Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Kobiety wykluczone

Długi wpływ dwóch haniebnych idei – o „naturalnej niższości” i „nieczystości” kobiety – zatruł nasz umysł. Z tego właśnie powodu wyświęcanie kobiet na kapłanki ma znaczenie. Podtrzymywanie ich wykluczenia to ostatni bastion wielkiego chrześcijańskiego kłamstwa na temat kobiet.
Kobiety wykluczone
ilustr.: Ula Mierzwa

Publikujemy siódmy rozdział książki Gary’ego Willsa „Papal Sin: Structures of Deceit” (Doubleday, 2000) w tłumaczeniu Macieja Sobiecha. Treść przypisów do tekstu głównego można znaleźć tutaj.

 

Gdy papież Jan Paweł II odwiedził Stany Zjednoczone w roku 1979, przyjęto go z entuzjazmem balansującym na granicy czci religijnej. Dotarłszy jednak do Waszyngtonu, w którym to mieście spotkać się miał z przedstawicielkami żeńskich zgromadzeń zakonnych, musiał zmierzyć się z krytyką – utrzymaną w granicach szacunku, owszem, ale jednak zdecydowaną. Siostra Theresa Kane, bynajmniej nie jakaś młoda buntowniczka, „gorąca głowa”, naiwnie pragnąca naprawiać świat, ale doświadczona przełożona Sióstr Miłosierdzia oraz niedawno wybrana przewodnicząca organizacji Leadership Conference of Women Religious1 (organizacji wcale nie skrajnej czy radykalnej) wygłaszała mowę powitalną dla ojca świętego. Skorzystała z tej okazji i z wielką odwagą wezwała go, aby „dopuścił” nareszcie „pozostałą połowę ludzkości” do „pełnienia wszystkich urzędów Kościoła hierarchicznego”. Jan Paweł II odpowiedział, że wzorem dla zakonnic powinna pozostawać Maryja Dziewica, ta zaś nie była księdzem2.

W innym miejscu papież powtórzył z kolei argumenty przeciwko wyświęcaniu kobiet, które sformułował wcześniej Paweł VI i które stały się podstawą wydanej w 1976 roku przez Kongregację Nauki Wiary deklaracji „Inter insigniores”. Otóż Kościół nie ma władzy (głosił dokument) wyświęcać kobiet, ponieważ Chrystus powołał na swych apostołów wyłącznie mężczyzn. Widzimy, że mimo oficjalnego otwarcia się na wyniki nowoczesnych studiów biblistycznych Watykan potrafi jeszcze (kiedy mu tak pasuje) mówić rzeczy, których nie powstydziłby się był w czasach swego najbardziej naiwnego fundamentalizmu. Apostołowie byli mężczyznami, więc wszyscy księża również muszą być mężczyznami. A jednak oprócz tego, że byli mężczyznami, prawie wszyscy na przykład mieli także żony. Mimo to władze kościelne zdecydowały się zakazać kapłanom zawierania małżeństw, więcej: sam papież stwierdził jasno, że nie ma w tym wypadku możliwości powrotu do pierwotnych rozwiązań. Czyli choć św. Piotr był żonaty, współcześni papieże i w ogóle księża żenić się nie mogą. Idźmy dalej: czy wszyscy kapłani powinni pochodzić z narodu żydowskiego? Apostołowie przecież pochodzili. Czy wszyscy powinni mówić po aramejsku? Ba, gdybyśmy chcieli być zupełnie konsekwentni, należałoby zlikwidować kapłaństwo instytucjonalne, bo apostołowie nie byli przecież we współczesnym tego słowa znaczeniu księżmi (patrz niżej). Nowy Testament wymienia zaś przynajmniej jedną apostołkę – Junię3.

Wspomniana deklaracja, jak gdyby autorzy obawiali się polegać na podobnie słabym argumencie, zawierała jeszcze dwa inne (o zupełnie przeciwnych, nawiasem mówiąc, implikacjach). Pierwszy ma tę zaletę, że łatwo go powtórzyć. Mianowicie: kobiety nie wyglądają jak Jezus.

Ponieważ w Eucharystii należy w sposób sakramentalny wyrazić działanie Chrystusa, dlatego trzeba pamiętać o tym, że nie byłoby tego podobieństwa naturalnego, jakie powinno zachodzić między Chrystusem i Jego kapłanem, gdyby nie był on mężczyzną; w takiej sytuacji trudno byłoby dostrzec w kapłanie obraz Chrystusa. Chrystus bowiem był i pozostaje mężczyzną4.

W tym momencie musimy przypomnieć sobie tylko to, co powiedziało się tutaj o kwestii „grania” Jezusa (patrz rozdział szósty). Nic więcej nie pozostaje w obliczu podobnie dziwacznego argumentu. Czy drugi jest choć trochę lepszy? Można go streścić w ten sposób: ponieważ średniowieczna teologia do wyjaśniania mistycznego związku Chrystusa i Kościoła wykorzystywała symbolikę z „Salomonowej” Pieśni nad Pieśniami, do dziś kapłan musi „odgrywać” w liturgii rolę „oblubieńca” (ze wspólnotą w roli oblubienicy), oblubieńcem zaś może być – co logiczne – tylko mężczyzna. A jednak w trakcie tej intelektualnej tortury dochodzą w końcu autorzy „Inter insigniores” do tej dość oczywistej w sumie obserwacji, że ksiądz również jest ledwie częścią wspólnoty Kościoła, czyli Chrystusowej „oblubienicy”. W tym momencie następuje istny popis „logiki” wyjętej żywcem z książek Lewisa Carrolla. Dowiadujemy się mianowicie, że ksiądz – owszem – należy do wspólnoty, ale tylko w tym sensie, że stanowi jej głowę; w związku z czym, nawet będąc oblubienicą, pozostaje oblubieńcem. Proste?

Może być wysunięta także uwaga, że kapłan, zwłaszcza wtedy, gdy przewodniczy czynnościom liturgicznym i sakramentalnym, reprezentuje również cały Kościół, ponieważ działa w jego imieniu, z intencją «czynienia tego, co czyni Kościół». W tym właśnie sensie teologowie średniowieczni stwierdzali, że szafarz działa także «w osobie Kościoła», to znaczy w imieniu całego Kościoła i po to, by go reprezentować. […] To prawda, że kapłan rzeczywiście reprezentuje Kościół, który jest Ciałem Chrystusa, ale dzieje się tak dlatego, że przede wszystkim reprezentuje samego Chrystusa, który jest Głową i Pasterzem Kościoła.

