Wypierdalaj do domu” – opisuje zdarzenie dziennikarz. Partnerka na chwilę odciągnęła agresora, ale ten niestety wrócił.

 – Według relacji poszkodowanego popchnął jego żonę tak, że wpadła w kwietnik, potem przewrócił jego samego. Ten mocno uderzył o chodnik. Kiedy powiedział, że wezwie policję, agresja jeszcze wzrosła. Próbował tłumaczyć, że mieszka w Polsce legalnie i płaci tutaj podatki. Co, swoją drogą, jest potwornie smutnym fragmentem tej historii. Człowiek leży po uderzeniu na chodniku i czuje, że musi komuś uzasadnić swoje prawo do znajdowania się na ulicy. Ale nawet ten argument tylko bardziej rozwścieczył agresora.

Jak relacjonuje Dzmitry Halko, do konfrontacji dołączyło trzech kolejnych mężczyzn, a po chwili kolejny z gazem pieprzowym.
– Gazem dostała żona. Dostał pies. Dostała również przypadkowa kobieta, która próbowała pomóc. Nawiasem mówiąc, też Białorusinka. Podczas kolejnego upadku telefon znajomego roztrzaskał się o ziemię.

Na miejsce zdarzenia przyjechała karetka i policja, ale napastnicy zdążyli uciec.

To jeden z wielu opisów coraz częstszych ataków na mniejszości narodowe w Polsce. Pod wpływem nagonki ze strony polityków, internetowych botów dezinformacyjnych, a także zwykłych ksenofobów atakowane są nawet dzieci, jak to miało miejsce w Bydgoszczy, gdzie 14 sierpnia w okolicy dworca PKP zaatakowana została pochodząca z Ukrainy czternastolatka i jej dwunastoletni brat. Miesiąc wcześniej doszło do głośnego ataku w Bielsku-Białej. Dorosły mężczyzna wyzywał i zastraszał ukraińskie dziewczynki w autobusie. Kilka dni później doszło do fizycznego ataku na ukraińskie dzieci przy basenie w Legnicy. Agresorką była dorosła kobieta.

Tyle, jeśli chodzi o dzieci, a jeszcze więcej jest przypadków ataków na dorosłych. Najbardziej znanym przykładem jest brutalne pobicie 26 lipca we Wrocławiu dwudziestoletniej kobiety i dwudziestojednoletniego mężczyzny z Ukrainy przez trzech mężczyzn, wśród których byli zawodnicy sportów walki. Wszystkie te zdarzenia miały miejsce w ciągu dnia, często w miejscach pełnych ludzi. Stąd wniosek, że agresorzy nie tylko nie spodziewają się potępienia, ale nawet oczekują wsparcia.

Przykład idzie z góry

Mimo że ostatnio napięcia wzrosły z powodu politycznych przepychanek w kwestii Ukrainy, ofiarami padają także inne osoby ze wschodnim akcentem, w tym Białorusini, którzy zostali zmuszeni do szukania ochrony przed brutalnym reżimem Alaksandra Łukaszenki.

Z nie do końca zrozumiałego powodu większość sceny politycznej zaczęła orientować się na dwie Konfederacje: tę Mentzena i tę Brauna. Głównonurtowe partie od Koalicji Obywatelskiej po PiS zaczęły konkurować o głosy głównie skrajnej prawicy, jakby reszta wyborców nie istniała.

Ta strategia uwidoczniła się najbardziej w czasie wyborów prezydenckich, kiedy świadomie przeformatowano kampanię Rafała Trzaskowskiego. Kandydat zaczął mówić nie językiem liberalno-progresywnym, z którego był znany wcześniej, ale językiem bezpieczeństwa militarnego, obrony granic, strachu przed migrantami. Dotychczasowy język został zastąpiony językiem grozy. Nie skończyło się to dobrze dla Trzaskowskiego. Trudno było na tym polu konkurować z Karolem Nawrockim, o wiele lepiej obsługującym takie emocje wśród zwolenników prawicy innej niż KO. Był bardziej wiarygodny, więc wyborcy uznali, że nie chcą głosować na kopię, skoro mogą mieć oryginał. Trzaskowskiego próbowano wcisnąć w mundur wcześniej uszyty przez Donalda Tuska i KO, którzy już w czasie kampanii parlamentarnej w 2023 roku budowali wizję zagrożenia ze strony migrantów.

