Tytuł tego tekstu to hasło z transparentu. Była zima 2025. Grupka kilkunastu osób zebrała się na placu Marii Magdaleny w centrum Krakowa, by dorzucić swoją cegiełkę do Catholic Women Strike. W ostatnim Wielkim Poście katoliczki – parafianki, pracownice kurii, ale i przecież osoby samotne, matki, córki – chciały swoim postem od patriarchatu, od ofiary na tacę, od pracy na rzecz kościelnych instytucji czy niedzielnej mszy zaznaczyć swoją nieobecność w Kościele; Kościele, który chyba nie wyobraża sobie, jak by wyglądał, gdyby opuściła go połowa wiernych.
Proteścik był mały. Niewykluczone, że więcej dał w sferze pokazania protestującym własnej sprawczości czy ludziom wokół alternatyw, niż w sferze wywierania realnej presji na kościelny moloch. Niemniej, wyraźnie wybrzmiało kilka postulatów: zaprzestania dyskryminacji, włączenia w służbę – i zobaczenia doświadczenia. Także doświadczenia katolickich matek, ich dzieci i rodzin.
List matki katoliczki
W 2023 Katarzyna Zarosa zdecydowała się odpowiedzieć publicznie na list pasterski arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, wówczas metropolity krakowskiego. Kwestią dyskusyjną była prezentowana przez hierarchę refleksja nad niską dzietnością Polek spowodowaną jakoby negatywnym obrazem rodziny z dziećmi w mediach.
„Słuchałam dziś listu Księdza Arcybiskupa, siedząc w jednym z krakowskich kościołów, w którym nie ma ogólnodostępnej toalety dla wiernych” – pisała w Wielkim Poście tamtego roku– „Przewijak czy zapasowe pampersy pozostawiam już w sferze marzeń. Jak mniemam, Ksiądz Arcybiskup nie miał nigdy przyjemności uczestniczyć w Eucharystii w zaawansowanej ciąży, jako opiekun niemowlęcia czy też świeżo odpieluchowanego dwulatka”.
Zarosa pokazała inne motywy niskiej dzietności i zadała kilka niebagatelnych pytań: dla ilu rodzin znalazłoby się miejsce w pałacu arcybiskupim przy Franciszkańskiej 3 w dobie rosnących cen mieszkań? Dlaczego świecących w tygodniu pustkami salek parafialnych nie zamienić na kluby malucha z rodzicem?
Bliski i daleki plan
W tym miejscu pojawiają się kolejne pytania – z dalekiego i bliskiego planu – o miejsce i potrzeby rodziców oraz dzieci w kościołach. W szerszym kontekście: czy Kościół ma się dostosowywać do małych ludzi? Czy robiąc msze dziecięce nie skończymy na infantylizowaniu liturgii? A może lepiej niech rodzice chodzą do kościoła sami – bez dzieci do lat, powiedzmy, siedmiu? Może skorzystają na tym wszyscy dorośli? Czy Kościół powinien uwzględniać podstawowe ludzkie potrzeby: skorzystania z toalety (tego 2-latka, matki w zaawansowanej ciąży czy opiekuna potrzebującego przewijaka), karmienia (piersią lub butelką)? Słowem: czy k/Kościół ma być dla człowieka? Albo inaczej: kto ma się do kogo dopasować?
Pytania z bliższego planu, to na przykład kwestia katechezy czy kazania. W kościele? W salce? A może „Baranki” – wczesne przygotowanie do komunii świętej? A może metoda rozwoju duchowości dzieci „Godly Play”, podobnie jak „Baranki” – montessoriańska? Albo sam kościół: z kącikiem dla dzieci czy może to nie przystoi: kolorowe krzesełka i kredki w przestrzeni sacrum? Z kaplicą dla dzieci oddzieloną szybą – czy to już izolowanie, a może komfort dźwiękowy? Z salką – to pomoc czy wyrzucanie dzieci z naszego wspólnotowego doświadczenia?