Okazuje się zatem, że nawet sam Jezus jest bardziej oblubienicą niż oblubieńcem, gdyż tę ostatnią rolę należałoby ściślej przypisać dopiero jego Ojcu. Czy nie macie przypadkiem dosyć tego kręcenia się w kółko? Mieli go dosyć także uczeni bibliści, którzy z wielkim taktem usiłowali zwrócić uwagę Kongregacji na fakt, że tematyka Pieśni nad Pieśniami nie ma żadnego związku z kwestią kapłaństwa, a jej „mistyczne” interpretacje opierają się zazwyczaj na złej egzegezie, niejasnych analogiach i przestarzałych konwencjach społecznych5. Kiedy ostatnio zdarzyło się wam słyszeć kazanie oparte na tym, co napisał o Pieśni nad Pieśniami św. Bernard z Clairvaux? Poza tym gdy prorocy Izraela oskarżali swych królów i kapłanów (mężczyzn przecież), że ci „cudzołożyli” z pogańskimi bogami, nie mieli żadnego problemu z przypisaniem im w tym związku symbolicznej roli kobiecej. Krótko mówiąc: stereotypy na temat płci nie wchodzą do treści Objawienia. Co więcej, eklezjologowie byli z watykańskiej deklaracji równie niezadowoleni, co egzegeci. Teza, jakoby kapłan stał ponad Kościołem, nie jest czymś, co większość teologów uznałaby za wzór ortodoksji.

Oczywiście, przeciętnym katolikom takie argumenty wydawały się równie przekonujące, jak te omawiane wcześniej: o rzekomej „sprzeczności” antykoncepcji z „prawem naturalnym”. Przed publikacją „Inter insigniores” wyświęcanie kobiet na kapłanki popierało około 29 procent katolickich wiernych. Paweł VI starał się zdusić pewne tendencje w zarodku, niemniej w praktyce nadał im nową, niespotykaną dynamikę. Miesiąc po publikacji anglojęzycznej wersji dokumentu odsetek wiernych popierających dopuszczenie kobiet do sprawowania funkcji kapłańskiej wzrósł do 31 procent. Tydzień później – 36; kolejne dwa – 41. Wzrost o dziesięć punktów procentowych w zaledwie pięć tygodni! Co więcej, poparcie dla idei zmiany praktyki kościelnej we wspomnianej kwestii stale rośnie. W latach 80. przekroczyło 66 procent6.

Jaka była reakcja Jana Pawła II na problem, jaki zostawił mu w spadku Paweł VI? Otóż papież uznał, że jego poprzednik zareagował zbyt łagodnie. Opinię tę podzielał również kardynał Ratzinger, który uczestniczył w pracach nad dokumentem jako profesor teologii w Regensburgu i którego Jan Paweł II uczynił następcą kardynała Ottavianiego7 w dawnym Świętym Oficjum. Ratzinger uważał, że „Inter insigniores” należało napisać ostrzej – w tonie jednoznacznego polecenia dla ludu wiernego. Jan Paweł II zdecydował się zastosować tę strategię we własnym liście apostolskim „Sacerdotalis ordinatio” z 1994 roku8:

Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci (por. Łk 22,32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne9.

Papież zareagował zatem w analogiczny sposób jak wtedy, gdy zdecydował się zradykalizować naukę „Humanae vitae” w „Familiaris consortio”. „National Catholic Reporter” komentował na pierwszej stronie: „Papież zrzuca bombę na głowy katolików”. Wydział teologiczny Uniwersytetu Lowańskiego oficjalnie wyraził „konsternację”. Biskupi belgijscy postanowili formalnie przedstawić swe wątpliwości Rzymowi. Kilku teologów i biskupów otwarcie skrytykowało papieską egzegezę. Redaktor „Commonweal” stwierdził bez ogródek, że papież, chcąc zamknąć kwestię, tak naprawdę dopiero ją otworzył10.

Dlaczego Watykan postanowił bronić swej czysto męskiej struktury przy pomocy podobnie słabych argumentów? Odpowiedź brzmi: bo innych nie miał. Historycznie decydujące opinie w tej kwestii stały się bowiem zbyt niepopularne, aby dało się je jeszcze głosić. W przeszłości wykluczenie kobiet z kapłaństwa uzasadniano właściwie tylko na dwa sposoby: ich naturalną „niższością”, mającą sprawiać, że nie są godne podobnie wzniosłego urzędu, oraz nieczystością rytualną, ze względu na którą okresowo przynajmniej (a czasem w ogóle) nie mogły zbliżać się do ołtarza. Pierwszy argument stanowił dziedzictwo pogańskiego antyku, drugi – żydowskiej praktyki świątynnej. Autorzy „Inter insigniores” przyznali, że w przeszłości istotnie te dwa argumenty podnoszono, zaprzeczyli jednak, jakoby obecnie odgrywały jakąkolwiek rolę – co jest najzwyklejszym kłamstwem, w struktury którego uwikłane jest całe stanowisko papiestwa w tej sprawie.

Święty Tomasz mówił nie jako jednostka, ale reprezentant pewnego społecznego konsensusu, gdy sformułował w swej „Sumie teologicznej” najważniejszy argument przeciwko wyświęcaniu kobiet: „Otóż płeć żeńska nie może oznaczać jakiejś wyższości stopnia, gdyż kobieta jest w stanie uzależnienia. Nie może więc przyjmować sakramentu kapłaństwa” (ST, supl., 31, a. 1)11. Wtórował mu św. Bonawentura: skoro tylko mężczyzna został uczyniony na Boży obraz i podobieństwo, tylko on może zostać kapłanem12. Duns Szkot utrzymywał nadto, iż skoro wszystkie kobiety są potomkami Ewy, z winy której mężczyzna upadł, nie mogą pełnić funkcji szafarek zbawienia13.

Skąd ci wszyscy panowie czerpali podobnie niewzruszoną pewność co do niższości kobiet? Akwinata podpierał się autorytetem Arystotelesa.