Dowodem tego jest spot Koalicji Obywatelskiej z września 2023, który oskarżał PiS o „zaproszenie do Polski 250 tysięcy imigrantów z Azji i Afryki”. Epatowano tam udramatyzowanymi obrazkami ciemnoskórych mężczyzn. Partia określająca się czasami jako „progresywna” i „liberalna” uderzyła w wartości, których od dekad broniły środowiska odwołujące się do wolności obywatelskich, praw człowieka i zwalczające rasizm. Największa partia ówczesnej opozycji zadała im cios, na dobre utrwalając w debacie publicznej obraz migrantów jako zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski. Zysk był niewielki, straty zaś ogromne – ten właśnie moment uwiarygodnił opowieść Konfederacji i próbującego ją gonić PiS-u, już wcześniej straszącego „zarazkami” rozsiewanymi przez migrantów.

Jako że lęk rozpala się łatwiej niż nadzieję, było to zarzewie procesu, którego końcowe etapy widzimy dziś: stworzenie zbitki uchodźca/migrant-śmiertelne zagrożenie. Początkowo nie miało to bezpośredniego wpływu na uchodźców z Ukrainy, ale jasne było, że nie będzie tak zawsze. Niektórzy sugerowali, że ochroni ich „odpowiedni kolor skóry”. Tylko że, jak słusznie dowodzi Przemysław Wielgosz w Grze w rasy, granice „białości” są konstruowane społecznie, a nie wyznaczane wyłącznie przez cechy fizyczne.

„Ukraińscy chłopi nazywani byli czernią”, zauważa Wielgosz, „co miało uwypuklać ich nieludzką, zredukowaną do niezróżnicowanej masy kondycję. Ich «czarność» nie odnosiła się wprawdzie bezpośrednio do koloru skóry, ale miała esencjalny charakter. Kojarzyła się ze skazą moralną, grzechem, niższością. Była nieusuwalną dystynkcją, znakiem pogardy i podporządkowania”.

Stosunek obu Konfederacji był od początku, nazwijmy to delikatnie, „ukrainosceptyczny”. Przy czym na prowadzenie w tej kwestii wysunęło się środowisko Brauna. Pozostałe partie prawicowe próbują gonić lidera tego tragicznego peletonu w złudnej nadziei, że będą go w stanie przelicytować. Brauna trudno jednak w czymkolwiek przebić a wszystkie tego rodzaju próby kończą się tylko uwiarygodnieniem jego narracji – oraz przesunięciem całości dyskursu jeszcze bardziej na prawo.

Mimo to KO postanowiła nie odpuszczać. Dołączyła do wyścigu, choć nie musiała. W 2024 roku rząd zdecydował się na przyjęcie strategii „Odzyskać kontrolę, zapewnić bezpieczeństwo”, która rzekomo ma na celu odzyskanie „pełnej kontroli nad migracją”. Pociągnęło to za sobą serię decyzji mocno krytykowanych przez organizacje broniące praw człowieka. Od 27 marca 2025 obowiązuje wielokrotnie przedłużane ograniczenie przyjmowania wniosków o ochronę międzynarodową. Agencja ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) przypomniała rządowi, że „prawo UE nie zezwala na zawieszenie dostępu do procedur azylowych w sytuacjach kryzysowych, instrumentalizacji lub działania siły wyższej”, a zasada non-refoulement określona w artykule 33 ust. 1 Konwencji genewskiej „stanowi, że uchodźcy nie mogą być zawróceni do kraju pochodzenia ani żadnego innego miejsca, w którym byliby narażeni na prześladowania lub ryzyko odesłania tam, gdzie byliby narażeni na prześladowania lub poważną krzywdę”.

