fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Konkurs na lepsze święta

Dorosłemu Kacprowi żal tamtego dzieciaka. Jak to możliwe, że nikt mu nie pomógł? Przecież na pewno było coś widać.
Konkurs na lepsze święta
Ilustr.: Barbara Zientek

Wola twoja, nie moja, się dzieje.

Kiedy miała 9 lat, zastanawiała się, czy to normalne, że codziennie płacze.

Daryna stoi pod spodkiem UFO i trzęsie się z zimna. Czeka na autokar, który zawiezie ją z Kielc aż pod Kijów, do Boryspola – miasta, w którym się wychowała. Ma 17 lat, nad jej domem nie latają jeszcze rosyjskie drony. Jest koniec grudnia, święta w Polsce już się skończyły, ale większość Ukraińców obchodzi je w styczniu. Daryna nie cieszy się na powrót do domu. Nie po to emigrowała 800 kilometrów na zachód, żeby spędzać czas z rodziną. Ale raz na jakiś czas trzeba, zwłaszcza że zbliża się Nowy Rok, a z nim choinka, prezenty i kanapki z kawiorem. Poza tym, wreszcie zobaczy swojego chłopaka. To jedyna osoba w Boryspolu, za którą naprawdę tęskni.

Jej autokar to półżywy relikt lat dziewięćdziesiątych. Silnik sapie, toaleta nie działa, a karoseria z roku na rok pokrywa się coraz grubszą warstwą rdzy. Lubi takie autokary, jej zdaniem są lepsze od nowszych pojazdów. Może nie emanują luksusem, ale przynajmniej kierowca wie, co robi. Zawsze uprzedza, kiedy trzeba przygotować dokumenty do kontroli na granicy i możesz być pewna, że nie zostawi cię na stacji benzynowej podczas przerwy na siku. Ci nowocześni czasami tak robią. Daryna siedzi z przodu i patrzy, jak kierowca raz po raz kręci wąsem. Za oknem mży, na białe święta nie ma co liczyć.

Okazuje się, że chłopak umówił się na Nowy Rok z kolegami, a oni nie chcą, żeby Daryna była w pobliżu. Proponuje, że może im przygotowywać jedzenie i nosić drinki. Wystarczy jej, że będzie blisko ukochanego. Koledzy się nie zgadzają. Męski wieczór nie uwzględnia żadnych ustępstw. Daryna kłóci się z chłopakiem i wraca do domu.

Zakłada różową sukienkę z falbanami i sporym dekoltem, taką na wszystkie okazje. Na stole leżą kanapki z kawiorem, tłuczone ziemniaki, olivier – sałatka jarzynowa z kiełbasą – i wiele innych ukraińskich przysmaków. Siedzą z matką i ojcem przed telewizorem i oglądają noworoczne orędzie Zełeńskiego. Prezydent wkłada dużo pracy w te orędzia. Jego poprzednicy stali przed kamerą i klepali formułki, a ten robi show. W zeszłym roku rozmawiał o polityce z dziećmi. Teraz zaprasza lekarzy, rolników, mechaników i wszystkich innych, którzy służą Ukrainie, na uroczystą kolację z jego udziałem. Teraz na czerwony dywan wchodzi nauczycielka. Po obu stronach stoją żołnierze z bagnetami na sztorc. Darynie i jej rodzinie bardzo się to podoba.

Jej mama też była nauczycielką. Teraz pracuje na lotnisku, ale swoje ambicje pedagożki przez wiele lat realizowała wobec córki. Daryna zawsze musiała być najlepsza ze wszystkich przedmiotów. Ocena poniżej piątki oznaczała krzyk w domu. Dochodziło do tego, że Daryna przerabiała swoje oceny w dzienniku. Sprawa wyszła na jaw i to także zakończyło się wrzaskiem. Klasowa prymuska nie ma wielu koleżanek ani kolegów. Nawet gdyby była lubiana, nie starczyłoby jej na nich czasu. Mama zadbała o to, by córeczka była zajęta przez całą dobę. Kiedy nie spała, Daryna grała na fortepianie, siedziała w szkole, szyła, malowała, pływała, śpiewała w chórze albo się uczyła. Płakała codziennie.