W odniesieniu do natury partykularnej kobieta jest czymś niedoszłym i niewydarzonym. Czemu? Bo tkwiąca w nasieniu siła czynna zmierza do utworzenia czegoś doskonałego: podobnego do siebie co do płci męskiej. A że rodzi się kobieta, dzieje się to albo z powodu słabości siły czynnej, albo z powodu jakiejś niedyspozycji materii, albo też spowodowało to coś z zewnątrz, na przykład wiatry południowe, o których [Filozof] pisze, że są wilgotne (ST I, q. 92, a. 1, ad. 1).

W fizjologii Arystotelesa nasienie męskie stanowi przyczynę formalną poczęcia. Jest czynnikiem aktywnym, w którym dominują żywioły szlachetniejsze (ogień i powietrze). Kobiecie pozostaje rola przyczyny materialnej, biernego nośnika, zdominowanego przez żywioły niższe – wodę i ziemię. Gdy przyczyna formalna może działać bez przeszkód, poczyna się mężczyzna. Jeśli zaś jej działanie grzęźnie w materialnej „papce” (utożsamionej przez Filozofa z krwią miesięczną), efektem jest, w porządku zstępującym, albo mężczyzna podobny do matki, albo dziewczynka podobna do ojca, albo dziewczynka podobna do matki14. Ponieważ kobieta jest tak naprawdę nieudanym mężczyzną, dosłownie jego „deformacją” (anapereia), jej rozwój płodowy trwa dłużej, ale wychodzi ona z niego mniejsza i słabsza, szybciej się starzeje, a jej degeneracja zaczyna się już w momencie opuszczenia łona matki15. Sama jej konstytucja fizyczna czyni ją mniej rozumną, cnotliwą i zdyscyplinowaną niż mężczyzna – czy też, według słów samego Arystotelesa, „bardziej podstępną, zakłamaną i bezwstydną”. Jest istotą niestałą, niezdolną do zobowiązań, igraszką namiętności niemającą dość siły, by panować nad sobą i innymi16. Święty Jan Chryzostom mówi wprost, że kobiety nie mają dość rozumu, aby być księżmi17.

Mizoginia Arystotelesa nie była jedyną, którą chrześcijaństwo odziedziczyło po świecie antycznym – ale jedyną tak wszechstronnie uzasadnioną. Trzeba pamiętać, że autor „Fizyki” powoływał się na eksperymenty naukowe, w tym sekcje zwłok ciężarnych zwierząt. Z tego też powodu echa tej mizoginii – implicite, jeżeli nie explicite; części przynajmniej, jeżeli nie całości – da się wysłyszeć w pismach ogromnej liczby starożytnych autorów. W Kościele wschodnim utrwalił ją Klemens Aleksandryjski (150–215), w zachodnim zaś – Tertulian (155–220)18. Pierwszy napisał na przykład: „Pobożna kobieta, jeśli zdaje sobie sprawę, czym naprawdę jest jej natura, nie może się jej nie wstydzić”19. Drugi z kolei twierdził, że przyjmując rolę Ewy-kusicielki, kobiety są „bramą diabła”20.

Panujący w starożytności pogląd na żeńską seksualność stanowił dokładne przeciwieństwo wiktoriańskich wyobrażeń o nieśmiałej, łatwo rumieniącej się dziewicy, zawsze muszącej strzec się brutalności mężczyzn. Uznając, że kobiety są z natury mniej rozumne i zdolne do samokontroli, pisarze antyczni przypisywali im także niezaspokojony seksualny apetyt. W tym wypadku pierwsze skrzypce również grał Arystoteles ze swoimi komentarzami na temat żeńskiej seksualności w ogóle21. Ludowe przesądy utrzymane w podobnym tonie przynajmniej częściowo wynikały z faktu, że kobiety – nie potrzebując erekcji – mogą odbywać stosunek właściwie w każdej chwili (jak zauważył z goryczą starzejący się Mark Twain, „są zawsze gotowe, podobnie jak świeczki”). Wszystko to rodziło w mężczyznach strach i przeświadczenie, że nigdy nie zdołają ugasić podobnie ognistych pragnień. W locus classicus rzymskiej mizoginii, szóstej satyrze Juwenalisa, jednemu z bohaterów radzi się, aby interesował się raczej chłopcami niż kobietami, ponieważ chłopiec nie wyszydzi go w razie niepowodzenia (6, 36–37). O cesarzowej Messalinie napisze natomiast Juwenalis, że chodzi do burdeli i używa całą noc, potem zaś i tak wraca do pałacu „z przyrodzeniem rozgrzanym i wiecznie pragnącym” (6, 129). Lekarz Soranus (I wiek) twierdził, że nimfomanki cechują się „niezaspokojonym pragnieniem seksualnym oraz szalonym niemal brakiem wstydu” (mającym wynikać z „sympatycznej” relacji między macicą a tkanką mózgową)22.

Nic dziwnego, że owe seksualne wampiry czaiły się zawsze na obrzeżach snów bogobojnych celibatariuszy. Epifaniusz z Salaminy, biskup Cypru, napisał: „Kobiety łatwo ulegają pokusie, są słabe i nierozumne. To pomocnice diabła, których rękami sieje on zamęt” (PG 42, 740). Płeć żeńska jest również bardziej podatna na opętania23. W XIII wieku Albert Wielki, nauczyciel św. Tomasza z Akwinu, wciąż mógł napisać następujące słowa:

Kobieta ma w sobie więcej płynów niż mężczyzna, należy to zaś do natury płynu łatwo przyjmować i łatwo oddawać. Płyny łatwo wprawić w ruch – dlatego też kobiety są niestałe i ciekawskie. […] Kobieta to nieudanie poczęty mężczyzna, w związku z czym ma w porównaniu z nim niewydarzoną i wadliwą naturę. Nie wolno jej ufać. Czego nie może osiągnąć własnymi siłami, do tego dąży kłamstwem i diabelskim podstępem. Krótko mówiąc: należy strzec się każdej kobiety i unikać jej, jak gdyby była jadowitym gadem czy diabłem z rogami24.

Niestałość kobiecej natury czyniła duchową siłę męczenniczek czymś w oczach chrześcijan niemal niesamowitym. Mówiło się o nich, że „uczyniły się mężczyznami”25.

