Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

Karol Wojtyła – jak go pamiętam

W moim odczuciu w Wojtyle nie było narcyzmu, tak typowego dla kleru. Uważam dziś, że właśnie narcyzm to skrzywienie, którego typowi reprezentanci kleru nie umieją w sobie zwalczać. Postawy różnych osób z tego środowiska rzucają cień na pamięć o Wojtyle.
Karol Wojtyła – jak go pamiętam
ilustr.: Marta Basak

Proszono mnie, aby go przypomnieć. Wielu go wspomina, ale najczęściej w kontekście ciastek z kremem w Wadowicach, gdzie się urodził. Jako biskup nie miał tam już najbliższej rodziny, ale owszem – dawnych przyjaciół, jeszcze ze szkoły. Byli wśród nich praktykujący katolicy, a także żydowski kolega, jeden z przyjaciół, z którymi się spotykał. Chyba nawet jako papież.

Nie ściągam tych wspomnień z lektur, piszę tylko o tym, co wiem i pamiętam.

A więc „wadowickie kremówki” istniały naprawdę i można je było szczerze chwalić jako wyjątkowo apetyczne. Pamiętam, że świadkowie takiej publicznej pochwały kremówek przez całe lata pamiętali i opowiadali o tym fakcie. To był ich wkład w historię „polskiego papieża”.

Po co go tak nazywam? Naprawdę zwykle tego unikam, bo wiem, że nie był „Polonusem” w Rzymie, gdzie często przebywał jako biskup z Krakowa. Miał za sobą poważne studia zagraniczne (coś było o poezji mistycznej św. Jana od Krzyża). Coś takiego nie jest typowe wśród Polaków. A później przyszła filozofia (nie przypadkiem na pierwszym miejscu). Bo Wojtyła, kiedy go później już osobiście poznałam, czynnie uprawiał głównie filozofię. To już bliższe rozpowszechnionych w Polsce zainteresowań. Mieliśmy przecież Ingardena, wielkiego krakowskiego fenomenologa.

Zainteresowania Wojtyły jako filozofa dotyczyły tego właśnie kierunku filozofii. Tym nasiąknął i to go naznaczyło na całe życie. Nie ma znów tak wielu Polaków, z którymi tak się stało; ani wielu spośród polskiego kleru. „Polskim papieżem” był dla Rzymian, bo z Polski przybył. A dla Polaków był „naszym papieżem”. Do dziś tak się o nim mówi, uroczyście i tak sobie. Szeroką popularność uzyskał dopiero stając się Janem Pawłem II. Chyba że Polska to Kraków z przyległościami.

Gdy się okazało, że został papieżem, w Nowej Hucie płakaliśmy, że już do nas nie wróci. I co z budową Arki i hospicjum, któremu sam błogosławił? To znaczy błogosławił naszej nadziei, że uda się je stworzyć i otworzyć, nieco wbrew lokalnym partyjnym władzom.

Snuję te wspomnienia z późniejszych czasów, a należałoby raczej zacząć od pierwszego osobistego spotkania. Byłam wtedy studentką KUL, zajmowałam się głównie filozofią. Wojtyła dojeżdżał z Krakowa, by wykładać w Lublinie etykę jako początkujący wykładowca. Poszłam na jego wykład, do jakiejś ciemnawej i zatłoczonej sali. Pamiętam, że jak radził Raoul Plus, Wojtyła mówił o czymś i do kogoś to znaczy do nas, studentów, zwłaszcza tych, którzy nieprzypadkowo wybrali KUL. W PRL-u KUL „wybierali” ci, co dotknięci wilczym biletem nigdzie indziej się nie dostali. Ale osiedlając się w Lublinie niektórzy odkryli właśnie coś dla siebie.

Ważnym elementem tego był Wojtyła. Był prawdziwym nauczycielem i był nas bliski. W PRL-u stąd, z Lublina, płynęła dobra wiadomość: nie cała filozofia niemarksistowska jest scholastyką (bazowa filozofia w Polsce, głównie uprawiana przez kler, wywodząca się ze średniowiecza). Z zainteresowaniem wierzących harmonizuje też fenomenologia. W Krakowie działa Ingarden, a do Lublina przybywa z Krakowa Wojtyła. Nie na stałe, bo ma w Krakowie obowiązki – jeździ na KUL sporadycznie, ale dość systematycznie. Oprócz wykładów prowadzi seminarium z etyki, w którym ja również uczestniczę. Niestety nie czytamy fenomenologów, tylko Arystotelesa.

Ale Wojtyła, kończąc zajmującą rozmowę o piłce nożnej, potrafił lekturę Arystotelesa uczynić interesującą, a nawet przydatną.