Realizacja strategii rządowej rozwija się zgodnie ze swoją wewnętrzną ksenofobiczną logiką i obejmuje coraz większe grupy migrantów. Dowodem na to jest ograniczenie programu 800 plus dla Ukraińców, pokazowa surowość w postaci deportacji nawet za drobne wykroczenia (jak na przykład przeskoczenie barierki w czasie koncertu), a ostatnio także okrutna decyzja, że rodziny z trojgiem lub większą liczbą dzieci nie będą już mogły mieszkać w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania bezpłatnie, co w kontekście wysokich czynszów na rynku mieszkaniowym może prowadzić do poważnych kłopotów finansowych, a nawet bezdomności.

Rząd wyrzuca w ten sposób kolejne osoby na rozregulowany rynek mieszkaniowy. Może to mieć oczywiście wpływ na ceny najmu, ale przede wszystkim stworzy kolejne punkty zapalne w relacjach z ludnością autochtoniczną. W ten sposób wzmocniona zostanie opowieść skrajnej prawicy o wywieranej przez migrantów presji na infrastrukturę publiczną i ceny.

Zabiorą wam mieszkania

Ten argument pojawia się w dyskursie regularnie i ma na celu przebranie ksenofobii w rzekomo racjonalne, „ekonomiczne” szaty. Kwestia mieszkaniowa jest świetną ilustracją sposobu, w jaki funkcjonuje. Prawica, która często nie interesuje się mieszkaniówką – albo wręcz popiera pogłębiające problem rozwiązania rynkowe – i która próbuje osłabić prawa lokatorskie nagle próbuje przekonać opinię publiczną, że jej niechęć do uchodźców wynika nie z ksenofobii, ale z troski o najsłabszych. Kolejne partie przez lata demolowały mieszkalnictwo komunalne, prywatyzowały i reprywatyzowały, wprowadzały korzystne dla biznesu dopłaty do kredytów, twierdząc jednocześnie, że to migranci są przyczyną absurdalnych czynszów i cen mieszkań. Sytuacja jest zła i była zła na długo przed pojawieniem się znaczącej migracji w Polsce. Gdyby nie zasób komunalny odziedziczony po PRL, byłaby tragiczna. To nie migracja, ale decyzje rządzących Polską ekip są przyczyną dramatu niezamożnych mieszkańców kraju.

Podobnie dzieje się we wszystkich krajach, gdzie odbyła się prywatyzacja zasobów. Narastające problemy politycy starają się przykryć dyskusją zastępczą, czyli dotyczącą migrantów. Hein de Haas w wydanej niedawno po polsku książce Migracja bez mitów. Wszystko, co trzeba wiedzieć o najbardziej spornej kwestii w polityce stwierdza jednoznacznie, że „główną przyczyną wzrostu cen mieszkań na Zachodzie nie jest imigracja, ale spadek zasobu mieszkań komunalnych oraz objętych regulacją czynszów wywołany zmianami w polityce mieszkaniowej”.

Opierając się na badaniach holenderskiego urbanisty Cody’ego Hochstenbacha dowodzi, że – podobnie jak w Polsce – przyczyna tego stanu rzeczy leży w konkretnych decyzjach politycznych:

„Panujący w Holandii kryzys mieszkaniowy jest skutkiem wieloletniej polityki rządowej skupiającej się na mieszkaniach własnościowych, celowo dążącej do prywatyzacji mieszkań komunalnych, obcinającej dotacje dla korporacji mieszkaniowych oraz ograniczającej prawa chroniące najemców i regulujące czynsze. Hochstenbach ukazuje w swych badaniach, że to głodowa polityka mieszkaniowa, a nie imigracja, wywołała kryzys w mieszkalnictwie socjalnym. W latach 2013-2020 całkowity zasób mieszkaniowy w Holandii wzrósł o 5,9%. Gdyby mieszkalnictwo socjalne rosło w takim samym tempie, w Holandii powinno przybyć 245 tysięcy dodatkowych mieszkań komunalnych. Zamiast tego zasób mieszkań objętych regulacją czynszu nie tylko nie wzrósł, ale wręcz skurczył się w tym okresie o 5,3%”.

