fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Korolczuk: To nie gender, ale neoliberalizm niszczy rodzinę

Nasze relacje z innymi, które polegają na opiece, przyjaźni, miłości czy intymności, są obecnie wypychane w sferę rynku, traktowane jak towar. To konsekwencja panowania neoliberalizmu w sferze wartości, któremu poddała się zarówno tradycyjna prawica, jak i lewica, w tym feminizm.
Korolczuk: To nie gender, ale neoliberalizm niszczy rodzinę
ilustr.: Natasza Kornobis

Jak neoliberalizm wpływa na nasze relacje, w tym relacje rodzinne?

Zacznijmy może od tego, że o ile neoliberalizm był kluczowym pojęciem i tematem debat w ciągu ostatnich dwóch dekad, to ostatnio widać zmniejszenie zainteresowania tym zagadnieniem. Dziś często słyszę: „Zostawmy już ten neoliberalizm, właściwie nie wiadomo, co to jest, to słowo wytrych, które niczego nie tłumaczy”. Tymczasem tłumaczy bardzo wiele, na przykład obecny kryzys demokracji. Bo neoliberalizm nie ogranicza się do ekonomii, nie chodzi w nim jedynie o wolny rynek, konkurencję i brak ingerencji państwa. To także ideologia, reżim kulturowy i społeczny, w którym konkurencja, konsumpcja i indywidualizm stają się nową religią. Opisuje to chociażby Amerykanka Wendy Brown: w neoliberalizmie nie tylko mamy do czynienia z przesączaniem się relacji rynkowych do sfery prywatnej, czyli rodziny, oraz państwa jako instytucji, ale dochodzi również do ekonomizacji naszych sposobów działania, relacji z innymi ludźmi, a nawet naszej tożsamości.

Ekonomizacji tożsamości, czyli?

Przestajemy myśleć i mówić w kategoriach równości i godności, które wynikają z tego, że jesteśmy ludźmi, liczą się tylko użyteczność, efektywność i produktywność. W tym sensie wszystkie relacje, które nie dają się zmonetyzować i nie podnoszą naszej wartości rynkowej, są spychane na margines. Dotyka to między innymi całej sfery opiekuńczej i w ogóle naszych relacji z innymi, które polegają właśnie na dawaniu i braniu opieki, na przyjaźni, na miłości, na intymności. Te relacje są obecnie albo niewidoczne, albo wypychane w sferę rynku – uznajemy, że mogą być po prostu towarem jak wszystko inne. Jako jednostki mamy funkcjonować w zekonomizowanym systemie relacji społecznych. Ekonomizacja nie jest więc istotna tylko i wyłącznie w ramach rynku pracy, na którym nasza wartość mierzona jest w odniesieniu do naszej wydajności jako pracownika czy pracowniczki, ale wpływa na cały system wartości.

Dlaczego tak łatwo zaakceptowaliśmy neoliberalny paradygmat myślenia o świecie?

Bo w założeniach wydaje się prosty i przejrzysty, bo obiecuje wysoką nagrodę za odpowiednio duży wysiłek, pozwala bardzo sprawnie zarządzać emocjami, a przy tym można powiedzieć, że ma wbudowany „system restart”. To lewiatan, który pożera wszystko. Na przykład ludzie, którzy tracą pracę, są uznawani za „leniuchów”, za osoby niewarte tego, żeby mieć głos w sferze publicznej, bo skoro sobie nie poradziły na rynku, to znaczy, że w zasadzie nie mają żadnej wartości. Traktują ich tak jednak nie tylko „zewnętrzni obserwatorzy”, problem polega na tym, że to przekonanie jest również uwewnętrzniane przez same te osoby. W efekcie nie tylko zniszczona zostaje tkanka społeczna, solidarność czy poczucie empatii, ale także przekonanie ludzi, że można coś zmienić. Uwewnętrzniając taki sposób myślenia, pozbawiamy się sprawczości. Jeżeli wierzymy w to, że przyczyną naszych niepowodzeń jesteśmy my sami, to nie będziemy walczyć z systemem politycznym czy ekonomicznym, który spowodował, że jeden procent ludzi na świecie ma więcej majątku niż cała reszta.