Czasem wpadał po drodze do mojego mieszkania na lubelskim Krakowskim Przedmieściu. Towarzyszyli mu moi koledzy i koleżanki. Gadaliśmy, piliśmy herbatę, a moja mama zżymała się, że gość nie dopił swojej szklanki. To wcale nie grzecznie, Księże Profesorze, a herbata jest dobra, zagraniczna. Na kremówki nie było nas stać!

W osobie Wojtyły kler fraternizował się ze świeckimi.

Mam wrażenie, że to tu, u mnie, narodziła się idea międzynarodowego obozu letniego z udziałem Wojtyły i profesora Kamińskiego, który był naszym wymagającym profesorem logiki i metodologii nauk (jednak wybrałam metodologię zamiast etyki jako swój główny przedmiot).

A co to był za pomysł z tym obozem Kulowców w PRL? Do międzynarodowego obozu nie doszło. W PRL nie była to prosta sprawa, zwłaszcza gdy miał w nim uczestniczyć także kler. Ale obóz zorganizowaliśmy dla siebie i po trosze dla studentów innych uczelni. Wojtyła był na nim czymś w rodzaju animatora. Mam wrażenie, że to stamtąd nagle pojechał do Warszawy w pożyczonych półbutach, bo miał ze sobą tylko trampki (w sam raz na kajak) i w Świętej Lipce otrzymał wezwanie, by się dowiedzieć, że ma wkrótce zostać biskupem. Chyba nie był tą nominacją zachwycony. Z całym realizmem zdawał sobie sprawę, że odtąd filozofia zostanie zepchnięta na dalszy plan. Obiecał jednak, że jej nie porzuci i mamy mu w tym pomóc.

Pojechaliśmy licznie na krakowski ingres. Padła obietnica, że jak się da, będą w Krakowie dla nas seminaria filozoficzne.

Pamiętam, że później odbyło się w Krakowie kilka takich spotkań, bardzo ciekawych.

No i Wojtyła jeszcze raz wybrał się z nami w góry, na krótką wycieczkę na Turbacz. Sam niósł najcięższy plecak, który komuś odebrał. Rozmawiał indywidualnie chyba z każdym uczestnikiem marszu na górę.

Startowaliśmy z Rdzawki, gdzie Wojtyła dojechał kurialnym samochodem.

Tak etapami kontynuowaliśmy „Świętą Lipkę”, ów pierwszy obóz w tej miejscowości. Później jeszcze Wojtyła odwiedził nasz obóz w Pobiedziskach nad jeziorem. Tam siostry urszulanki dały nam noclegi w klasztorze i Wojtyła też raz przenocował. Zawsze przyjaźnił się z urszulankami w obu kolorach habitów – szarym i czarnym. Czarny to, w mojej pamięci, Rzym i habit siostry Emilii Ehrlich. A szary to przede wszystkim siostra Józefa Zdybicka z lubelskiej „Poczekajki”.

Krakowskie seminaria filozoficzne nadal odbywały się sporadycznie, u Wojtyły w domu na Kanoniczej. Pamiętam z któregoś z nich, że miałam spór z Wojtyłą, kierującym seminarium. O co nam poszło? Pamiętam, że poważnie go oburzył mój pogląd – chyba na tolerowanie prezerwatyw. Ale dlaczego powiedział z gniewem: „źle rozumiana solidarność”? To nie pasuje do kontekstu. Więc może w tym zapamiętanym przeze mnie dictum chodziło jednak o inną sprawę?

Ale cytuję, bo to były słowa skierowane do mnie. I to dowód, że nie ze wszystkim wolno? należy? utrzymywać solidarność. Ale czy w ogóle dobrze zrozumiałam te słowa? Czyżby rzeczywiście wyczuł, jaka mogła być moja motywacja? Tak czy owak, wcale mnie nie skreślił ze swego grona. Wypada jeszcze przypomnieć, że miał prawo uważać, że znam i rozumiem jego zasady. Bo chyba u początku swego krakowskiego biskupowania właśnie mnie powierzył redagowanie nowego wydania swojej niezwykłej książki „Miłość i odpowiedzialność”. Nadal ją cenię i niemało z niej czerpię. Opowiem trochę o głoszonej w niej rewolucji. Ważnej dla polskiej duchowości i myślenia o seksie. Zawiera kryteria oceny postaw, które – jak mam wrażenie – nie wszyscy w Polsce znają i uznają.

W tamtych latach renomowani moraliści katoliccy głosili, że celem seksu (i małżeństwa) jest głównie i zasadniczo tylko prokreacja. Wojtyła utrzymywał, że chodzi przede wszystkim o wyrażanie altruistycznej, radosnej miłości dwojga. Tak utrzymuje w „Miłości i odpowiedzialności”. To mocno zaszokowało co najmniej kilku kościelnych moralistów.