Choć większości mężczyzn w średniowieczu tego typu argumenty przeciwko wyświęcaniu na kapłanki wydawały się i tak bardzo mocne, za jeszcze mocniejsze uważano te z nieczystości rytualnej. W samym Nowym Testamencie pojęcie „święceń” czy kapłaństwa rytualnego w ogóle nie występuje. Według słów znakomitego teologa francuskiego Yves’a Congara:

Oto fakty. Słowo hiereus (ksiądz, ofiarnik) pojawia się w Nowym Testamencie ponad trzydzieści razy, archihiereus zaś – więcej niż sto trzydzieści razy. Sposób używania tych słów jest tak konsekwentny, że nieomylnie zdradza jakąś świadomą i wysoce istotną intencję, szczególnie iż autorzy wczesnochrześcijańscy z wielkim pietyzmem dbali o zachowanie w tym wypadku ciągłości znaczeniowej. U nich, podobnie jak w tekście biblijnym, hiereus (czy archihiereus) nigdy nie służył na oznaczenie lewitów czy kapłanów pogańskich. W chrześcijaństwie stosowano ten termin wyłącznie w odniesieniu do Chrystusa i całości ludu Bożego. Nigdy zaś w odniesieniu do urzędów hierarchicznych Kościoła [wyróżnienie moje – G.W.]26.

Kiedy jednak ponownie zaczęły pobrzmiewać w chrześcijaństwie echa hebrajskiego kapłaństwa Świątyni, wraz z nim powróciło wiele starych tabu. Biskupom zabroniono na przykład (tak jak żydowskim kapłanom) sypiać z żonami na dzień przed odprawieniem mszy27. Ten zakaz zresztą właśnie stanowił pierwszy krok na drodze do późniejszego wprowadzenia celibatu. Hieronim i Orygenes zgodnie twierdzili, że laikat również powinien powstrzymać się od współżycia przynajmniej dzień przed komunią28. Księża zyskali monopol na sprawowanie sakramentów, w szczególności rzecz jasna konsekracji Eucharystii. Odseparowano ją od codziennego życia tak szczelnie, że kościoły chrześcijańskie zamieniły się jak gdyby w mini-Świątynie Jerozolimskie, w których rytuał odprawiać mogli wyłącznie wtajemniczeni. Z czasem ołtarz zaczęto zasłaniać przed oczami laikatu przy pomocy tak zwanego lektorium, a powszechne wprowadzenie do liturgii łaciny sprawiło, że przeciętny wierny niewiele nawet rozumiał z tego, co działo się w Świętym Świętych. Palce kapłańskie stały się świętą, konsekrowaną niemal częścią ciała, nośnikiem szczególnego charyzmatu. Brak kciuka czy palca wskazującego zaczął stanowić wystarczającą podstawę odmowy udzielenia święceń, inne palce bowiem wydawały się nie dość godne, aby przy ich pomocy sprawować Najświętszą Ofiarę. Laikom, rzecz jasna, zabraniano dotykać Sakramentu jakąkolwiek częścią ciała poza językiem. W wieku XI, po wprowadzeniu w Kościele zachodnim celibatu, św. Piotr Damiani dowodził, iż Ciała Chrystusa, narodzonego z Dziewicy, dotykać mogą tylko dziewicze dłonie29.

Pojawienie się wymogu zachowania czystości rytualnej niejako automatycznie wykluczyło kobiety ze świętej służby. Są one bowiem „nieczyste” par excellence – z powodu menstruacji. Ich obecność plamiła nawet wewnętrzny dziedziniec Świątyni, a cóż dopiero Święte Świętych! Choć Żydzi nie odczuwali wobec tego zjawiska podobnie zabobonnej trwogi jak inne kultury, to wciąż – jak zauważa biblista Jacob Malgrom – w ich „stosunku do miesiączki dominował strach”30. Kobieta jako taka była istotą nieczystą do tego stopnia, że po urodzeniu dziewczynki matka musiała oczyszczać się dwa razy dłużej niż po urodzeniu chłopca. W drugim wypadku nie wolno jej było dotykać niczego świętego ani nawet zbliżać się do Przybytku przez trzydzieści trzy dni – ale w pierwszym przez sześćdziesiąt sześć! (Kpł 12,1–5)31. Odseparowanie kobiet od mężczyzn w synagogach (na tak zwanym babińcu) to wyraz tego samego przekonania – że kobiety nie są godne obcować z tym, co święte. Chrześcijanie, po ustanowieniu kapłaństwa rytualnego, wprowadzili te same ograniczenia. Podczas miesiączki, według słów patriarchy Aleksandrii, Dionizego (III wiek), „pobożne niewiasty nie powinny nawet myśleć o tym, by dotykać ołtarza czy Ciała i Krwi Pańskiej” (PG 10, 1281). A nawet jeżeli nie miesiączkowały, kobietom nie wolno było wchodzić do prezbiterium, zbliżać się do stołu ofiarnego czy dotykać naczyń liturgicznych. Sobór w Laodycei (IV wiek) ogłosił: „Zakazuje się kobietom przebywać w pobliżu ołtarza”32. W IX wieku Heito, biskup Bazylei, wydał następujące rozporządzenie:

Wszyscy powinni pilnować, aby kobiety nie miały przystępu do ołtarza; nawet niewiastom konsekrowanym nie wolno w żaden sposób uczestniczyć w świętej służbie. Gdy zachodzi potrzeba wyprania obrusów, powinni usunąć je z ołtarza kapłani, potem zaś przekazać rzeczonym kobietom dopiero za balaskami. Zwrot powinien odbywać się w porządku analogicznym. Podobnie wszelkie dary przyniesione przez niewiasty na mszę powinny zostać odebrane przez księży przed prezbiterium i przez nich dopiero zaniesione do stołu ofiarnego33.