Mama jeszcze za Sowietów była pionierką. Potem poszła w Komsomoł, a następnie na studia. Skończyła fizykę i matematykę, została nauczycielką. Nowa radziecka kobieta z czerwonym krawacikiem u szyi i śpiewem na ustach. Potem Republikę Rad trafił szlag, a mama zrezygnowała z nauczania przez niskie pensje. Zajęła się pracą na lotnisku i wychowaniem dzieci.

Nie samą szkołą młodzież żyje. Daryna miała 14 lat, hormony buzowały, więc zdarzało się jej pisać z chłopakiem. Nie było na to czasu za dnia, więc siedziała po nocach.

Tamtej nocy też siedziała przyklejona do ekranu. Następnego dnia miała ważną olimpiadę z fizyki, na którą przygotowywała się od miesięcy. Daryna nie zdążyła schować telefonu. Matka wparowała do pokoju. Zaczęła krzyczeć i bić córkę po rękach. Po kilku minutach wrzasku, swoją złość przeniosła na książki i zabawki, które zrzucała z półek i ciskała w różne strony. Daryna próbowała uciec, ale matka podążyła za nią w głąb domu. Pchała córkę o ściany, rzucała podręcznikami. Były same, ojciec w pracy. Zresztą, wcześniej w podobnych sytuacjach tata nie był wcale dużym wsparciem. To milczący, fotelowy ojciec. Nie taki, do którego można przyjść po pomoc. Gonitwa trwała do rana. Matka stała nad Daryną i patrzyła, jak córka zbiera porozrzucane książki. – Może się wyprowadź, może z nim będzie ci lepiej – rzuciła z góry. „Niezły pomysł”, pomyślała Daryna.

Do Kielc przyjechała w dniu swoich piętnastych urodzin. Zjadła tort z obcymi dziewczynami. Chłopak, matka i ojciec zostali w Boryspolu. Trochę się bała, w końcu inny kraj, nowa szkoła i mieszkanie w bursie. To dużo dla samotnej, świeżo upieczonej piętnastolatki. Z drugiej strony: latające podręczniki, gra na fortepianie i wrzask matki zostały w Ukrainie.

W sylwestra 2021 siedzą we trójkę przed telewizorem. Daryna nie może wepchnąć ani jednego jajeczka kawioru więcej. Choinka z plastiku mieni się kolorami tęczy, po pokoju walają się skrawki papieru do pakowania prezentów, na stole stoi niedojedzony olivier. Zawsze robią go tyle, że starczyłoby dla całego miasta, a potem weź człowieku to wszystko zjedz. Prawie nie rozmawiają. Oglądają Zełeńskiego, który wznosi toast na cześć nauczycieli, hutników i wojskowych. Jeszcze nie wiedzą, że siedzą tak po raz ostatni.

Matka coś przeczuwa. Ludzie na lotnisku gadają, że przy granicy gromadzą się rosyjskie wojska. Ojciec się denerwuje, mówi, żeby się uspokoiła, ale ona każe Darynie wracać do Kielc.

Rok później Daryna spędza święta w Wiedniu, w mieszkaniu chłopaka. Uciekł w ostatniej chwili, na szczęście miał jeszcze 17 lat. Starszych nie puszczają przez granicę. Na stole leżą pudełka z sushi, ziemniaki i kanapki z kawiorem. Choinka jest prawdziwa: na taką uparł się chłopak. Darynie trochę żal, bo była przyzwyczajona do sztucznej, którą uroczyście co roku wynosili z piwnicy. Trudno, ta przynajmniej pachnie igliwiem.

Oglądają Zełeńskiego. Prezydent postarzał się o dekadę i zgubił gdzieś garnitur. Stoi w kurtce wojskowej i mówi o chłodzie, strachu i nadziei. Dzwoni matka, ona i ojciec też oglądają. Nie mogą mówić, wszyscy płaczą.

Potem przychodzi ukraińskie Boże Narodzenie. Kiedy Daryna mieszkała z rodzicami, święta zazwyczaj spędzali na Zakarpaciu. Mieli tam swój ulubiony pensjonat. Razem z innymi gośćmi wypatrywali pierwszej gwiazdki, która wyłaniała się zza gór i szli na wspólną kolację. Teraz Daryna wypatruje przecen w polskich sklepach, a jej rodzice dronów nad Boryspolem.