A ja z tego wyciągam dziś wnioski własne, na czasie, bo dobrze ugruntowują we mnie nauczanie obecnego papieża Franciszka. Ale tu nie miejsce, by to szerzej tłumaczyć.

***

Z ludzkiej pamięci zwykle nie udaje się wydobyć poszczególnych ważnych wspomnień. Zwłaszcza wtedy, gdy jest ich natłok nieuporządkowany. Ale na porządkowanie, sprawdzanie i uzupełnianie może mi wkrótce zabraknąć czasu, więc tym razem zaglądam szybko do tej studni i piszę tak, jak się układa, czując przy tym, że czerpię rzeczy nierównej wagi; notuję te, które wydają się znaczące.

Teraz chcę zajrzeć w czas pontyfikatu. Czy nie jest to czas, kiedy zniknie z mojego horyzontu? Tak się w końcu stało, ale dużo później, a właściwie pod koniec jego długiej służby.

Wracam do początku.

***

Wojtyła desygnowany, wybrany. O tym raz po raz komuś opowiadam. Dla wielu ten dzień, wieczór, jest ważny. Siła tego przeżycia przebija się przez mgłę okrywającą tę daleką przeszłość. Ach, jak byliśmy wtedy szczęśliwi! Solidarnie wzruszeni, zaniepokojeni, że jego już wśród nas nie będzie. Globalne powołanie odbiera go naszym okolicom, i w ogóle Polsce. Marzenie: dostać się teraz tam – do Rzymu.

Ja przypadkiem właśnie mam wtedy gotowy paszport (na inną podróż). Włosi szczęśliwie zawieszają obowiązek wizowy dla rodaków nowego papieża. Bilety samolotowe do Rzymu natychmiast całkowicie wykupiono. Wielu stara się przynajmniej dotrzeć gdzieś na południe, tam, skąd będzie bliżej. W biurze LOT-u spotykam naszego nowohuckiego proboszcza. Ksiądz Józef Gorzelany znany był z tego, że wszystko potrafi załatwić. I mamy bilety, prosto do Rzymu.

Jeszcze przed inauguracją niespodziewane spotkanie z Wojtyłą w białej sutannie: konferencja prasowa. Ciasno. Jest już Turowicz, reprezentuje „Tygodnik Powszechny”. Czekamy, aż Wojtyła zanurzy się w tłum. Potem nasza grupa skanduje świętolipskie pseudo Wojtyły: „Wuju, wuju!”. Sala przyłącza się, dziennikarze zagraniczni zgadują, że taki polski zwyczaj. Papież ściska znajome i nieznajome ręce. Chwila rozmowy z Turowiczem. Trwamy w obłoku radości. Tak, owszem, dobrze nam tu być. Potem dzień inauguracji pontyfikatu. Sprawdza się nazwa tego święta: dzień życzeń „Auguri, Auguri” – życzenia płyną do Nieba. Czuje się, że miasto i okrąg świata wita go; jest na swoim miejscu.

Wkrótce mamy okazję rozmowy z nim. Pytam, jak się czuje w tym wszystkim. Odpowiada wesoło: „Ludzie z tej okazji wszyscy tracą głowy. Ale ja – nie. Bo co by było, gdybym i ja głowę stracił?”.

Nie da się bardzo przedłużyć pobytu w Rzymie. A będą następne – to już przewiduję. I rzeczywiście. Zaczynam po trosze zabiegać o swoją pożyteczność tutaj.

Wszystko się udaje, bo poruszam się w blasku tego, kim tu został Wojtyła. Moja – nasza – polskość jest teraz tutejszym miła, bo od razu polubili nowicjusza na Watykanie. Spróbuję mu opowiedzieć, że sklepikarz opuścił mi cenę sweterka w imię „papa nostro Wojtyla”.

***

Nie fantazjuję. To wszystko było naprawdę tak. I jeszcze wiele więcej. Ale muszę odrzucić pokusę opowiadania o zbyt wielu sprawach, głównie moich. Były, bywały „rzymskie wakacje”, odkrywcze, pracowite i zrazu głównie radosne.

Rzym – miasto da się lubić, choć wiele razy ostrzegano mnie przed zapuszczaniem się w wąskie ciemnawe uliczki.

Do rytuału pobytów należały spotkania z Wojtyłą, najczęściej w postaci udziału we mszy świętej w kaplicy Domu Papieskiego w mieście watykańskim.