Jeśli chcemy doprowadzić do zmiany społecznej, to konieczne są trzy elementy. Po pierwsze, musimy dostrzec niesprawiedliwość. Po drugie – uznać, że to faktycznie niesprawiedliwość, której przyczyną jest człowiek, a nie los czy siły natury. Po trzecie wreszcie – uwierzyć, że dzięki wysiłkowi zbiorowemu jesteśmy w stanie zaradzić tej niesprawiedliwości. Jeżeli nie ma pierwszego elementu, bo uznajemy, że nasza sytuacja wynika z naszych własnych błędów, pomyłek czy niedostatecznej doskonałości, to trudno się spodziewać, że uwierzymy w to, że można coś zmienić, nie mówiąc o współpracy z innymi na rzecz zmiany.

Jak – historycznie – neoliberalizmowi udało się osiągnąć hegemonię w sferze wartości?

To długi i skomplikowany proces, ale mnie fascynuje to, jak różne wersje neoliberalnego paradygmatu zostały przejęte przez różne strony politycznego sporu, na przykład przez neokonserwatystów i feminizm prawie jednocześnie. Już od latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych neoliberałowie, między innymi Hayek, głosili, że jeżeli uznajemy ten system za najlepszy, to jednocześnie potrzebuje on przeciwwagi. Społeczeństwo konsumpcji, które generuje wolny rynek, musi mieć twarde podstawy moralne, żeby opierać się nihilizmowi, a najlepszą podstawą moralną jest tradycyjna patriarchalna rodzina. Co więcej, dzięki takiemu modelowi możemy podtrzymywać system społeczny za pomocą nieodpłatnej pracy, wykonywanej głównie przez kobiety w sferze prywatnej. A to przecież praca miłości, więc jak można się przeciw niej buntować? Jednocześnie neoliberalizm – szczególnie zaś obietnica wolności jednostki i merytokracji – okazał się łatwo adaptowalny do feminizmu i ruchów emancypacyjnych: zamiast walczyć z globalnym wyzyskiem łatwiej jest przysunąć się do stołu i wywalczyć orgazm i większy kawałek ciasta dla siebie.

Dlaczego lewica, w tym feminizm, tak łatwo dała się wciągnąć w tę opowieść? Czy problemem nie jest to, że lewicy trudno mówić językiem wspólnoty, za to posługuje się pojęciem tożsamości, które jest przejmowane przez neoliberalizm?

Obawiam się generalizacji, bo w każdym kontekście te powody są nieco inne. Widać jednak, że i w feminizmie, i szerzej w myśleniu lewicowym są elementy, które spowodowały, że to „przejęcie przez neoliberalizm” odbyło się tak łatwo i, do pewnego momentu, niezauważalnie. Po pierwsze, ruch feministyczny jest mocno przywiązany do kategorii osobistej wolności i indywidualnego wyboru, które w praktyce mają czasem niewiele wspólnego z procesem upodmiotowienia. Po drugie, feminizm jest podejrzliwy wobec wspólnot takich jak rodzina czy naród, bo kobiety są w nich często wynoszone na piedestał, ale pozbawione głosu i praw. W tym sensie istnieje pewna kompatybilność pomiędzy sferą wartości lewicowych czy konkretnie feministycznych, a tym, co obiecuje, chociaż niekoniecznie daje, neoliberalizm jako system wartości.

Bardzo wyraźnie widać to w polskim kontekście. W 1989 roku jednocześnie wprowadzono u nas demokrację, czyli system polityczny, w którym realizuje się proces liberalnego upodmiotowienia, i wolny rynek. Nie bez kozery nazywano ten system demokracją rynkową czy wolnorynkową – jednocześnie wprowadzano zarówno pewien model ekonomiczny, jak i model relacji społecznych, a także model relacji obywatela i obywatelki z państwem. Dostaliśmy cały pakiet, w ramach którego bardzo trudno było ocalić pewne pojęcia, chociażby takie jak godność ludzi pracy, i w którym zdewaluowano myślenie o klasach, nierównościach i wyzysku jako wciąż aktualnych problemach.