To oczywiste, że w czasach, w których kobiety uważano za niegodne, by nawet zbliżyć się do ołtarza, wyświęcanie ich na kapłanki zwyczajnie nikomu nie mieściło się w głowie. Problem w tym, że te czasy wcale nie są tak odległe, jak się wydaje. Jeszcze w roku 1917 kodeks prawa kanonicznego głosił: „Kobiety mogą uczestniczyć we mszy przy zachowaniu odpowiedniej odległości i pod żadnym pozorem nie wolno im zbliżać się do ołtarza” (813, 2)34. Kiedy byłem nastolatkiem, kobietom nie pozwalano wchodzić do prezbiterium, w 1980 roku zaś Watykan ogłosił, że „kobiety nie mogą jednak być dopuszczone do pełnienia funkcji «akolitów» (ministrantów)”35. Ponieważ zaś kobietom zabraniano przebywać na chórze (w średniowiecznych katedrach mieszącym się nad prezbiterium), czysto męski śpiew liturgiczny stał się normalnym zjawiskiem, podobnie jak i praktyka kastrowania chłopców śpiewających sopranem (z czego słynny był, rzecz jasna, chór watykański). Nawet okaleczeni mężczyźni byli „czystsi” niż kobiety.

Wszystkie te zjawiska odbiegają zasadniczo od ducha i litery Nowego Testamentu, rzekomo (według zapewnień papieża) mającego ukazywać nam Kościół, w którym księżmi byli tylko mężczyźni. Otóż problem w tym, że w Nowym Testamencie księży… nie ma. Ani kobiet, ani mężczyzn. Jak zauważa Raymond Brown, konserwatywny uczony katolicki:

Co Jezus historyczny myślał na temat święceń? Powołał Dwunastu, prawda – ale po to, aby «sądzili dwanaście pokoleń Izraela» (Łk 22, 30). Nie ma żadnego dowodu na to, że o jakiejkolwiek grupie swoich uczniów myślał jako o kapłanach, szczególnie że Izrael miał już klasę kapłańską. […] Z Nowego testamentu wynika, że chrześcijańska koncepcja kapłaństwa skrystalizowała się dopiero po zburzeniu Świątyni w Jerozolimie (70 rok)36.

Szczególnie jeśli porównać je do przytoczonego wyżej bełkotu o „naturalnej niższości” i „nieczystości” kobiet, święte księgi Nowego Przymierza jawią się jako powiew świeżego powietrza. Ba! W jednym z najstarszych dokumentów chrześcijaństwa, Liście św. Pawła do Galatów (tylko ten do Tesaloniczan jest starszy) napotykamy hymn chrzcielny wprost afirmujący bezwzględną równość obu płci:

Ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie (Gal 3,26–28)37.

Czymś zupełnie niesamowitym (biorąc pod uwagę pozycję kobiet w pogaństwie i judaizmie) jest fakt, że Jezus spełniał w swym życiu ową teologiczną wizję. Nie brzydził się towarzystwem kobiet, nawet tych „nieczystych”, nawet prostytutek, nawet wyrzutków (jak Samarytanka), podobnie jak innych przedstawicieli „hołoty”. Swoim zachowaniem szokował nie tylko przeciwników, ale i zwolenników (por. J 4,27).

Nie ma powodu kwestionować autentyczności informacji o tym, że kobiety szły za Jezusem i usługiwały mu oraz jego uczniom. Była to rzecz w Izraelu nie do pomyślenia – omalże skandal. […] Dla Żydówki opuścić dom i pójść za wędrownym nauczycielem nie było rzecz dziwną, lecz zgorszeniem. A jeszcze większe zgorszenie stanowił fakt, że szły za Jezusem nie tylko kobiety szacowne, ale i te o ewidentnie złej reputacji!38

Jezus uzdrowił kobietę cierpiącą na upływ krwi, mimo iż dotykając jej, zaciągał na siebie nieczystość rytualną. Trzeba dodać, że tego typu nieregularne krwawienia były jeszcze bardziej nieczyste niż miesiączka, jak dowiadujemy się z Księgi Kapłańskiej (15,25–30). To właśnie stanowiło powód, dla którego wspomniana kobieta podeszła do Jezusa chyłkiem i dotknęła tylko jego płaszcza, zanim ktoś mógłby ją powstrzymać39. Na całe szczęście nie było w pobliżu średniowiecznego kanonisty, który wytłumaczyłby jej, że dotykanie Pana to dla kobiety jeszcze większy grzech niż dotykanie ołtarza. Owa niezwykła gotowość Jezusa do obcowania z wyrzutkami, z mającymi duchy nieczyste (godne wyłącznie tego, aby wypędzić je w nieczyste świnie), z poborcami podatków (ludźmi par excellence światowymi) znajduje prefigurację być może już w jego genealogii z Ewangelii Mateusza. Wymienia się w niej – co w kontekście epoki jest bardzo nietypowe – aż cztery kobiety, z których każda ma w swej biografii element skandalu40.

Uczennice Jezusa „szły razem z nim” (synakolouthousai, Łk 23,49) całą drogę z Galilei do Jerozolimy i to one właśnie zostały z nim do końca, aż po krzyż, gdy prawie wszyscy mężczyźni uciekli (jak czytamy w Ewangelii Jana). Według Ewangelii synoptycznych to Galilejki pierwsze znalazły pusty grób (bo jako jedyne chciały doprowadzić pochówek Jezusa do końca), i to one pierwsze zaczęły głosić dobrą nowinę o zmartwychwstaniu – ewangelizować. Nawet Augustyn, który bynajmniej nie mówił o kobietach tylko dobrze, powiada w homilii 232:

Oto w tym momencie należy nam rozważyć dobrze drogi opatrzności naszego Pana. Bo mądrze postanowił, aby to niewiasty jako pierwsze opowiedziały o jego zmartwychwstaniu. Tak – ponieważ mężczyzna upadł z winy kobiety, Chrystus zaś narodził się z Dziewicy Maryi, trzeba było, aby to kobietom właśnie przypadło zadanie ogłoszenia jego zwycięstwa. Przez kobietę – śmierć? Przez kobietę życie! (PL 38, 1108).

Nie ma zatem w Ewangelii niczego, co pozwalałoby wnosić, że Jezus podzielał haniebne przekonania o „naturalnej niższości” i „nieczystości” płci kobiecej, które – jak widzieliśmy – uczeni doktorzy Kościoła podtrzymywali całe stulecia, udając, że głoszą naukę Pana. To nie On, tylko oni stanowili ich źródło – nie Chrystus, a wszyscy owi biskupi, teologowie i święci, którzy sądzili, że ich uprzedzenia są ważniejsze niż Dobra Nowina. Nie głosili Chrystusa, tylko Arystotelesa.