Słyszę, jak mieszka Franciszek, aktualny papież z Argentyny. Odgaduję, że msze są zapewne podobne, tylko uczestników więcej i mniej jest domowo. Wtedy Wojtyła – jak miał zawsze zwyczaj – odprawiał swoją „prywatną” mszę powoli, z uwagą i chwilami jakby zapadając się w swoją kontemplacyjną modlitwę. Często razem recytowaliśmy mszalne teksty w różnych językach, w ramach zbliżającej się pielgrzymki na któryś kontynent, do tamtejszej młodzieży i wszystkiego, co żyje (widziałam jego fotografię, jak patrzyli sobie w oczy Wojtyła i kangur – jego wzrostu).

***

Im dłużej ciągnął się pontyfikat „papieża z dalekiego kraju”, tym trudniej było śledzić go z bliska. Zawsze wielu starało się to osiągnąć, ale mam wrażenie, że trudno było dopiąć tego w natłoku różnych wątków i w natłoku wydarzeń zachodzących na siebie.

Na pierwszym miejscu konkurują ze sobą kolejne „pielgrzymki”. Może nie wszyscy pamiętają jeszcze, że to Wojtyła sam był „pielgrzymem” – on sam, a nie my, wędrujący do jego Rzymu, jak się dało. Raczej nie śledziłam tych przedsięwzięć, nie podróżowałam w orszaku papieskim. Tak naprawdę to świadkiem jestem tylko wizyt w Polsce; z tych dla mnie najbardziej znaczącym przeżyciem była z pewnością „Pielgrzymka I”. Czy pokazała „Polkom i Polakom”, kim był wtedy Wojtyła? Na pewno – paradoksalnie – zademonstrowała, kim był on dla nas. Czy teraz się to do końca zatarło?

W Rzymie po mszach w kaplicy papieskiej bywałam na śniadaniu albo przy stole w jadalni wśród różnych gości Wojtyły, często z Polski. Albo niekiedy z siostrami w kuchni. W takich wypadkach Wojtyła wstępował tam na małą chwilę, aby podziękować siostrom i rekomendować gościom któryś smakołyk. Pamiętam, że raz chodziło o marynowane młode orzechy włoskie pokrajane w cieniutkie krążki. Te posiłki wzmacniały wrażenie, że jednak jesteśmy z sobą niedaleko.

Czarna urszulanka, droga siostra Emilia Ehrlich, nie zajmowała się kuchnią. Po trudnych, długich studiach z zakresu biblistyki wspomagała Wojtyłę swoją wiedzą i talentami. Uczyła go też angielskiego, na co miał niewiele czasu. Angielski był mu jednak bardzo potrzebny na niejednej pielgrzymce i w kontaktach, na przykład ekumenicznych.

Słuchając go na żywo lub w radio, Emilia jednak czuła się wciąż nauczycielką i zaciskała ręce, wyłapując każdy błąd, który popełniał. To się zdarzało dość często.

Spotykając się z gośćmi z Polski, Wojtyła zawsze pytał: „co u was?”. Wiedział, o co konkretnie zapytać. Podobnie jak w domu biskupim na Franciszkańskiej, w Rzymie też słuchał, co mówimy z namacalną uwagą. Pamiętał, kto w czym jest kompetentny i jakie może mieć do niego bardziej osobiste sprawy. Był więc w kontakcie ze swoimi właściwie cały czas. Pisaliśmy do niego z Polski czasem ważne listy i ktoś podróżujący ad limina je doręczał – jemu samemu, nie sekretarzowi. Niektóre od razu chował za pazuchę sutanny. Te najpilniejsze z uwagi na los nadawcy. Bywałam i autorką, i doręczycielką takich listów. W tym miejscu o tym przypomnę: pamiętam gest papieża, jak odbierał list osobiście, z ręki do ręki i szybko chował na piersi. Myślę, że za szczególnie ważne miał listy od Haliny Kalwaryjskiej, założycielki i animatorki Wspólnoty Matki Boskiej Bolesnej. Była i jest to wspólnota osób chorych i niektórych przyjaciół z nimi związanych, takich potrzebnych, niezbędnych sojuszniczek i sojuszników.

Znów to „katolickie cierpiętnictwo” – ktoś zaraz fuknie. Ale wcale nie! Mogę zaświadczyć, że właśnie odwrotnie: przemyślenia Haliny zawierały motyw przewodni: cierpienie należy zwalczać, tak swoje własne, jak innych. Ratować przed rozwojem cierpienia, zapobiegać mu. Patronem tej postawy jest ewangeliczny Samarytanin. Pracowity i ofiarny, zapobiegliwy Ratownik.