Tym bardziej że pojęcia te znajdowały się na sztandarach poprzedniego systemu, a zwłaszcza pod jego koniec stały się pustymi hasłami albo wręcz władza działała przeciwko nim.

Właśnie. Obietnice indywidualizmu i prawa do wyboru w kontekście realnego socjalizmu – który, owszem, poprawił byt milionów ludzi, ale był systemem autorytarnym, potwornie unifikującym i nie dawał wyboru ani w sensie konsumpcyjnym, ani w sensie drogi życiowej czy wolności sumienia – były niezwykle kuszące. Łatwo więc przyjęliśmy, że wybór jest naczelną wartością, za którą podążamy, bo w gruncie rzeczy wszyscy startujemy z tego samego poziomu, więc nie musimy się przejmować nierównościami.

Do tego trzeba dodać procesy globalne, czyli to, jak przekształcały się partie prawicowe i lewicowe w ciągu ostatnich czterdziestu lat w krajach zachodnich. Chodzi o, przynajmniej częściowe, rozpuszczenie podziału na prawicę i lewicę. Jak pokazuje Piketty, partie prawicowe i lewicowe przez dłuższy czas zbliżały się do siebie, jeśli chodzi o pożądany elektorat, adresowały swoje programy do osób należących do wyższych warstw społecznych i de facto pozostawiły na lodzie – to zarzut głównie do lewicy – dużą część pracujących biednych osób z niższej klasy średniej. Nie mówimy tutaj koniecznie o najuboższych, ale o ludziach, którzy jakoś sobie radzą, a jednocześnie nie mają poczucia, że mają głos w polityce. W efekcie ci wyborcy są przejmowani przez prawicowych populistów, którzy obiecują, że odnowią politykę i sprawią, że będzie bliższa ludziom.

Co stało się z dotychczasowymi antagonistami – prawicą i lewicą?

W Polsce prawica została zjedzona przez populistów. Tradycyjna, konserwatywna prawica rozumiana jako przywiązanie do małego państwa nieingerującego w rynek i sferę prywatną, ale jednocześnie respektująca reguły debaty publicznej i państwo prawa, dziś właściwie nie istnieje. Podobny proces, chyba nawet bardziej widoczny, zachodzi w Stanach Zjednoczonych: wielu komentatorów twierdzi, że partia republikańska nie ma obecnie żadnego programu. Podczas tegorocznej nominacji Trumpa chyba po raz pierwszy w historii w ogóle nie przedstawiono żadnego dokumentu programowego. Programem jest Trump – trudno to nazwać zwycięstwem prawicy. Oni nawet już nie udają, że mają spójny ideologiczny i światopoglądowy front; jedynym celem władzy jest władza.

O ile neokonserwatystom rzeczywiście chodziło o wartości rodzinne, które miały być uzupełnieniem wolnego rynku, czyli nogą stabilizującą go w sensie moralnym, to dziś trudno mówić o ideologicznej spójności. Razem z Agnieszką Graff od kilku lat analizujemy kampanie przeciw „gender” oraz ich związek ze wzrostem prawicowego populizmu [autorki pracują nad książką poświęconą politycznemu wykorzystywaniu pojęcia gender przez populistów – przyp. red.]. Z tych analiz wynika, że wybór ultrakonserwatywnych dyskursów przez populistów to strategia oportunistyczna. Opowieści o strasznym genderze, płaczących dzieciach, seksedukatorach z Niemiec bardzo efektywnie polaryzują sferę publiczną, wzmagają emocje, w efekcie zaś pozwalają pokazać grupy mniejszościowe jako potencjalnych agresorów, a „nas” jako zagrożoną i milczącą, ale moralną większość. To niebezpieczny proces, bo różnica pomiędzy prawicowym populizmem a faszyzmem staje się bardzo cienka, praktycznie niewidoczna – coraz częściej mamy do czynienia z cichym przyzwoleniem na przemoc, a nawet legitymizowaniem tej przemocy.

Gdzie w tym wszystkim znajduje się lewica?

