Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

Kogo dziś obchodzi „Solidarność”?

Spięciowcy, tak szczerze, powiedzcie: czy was Solidarność porusza? Czy wywołuje w was emocje? Czy jesteście ciekawi jej historii i historii ludzi, którzy ją tworzyli? Czy Solidarnościowcy to wasi idole? Serio pytam.
Kogo dziś obchodzi „Solidarność”?

„Spięcie” to projekt współpracy międzyredakcyjnej pięciu środowisk, które dzieli bardzo wiele, ale łączy gotowość do podjęcia niecodziennej rozmowy. Klub Jagielloński, Magazyn Kontakt, Krytyka Polityczna, Kultura Liberalna i Nowa Konfederacja co kilka tygodni wybierają nowy temat do dyskusji, a pięć powstałych w jej ramach tekstów publikujemy naraz na wszystkich pięciu portalach.

***

Po co nam historia

Po co się w ogóle zajmować historią? Było, minęło. Niech historycy grzebią w dokumentach i odtwarzają, co, kiedy i jak się działo. Historia uczy jednak, że historycy piszą ją taką, jaką chce usłyszeć władza. Jeśli panował król, to dzieje pełne były jego bohaterskich dokonań; jak u władzy są biali, to historia pomija kolorowych, a jak rządzą faceci, to jakoś tak się dzieje, że z pisanej przez nich historii wypadają kobiety.

Można więc grzebać w historii w poszukiwaniu opowieści nieopowiedzianej. Albo w poszukiwaniu przestróg czy analogii do sytuacji dzisiejszej (ostatnio po to właśnie przypominaliśmy sobie historię wielkich epidemii), albo w nadziei na inspirację.

Tylko czy historia „Solidarności” może być dziś, dla pokoleń urodzonych już po słynnym sierpniu, jakąkolwiek inspiracją czy przestrogą? Szczerze wątpię. A mimo to sama napisałam dziesięć lat temu książkę o jednej z sygnatariuszek porozumień sierpniowych, sama w tej historii grzebałam. Dziś co tydzień niemal komentuję w mediach wydarzenia polityczne, w których wciąż główne role odgrywają panowie z „Solidarności”, jak nie z tej Wielkiej, to tej Walczącej. O ile to pierwsze – przyglądanie się strajkowi w gdańskiej stoczni – to wciąż źródło ciekawych odkryć, o tyle kwestia, „co dziś zostało z Solidarności”, totalnie mnie do niej zniechęca.

Stoczniowcy niczym hiszpańscy oburzeni

W 2010 roku szperałam w archiwach, pracując nad książką „Duża Solidarność, mała solidarność. Biografia Henryki Krzywonos. Było to rok przed Occupy Wall Street i rok, zanim Oburzeni wyszli na ulice Hiszpanii. Zaangażowanych w protesty roku 2011 spotykałam później i dużo rozmawialiśmy o politycznej stronie ich wystąpień. Ale z czasem też sporo o tym, jak to na tych placach było. Jak się ludzie organizowali, jak tworzy się ruch społeczny. Jeden przetrwał dłużej, drugi krócej, ale codzienne zaangażowanie i organizacja to było zawsze coś, co mnie fascynowało. Ja odwdzięczałam się opowieściami o współczesnej Polsce, ale też właśnie o historii, w tym o strajku w Stoczni.

O tym, że robotnicy zatrzymali tak wielki zakład, że dołączyli do nich kolejni, że ludzie zjeżdżali z różnych zakładów i przywozili swoje postulaty, że osoby, które dojechały, zaproszono do prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, i tak znaleźli się tam inżynier, doker, ślusarz czy motornicza Krzywonos. Potem każde z członków i członkiń prezydium brało udział w negocjacjach z władzą, pilnowało dogadania któregoś z postulatów strajkowych. Jakże radykalnie otwarta była ta struktura! To moich znajomych z Hiszpanii zawsze zachwycało. Albo to, że negocjacje prowadzili przedstawiciele strajkujących, właśnie MKS, ale radiowęzeł nadawał je na zewnątrz budynku. Robotnicy siedzieli na krawężniku i słuchali. Cóż za radykalna transparencja! Podczas protestów Occupy Wall Street, kiedy nie można było używać sprzętu nagłośnieniowego, ludzie tworzyli „żywy mikrofon”. Przemawiający mówił krótkimi zdaniami, powtarzali to za nim ci, co stali najbliżej, potem ci, co stali daleko, i tak każdy protestujący mógł usłyszeć Naomi Klein. To są trochę ciekawostki, ale nie do końca. Takie zdarzenia, innowacje ruchów społecznych, tworzyły i tworzą wspólnoty na tych protestach. Bo to o wspólnotę pracowniczą przecież w sierpniu 1980 roku chodziło.

W historii sierpniowego strajku na Wybrzeżu mieści się również i to, że w stoczni powstał biuletyn informacyjny, wewnętrzne strajkowe medium, które pozwalało przekazywać informacje, kiedy oficjalne media milczały lub bezwstydnie kłamały. Że dla strajkujących występ przygotowali aktorzy miejscowego teatru. Że odbyła się msza, bo potrzebny był sposób na zatrzymanie na terenie zakładu strajkujących w niedzielę. No i że ksiądz Jankowski nie zgodził się mszy odprawić, odesłał stoczniowców do biskupa, potrzebne były negocjacje w sprawie mszy z sekretarzem KW PZPR w Gdańsku. I kto na te negocjacje pojechał? Anna Walentynowicz. Do zapomnianej roli kobiet zaraz wrócę.