Wojtyła napisał swój papieski „List o zbawczym cierpieniu”. Całą drugą część poświęcił w nim właśnie pracy samarytańskiej, obowiązkowi leczenia. W tym tekście nie gloryfikuje cierpienia jako takiego. Nie twierdzi, że cierpienie czyni cierpiącego lepszym. Ono wcale nie uszlachetnia. Jest złem, gdy pozwalamy, by miażdżyło człowieka. Jako była wolontariuszka hospicyjna wiem, o czym tu mowa. Główna myśl, wyrażona w całym „Liście…”, a zwłaszcza w części pierwszej, była duchowym dorobkiem doktor Haliny Kalwaryjskiej, przyjętym przez Wojtyłę, głęboko branym na serio hasłem „cierpienie nie ma sensu!”.

Ale możemy mu ów zbawczy sens nadać.

Jest to coś, o czym trudno mówić (a co dopiero pisać!). I właściwie nie trzeba, często nie należy. Według „Listu…” jedynym nauczycielem teologii cierpienia jest sam Chrystus. Tytuł „Listu…” Wojtyły jest poniekąd mylący. Nie, nasze cierpienie nas nie zbawia. Mamy je zbawczym uczynić, a raczej – skoro chodzi o łaskę – to Bóg w nas zmienia przekleństwo w błogosławieństwo. W języku teologii nazywa się to „współofiarą” według Pawłowej formuły „dopełnienia, czego jeszcze nie dostaje Męce Pańskiej”.

Podjęłam ryzykowną próbę powiedzenia czegoś, nazwania tajemnicy po jej imieniu. Postąpiłam tak, jak Wojtyła w liście odradza, bo to są rzeczy, których tylko sam Jezus może wewnętrznie uczyć cierpiącego. Trzeba Go o to prosić, żeby nauczył wszystkiego, co może uczynić cierpienie – nadać cierpieniu ten jedyny sens, jaki może mieć.

Prawdziwym Nauczycielem Współofiarności może być tylko sam Chrystus, a przywoływać Go można bezgłośnie i bez teoretyzowania. Tu dodam, bo to ważne: sojusznicy cierpiących nie idą do nich z pouczeniami. Mają przede wszystkim działać po samarytańsku, pomagać, po hospicyjnemu praktykować skuteczne współczucie.

Wojtyła jest do głębi sobą w „Liście o zbawczym cierpieniu”. Kto się zdobędzie na lekturę tego tekstu, niech pamięta też o doktor Halinie Kalwaryjskiej, zmarłej na chorobę nowotworową.

***

Brak tu będzie bezpośredniego nawiązania, ale nie chcę już odkładać polemicznej wzmianki o wciąż aktualnym stereotypie Wojtyły jako rzekomo niedoceniającego kobiet. Był człowiekiem swojej epoki, niekiedy ją wyprzedał, ale oczywiście nie we wszystkim. Feministą nie był i czasem wraz ze swym otoczeniem narażał się feministkom.

Miałam i mam wrażenie, że nie myślał o kobietach jako osobnym plemieniu, którym zresztą nie są.

Piszę o tym, co widziałam, co spostrzegłam. Na pewno wiem, jak wytrwale dbał, troszczył się o konkretne osoby, w tym również o współpracowniczki świeckie i zakonne. Nie redukował żadnej z nas do roli służebnej. Nieraz namawiał do realizacji aspiracji, na przykład naukowych. Rozumiał i cenił osiągnięcia na tym polu.

Miał w swoim otoczeniu doradczynie i erudytki i był wdzięczny za współpracę.

Moją książkę o głównym wkładzie Wojtyły w sobór wydała po włosku Libreria Vaticana za jego poparciem.

O swojej własnej książce na temat nauczania Soboru Watykańskiego II powiedział kiedyś – chowając ją w przepastnej kieszeni – „to będzie na później”. Ten czas jeszcze nie nadszedł. Czy nie za późno się zrobiło? Bardzo być może. Ale gdy zaczniemy przygotowywać III sobór dla obecnej i przyszłej epoki, warto by do tego tekstu wrócić, włączyć w nowy nurt, krytycznie, ale z pietyzmem.

***

Uczestników pierwszej pielgrzymki – tych najgorliwszych – można było rozpoznać po opaleniźnie. Lato zaczęło się wcześnie. Mocno gorące (czyżby zmiana klimatu już się była rozpoczęła?). Ale zdawało mi się, że wszyscy skupiamy całą uwagę na tym jej przewodniku, który pierwszy ucałował tę ziemię, dla niego zawsze wyjątkową. Czy ktoś się zastanawiał, co ten pocałunek oznaczał? Świat też zdawał się obserwować to wszystko życzliwie. Pamiętam odwiedziny papieskie w którejś z robotniczych dzielnic Rzymu. Ludzie witali tego swego biskupa tak, jak bywało w Nowej Hucie. Udekorowane balkony, między blokami tłum – dorośli, kobiety i mężczyźni, pełno dzieciaków.