Lewicy jest bardzo trudno odnaleźć się na tym polu. Z jednej strony nadgryza ją ta bliskość z neoliberalnymi wartościami i językiem, bo dziś pragnienie wolności i wyboru zagospodarowuje bardzo sprawnie rynek. Z drugiej strony w Polsce niełatwo jest na przykład Razem czy Wiośnie mówić o polityce społecznej, bo w roli obrońców państwa opiekuńczego i polskich rodzin już ustawili się prawicowi populiści. Organizacje takie jak Ordo Iuris przedstawiają się jako think tanki posiadające wiedzę ekspercką i promujące prokobiece rozwiązania w obszarze polityki społecznej. W takich warunkach bardzo trudno zawalczyć o szeroko rozumianą lewicową agendę.

Zgadzam się, że jest to wymagające zadanie. Być może lewica, aby uciec od związków z neoliberalizmem, powinna poszukać innych, bardziej wspólnotowych wartości? Pytanie, czy w ogóle jesteśmy gotowi, by podjąć dyskusję. Czy na przykład feminizm jest w stanie powalczyć o „wartości rodzinne” z prawicą? Uznać je – oczywiście definiując je zupełnie inaczej niż robią to zwolennicy rodziny patriarchalnej – za coś godnego odzyskania?

W tej kwestii pokładam chyba większe nadzieje w ruchu LGBT+ niż w feminizmie. Dla ruchu LGBT+ kwestia równości małżeńskiej i rozpoznanie równości w sferze życia rodzinnego – i na poziomie symbolicznym, i na poziomie praktycznym – jest istotnym celem. Dla większości feministek obawiam się, że niestety nie. Alimentacja czy urlop ojcowski? Słuszne postulaty, ale nikogo nie mobilizują. Chciałabym też, żebyśmy mówiły o rodzinie w kontekście walki o prawo do aborcji, tymczasem same zapędziłyśmy się w kozi róg, zbyt często traktując kwestię aborcji bez kontekstu, głównie w kategorii wyboru, pewnego indywidualnego prawa, a nie zjawiska, które występuje najczęściej w rodzinie, najczęściej w przypadku kobiet, które są w związkach nieformalnych czy małżeńskich. Ten język nieco się zmienił w ostatnich latach, na przykład Ogólnopolski Strajk Kobiet wypuścił serię świetnych ulotek o tym, jak zakaz aborcji wpłynie na różne osoby w rodzinach. Kilka lat temu pojawiło się nowe pokolenie badaczek i aktywistek – na przykład Renata Hryciuk, Julia Kubisa, Patrycja Dołowy czy Sylwia Chutnik – które były zainteresowane macierzyństwem, chciały odzyskiwać macierzyństwo dla feminizmu i feminizm dla macierzyństwa, a Agnieszka Graff napisała bardzo popularną książkę „Matka feministka”. Ale nie mam poczucia, że udało się w sposób trwały umieścić kwestię rodziny w debatach feministycznych. W tej chwili, szczerze mówiąc, nie widzę tego impulsu. Mam wrażenie, że szczególnie dla młodych feministek ten temat nie jest szczególnie istotny.

Dlaczego tak się dzieje?

Jak nam dokręcają śrubę, to po prostu jesteśmy bardziej reaktywne niż proaktywne, ciągłe gmeranie przy aborcji jest koszmarem dla aktywistek, które i tak mają już syndrom wypalenia. No i dla każdego pokolenia inne sprawy są ważne, co innego budzi emocje. Ja ze zdumieniem obserwowałam dyskusję, która w pewnym momencie wybuchła wokół pracy seksualnej. Zastanawiałam się, dlaczego tyle osób wkłada w to swój czas i wysiłek intelektualny w momencie, w którym nie ma szans na żadne zmiany legislacyjne w tej kwestii, podczas gdy dziś, gdy rządzi Zjednoczona Prawica, można by było wygrać kwestie związane z rodziną właśnie, na przykład alimentacyjne.

Dla mnie szeroko rozumiana opieka to jest jedna z ważniejszych feministycznych kwestii, ważna dla mnóstwa kobiet, ale nie czuje, żeby to wyzwalało energię i rozpalało emocje w ruchu feministycznym. Mam poczucie, że o wiele łatwiej nam budzić emocje i budować tożsamość ruchu wokół tego, co nowe czy kontrowersyjne.