W tym roku święta przyjdą szybciej. Ukraina przeniosła obchody Bożego Narodzenia na 25 grudnia. Wcześniej odbywały się po Nowym Roku. Darynie nie podobają się zmiany w kraju. Zmiana kolejności świąt jest w porządku – ma to nawet sens. Gorzej z innymi kwestiami. Mówi surżykiem. To teraz w złym smaku. Nawet jej mama – zwyciężczyni wielu olimpiad językowych za czasów Sojuza, w pełni przestawiła się na „język ojczysty”. Poza rosyjskim Ukraińcom przestał smakować olivier. Że niby sałatka warzywna z kiełbasą to wpływ ze wschodu. Jednak Daryna nie rezygnuje z oliviera. W tym roku zrobi go tyle, że będą go z chłopakiem jeść przez tydzień.

Nie zamierza wracać. Nigdy nie czuła się pełnoprawną członkinią swojej rodziny. Ukraina, którą znała, nie istnieje. A kawior można kupić na Zachodzie.

Na pytanie, co zamierza dać narzeczonemu pod choinkę, Daryna zamyśla się. Stuka pierścionkiem zaręczynowym w blat stołu i wpatruje się w zieleń jego kamienia.

Ma 20 lat i już nie płacze.

Nikt nie czuwa nad dzieciątka snem

Kacper wreszcie jest pełnoletni i może decydować, do kogo pojechać na święta. Był rzadkim okazem 12-latka, który nienawidzi świąt. Nigdy ich nie lubił, bo zawsze upływają pod znakiem spiny. Tutaj go ciotka ochrzani, bo za wolno wiąże sznurówkę, a za dwie minuty zaczyna się pasterka i trzeba lecieć. Tutaj matka z babcią się pokłócą, że jakiś wzorek w makowcu jest krzywo, albo że ktoś nie chce jeść kutii. Poza tym straszny tłok, cała rodzina siedzi na kupie. Kacper uważa, że to uniwersalne doświadczenie.

Niechęć Kacpra do świąt zmieniła się w nienawiść, gdy miał 12 lat i rozwiedli się jego rodzice. Od tamtej pory Boże Narodzenie to nie tylko spina, ale też logistyka dzielenia się synem. Najprostszym rozwiązaniem byłoby, żeby Kacper jedne święta spędzał z rodziną od strony mamy, a kolejne z krewnymi taty.  Ale to by było zbyt proste. Rozwodowa polityka współdzielenia dziecka uwzględniała także Wielkanoc, wakacje i pogrzeby. W rezultacie Kacper nigdy nie wiedział, do kogo trafi na Wigilię.

Pierwsze święta po rozwodzie spędzał z ojcem i jego rodziną. Miał wtedy 13 lat. Stary pochodzi z małej wsi w mazowieckiem. Miejscowość jest w jednej trzeciej opuszczona; Polska B, która w grudniu zamienia się w Polskę C. Dom rodzinny leży przy szosie. Po drugiej stronie stoi chałupa pomalowana na kolor sraczki. Dawno temu mieszkał tam lokalny pijak. Kiedy dziadek Rysiek uczył Kacpra jeździć na rowerze, ten czasami do nich zagadywał. Kacper uciekał, a Rysiek zajmował sąsiada rozmową. Dziadek wiedział, jak się obchodzić z ludźmi.

Kiedy przyjechał z ojcem na wigilię, dziadka Ryśka już nie było. Umarł dwa miesiące wcześniej. Jego wnuk był zbyt pochłonięty rozwodem rodziców, żeby popadać w histerię na pogrzebie. Brak uśmiechu dziadka poczuł dopiero przy wigilijnym stole. Pokłóciły się babcia i jej siostra. Poszło o świeczkę Caritasu, którą ciotka zawsze kupuje w kościele przed świętami. Babcia uważa, że świeczek jest już za dużo. Rzeczywiście, mają w sieni własną półkę i w tym roku zaczęły się z niej wysypywać. Czy to jednak powód do wrzasku? Babcia i ciotka drą koty codziennie od kilkudziesięciu lat.