Wiem, że jako młody człowiek Wojtyła pracował w podkrakowskiej fabryce chemicznej Solvaya. Nie był to dla niego jakiś świat egzotyczny. Widać ten fakt w jego myśleniu o pracy jak dowodzi tekst encykliki „Laborem exercens” – czyli o człowieku pracującym. Przypuszczam, że napisał ją sam osobiście. Znam rytm jego polszczyzny (najdokładniej z pracy redakcyjnej nad drugim wydaniem „Miłości i odpowiedzialności”).

Encyklika bardzo różni się od wcześniejszych rozważań w innych tak zwanych encyklikach społecznych. Inny jest dobór wątków, pisane jest to bliżej dzisiaj pracujących. Osobiście wierzę, że pisał ten tekst z nadzieją, że nam go przeczyta. To był list nie tylko „do nas”, lecz jakby też „od nas”. Tak się naprawdę stało; pod drzewami obok opactwa w Mogile, z ludźmi z Huty zebranymi wokół. Potem, tak jak chciał, omawialiśmy „Laborem exercens” rozdział po rozdziale. Najlepiej pamiętam żywą dyskusję na temat zakazu pracy przymusowej. Ten zakaz był jedną z osi katolickiej nauki społecznej, ale Wojtyła konkretnie wiedział, czego zabrania ten zakaz i jakich wartości broni. Na pewno nie tylko ja z tej encykliki nauczyłam się głośno twierdzić, że „praca ludzka nie jest towarem”. Tak do tej pory uważam wbrew odmiennym trendom. Korzystam z okazji, by się za tym opowiedzieć. To jest istotna cząstka tego, z czym Wojtyła pielgrzymował w nasze strony. Czemu mało kto waży się przypominać, iż zarządzamy czymś więcej niż towarem?

Ktoś mi zapewne zarzuci, że pomijam pozostałe, liczne encykliki. Dla mnie właśnie ta ma aktualne znaczenie. Stawiam ją obok „Listu o zbawczym cierpieniu”. Tak, jak w tamtym „Liście…”, nie ma tu nic wydumanego.

***

Dobra wiadomość o Soborze Watykańskim II dotarła do Krakowa i do redakcji „Znaku” zaraz po jej ujawnieniu przez najczcigodniejszej pamięci Jana XXIII, inicjatora odnowy Kościoła przez Sobór. Istotne było to jego doświadczenie ekumeniczne i międzynarodowe. Wojtyła nawiąże do niego w swoich pielgrzymkach i encyklikach. Jako promotor Soboru Jan XXIII żył bardzo krótko. Szczęśliwie następcy nie zarzucili kontynuacji. A papieżem soborowym z przekonania okazał się Wojtyła.

Jako polski biskup realizował w Polsce pionierskie projekty: synody duszpasterskie w diecezji i Metropolii Krakowskiej. Były to nowatorskie zgromadzenia z pełnym udziałem świeckich. W Krakowie sekretarzem Synodu z inicjatywy Wojtyły został ksiądz biskup Pieronek. Gdy Wojtyła przybył z Rzymu do Krakowa jako papież, na Wawelu przywitał go sprawozdaniem z tego Synodu.

Długo najważniejsze miało być to, co kształtowało się w Rzymie, w znacznej mierze z udziałem Wojtyły, jako jednego z „Ojców Soboru”, z całego ich tłumu zasiadającego na trybunach w bazylice świętego Piotra. Ojcowie Soboru otrzymywali przygotowane tak zwane „schematy”, nad którymi toczyły się prace w osobnych komisjach. Finałem tych prac było głosowanie i przyjmowanie kolejnych dokumentów: Konstytucji i Dekretów. Na koniec podpisywał i zatwierdzał je papież (obecnie wszystkie są dostępne w Polsce w oficjalnych tłumaczeniach, ale chyba najszybciej publikowaliśmy je w „Znaku”). My, redaktorzy, też pracowaliśmy „dla Soboru”, podobnie jak koledzy z „Tygodnika Powszechnego”. Sobór trwał z sesji na sesję. Będąc wtedy wciąż jeszcze arcybiskupem krakowskim i jednym z kardynałów, Wojtyła brał intensywny udział w pracach Soboru, w jego kolejnych kilkumiesięcznych sesjach.

„Konstytucje” to dokumenty soborowe najwyższej wagi. Chyba jest tak, że właśnie te dokumenty mają kształtować drogę Kościoła w sprawach zasadniczych. Pisząc i uchwalając Konstytucje, Ojcowie Soboru kształtują myśl katolicką i wytyczne postępowania dla członków tej wspólnoty, zasadniczo na wiele lat, które nadchodzą.