Nie jest tak, że tylko PiS idzie w polaryzację i buduje na tym energię mobilizacyjną, my też to robimy. Czy możemy tego uniknąć? Pewnie nie, ale chciałabym, żebyśmy miały wypracowane stanowiska i strategie dotyczące kwestii systemowych, sfery opieki, rodziny, a były mniej reaktywne.

Jeśli mamy do czynienia ze zmianami w sferze polityki, na których traci zarówno lewica, jak i dawne partie czy ruchy konserwatywne, dla których faktycznie wartości rodzinne są ważne, to czy istnieje pole do porozumienia między konserwatystkami a feminizmem?

Jak zawsze pojawia się pytanie: „z kim” i „co robić”? Jeżeli chodzi na przykład o kwestię alimentacji, to rzeczywiście z wieloma umiarkowanie konserwatywnymi organizacjami, także katolickimi, feminizm mogłyby budować sojusze. Łączy nas choćby chęć zadbania o dobro dzieci. Ale już na przykład nie z organizacjami ojcowskimi, które uważają, że przyczyną rozwodów jest feminizm i emancypacja kobiet. Problemem jest to, że organizacje – powiedzmy – konserwatywnego mainstreamu też tracą grunt pod nogami, są wypierane przez ultrakonserwatystów.

Pojawiają się też różne niepokojące sojusze. W Stanach Zjednoczonych, we Francji czy we Włoszech pojawiła się współpraca pomiędzy organizacjami feministycznymi a konserwatywnymi na przykład w kwestii sprzeciwu wobec nowych technologii reprodukcyjnych, w tym szczególnie surogacji. 8 marca w Paryżu odbył się bardzo widowiskowy protest organizacji identyfikujących się jako feministyczne przeciwko komercjalizacji kobiecego ciała. To nurt, który w Polsce nie jest zbyt silny, choć sam sprzeciw wobec surogacji pewnie istnieje. Pojawia się w tym kontekście pytanie: czy to dobrze, czy źle? Ja badam surogację od dwóch lat i jestem przekonana, że bardzo ostre stanowisko „za” albo „przeciw” nie jest najlepszym rozwiązaniem. Im więcej wiem, tym trudniej byłoby mi po prostu potępić to zjawisko.

Takie sojusze często zawiązują się niestety nie tyle wokół wspólnych celów, czyli na przykład walki o jakość edukacji albo dostęp do opieki przedszkolnej dla dzieci, ale wokół protestu przeciwko nowym trendom. Często jest też tak, jak w przypadku praw osób trans: część środowiska feministycznego wchodzi w sojusze z ultrakonserwatystami, a część uważa to za ogromny błąd i tak naprawdę powstaje przez to nie tyle szeroki front, co większe podziały na lewicy i w samym feminizmie. Sojusze mogą nie tylko budować, ale i dzielić.

O co, na poziomie rozwiązań systemowych, powinniśmy walczyć z lewicowej czy feministycznej strony w kwestii pracy opiekuńczej? Czy głównym działaniem powinny być próby zwiększenia dostępu do żłobków i przedszkoli, czy raczej dążenia do poszerzenia przestrzeni na budowanie relacji, również rodzinnych, na przykład poprzez ograniczanie czasu pracy czy wprowadzenie dochodu podstawowego?