Codzienność sierpniowych dwóch tygodni strajku to cała masa historii, które zniknęły za Wałęsą z wielkim długopisem i portretem papieża na bramie stoczni. A te strzępy codzienności strajkowej to dla mnie jeden z najciekawszych elementów wielkiej solidarnościowej historii.

Jasne, że opowieść o strajku jest politycznie bardziej skomplikowana niż to, że działał radiowęzeł. To też historia wyciągania lekcji z przeszłości – w końcu przywódcy strajku za wszelką cenę chcieli zatrzymać stoczniowców na terenie zakładu, żeby nie powtórzyła się tragedia roku 1970, Budapeszt ani powstanie warszawskie. To też lekcja, która podpowiadała, że na czele strajku powinien stanąć robotnik, którego inni znają i któremu zaufają.

Kobiety Solidarności

Historia opowiadania o strajku też wiele mówi o tym, jak się pisze historię. Dlatego właśnie ruch feministyczny tak walczył i walczy o to, żeby przypomnieć rolę kobiet w tym strajku. Żeby przywrócić pamięć o Annie Walentynowicz, bo to między innymi o przywrócenie jej do pracy się wtedy rozchodziło. Żeby pokazać też historię takich postaci jak Henryka Krzywonos czy Alina Pieńkowska: kobiet, które sprzeciwiły się zakończeniu strajku w momencie, kiedy Stocznia wywalczyła już swoje, i które naciskały, żeby strajk kontynuować i wesprzeć tym samym zakłady mniejsze – te, które w imię solidarności zdążyły do protestu dołączyć.

Praca środowisk feministycznych przyniosła efekty. O herstorii (z ang. herstory jako odpowiedź na history), a więc przypominaniu o roli kobiet w historii, mówimy dziś coraz więcej. I nawet ci, którzy feminizm od czci i wiary odsądzają, nie zauważają, że wszystkie te książki o żołnierkach wyklętych,  dziewczynach z powstania czy dziewczynach z Wołynia nie powstałyby, gdyby siostry feministki nie wykonały gigantycznej roboty na rzecz pisania historii z kobiecej perspektywy.

Co z tego zostało?

Z historią Solidarności jest jak z wypowiedziami Lecha Wałęsy. Ogólnie pomieszanie z poplątaniem, ale czasem trafia się perełka. Przytoczę dłuższą wypowiedź byłego prezydenta:

„Kiedy trzydzieści lat temu spotkaliśmy się, nasza rozmowa była męska. Ja się z panem nie zgadzałem i mówiłem – my odchodzimy od komunizmu i od socjalizmu, jako związkowcy, jako ruch społeczny, a pan idzie w przeciwną stronę, pan chce wprowadzać socjalizm, i uważałem, że ja mam rację. Zwyciężyliśmy my tu i mamy kapitalizm. Trzeciej drogi nie było i nie ma do dziś. Nie mieliśmy wyboru, ale kiedy już mamy ten kapitalizm, to ja zauważam, że on nie jest taki smaczny, że właściwie, gdyby była trzecia droga, to ja nie powinienem wybierać kapitalizmu, tylko nie było i nie ma, i że pan, upierając się przy swoich pomysłach – to wtedy pan nie miał racji, ale dziś to pan ma rację” – mówił Lech Wałęsa w 2011 roku podczas uroczystości wręczenia nagrody swojego imienia byłemu prezydentowi Brazylii Luizowi Inácio Luli da Silvie.

Historia Solidarności zderzyła się z historią transformacji. Ta druga rozjechała pierwszą na miazgę.

To, co zostało z gigantycznego ruchu robotniczego, to smutna opowieść, nawet jeśli z dziesięciu milionów większość do związku tylko się zapisała i nie angażowała się specjalnie.  Po latach panowie się pokłócili, poszli każdy w swoja stronę, a głównie w dwie, jeden drugiemu zabrał logo „Solidarności” z jedynki „Gazety Wyborczej”, inny założył fundację z Solidarnością w nazwie, która miała służyć do prania pieniędzy na jego polityczne projekty, a związek zawodowy o nazwie zrodzonej w czasie strajku po latach bardziej interesował się zaglądaniem kobietom do majtek, czyli walką z aborcją, niż walką o pracowników.

Spięciowcy, tak szczerze, powiedzcie: czy was „Solidarność” porusza? Czy wywołuje w was emocje? Czy jesteście ciekawi jej historii i historii ludzi, którzy ją tworzyli? Czy solidarnościowcy to wasi idole? Serio pytam.

Urodziłam się w roku 1982. Kiedy było już pozamiatane. Historię „Solidarności” znam z opowieści. Dziesięć lat temu, kiedy zbliżała się trzydziesta rocznica wybuchu strajku w Stoczni, wymyśliliśmy w Krytyce Politycznej, żeby uczcić ją książką o Henryce Krzywonos, opowieścią o kobiecie, o robotnicy. Bo historii robotniczej, społecznej i historii kobiet wtedy nam brakowało. Po dziesięciu latach troszkę się zmieniło w tej ostatniej kwestii. Kobietom poświęcona jest gablota w Europejskim Centrum Solidarności, ale nadal więcej miejsca poświęcono tam papieżowi. Z całym szacunkiem, ale to kobiety strajkowały, papieża tam nie było, a ksiądz nawet mszy bez zgody władz PZPR odprawić nie chciał. Bogoojczyźniana historia przykryła opowieść o strajku robotniczym.

Historia Solidarności ma swoje ciekawe wątki, ale chyba przez to, co z nią zrobiono, coraz mniej mi się chce w nich grzebać.

***

Inicjatywa wspierana jest przez Fundusz Obywatelski imienia Henryka Wujca zarządzany przez Fundację dla Polski.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×