Szarości i przywileje
Często te wybory nie są zero-jedynkowe: odpowiedzi zmieniają się w czasie, w zależności od potrzeb i trwających procesów. Potrzeby dzieci nie są wyżej niż potrzeby seniorów, a potrzeby rodziny wyżej niż bezdzietnych. Nierzadko jednak wchodzą one ze sobą w konflikt. Nie da się wdrożyć zasady, że tam kończy się moja wolność, gdzie zaczyna drugiego – bo naturalnym jest, że hałas przeszkadza, a karcenie czy wypraszanie –nie pomaga. W modelu, w którym chcemy wszyscy przebywać razem – prawie zawsze ktoś będzie się musiał dostosować (i nie myślę wyłącznie o seniorach). W przeciwnym razie jesteśmy zmuszeni szukać form oddzielnych: za dźwiękoszczelną szybą czy w salce. Wtedy wracamy do pytania, co jest lepsze –na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Prawda jest też taka, że w ten sposób zadane pytania wiele mówią o naszym uprzywilejowaniu. To dzięki życiu w dużym mieście rodzic może wybierać pomiędzy dopasowanymi do swoich potrzeb formami i miejscami. To także kwestia przywileju, jakim są posiadane zasoby: emocjonalne, czasowe i kulturowe – wiedzy, gdzie szukać, czasem chęci przestrzeni na doczytanie, rozpuszczenie wici, stworzenie materiałów. A na to wszystko trzeba mieć czas i możliwości. Ba, żeby zadać sobie takie pytania, trzeba nie umierać z niedospania, jakim nieraz naznaczone jest wczesne macierzyństwo, a czasem i ojcostwo.
Parafia i churching
Helena czasem chodzi z córką i mężem do parafii. To kwestia zarówno logistyki, jak i próba spełnienia pewnego marzenia.
– Fajnie byłoby mieć ten swój kościół koło domu, z sąsiadami, robić coś razem. Natomiast kiedy czasem tam idziemy, to potem już więcej nie chcemy. Ale wiadomo: jest blisko, więc od czasu do czasu wracamy. – Wobec tego są obecnie na etapie poszukiwań: – Dość często chodzimy do św. Józefa albo do dominikanów, bo mają krużganki. Choć moja córka, prawie siedmiolatka jest już i na nie za duża. Liczymy ścięte głowy na obrazach i szukamy aniołków, ale generalnie ją to nudzi. Także raczej msze dla dzieci ratują sytuację. Mam jednak dużo wątpliwości co do strategii, które się na nich stosuje: takich jak losowanie nagród na koniec mszy. Niby okej, ale może nie o to chodzi, żeby na końcu dostać czekoladę?
Zofia z kolei ostatnio czuje się bardzo dobrze w swojej parafii, bo „msze dla przedszkolaków zrobili nam w kaplicy. Nigdy nie lubiłam takich klimatów, bo cenię ładną liturgię, a to mi się kojarzyło ze strasznym krzykiem i hałasem” – jednak praktyka zweryfikowała wątpliwości – „Kaplica daje poczucie wspólnotowości. Dzieciaki też całkiem dobrze na to reagują, nie ma przebodźcowania. Raz w miesiącu ksiądz robi dla nich katechezę, a rodzice sobie kawę. Jeżeli to się utrzyma, to spełni moje marzenie Kościoła jako miejsca bardzo bliskiego codzienności”.
Łacina
W kierunku poznańskiej Łaciny spogląda tęsknie wielu współczesnych świeckich, a wśród nich: rodziców. Jakub Krause tak opisuje działania swojej parafii:
– Ze względów logistycznych mamy dwie msze dla dzieci: młodszych i starszych. Te dzieci mają po kilka lat, nie muszą być idealnie cicho czy idealnie grzecznie. Natomiast chyba nawet ważniejsze jest to dla rodziców, którzy nie czują się już jak zwyrodnialcy, bo nie umieją wychować swoich dzieci, żeby zachowywały się godnie w kościele. Widać, że rodzice traktują to jako miejsce, w którym są przyjmowani. – Inaczej wygląda zajmowanie się dziećmi w czasie Triduum Paschalnego – Jeżeli zapraszamy ludzi na najważniejszą Liturgię w roku, a rodzice mają się męczyć i zastanawiać, czy dzieci wytrzymają z nimi po kilka godzin trzy dni pod rząd, no to zorganizujmy opiekę dla dzieci. Inaczej to jest bez sensu.