Brzmi znajomo, prawda? Mieszkaniówka jest szczególnie dobrym przykładem, ponieważ skupia jak w soczewce rozmaite patologie. Ale problem dotyczy każdej usługi publicznej – z ochroną zdrowia na czele. To prywatyzacyjny amok, w który wpadły elity rządzące III RP jest przyczyną obecnej sytuacji. Wyrzucenie na rozregulowany rynek mieszkaniowy między innymi ukraińskich wdów to ten sam mechanizm, który zastosowano wcześniej względem kolejnych słabszych ekonomicznie grup społecznych. Alternatywne rozwiązania wykraczają poza wyobraźnię polskiej klasy rządzącej. W rezultacie więc niezamożne osoby z Ukrainy i niezamożne osoby z Polski w ramach wolnego rynku mają walczyć między sobą o kurczące się zasoby. Zamiast zapewnić wszystkim godne warunki mieszkaniowe, zarządza się wytworzoną polityką niedoboru. Rząd chwali się, że Polska jest dwudziestą gospodarką świata – stać nas już chyba na to, żeby nie wyrzucać na bruk matek z dziećmi? Także tych, które uciekły przed bombami i rakietami.

A tego, że wygaszanie świadczeń dotyczy najsłabszych, dowodzi na przykład tegoroczny raport Oleny Babakovej i Przemysława Sadury Nie jesteśmy w domu. Ukraińscy migranci i uchodźcy o relacjach z Polakami:

„Wygaszenie specustawy dotknęło bezpośrednio i najbardziej dotkliwie przede wszystkim osoby spoza rynku pracy, które ze względu na wiek bądź stan zdrowia nie mogą już podjąć aktywności zawodowej: emerytów pozbawionych dodatku do emerytury i dostępu do NFZ, osoby z niepełnosprawnością, szczególnie przebywające w DPS, oraz rodziny, które nie spełniają warunku oskładkowanej pracy”.

Ksenofobia i rasizm nie są „oddolnymi” wybuchami emocji. Zmiana nastawienia wymagała wielu lat zmasowanej propagandy i powolnego przesuwania się politycznej narracji w tym kierunku. O ile zaraz po rosyjskiej inwazji w 2022 roku przyjmowanie uchodźców popierało 94 proc. badanych, to w lipcu 2026 roku sprzeciw przeważył nad poparciem: 52 proc. wobec 42 proc. Pierwsza reakcja była odruchem spontanicznym, ludzkim. Ośmielę się zaryzykować twierdzenie, że jego skala wynikała z tego, że nie zdążyły jeszcze ruszyć maszyny propagandowe. Zaskoczeni skalą oddolnej mobilizacji i pomocy prawicowe media i politycy przeżyli moment paraliżu, podobnie jak aktorzy zagraniczni. Z czasem jednak propaganda medialna i internetowa zaczęły zbierać żniwo, choć nic bardziej dramatycznego niż sytuacja z zimy 2022 roku już się nie powtórzyło. Nie doszło do żadnego gwałtownego załamania gospodarczego, kryzysu czy zaburzeń społecznych na dużą skalę, które uzasadniałyby tak radykalną zmianę opinii. Przeciwnie, badanie Deloitte przygotowane dla UNHCR szacowało, że dzięki obecności uchodźców z Ukrainy polski PKB był w 2024 roku o 2,7 proc. wyższy, niż byłby bez nich. Ich obecność nie doprowadziła do wzrostu bezrobocia ani spadku realnych płac Polaków. Dzięki zwiększeniu popytu raczej tworzyli miejsca pracy niż je zabierali.

Niestety, systematyczne nasączanie przestrzeni internetowej i medialnej zaczęło tworzyć wyłomy w tej strukturze solidarności. A potem politycy tak zwanego „centrum” uznali, że należy dokonać zwrotu w prawo. Dokładnie tak samo zresztą, jak to się stało w przypadku kryzysu humanitarnego na granicy z Białorusią (a także wielu innych kwestii dotyczących praw człowieka, na przykład dotyczących kobiet czy osób LGBT). Nie pozostał więc już niemal nikt, poza relatywnie słabą w Polsce lewicą oraz organizacjami prawoczłowieczymi, kto by próbował stawiać tamę rosnącej fali ksenofobicznej propagandy, rozsiewającej fake-newsy o rzekomej fali przestępstw dokonywanych przez Ukraińców.