Kacper kmini, czy to sposób na wyrażanie czułości, przyzwyczajenie czy niezgodność charakterów. Sytuacja się pogorszyła, bo to dziadek zawsze rozdzielał walczące. Walnął wierszykiem, opowiedział kawał i wszystko się na chwilę naprawiało. Potem umarł, a do grobu zabrał ostatnią kapkę radości, jaka była jeszcze w tym domu. Od tej pory przy wigilijnym stole zaczęły królować opowieści o tym, który sąsiad kopnął w kalendarz, a który jest chory i kopnie niedługo.

Kacper chciał naprawić atmosferę. Spytał babcię i ciotkę, czy mógłby zobaczyć ich zdjęcia z młodości. Złość kobiet zwróciła się przeciwko niemu. Co on sobie wyobraża, że wtedy każdy miał aparat? To oczywiste, że żadnych zdjęć nie ma. Są za to ból pleców, błoto na podwórku i zgrzytanie zębami.

Resztę wigilii Kacper wpatrywał się w gar wody śledziowej. Nienawidzi jej prawie tak samo jak Bożego Narodzenia. Zimny kompot z ryb, octu, cebuli, metalicznej kranówy, dymu z kozy, krzyku starych sióstr i niespełnionych marzeń.

Jego stary był wiejskim buntownikiem i entuzjastą mazowieckiej sceny punkowej. Podwinął ojcu Ryśkowi skórę, wytrzasnął skądś glany i zapuścił włosy. Brakowało mu tylko kolczyka w uchu. Rodzice starego troszczyli się o wizerunek W przyszłości będzie opowiadał Kacprowi, że gdyby przekłuł ucho, rodzice ucięliby mu je, a sąsiadom powiedzieliby, że odgryzła je krowa. Kacper będzie się śmiał, ojciec nie. Stary się złamał, ściął włosy i został profesorem.

Kacper ma w jednym uchu trzy, a w drugim cztery kolczyki. Pofarbował włosy, wytatuował łapy, klatę i stopy. Teraz tatuaży na stopach nie widać, przykryły je wysokie glany. Chodzi w nich wszędzie, między innymi na koncerty punkowe. Odkąd skończył osiemnaście lat, wreszcie może decydować do kogo jeździ na święta. Zazwyczaj wybiera rodzinę od strony mamy.

Zawsze lepiej się z nimi dogadywał. Babcia Krysia była nauczycielką. Uczyła dzieci śpiewu i geografii. Mieszkała na poddaszu w budynku, gdzie dawno temu mieściła się wiejska szkoła. Krysia przekazała matce Kacpra gen palacza, a ona podała go dalej. Wigilia u babci nie pachniała żywicą. Sztuczna choinka też waliła petami. Starego irytowało, że jego dzieciak śmierdzi po powrocie od babci. Matka nie miała z tym problemu. Nałóg babci Krysi był obiektem rutynowych rodzinnych kłótni.

Palenie niszczy zdrowie, na babci też w końcu się zemściło. Przywiązało ją do pudła z tlenem, którym musiała się inhalować. Nie mogła wyjść z domu, bo pudło było za ciężkie, żeby zejść z nim po schodach. Nie miała siły, żeby przygotować święta. W wigilię rodzina wypełniała poddasze po brzegi, aby pomóc jej z przygotowaniem kolacji.

Kacper czuł, że za chwilę pęknie mu łeb. Kuzyni kłócili się o klocki Lego spod choinki. Jeden chciał samochód, drugi samolot, a dostali na odwrót. Każdy chciał z nim porozmawiać, ale nikt nie chciał czekać w kolejce, więc wszyscy mówili naraz. W dodatku matka wzięła ze sobą kota, a wujostwo psa. Zwierzęta się nie lubiły, więc co chwilę trzeba było do nich wstawać.

Kacper w obłokach dymu odszukał matkę i powiedział jej, że wkurwia go ten tłok. Popatrzyła na niego z powagą i odparła, że ma to docenić, bo to mogą być ostatnie święta z babcią. Miała rację. Po Nowym Roku Krysia trafiła do szpitala i nigdy stamtąd nie wróciła. Pogodę ducha zachowała do końca.