Jednak zapytany o to, czy to już jest sytuacja optymalna, odpowiada:
– Jestem w służbie muzycznej na wieczornej mszy świętej, która ma bardziej uwielbieniowy charakter. Tam też jest przynajmniej kilkanaścioro dzieci. Ideałem jest, żebyśmy mogli być w Kościele wszyscy, razem z dziećmi, ale pracę musimy wykonać w pierwszej kolejności z dorosłymi, im pomagać spotkać się z osobiście z Bogiem. Bez ich wiary te nasze aktywności dla dzieci będą jak krew w piach.
Baranki
Dwójka dzieci Joanny chodziła do „Baranków” u krakowskich dominikanów. Baranki to inaczej Katecheza Dobrego Pasterza; program wczesnego przygotowania do spowiedzi i komunii powstały w środowisku rodzin w edukacji domowej.
– Cieszę się, że moje dzieci miały to doświadczenie, choć opierało się wyłącznie na świeckich rodzinach. Mieliśmy oczywiście zaprzyjaźnionego dominikanina i zapis, że o danej godzinie jest nasza msza w kapitularzu. Natomiast zdarzały się sytuacje, że jak przyszła inna grupa, bardziej uprzywilejowana, to Baranki się wygumkowało z kalendarza i mówiło, że nie ma dla nich miejsca.
Joanna pyta więc:
– Jak wy chcecie, żeby te dzieci potem przychodziły do tego kościoła? Jeśli nie ma przestrzeni w kościele dla rodzin z dziećmi, to ten kościół za chwilę będzie pusty.
Maria także wybrała Baranki. Przyznaje, że zaangażowanie w życie religijne dzieci w znacznej mierze odpowiada na jej potrzebę wspólnoty i rozwoju duchowego. O duszpasterstwo dla rodziców i innych dorosłych, którym bliższe jest bardziej empatyczne, mniej normatywne spojrzenie na Kościół – w Polsce nie zawsze łatwo.
Dzieci Ani nie dostały się do Baranków.
– Jakoś nie możemy się wstrzelić, najbliższe wolne miejsca są godzinę drogi od nas – mówi.
To właśnie dzięki dzieciom Ania odzyskuje swoją sprawczość w Kościele.
– W ciągu roku jest to trudne, ale takie najważniejsze wydarzenia jak Adwent czy Wielki Post staramy się zaopiekować rodzinnie; znaleźć jakieś wspólne formy, niekoniecznie w kościelnych murach. Na przykład w Wielkim Tygodniu umywamy sobie nawzajem nogi. To bardzo wzruszający moment. Jemy też wieczerzę sederową, mówiąc dzieciom o Bogu, który wyzwala, który daje wolność. Raz w czasie adwentu udało się nam iść na „spiralę adwentową”. To wywodzący się z pedagogiki waldorfskiej rytuał, kiedy dzieci po zmroku idą ze świecą po spiralnej ścieżce ułożonej z iglastych gałęzi zbliżając się do centrum, do Światła. To, że sami ustalamy nasze świętowanie, czerpiąc z różnych zwyczajów i źródeł, daje mi poczucie wpływu na moje życie duchowe.
Inaczej
Wśród Kościołów protestanckich rozpowszechnione są nabożeństwa dla dzieci (niem. Kinder Gottesdienst), zwane szkółkami niedzielnymi. W krakowskiej parafii luterańskiej dzieci przychodzą do kościoła razem z rodzicami, ale przed czytaniami wychodzą na szkółkę prowadzoną w trzech grupach wiekowych.
Jeżeli rodzice najmłodszych dzieci chcą, to mogą nabożeństwo spędzić w salce przy kościele z transmisją dźwięku i obrazu. Pełna jest zabawek z naturalnych materiałów.