W dorobku Soboru Watykańskiego mamy więc najpierw dwie Konstytucje o Kościele. Najwyżej w hierarchii dokumentów liczy się „Konstytucja dogmatyczna o Kościele”. Blisko początku obrad dyskutowano długo i żywo właśnie na jej temat. Trudno było jednoznacznie wyrazić, do czego doszli w swych debatach Ojcowie Soboru i ich doradcy. W komisjach działali w grupach w językach narodowych, plenarnie – wygłaszali przygotowane wcześniej łacińskie rozprawy. W Krakowie miejscowi teologowie specjaliści, tłumaczyli na polski przegłosowane w Rzymie teksty. A redakcja „Znaku” starała się prędko je opublikować wraz z komentarzami. My też dyskutowaliśmy nad wyborem wariantów tłumaczeń. Próbując tłumaczenia udoskonalić, czuliśmy poparcie Wojtyły, jego troskę o unikanie niezrozumialstwa i braku precyzji. Przykład, ile zależy od tłumaczenia: w Konstytucji o Kościele znajduje się opis stosunku Kościoła Chrystusa do (historycznego) Kościoła rzymskokatolickiego. Użyty jest w tym celu łaciński wyraz „subsistit”. I cóż tu Sobór z naciskiem podkreśla? Czy utożsamia się tu historyczny, ziemski Kościół, w którego budowli sakralnej bazylice świętego Piotra zbiera się akurat Sobór? Czyli, że mamy to tak rozumieć, że Kościół historyczny i Kościół Chrystusa to po prostu to samo? Czy też, jak zdaje się potwierdzać tekst Konstytucji, Kościół Chrystusa jest do odnalezienia w Kościele historycznym, ale się z nim nie utożsamia?

„Subsistit”, „trwa”, a więc „bramy piekielne” jednak nie pokonały go… Wciąż jest szansa odkrycia Kościoła Chrystusa, aktualna dla szukających go dzisiaj.

Druga Konstytucja była zrazu „schematem 13”. To Konstytucja duszpasterska o Kościele współczesnym „Gaudium et spes”. W niej właśnie widać owoc przemyśleń kardynała Wojtyły. Nazwano ją „duszpasterską” właściwie po to, by zredukować jej znaczenie do „użytku duszpasterskiego”, jak gdyby poza-teologicznego, ot, dla świeckich, którzy się na teologii przecież nie znają. Rzecznikami tej opinii byli Ojcowie Soboru o przekonaniach bardziej konserwatywnych.

Sprawę tej Konstytucji procedowano głównie na trzeciej sesji Soboru, gdy już znowu udało mi się być w Rzymie i zawrzeć różne ciekawe znajomości w gronie teologów doradców i obserwatorów ekumenicznych. Od nich słyszałam, że z pewnością to Wojtyła, mój krajan, walczy o kształt tego dokumentu, który ma się przydać w owym tytułowym „świecie współczesnym”.

Dziś mamy inny świat współczesny, któremu być może bliższe są rozważania Franciszka, też przecież papieża „z dalekiego kraju”. Warto postawić ich koło siebie: Jana XXIII, Jana Pawła II i Bergolio. Oni siebie wzajemnie oświetlają. Może by to coś pomogło w odnajdywaniu się i przetrwaniu w świecie współczesnym? Właściwie po to ten tekst mozolnie układam.

***

W przerwach i po zakończeniu Soboru nastał czas opowiadania o jego przebiegu i związanym z nim kościelnym folklorze, słownych i dyplomatycznych potyczkach, intrygach i rozstaniach, w których niektórzy widzieli nawet zagrożenie dla przetrwania kontaktu z Kościołem Chrystusa. W dążeniu do owego przetrwania miały pomagać dokumenty stanowiące bardziej praktyczny dorobek Soboru, a mianowicie wydane przez Sobór dekrety – zresztą bardzo nierównej wagi.

Wymienię najważniejsze: o Ekumenizmie i tak zwane „Nostra Aetate” (o związkach chrześcijaństwa z judaizmem – to znów bardzo „krakowski” tekst, na pewno bliski Wojtyle i jakby z nim pozytywnie związany).

A w gronie „obserwatorów” na III sesji był przyjaciel Wojtyły, Joseph Lichten (z B’nai B’rithu – Ligi przeciw oszczerstwu), głęboko zaangażowany w sprawę.

Wspominam dziś Sobór nie tylko jako wielkie wydarzenie dla Kościoła i dla oikumene, zamieszkałego świata. I także dla ludzi, którzy mieli jakiś osobisty wpływ na refleksję i na przebieg wydarzeń.