Poza paleniem, swoim dzieciom przekazała marzycielstwo, szerokie horyzonty i miłość do muzyki. Kiedy wuj Kacpra był w jego wieku, siedział po nocach i słuchał Trójki. Zgrywał młodego Beksińskiego na kasety, czekał na Yazoo, a w końcu został fanem techno. Teraz udaje normalnego faceta po czterdziestce, ale czasami pęka. Strasznie się podjarał, kiedy zobaczył miecze i serca, które siostrzeniec wydziarał sobie na stopach. Chrześniak, ale ty sobie oldschoolowe tatuaże zrobiłeś, mój Boże! No zarąbiste.

Stara Kacpra nie pałała takim entuzjazmem do jego tatuaży, ale w młodości też słuchała Trójki. Siedziała w swoim pokoiku pod skośnym sufitem i nasłuchiwała, kiedy puszczą coś w języku inglisz. Kiedyś Kacper znalazł jej stary zeszyt, w którym zapisywała fajne piosenki. Pozycja na szczycie listy: The Cure – „Just like hewen”.

Matka i ojciec Kacpra się nie dogadywali. Ona chciała jeździć po świecie, on oszczędzać. Na ich weselu grało disco-polo. Stara, fanka The Cure, do dziś ma o to żal. W podróż poślubną wybrali się do mazowieckiego, w rodzinne strony starego – siedzieć u babci i dziadka Ryśka. Zaczynały się żniwa i ktoś musiał im pomóc. Posiedzieli tam miesiąc, wrócili do siebie, pobyli ze sobą 18 lat i się rozwiedli.

Powodów było więcej, Kacper niewiele o nich wie, a może po prostu nie chce mówić. Minęło wiele lat, ale wciąż kiedy o tym opowiada, szklą mu się oczy. Wiele nocy spędził płacząc w poduszkę. Rano zwlekał się z łóżka i szedł do szkoły udawać, że wszystko jest okej. W tamtym roku zaczął gimnazjum. Poznał wielu chłopaków, ale nie mógł się przed nimi wygadać. Koledzy uważali, że dzieci rozwodników to rozpuszczone gnojki. Mieli teorię, że rozwiedzeni rodzice kupują dzieciakom wyjebiste prezenty, żeby zaskarbić sobie miłość dzieciaka. Kacper nie zauważył, żeby jego Mikołaj się wzbogacił, ale wolał nie ryzykować. Cały ból zatrzymywał dla siebie.

Miał jednego kolegę, którego rodzice też się rozwiedli. Pewnego razu opowiedział mu, jak się czuje. Strasznie płakał, nie mógł złapać oddechu. Kiedy wreszcie się uspokoił, kolega popatrzył na niego i powiedział, że zna inne dzieci, których rodzice się rozwiedli i one żyją. „Więc chyba będzie okej? Musi być okej”. Co innego mógł powiedzieć jeden dwunastolatek drugiemu dwunastolatkowi? Pewnie niewiele, ale Kacper poczuł się jeszcze bardziej samotny.

Kiedy jechał na święta z jednym rodzicem, czuł, że zdradza drugiego. Woli mamusię czy tatusia? Nie wiedział, ale czuł, że zawsze któremuś robi krzywdę, że ktoś będzie na niego zły, albo co gorsza smutny. Mimo że to nie on decydował, z kim spędzi święta. Miał takie marzenie, żeby wszyscy byli zadowoleni. Ale tak się nie dało. Tak czy srak, zawsze będzie źle.

Raz, kiedy miał 15 lat, powiedział mamie, że chciałby jechać na święta do ojca, bo dawno nie spędzali ich razem. Odparła, że dobra, jak tak bardzo chce, to może tam jechać. Jak to, kurwa, chce? Czego wy chcecie? Co to jest? Konkurs na to, kto będzie miał lepsze święta? Stara pewnie już tej sytuacji nie pamięta, ale on nosi to w sobie.

Dorosłemu Kacprowi żal tamtego dzieciaka. Jak to możliwe, że nikt mu nie pomógł? Przecież na pewno było coś widać. Czy nastolatek potrafi ukryć, że chce zniknąć? Mało prawdopodobne.

Dziś wigilia. Kacper siedzi na łóżku i jara szluga. Jest na trzecim roku historii, pisze licencjat. Od kilku miesięcy mieszka w Ankarze. Pojechał tam w ramach Erasmusa. Podoba mu się, obżera się czikoftą, pije litry słodkiej herbaty i wypala kartony tureckich papierosów. W Polsce już takich nie robią, smakowe fajki zabrała Unia Europejska. W Turcji też są nielegalne, ale sklepikarze niewiele sobie z tego robią. Mają za ladą taki asortyment owocowych szlugów, że można by z nich zrobić tytoniową sałatkę.