– To robi różnicę, czy przestrzeń dla dzieci jest ciemna albo znajduje się w piwnicy. Czy jest czysto, czy jest przemyślana, estetyczna i zadbana. Dzieci bardzo szybko czytają takie niewerbalne komunikaty jako: jesteśmy tu mile widziani, jesteśmy tu u siebie – mówi Patrycja Prostak.
Patrycja prowadzi jedną z grup szkółkowych, jest narratorką i trenerką Godly Play.
– To metoda edukacji religijnej inspirowanej pedagogiką Montessori – wyjaśnia Patrycja. – W metodzie Godly Play zachwyca mnie, że wyrasta ona z zaufania do potencjału dzieci i ich zdolności odkrywania własnej duchowości. Dzieci nie są jedynie przyszłymi dorosłymi, lecz na każdym etapie swojego rozwoju pozostają pełnoprawnymi członkami Kościoła, są duchowo kompetentne, zdolne do doświadczania Boga i budowania relacji z nim. Zatem jedynym zadaniem dorosłego jest towarzyszenie dziecku na drodze jego duchowego rozwoju, przyjmowanie i kochanie go takim, jakie ono jest tu i teraz. Dziecko jest podmiotem, nie przedmiotem działań dorosłego.
– To jest w ogóle takie moje marzenie – kontynuuje Patrycja – pełny udział dzieci w życiu Kościoła. Taki, w którym nie są tylko odbiorcami, „konsumentami”, ale współtwórcami. Marzy mi się, że dzieci biorą czynny udział w przebiegu nabożeństw międzypokoleniowych, na przykład czytają teksty biblijne, prowadzą śpiew czy elementy wspólnej modlitwy. Marzy mi się, że bierze się ich zdanie pod uwagę, gdy my, dorośli, planujemy i przygotowujemy aktywności czy wydarzenia dla nich, po to by czuły, że ich głos jest ważny i ma znaczenie, oraz że nieustannie szukamy sposobów, by wyrazić uznanie i szacunek dla ich życia duchowego.
Za granicą
Pracująca na co dzień z dziećmi (a po godzinach walcząca o zdrowszy Kościół) Izabela Mościcka opisuje doświadczenia z Kościoła Szwecji, gdy odwiedziła ksiądzkę Marcelę Szumisławską-Bengtsson:
– We wszystkich kościołach, do których weszłam, były kąciki dla dzieci. To jest ich założenie: tak jest wszędzie, to nie ma być punktowa odpowiedź na potrzeby generowane przez liczne dzieci w danej parafii. Ten kącik jest z definicji: jeśli kiedyś przyjdą tu dzieci, on będzie na nie czekał.
Izę zwróciła też uwagę na sposób wykonania:
– Nic nadzwyczajnego: dziecięce krzesełka, książeczki, kolorowanki. Widać jednak, że nie robią tego „na odwal się”: jest wymaganie, to zrobimy byle co, żeby móc pokazać w razie kontroli. Kąciki są prosto, ale ciepło urządzone, z myślą o dzieciach i intencją, żeby było im tam dobrze.
Modus „można inaczej” nie ma denominacji. Pozytywny szok kulturowy wspomina Joanna, kiedy przyszła z dziećmi na katolicką mszę anglojęzyczną w Luksemburgu:
– Od samego początku było wow. Ksiądz przed mszą chodził po kościele. Podszedł też do nas, zagadał do moich synów: „Hej, jak się macie? Widzę, że jesteście tu nowi. Super, że jesteście”. Przybili sobie piątki. Chłopaki były zachwycone, jak im przetłumaczyliśmy. Potem zauważyłam, że robi tak przed każdą mszą, a na jej początku wita nowe osoby. Mówi na przykład, że mamy tu 60 narodowości. Czuć tę atmosferę różnorodności i witania.
Kościół bez dzieci
Obrazy, o których piszę, mówią przede wszystkim o tym, jak można robić Kościół z dziećmi, jak je włączać, uwzględniać ich obecność, to, że są dziećmi i zachowują się jak dzieci. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że to jest całość doświadczenia polskich wierzących rodziców i ich pociech.