A jednak, powie ktoś, można zasadnie pytać: skoro Jezus miał o kobietach tak wysokie mniemanie, dlaczego nie uczynił żadnej z nich księdzem? No cóż, jak nam uświadomił Raymond Brown, Jezus żadnego mężczyzny również nie uczynił księdzem. Czemu miałby zrobić dla Marii Magdaleny coś, czego nie zrobił dla Piotra? Dysponujemy bardzo szczegółowym katalogiem funkcji sprawowanych w pierwszych latach Kościoła – nazwy dziesięciu z nich znajdujemy w Pierwszym Liście do Koryntian, sześciu w Liście do Rzymian, pięciu w Liście do Efezjan. Czytamy o „posłanych” (apostoloi), „trudzących się” dla Ewangelii (kopountes), prorokach, szafarzach (diakonoi)41, starszych (presbiteroi), ewangelistach, nauczycielach, pasterzach, przewodnikach, napominających, cudotwórcach, uzdrowicielach, mówiących językami, tłumaczących języki, rozeznających duchy42. Kobiety mogły sprawować każdą z tych funkcji – a innych nie było! Ani razu nie słyszymy o „kapłanach”, wyłącznie o powszechnym kapłaństwie wyznawców Chrystusa (1 P 2,5). Nie ma nikogo, kto dysponowałby monopolem na udzielanie chrztu czy komunii, sprawowanie mszy świętej – nie ma szafarzy sakramentów. W ogóle nie słyszymy o żadnym urzędzie jako takim, tylko o ludziach nieformalnie pełniących właśnie różne funkcje. Jest to zaskakujące, ponieważ – jak zauważa Wayne Meeks w swej monografii na temat struktury pierwszego Kościoła – wczesne wspólnoty chrześcijańskie w bardzo wielu aspektach przypominały stowarzyszenia hellenistyczne, te zaś cechowały się wyrazistą hierarchią stopni (archai)43. Przywództwo wśród chrześcijan miało inną naturę – charyzmatyczną, nieinstytucjonalną. Arlo J. Nau twierdzi nawet, że sposób przedstawienia Piotra, jaki znajdujemy w Ewangelii Mateusza, został obliczony właśnie na zduszenie w zarodku wszelkich tendencji hierarchizujących44. Głowa Chrystusowej gminy autorytet czerpała nie od ludzi i ich instytucji, ale z Ducha, który tchnie, kędy chce.

Paweł posuwa się nawet do tezy, że do głoszenia Ewangelii uprawnił go nie Kościół jerozolimski, nie Dwunastu, ale sam Pan (Gal 1,1–20). Sam określa się mianem „pracownika”, tak zaś wypowiada się na temat „współpracowników”: „Pozdrówcie Andronika i Junię, moich rodaków i współtowarzyszy więzienia, którzy się wyróżniają między apostołami, a którzy przede mną przystali do Chrystusa” (Rz 16,7)45. W wieku IX chrześcijan wychowanych w mizoginistycznej kulturze szokowało, że kobietę nazywa się apostołką. Przesunęli więc akcent wyrazowy, robiąc z niej „Juniasa”, choć nie ma żadnych dowodów, że takie imię w ogóle istniało46. Zmianie uległ również ciepły ton, w jakim Paweł zawsze wypowiada się o kobietach, które z nim pracowały, na przykład gdy stwierdza w Liście do Filipian (4,2), że Ewodia i Syntyche „trudziły się razem z nim [synethelsan] dla Ewangelii”. W rozdziale szesnastym Listu do Rzymian pozdrawia zresztą nie tylko Junię, ale i inną kobietę, Marię, o której mówi, że „poniosła wiele trudów” (kopiousa) dla tamtego kościoła, przy czym kopiao – dodajmy – to czasownik, którego Paweł używał na określenie własnej pracy apostolskiej. Jak zauważa Elizabeth Castelli, dla niego był to „niemal termin techniczny, oznaczający działalność misjonarską”47.

Andronik i Junia wydają się swego rodzaju apostolskim duetem, podobnym do tego, o którym słyszymy gdzie indziej: Pryski i Akwilli. Tamci dwoje stanowili małżeństwo, możemy się więc domyślać, że Andronik i Junia również48. Łącznie w listach Pawła napotykamy pięć takich par, w których jest przynajmniej jedna kobieta: Pryskę i Akwilę (Rz 16,7), Andronika i Junię (tamże), Filologa i Julię (16,15), Nereusza i jego siostrę (tamże) oraz Ewodię i Syntyche (Flp 4,3)49. Gdy Paweł pisze o pierwszej z nich, imię żony wymienia jako pierwsze, co w Nowym Testamencie zawsze oznacza uznanie czyjejś roli przywódczej (por. „Barnaba i Paweł” z Dziejów Apostolskich w czasie, gdy to Barnaba był starszym apostołem)50. Wiemy również, że sam Piotr także podróżował z małżonką (1 Kor 9,5). Czy to możliwe, że pani Kefasowa była apostołką? Czy wolno nam przynajmniej rozważyć tę perspektywę?

„Oczywiście, że nie!”, wołają do nas papiescy urzędnicy (którzy zresztą pewnie woleliby, aby żona Piotra zniknęła z tych fragmentów pisma, w których się pojawia, to znaczy Mk 1,29–31 oraz 1 Kor 9,5). Mogą to zrobić, ponieważ opierają swoje rozumowanie na dwóch fałszywych założeniach: po pierwsze, że termin „apostołowie” odpowiada „Dwunastu”, no i po drugie, że „apostoł” równa się „kapłan”. A jednak Paweł wyraźnie odróżnia jednych od drugich (1 Kor 15, 5–7), mimo iż Dwunastu również było apostołami, podobnie jak zresztą (o czym dowiadujemy się z Ewangelii Mateusza) „uczniami”51. Chodzi o to, że te dwa ostatnie terminy mają szerszy zasięg od pierwszego, który symbolicznie odnosił się do dwunastu plemion Izraela i łączył się, jak widzieliśmy, raczej z funkcją sędziowską w czasach ostatecznych52. Dwunastu nie wyświęca też bynajmniej żadnych rzekomych (a faktycznie nieistniejących) „nowotestamentowych księży”. Paweł nie działa z ich ramienia. Po otrzymaniu chrztu z rąk Ananiasza (również spoza tego grona), zostaje posłany bezpośrednio przez Boga – no i kościół Antiochii, który czyni go swym „posłańcem” (dokładne tłumaczenie terminu „apostoł”) – do Jerozolimy. Emisariuszy tego typu wyraźnie odróżnia od tych, którzy pełnili zadania wewnątrz wspólnoty domowej, na przykład prorokowali albo nauczali.