Kto korzysta?

Skoro atak na Ukraińców nie ma dostatecznie silnej podstawy materialnej, po co jednak był potrzebny politykom taki zwrot? Ano dlatego, że ksenofobia pełni w kapitalizmie strukturalną funkcję. A nawet kilka funkcji.

Po pierwsze pozwala politykom i kapitałowi odsunąć od siebie temat głodzenia usług publicznych. Mogą w ten sposób uciec od trudnego pytania, dlaczego brakuje mieszkań albo personelu medycznego i przekierować dyskusję na pytanie „dlaczego Ukrainiec ma dostać to samo, co my?”. To wygodna ścieżka dla każdej ekipy rządzącej.

Drugą sprawą jest sytuacja na rynku pracy. Kapitał potrzebuje uległej, niezorganizowanej i taniej siły roboczej. Jego podstawową strategią pozostaje niedopuszczenie do zjednoczenia klasy pracującej. W tym celu jego przedstawiciele wespół z politykami prawicy uruchamiają rozmaite wojny tożsamościowe, z nacjonalizmem i ksenofobią na czele. Chcą wykopać nieprzekraczalną przepaść pomiędzy autochtoniczną i imigrancką siłą roboczą. Jest to technika znana od początków kapitalizmu. Najbardziej spektakularne efekty przynosiła między innymi w USA. Biznes, media i politycy próbowali poniżyć kolejne fale migrantów w oczach tych przybyłych wcześniej tak, żeby utrudnić ich współpracę w ramach związków zawodowych. Dotyczyło to nie tylko osób czarnoskórych, ale także Azjatów, Irlandczyków czy Słowian. Każda próba przekroczenia istniejącej między nimi bariery musiała szybko ulec sabotażowi.

Jak zauważył Krzysztof Wasilewski, polski badacz tego problemu, w swojej znakomitej pracy Bezdomnych gromady niemałe… Dyskurs imigracyjny na łamach prasy amerykańskiej (1875-1924):

„IWW [lewicowy związek zawodowy] postrzegano jako niebezpiecznego konkurenta Amerykańskiej Federacji Pracy (American Federation of Labor – AFL), zwłaszcza że w swoje szeregi chętnie przyjmował nowych imigrantów, a jego liderzy wprost zapowiadali szturm «na twierdzę kapitalizmu wraz z armią proletariuszy». Obawy amerykańskiego establishmentu doskonale wyraził komentarz «The New York Timesa» z marca 1906 r., zatytułowany Nasze pogarszające się obywatelstwo:

«Nasi brytyjscy, niemieccy i skandynawscy rekruci asymilują się tak łatwo, jak zawsze, a przeciętnie zaledwie 10 proc. z nich pozostaje obcokrajowcami. Pośród Słowian, Południowców i Azjatów, co trzeci nie poddaje się naturalizacji. Polityczny wpływ tych pierwszych jest pożądany. Byli przecież po dobrej stronie w ostatnich atakach na nasze wartości i nie znajduje się ich pośród agitatorów, którzy obecnie nazywają siebie socjalistami. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o rasach słowiańskiej i iberyjskiej. Ich izolacjonizm i celowe odcinanie się od rozwiązywania naszych problemów, z których część sami sprowokowali, jest smutną rzeczywistością, tym bardziej że będzie miała ona swoje reperkusje w przyszłości»”.

IWW było szczególnie brutalnie tępione przez amerykańskie elity właśnie między innymi z powodu aktywnego przekraczania barier rasowych i etnicznych. Dyskurs amerykański był niemal identyczny, jak ten obecniestosowany w Polsce. Pojawiały się i oskarżenia o zaniżanie płac, i o roznoszenie groźnych chorób, i o nadmierną skłonność do przestępczości, a także wyznawanie nieodpowiednich ideologii czy religii. Pod tym względem repertuar jest mało innowacyjny. Zmienia się tylko obiekt nienawiści. Raz jest nim Polak, raz Ukrainiec, innym razem Kolumbijczyk, Chińczyk czy Pakistańczyk.