Niebawem północ. Kacper gasi papierosa i wychodzi zobaczyć się z mamą. Przyjechała do niego na święta, spędzą je tylko we dwójkę. Spotykają się przed kościołem, palą papierosa o smaku mandarynki i wchodzą do środka. Pasterka już się zaczyna. Kościół jest wypełniony po brzegi. Kacper i mama niewiele widzą, ołtarz zasłania im las rąk trzymających telefony. Każdy ruch księdza jest nagrywany w Full HD. Kacper zamyka oczy i zaciąga się dymem z kadzidła.

Ma 22 lata i całkiem udane święta.

Kiedy umiera ci matka, dostajesz churrosa

Jako dziecko kochała magię świąt.

Joasia łamie się opłatkiem z ojcem i siostrami. Ma 17 lat, tata składa jej oklepane życzenia, które wypada złożyć prawie dorosłej córce. „Przyjaciół i sukcesów w szkole”. Wigilię wyjątkowo spędzają we czwórkę. Siadają do stołu i zaczynają siorbać barszcz z uszkami. Wszystko idzie gładko. Na stół wjeżdża śledź. Przełykają z trudem, ale wciąż się trzymają. Pora na pierogi z kapustą i grzybami, wszyscy je lubią. Siostra zaczyna kroić pieroga i wybucha płaczem. Koniec udawania, dalej nie dadzą rady. Joasia i druga siostra też zaczynają płakać. Ojciec chowa twarz w rękach, po brodzie spływają mu łzy. Dwa dni wcześniej stracili matkę i żonę. To pierwszy i ostatni raz, kiedy Joasia widzi jak tata płacze. Skoro nawet on, to wszystko się posypało, nie ma nadziei. Dobre te pierogi, tylko trochę za słone.

Jako dzieciak Joasia była niejadkiem. Nawet dania wigilijne nie były w stanie jej przekonać. Wszyscy pałaszowali dwanaście potraw, a ona siedziała i czekała aż skończą. Kiedy przychodziła pora na deser, dziadek przynosił jej jogurt. To było do przełknięcia. Potem wstawali od stołu i otwierali prezenty. Sporo tego było, bo każdy wymieniał się z każdym. Joasia dostawała Monster High – lalki wzorowane na potworach, sprzedawane z asortymentem ciuchów i akcesoriów.

W wigilię po śmierci mamy dostaje brązowy, wełniany płaszcz z kołnierzem. Dobry, bo praktyczny, nie będzie w nim marznąć. Już nie płaczą. Rozrywają papier prezentowy i dziękują sobie nawzajem. Zostały prezenty dla mamy, kupili je zanim trafiła do szpitala. Chorowała na covid, miała problemy z oddychaniem. W nocy, zanim ją zabrali, Joasia słyszała, jak mama próbuje złapać powietrze. Pokój rodziców był piętro wyżej, nerwowy świst było słychać w całym domu.  Rano przyjechała karetka i zabrała mamę do szpitala. Joasia widziała ją wtedy po raz ostatni. Miały z siostrami nadzieję, że wróci, dlatego kupiły jej książkę o patriarchacie, żeby przeczytała coś innego niż kryminały Mroza. Literatura feministyczna trafiła prosto na półkę, gdzie kurzy się do dziś.

Joasia kochała mamę, ale uważnie zarządzała informacjami wśród bliskich. Rodzinę ma się na całe życie. Inne rzeczy mówi się mamie, inne siostrom, a jeszcze inne koleżankom. Nie ujawniała swoich problemów przed rodzicami, radziła sobie sama. Być może odziedziczyła to po mamie, to była silna babka. Pracowała jako położna, powitała na świecie wielu ludzi i była z tego dumna. Ze światem pożegnała się w dzień swoich urodzin.