Najlepiej i jedno i drugie, bo każde z tych rozwiązań zaspokaja nieco inne potrzeby. Problem w tym, że postulat większej liczby żłobków czy skrócenia czasu pracy nie przekłada się automatycznie ani na elektryzujący program wyborczy, ani na spójną wizję dobrego życia w przyszłości. To kolejny problem lewicy, kolejne przekształcenie pola politycznego. Dziś to prawica obiecuje przyszłość – oczywiście bardzo mocno zanurzoną w myśleniu reakcyjnym, konserwatywnym, ale przekonała ludzi do tego, że ma do zaoferowania spójną wizję, nawet jeśli się to sprowadza do hasła „Make America great again”. Tymczasem my mówimy, że w zasadzie już dawno temu wymyślono to, czego potrzebujemy – państwo opiekuńcze – i w ramach tego modelu będziemy teraz przesuwać pionki. Możemy trochę mniej pracować, możemy mieć więcej żłobków i przedszkoli, możemy bardziej angażować mężczyzn do opieki. Bardzo brakuje mi wizji przyszłości, która łączyłaby różne elementy, zarówno sferę kulturową – sferę wartości – jak i sferę ekonomiczno-społeczną, i która byłaby w stanie angażować nasze emocje, a nie tylko opowiadać o poszczególnych politykach publicznych, które niewątpliwie należy wprowadzić. Dochód podstawowy miał w sobie ten rewolucyjny element, ale jak na razie lewicy w żadnym kraju nie udało się go skutecznie ponieść na sztandarach.

Gdzie powinniśmy zacząć poszukiwania takiej wizji?

Na przykład w projektach zielonych miast, których podstawą, nawet w obrębie dużych aglomeracji, byłyby niewielkie społeczności. Celem takich społeczności byłaby jak największa samowystarczalność, możliwość produkcji dóbr i wymieniania się usługami, a w ten sposób ograniczanie czasu pracy przy jednoczesnym wzmacnianiu więzi społecznych oraz dążeniu do czystego powietrza i jedzenia. Chciałabym wyobrazić sobie system, w którym my jako jednostki, jako obywatelki i obywatele, mamy sprawczość zakorzenioną w poczuciu solidarności. Chodzi o świat, w którym – wracając do kwestii wyboru – mamy realną możliwość kształtowania naszego otoczenia. Poszukując rozwiązań, apeluję więc o myślenie wychylone w przyszłość, być może utopijne, świadomie naiwne. Wydaje mi się, że wciąż potrzebujemy utopii, a zamiast tego na przykład w sferze ekologii najchętniej posługujemy się dystopią – straszymy.

Jeden z naszych ostatnich numerów w całości poświęcony był kryzysowi wyobraźni i konieczności szukania utopii. Wydaje mi się jednak, że trudno oczekiwać, aby ta nowa wizja przyszłości spadła nam z nieba. Ona raczej będzie się wykuwać poprzez ruchy społeczne. Mamy na przykład marsze równości, na których bardzo widowiskowymi sojusznikami ruchu są wielkie globalne korporacje. Potem prawica mówi: „To jest ta elita z zachodu, która niszczy nasze wartości”. Ja w pełni rozumiem to, że w sytuacji, w której w Polsce mamy wręcz przyzwolenie na agresję wobec osób LGBT+, trudno rezygnować z jakiegokolwiek sojusznika, nawet jeśli jest nim Coca-Cola czy Facebook. Z drugiej strony mam wrażenie, że długofalowo to utrudnia budowanie ruchu, który starałby się wymyślić świat na nowo.

Obawiam się, że nasze wyobrażenie o tym, że moglibyśmy działać poza systemem neoliberalnym, że w ogóle istnieje sfera, która znajduje się poza nim, jest naiwne. Nigdy nie możemy tego osiągnąć, choć jednocześnie musimy ciągle do tego dążyć.

A na bardziej przyziemnym poziomie: tego typu wsparcie oczywiście ma swoje koszty i musimy być tego świadomi. Wartości, o które walczymy, mogą być wykorzystane przez wielki kapitał do realizacji jego własnych celów, do whitewashingu, greenwashingu czy pinkwashingu. Z drugiej strony, jeśli zależy nam na tym, by nasze wartości przechodziły do mainstreamu, to w praktyce oznacza, że chcemy, aby dyrektorki z Microsoftu, firmy takiej jak Ikea czy Ben and Jerry’s uznawały te wartości po prostu za oczywiste, możliwe do wykorzystania również w sensie marketingowym, tak jak wszystkie inne odniesienia kulturowe. A jednocześnie musimy pielęgnować nieufność i krytyczne podejście do tego, co oferuje nam rynek, i zawsze pytać, co chce za to kupić.

Tylko czy w ten sposób nie ekonomizujemy kolejnej sfery życia, nie wspieramy lewiatana, o którym mówiła pani na początku?