Ponieważ podstawową jednostkę administracyjną Kościoła po jego ostatecznym wyodrębnieniu się z synagog stanowił właśnie dom, wspólnym posiłkom przewodniczyła zazwyczaj głowa domu53. I głową tą jak najbardziej mogła być kobieta – jak Febe w Kenrach, mianowana przez Pawła „współszafarką” (diakonos) oraz „przywódczynią [prostatis] wielu”, w tym jego samego54. Albo Lydia w Filippi (Dz 16,14–15). Czy Chloe w Koryncie (1 Kor 1,11). Albo Appia w mieście Filemona (Flm 1,2). W synagogach kobietom nie wolno było się odzywać czy uczestniczyć w rytuale. Lecz kiedy Kościół zaczął zbierać się w domach, nie tylko zaczęły prorokować i prowadzić modlitwę (por. 1 Kor 11,4), ale często były także „matkami założycielkami” lokalnych wspólnot55. Gdy Pryska i Akwila przyjęli Pawła u siebie, to Pryska pełniła rolę głowy domu. Czy to oznacza, że możemy ją nazwać także i „celebrantką” wspólnego posiłku (tak zwanej agapy)? Nie, ale tylko dlatego, że wtedy w ogóle nie było celebrantek ani celebransów. Funkcję kapłańską pełniła cała wspólnota jako taka.

Różne obowiązki, jakie przyjmowali „liderzy” pierwszych gmin, wydają się sprowadzać do dwóch głównych rodzajów – nauczycielskich czy prorockich oraz tych, które spadały na szafarzy lub głowy domów. Współcześnie często pierwszy z nich kojarzymy z „prawdziwą” służbą kapłańską, drugi zaś z pracą charytatywną i administracyjną, zadaniami „dobrych zakonnic” i rad parafialnych. Tym niemniej zawiadywanie tym, co dzisiaj nazywamy „życiem sakramentalnym” – odpowiednikiem dawnych wspólnych posiłków, takich jak agapa – należało właśnie do zbioru obowiązków „domowych”. Według pojęć samego Pawła praca misjonarska nie miała, zdaje się, wiele wspólnego z udzielaniem sakramentów. Mówi on przecież, że nawet w Kościele korynckim, który sam zakładał, ochrzcił ledwie bardzo niewielu (1 Kor 1,14). Bo „nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, ale abym głosił Ewangelię” (1,17). Jak tego dowiódł Markus Barth, nie ma w żadnym źródle choćby jednej wzmianki pozwalającej sądzić, że we wczesnych wspólnotach chrześcijańskich ktokolwiek zajmował się udzielaniem sakramentu małżeństwa poza samymi małżonkami56. Nie ma również żadnych powodów, aby sądzić, że obowiązki diakońskie były zastrzeżone wyłącznie dla mężczyzn, skoro nauczycielskie na pewno nie były. To bardzo wymowne, że wiele kobiet określa się mianem „prorokiń” – to w świecie pierwszych chrześcijan bardzo wysoka szarża. Termin ten nie oznaczał ówcześnie, przypomnijmy, tych, którzy przepowiadają przyszłość, ale tych raczej, którzy, jak prorocy hebrajscy, mieli od Boga mandat, aby swym słowem ostrzegać, pouczać i nieść pocieszenie57. Szczególnie ważnym zadaniem proroka była krytyka autorytetów. Najwyraźniej pierwszy Kościół też miał swoje Theresy Kane.

Rewolucyjny egalitaryzm pierwszych gmin – który w Koryncie doprowadził do zupełnego chaosu – wywołał pod koniec wieku reakcję w postaci nowej samodyscypliny, a ta zbliżyła życie chrześcijańskie do standardu „dobrych obyczajów” obowiązujących w świecie hellenistycznym. Widzimy to na przykład w późniejszych, pseudo-Pawłowych listach duszpasterskich, na przykład w Pierwszym Liście do Tymoteusza (90 rok ?)58. Te bardziej restrykcyjne dokumenty cytowano coraz częściej, w miarę jak rola kobiet w chrześcijaństwie stawała się coraz bardziej zgodna z oczekiwaniami świata, w którym przyszło rozwijać się młodej religii59. Mizoginia, kompletnie sprzeczna z przesłaniem Ewangelii, weszła do mentalności Kościoła, gdy ten rozwijał nowe, bardziej formalne struktury, w naturalny sposób wymagające większej dyscypliny. Słusznie utrzymywano, że rozwój ten to kwestia konieczności i że stara, „charyzmatyczna” organizacja nie mogła trwać wiecznie. Tutaj – pełna zgoda. Należy jednak poczynić dwa spostrzeżenia. Otóż zwróćmy uwagę, że – po pierwsze – papieże nigdy nie twierdzili, że bronią owoców pewnego historycznego rozwoju. Przeciwnie: według ich własnych słów chodziło im o dosłowne, fundamentalistyczne wręcz, trzymanie się pierwotnych urządzeń Kościoła, kształt których dedukowali z jednego faktu: że Jezus powołał Dwunastu wyłącznie spośród mężczyzn. Ale – powtórzmy – jeśli spojrzymy na życie pierwszych gmin w sposób obiektywny, nie znajdziemy w nich księży, tylko pewne nieformalne funkcje, w pełnieniu których kobiety odgrywały ewidentnie bardzo aktywną rolę. Po drugie, w jakikolwiek sposób Duch Święty prowadził Kościół do pełni prawdy, na pewno nie spowodował mizoginistycznego zaczadzenia chrześcijańskiej mentalności, jakie postępowało wraz z coraz dalej idącym dostosowywaniem się do wymagań świata. Co do tego chyba wszyscy się zgodzimy.