Ojciec ogarnia pogrzeb i urzędy. Córkom niewiele mówi o tych sprawach, tylko tyle, że „drogie to”. Na grobie pomylili datę, napisali. że mama umarła po świętach. Joasia patrzy jak trumna znika pod ziemią. Jest zażenowana pomyłką z datą oraz księdzem, który na kazaniu mówił o marksizmie. Kiepski pogrzeb. Przez obostrzenia covidowe trumna musiała być zamknięta. Nie mogli zobaczyć mamy. Powietrze rozrywa pisk trąbki. „To naprawdę koniec” – myśli Joasia.

Na stypie zbiera się rodzina. Wszyscy mają jakąś opinię na temat śmierci mamy. Jedni twierdzą, że skoro umarła w urodziny, to na pewno pójdzie do nieba. Inni mówią, że wiedzieli kiedy umarła, bo spadł im wtedy obraz Jezusa ze ściany. Ktoś jeszcze opowiada, że objawiła mu się we śnie. Joasia się gotuje, nie wierzy w życie po śmierci ani spadające portrety Jezusa. Umierasz, trąbią nad twoim grobem i tyle.

Kilka dni po pogrzebie ogląda „Bojacka”. Trafia na odcinek, gdzie koń, główny bohater, przez dwadzieścia minut przemawia na pogrzebie swojej mamy. Mówi, że powiedział kasjerce w barze o śmierci swojej matki i dostał przez to darmowy deser. „Nikt nie mówił, że kiedy umiera ci matka, dostajesz churrosa”. Joasię trochę to pociesza.

Mama kreowała magię świąt. Puszczała Mazowsze z płyt CD i zarządzała przygotowaniami. „Ty pokrój warzywa na sałatkę, a ty idź po choinkę do piwnicy”. Bez niej rodzina nie do końca wie, jak sobie poradzić. Wybuchają konflikty o głupoty, na przykład o to, kto ma zrobić pranie. Ojciec i trzy siostry zrzucają na siebie obowiązki. Joasia otrzymuje szybki kurs dorastania, bo w efekcie sporów nikt nie zajmuje się niczym.

Na następną wigilię sama ubiera choinkę. Po świętach ojciec mówi, żeby nie rozbierała drzewka. Pakuje je w worek na śmieci ze wszystkimi ozdobami. „Będzie na następny rok”. W domu panuje cisza, bo nikt nie puszcza kolęd. Magia świąt odpłynęła wraz z dzieciństwem, które skończyło się w dniu śmierci mamy.

Joasia przez większość czasu sama siedzi w domu, można oszaleć. Stwierdza, że skoro nieformalnie jest dorosła, to czas na picie piwa na ławce. Zawsze kupuje dwa, jedno słodkie, drugie gorzkie. Znajduje sobie chłopaka, z którym chodzi na randki. To ex-narkoman, w dodatku niezbyt mądry, ale póki co wystarczy. Coś trzeba mieć z życia, skoro nie mamę, to chociaż chłopaka i kapsle. O śmierci rozmawia z dwoma koleżankami. Była też trzecia, ale stwierdziła, że nie wie, co ma powiedzieć Joasi i urwała znajomość. Z rodziną nie gadała. Sądzi, że nie można oczekiwać pomocy od osoby, która cierpi wraz z tobą.

Ulubiona świąteczna piosenka Joasi to „Jest taki dzień” Czerwonych Gitar. Może jej posłucha, kiedy będzie ubierała choinkę. Zwykle robiła to już 6 grudnia, ale w tym roku brak jej motywacji. Najchętniej zostawiłaby ją w piwnicy, ale przyjeżdża rodzina, więc trzeba. Przynajmniej będą potrawy wigilijne. Po wielu latach Joasia je polubiła i teraz próbuje wszystkiego – nawet kompotu z makaronem. Nikt poza nią go nie lubi, ale trzeba zrobić i ponarzekać, bo to tradycja.

Joasi ze świętami najbardziej kojarzy się droga powrotna z wigilii u krewnych na Podhalu. Mieszkali w Krakowie, powrót zajmował kilkadziesiąt minut. Akurat na album Czerwonych Gitar. Kiedy zbliżali się do domu, rozpościerał się przed nimi ocean światełek – to Wieliczka z góry. Joasia wypatrywała wież kościelnych a Czerwone Gitary śpiewały: „Jest taki dzień, gdy jesteśmy wszyscy razem”.

Ma 21 lat i brakuje jej mamy.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×