Tak, karmimy go i głaszczemy. A jednocześnie próbujemy mu odciąć głowę, albo przynajmniej kawałek ogona. Istnieje silna intelektualnie część feminizmu, która jest bardzo prospołeczna czy propracownicza, i chciałabym, żeby istniała taka grupa również w ruchu LGBT+ a właściwie żeby była bardziej widoczna. Chciałabym, aby te elementy znalazły swoje miejsce jako część szerszego pakietu. To dotyczy realnych problemów środowiska. Badania prowadzone między innymi przez Fundację Przestrzeń Kobiet, która pokazała życie lesbijek na wsi, uświadamiają, że skupienie na tożsamości seksualnej i genderowej powoduje, że znika duża część doświadczeń osób nieheteronormatywnych, które na przykład mieszkają poza miastami i są biedne albo niepełnosprawne, czyli zmarginalizowane społecznie, i to są ich główne problemy. W efekcie znajdują się poza przestrzenią, w jakiej można uzyskać nawet minimalną widzialność.

Równocześnie zastanawiam się, na ile to jest strategia samego ruchu, a na ile rezonansu, jaki można uzyskać za pomocą różnych komunikatów w społeczeństwie. Kiedy myślę o lewicowym feminizmie, to o bardzo wielu naszych działaniach nikt nigdy nie napisał i nie mówił. One w minimalny sposób wpłynęły na debatę publiczną. Być może sukces udało nam się osiągnąć w kwestii umów śmieciowych. Tu faktycznie feminizm, w tym Manify i różne badaczki, które zajmowały się tym tematem, wpłynęły na wprowadzenie problemu do debaty publicznej. Ale nie mamy tych sukcesów za wiele.

Czym w poszukiwaniu takich szerszych sojuszy może inspirować się lewica?

Może trzeba sobie przypomnieć klasykę: pieśń „Bread and roses” mówi o tym, że nie chodzi ani wyłącznie o chleb, ani tylko o przyjemności, ale o połączenie praw ekonomicznych z prawem do przyjemności, z prawem do ekspresji, z prawem do radości. Obawiam się, że dziedzictwo PRL-u polega nie tylko na tym, że jak zaczyna się mówić o nierównościach ekonomicznych, to od razu dostaje się łatkę komunisty, ale też na pewnej siermiężności w sferze kultury oraz ubóstwie imaginarium i wyobraźni w kwestiach ekonomicznych i społecznych. Powoduje to, że trudno jest znaleźć język i formę wyrazu dla pragnienia i chleba, i róż. Nie wiem czy oglądałeś film „Pride” o współpracy pomiędzy ruchem gejowskim a górnikami w Wielkiej Brytanii. To, co dla mnie tam było kluczowe, to fakt, że gejowscy aktywiści po prostu przywieźli pieniądze i powiedzieli: „Niczego od was nie chcemy. Jesteśmy po waszej stronie, dlatego że wierzymy w waszą sprawę”. Współpraca pomiędzy ruchami emancypacyjnymi a różnymi ruchami działającymi na rzecz sprawiedliwości społecznej udawała się wtedy, gdy byłyśmy gotowe po prostu wspierać, angażować się, poświęcać swój czas czy wiedzę, nie stawiając żadnych warunków.

Pamiętam jak razem z Agnieszką Graff sześć lat temu zaczęłyśmy współpracować ze Stowarzyszeniem „Dla Naszych Dzieci”. Powiedziałyśmy po prostu: „Słuchajcie, rzecz, o którą walczycie, jest ważna i jeżeli chcecie, to wam w tym pomożemy”. Nie mówiłyśmy „Pomożemy wam pod tym warunkiem, że wy się zadeklarujecie jako feministki”. To się faktycznie wydarzyło podczas kolejnych lat, dlatego że się zaprzyjaźniłyśmy, nastąpił przepływ energii. Później niektóre dziewczyny z ruchu organizowały czarne protesty w swoich miastach. Ale co do zasady współdziałanie i solidarność nigdy nie mogą być transakcją. To pierwszy krok do ucieczki z neoliberalnej wizji świata.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×