A jednak owo zaczadzenie jest faktem. Z nim zaś rozpoczyna się długi proces usuwania kobiet na margines ewangelicznej opowieści. Wszystkie one, poza przypadkami, których usunąć się nie dało (jak Samarytanka, kobieta cierpiąca na krwotok czy nierządnice), zniknęły z czasem z chrześcijańskiej ikonografii i homiletyki. Niemal kompletnie zapomniano o owym mnóstwie nieznanych nam z imienia uczennic, które szły za Jezusem i „opiekowały się” (akolouthein) nim, a jeśli o nich mówiono, to tylko jako o „służebnym” dodatku do czysto męskiej koterii tych, którzy byli najbliżej Pana. Na wielu obrazach ostatniej wieczerzy, na przykład, z Jezusem przy stole siedzą tylko mężczyźni. Trzeba pamiętać, że większość tych obrazów czy fresków miała ozdabiać refektarze czy kapitularze klasztorów (jak ten Leonarda), względnie prezbiteria (jak słynna seria Tintoretta), to znaczy: przestrzenie czysto męskie. I jakby tego było mało, grono towarzyszy Jezusa ogranicza się nie tylko do mężczyzn – ale wprost do Dwunastu, zupełnie jak gdyby nie miał innych uczniów!

Tymczasem w rzeczywistości Jezus nie tylko przez całą swoją działalność otaczał się kobietami, ale to one właśnie okazały się mu najwierniejsze i trwały przy nim, nawet gdy reszta uciekła. Ich obecność w wieczerniku ocenzurowano, ponieważ nie uważano, aby były one godne oglądać ustanowienie Najświętszej Ofiary, podobnie jak przez wieki nie mogły nawet dotykać ołtarza, na którym się ją odprawia. A jednak Jezus nie odgradzał swoich uczennic od siebie drewnianą ścianką, nie izolował ich w osobnych konwentach, aby nie mieszały się z mężczyznami, niby jakieś protozakonnice. Według wszelkich znaków nie były to również nawet dziewice, „puszczone wolno” na palestyńskiej pustyni – najprawdopodobniej niemal wszystkie miały mężów, podobnie jak prawie wszyscy uczniowie, w tym apostołowie, mieli żony. Przebywały też przecież z mężczyznami w jednym pokoju, modląc się przed Pięćdziesiątnicą (Dz 1,14). Z malarstwa katolickiego zdaje się wszakże wynikać, że tuż przed zesłaniem Ducha magicznie zniknęły. Po prostu ich nie ma. No cóż – tylko Dwunastu, i może Maryja Dziewica, było godnych, aby otrzymać święte namaszczenie.

Wcześniej jeszcze, kiedy uczniowie zaczęli rozchodzić się w rozpaczy po śmierci Mistrza, pewien człowiek przyłączył się do dwojga z nich, gdy zmierzali do domu. Zatrzymali się w Emaus. Tylko jeden z owych uczniów nazwany został po imieniu – i jest to mężczyzna. Najbardziej oczywista dedukcja byłaby w tym wypadku taka, że ów drugi „uczeń” to po prostu jego żona. Ale czy zdarzyło się wam zobaczyć choćby jeden obraz, na którym przy zmartwychwstałym Jezusie łamiącym chleb siedziałaby kobieta? Sposób, w jaki wyobrażano sobie sceny biblijne przez wieki, wypaczył naszą percepcję roli płci żeńskiej w życiu Jezusa i dziejach pierwszego Kościoła. Długi wpływ dwóch haniebnych idei – o „naturalnej niższości” i „nieczystości” kobiety – zatruł nasz umysł i uwarunkował nasze odczuwanie i rozumowanie tak, że trudno to uchwycić i jeszcze trudniej zmienić. Z tego właśnie powodu kwestia wyświęcania kobiet na kapłanki ma znaczenie. Nie chodzi o to, jakoby wszystkie kobiety bardzo pragnęły zostać księżmi (szczególnie biorąc pod uwagę współczesny sposób funkcjonowania wspólnoty kapłańskiej), ale podtrzymywanie tego wykluczenia utrwala także całą ideologiczną substrukturę, na której się ono opiera. To ostatni bastion wielkiego chrześcijańskiego kłamstwa na temat kobiet. Kongregacja Pawła VI stwierdziła, że wszelkie dziwne przesądy przeszłości nie miały wpływu na postawę Kościoła:

 Jest prawdą, że w pismach wspomnianych Ojców Kościoła można znaleźć ślady uprzedzeń w stosunku do kobiety, ale – co należy podkreślić – nie miały one prawie żadnego wpływu na praktykę duszpasterską, zwłaszcza zaś na ich kierownictwo duchowe.

Dziwna to rzecz w wypadku papieża: stwierdzić, że doktryna – to, co się myśli na dany temat – nie ma znaczenia. Przypomina to dywagacje owych licznych mędrców dowodzących, że rasizm amerykańskiego Południa nie przełożył się bynajmniej na faktyczną dyskryminację czarnej ludności. Albo to tak, jakby powiedzieć, że oskarżanie Żydów o „bogobójstwo” nie grało żadnej roli, jeśli chodzi o pogromy, prześladowania, Holokaust. Nigdy nie uda się Kościołowi zadośćuczynić kobietom – ani, skoro już o tym mówimy, nikomu innemu – jeżeli nie nazwie swej przeszłej niesprawiedliwości po prostu po imieniu. Mówię „niesprawiedliwości”, ponieważ nie były to grzechy. Ci, którzy się jej dopuszczali – nasi uczeni, jak Albert Wielki, nasi święci, jak Tomasz z Akwinu – nie wiedzieli, co czynią. Ale nie wiedzieć tego dzisiaj, gdy mamy tyle dowodów, gdy istnieją takie możliwości naprawienia krzywd, podtrzymywać stare przesądy tylko po to, aby nie przyznać, że Kościół się pomylił – to już wina, to już jest grzech. Wielki grzech współczesnego papiestwa. Mający za swe źródło nie niezawinioną nieświadomość, ale umyślny błąd, strukturę tego, co nazywa się w teologii ignorantia affectata.

 

Tłumaczył Maciej Sobiech

PAPAL SIN by Garry Wills. Copyright © 2000, Garry Wills, used by permission of The Wylie Agency (UK) Limited.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×