Oczywistym jest, że kapitał będzie próbował wykorzystać wszystkie dostępne czynniki w celu obniżenia płac lub powstrzymania ich wzrostu – także napływ migrantów. Jednym ze sposobów prowadzących do tego celu jest właśnie ksenofobia. Prawica z jednej strony nakręca nagonkę, z drugiej podczas jej rządów dochodzi do intensyfikacji migracji ekonomicznej, jak na przykład podczas rządów PiS. To tylko pozorny paradoks. Wyjmowanie migrantów (częściowo lub zupełnie) spod prawa i potęgowanie wobec nich niechęci ułatwia biznesowi kontrolę nad ogółem siły roboczej.

Opór idzie z dołu

Tymczasem wypracowanym sposobem na tego rodzaju machinacje biznesowe jest solidarność i organizowanie pracowników ponad podziałami etnicznymi, religijnymi czy rasowymi. Tylko w ten sposób można zbudować trwałą siłę przetargową pracowników. To uniwersalna zasada bez względu na to, czy podaż rąk do pracy wynika ze wzrostu demograficznego autochtonów, czy z imigracji. O tym jednak od polityków się nie dowiemy. Ci sami politycy i publicyści potrafią równocześnie lamentować nad „zapaścią demograficzną” w Polsce i straszyć nadmierną podażą rąk do pracy z powodu imigracji.

Istnieje jeszcze jeden paradoks. Otóż największa niechęć względem migrantów, a co za tym idzie największe poparcie dla partii skrajnie prawicowych, wcale nie są tam, gdzie mogłoby się wydawać. Takie nastroje wcale nie dominują tam, gdzie jest największa koncentracja migrantów z Ukrainy, czyli w miastach wojewódzkich i dużych metropoliach. W największych miastach tylko 29 proc. respondentów badania CBOS negatywnie ocenia skutki obecności cudzoziemców w Polsce. Czyli tam, gdzie bezpośredni kontakt z imigrantami jest największy, najmniejsza jest też niechęć, mimo ogromnych wysiłków internetowo-politycznej propagandy. Konkurencja o miejsca pracy i dostęp do usług, która występuje tam w rzeczywistości, nie ma na sytuację takiego wpływu, jak niektórym się wydaje. Podobne zjawisko występuje w Niemczech, gdzie poparcie dla antyimigranckiej AfD jest najsilniejsze na wschodzie kraju, gdzie imigrantów jest najmniej.

Pozycja klasowa i poczucie ekonomicznego zagrożenia mają widoczne w badaniach znaczenie, ale nie działają automatycznie ani w oderwaniu od innych czynników. A należy do nich podział w przeważającej mierze kulturowo-polityczny oraz geograficzny, które przecinają podziały klasowe. Pracownik z Wrocławia mieszkający w środowisku zsekularyzowanym, pracujący z osobami z Ukrainy oraz pracownik z niewielkiej miejscowości na Podkarpaciu, bardziej przywiązany do tradycji i funkcjonujący od lat w środowisku popierającym PiS czy Konfederację, mogą mieć tę samą kategorię zawodową, ale należą do zupełnie innych kontekstów kulturowo-politycznych.

Niestety, prawdopodobnie najgorsze dopiero przed nami. Politycy i media zauważyli, że temat rozpala dużą część społeczeństwa, będą więc podejmować próby nasilenia antyimigranckiej paniki. Prawica będzie ścigała się ze skrajną prawicą, kto jest większym „obrońcą granic”, a wszystko skończy się tylko wzrostem przemocy, narastającym poczuciem zagrożenia i strachu. W takiej atmosferze skrajna prawica nadal będzie rosnąć, a lewica i centrum – stracą. Obserwujemy to nie tylko w Polsce. To wyścig, które nas wszystkich zaprowadzi na dno. Mieszkań od tego nie przybędzie, ochrona zdrowia nie stanie na nogi, a w powszechnym jazgocie trudno będzie nawet dyskutować. I wygląda na to, że właśnie o to chodzi.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×