Rafał z niechęcią wspomina świąteczną mszę dziecięcą:
– Msza rzekomo była dla dzieci, a potem ksiądz w kazaniu z pasją opowiadał o nazistach, obozach zagłady, gazowaniu i tak dalej. W kościele było kilkaset osób, w tym mnóstwo dzieci. Wyszedłem. I od tego czasu boję się tam chodzić. To parafia mojego pochodzenia. Do dziś mam wyrzuty, że nigdzie tego nie zgłosiłem.
– Chyba najbardziej zdziwiła mnie sytuacja, gdy pojechaliśmy z żoną i córką na rekolekcje rodzinne – mówi Krzysztof. – Ceniony kaznodzieja głosił całkiem ciekawą naukę w jadalni domu rekolekcyjnego, a że były tam niemowlaki, no to gaworzyły. Aż tu nagle ojciec mówi, że nie będzie w takich warunkach pracował, że proszę z tym dzieckiem wyjść. Czaisz? Na rekolekcjach dla rodzin z dziećmi ma nie być dzieci, bo zachowują się jak dzieci. Co ci rodzice mieli zrobić? Wyjść, bo mają malucha i stracić cały program? Jedna dziewczyna prosiła, żeby jej te rekolekcje nagrali, bo przyjechała sama z trójką maluchów, więc zawsze by zakłócała to „święte” skupienie.
Wnioskiem z tych rozważań nie jest postulat: „pozwólmy dzieciom wchodzić na ołtarz”, bo taka jest ich aktualna potrzeba rozwojowa. Wyobrażam sobie, że parafia czy wspólnota to miejsce, w którym jesteśmy razem i razem bierzemy za nie odpowiedzialność. W tym sensie w interesie wszystkich wierzących, niezależnie od wieku i statusu, powinno być poszukiwanie dróg włączania drugiego; wychodzenie poza osobiste doświadczenie w kierunku tego, który zagrożony jest marginalizacją. Będą to rodzice myślący jak zadbać o seniorów, ale i osoby bezdzietne lobbujące proboszcza o przewijak.
Bóg się rodzi
„Żył kiedyś ktoś, kto miał taki szacunek i uznanie dla tego, co znajduje się w sercu każdego dziecka, że sam stał się dzieckiem”. To jedno ze zdań z opowieści Godly Play o duchowości dziecka, które do dziś porusza Patrycję Prostak. I dziś, do Kościoła szukającego, czasem narzekającego, ale i śmiejącego się, przychodzi Chrystus jako niemowlę właśnie.
Zebrane tu doświadczenia nie pokazują jednego idealnego modelu chrześcijańskiej wspólnoty otwartej na małych ludzi. Wskazują jednak na to, co na pewno rodziców i ich dzieci kłuje: brak przyjęcia, brak przestrzeni, brak pomysłu. Śpiewamy „Nie było miejsca dla Ciebie” w tym samym czasie, co karcimy siebie jako rodziców za niewystarczające starania, dzieci – za krzyczenie, tupanie, współwiernych – za gapienie się na nas i teatralne szepty, innych rodziców – że pozwalają na za dużo albo są zbyt autorytarni, księży – że zbyt tępe te katechezy, za dużo naklejek, za mało wrażliwości. Przyjmijmy się, siebie nawzajem. Zróbmy miejsce.
Pytanie o uznanie potrzeb dzieci i rodziców w Kościele, to tak naprawdę pytanie o Innego i o dyskomfort naszej różnorodności. Czy umiem przyjąć życie takie, jakim przychodzi? Czy jestem w stanie się ograniczyć, znieść trochę więcej, by nikogo nie wyrzucać? Czy umiem (i chcę) budować wspólnotę z dziećmi, z którymi mi trudno, i ich rodzicami wybierającymi inaczej niż ja? Czy pozwalam dzieciom przychodzić do Bożego Rodzica i czy pozwalam sobie iść tam razem z nimi?