***

Pielgrzymki papieża Wojtyły w skali światowej nie były zjawiskiem jednorodnym. Od czego to zależało? W bardzo wielkiej mierze od komunikowanych Watykanowi oczekiwań i ostrzeżeń. W Polsce też tak było. W moich wspomnieniach z biegiem lat pobyty Wojtyły w ojczyźnie zmieniały charakter i akcenty. Tak musiało być i było. Na przykład od czystej radości, że znów się widzimy, Pielgrzym przechodził do prób upominania duszpasterzy i wiernych, że jednak gorliwiej trzeba pracować nad zmianą życia. Osobiście niby się z tym potrafię zgodzić, ale nie miałam poczucia, że te „upomnienia” istotnie trafiają w sedno. Miewałam wrażenie, że są Gościowi podsuwane przez niektórych gospodarzy. Także w innych krajach tak było, że akcenty pielgrzymek bardzo zależały od atmosfery i orientacji dominujących w danym kraju. Dla mnie było to bardzo wyraźne w kwestii ekumenicznego aspektu programu pobytu Wojtyły. Czy działał jako promotor ekumenizmu? Mogło na to wyglądać tam, gdzie postawy ekumeniczne – w duchu soborowego Dekretu na ten temat – już dominowały. Pielgrzymka Wojtyły stawała się wydarzeniem dość wyraźnie interesującym nie tylko środowiska mocno katolickie. Program był tak konstruowany, by nikogo nie pominąć czy nie odsuwać na bok. A w Polsce to raczej gość z Rzymu musiał o ekumenizmie przypominać i moim zdaniem było z tym średnio.

Myślę, że tak w ogóle to po „polskim papieżu” osadzonym w Rzymie trudno się było spodziewać pionierskich osiągnięć ekumenicznych. Istniała jednak płaszczyzna, na której Wojtyła wyprzedzał nawet Sobór z jego dekretem o ekumenizmie czy o poszanowaniu judaizmu. To były wielkie profetyczne błyski, otwierające nowe, długo poszukiwane horyzonty. Kojarzy się z nimi modlitwa w Asyżu. By w niej uczestniczyć, trzeba było tylko być człowiekiem Wiary jako takiej. Tak mi się wydaje. Nie byłam wtedy w Asyżu, ale ta modlitwa jest na zawsze na moim horyzoncie. Żałuję tylko, że w Polsce odkrycie jej jest rzadkim zjawiskiem.

Sam Wojtyła rozumiał i wspierał to, o czym na co dzień świadczy Taize, prawdziwe centrum ekumeniczno-modlitewne. Bez świadectwa Taize cały Sobór byłby w swej postulowanej ekumeniczności jeszcze bardziej niekompletny.

Jak to będzie z oczekiwanym i postulowanym „Soborem Trzeciej Generacji”?

Myślę, że trzeba go przygotowywać i przywoływać właśnie w duchu wielkich Modlitw Papieża Wojtyły. Tak czuję, że jego wielkie modlitewne proklamacje warto szanować i zgłębiać, przyłączając się do nich – może najlepiej w ciszy?

Uważam, że były one naprawdę zakorzenione w jego życiu wewnętrznym, w kontemplacji religijnej i poetyckiej. Proszę, by zechcieli je szanować także ludzie, którym wszystko to wydaje się obce. Nie musimy publicznie całować ziemi, ale wypada szanować takie odwieczne gesty, skierowane ku obliczu ziemi, także „tej”.

Wciąż jeszcze dość liczni mogą wspominać, jak osobiście modlili się razem z Wojtyłą. Ja pragnę przywołać modlitwę z tłumem na Umschlagplatz, jednym z najbardziej dramatycznych miejsc pamięci na terenie Warszawskiego Getta.

Podobny impuls niesie pamiętna Modlitwa Pokutna Kościoła związana z przełomem epok, końcem Tysiąclecia. Dziś widać, że nie wszystko jest w niej wymienione i nazwane, co być powinno, ale sygnał został podany. Można tę świadomość rozwijać, nowe wątki doplatać. Mamy w Polsce gotowy refren do tej modlitwy, wiem, jak właśnie Wojtyle bliski: „Święty Boże…”

***

Jego pontyfikat był niepomiernie długi. Przez ten czas wielu ludzi, w łączności z nim i na własną rękę, budowało mosty, a także burzyło te, które wydawały się niebezpieczne lub niepotrzebne. Ja miałam wrażenie, że Wojtyła słusznie trwał na posterunku, nie abdykował. Nie w tym widzę poważną usterkę jego służby, lecz w jakimś niewprawnym, często bardzo nieudanym doborze co bliższych współpracowników. Nie chcę tego wątku rozwijać, choć się w nim zawiera istotna przestroga na przyszłość. W moim odczuciu w Wojtyle nie było narcyzmu, tak typowego dla kleru. Ale uważam dziś, że właśnie narcyzm to skrzywienie, którego typowi reprezentanci kleru nie umieją w sobie zwalczać. Postawy różnych osób z tego środowiska rzucają cień na pamięć o Wojtyle.

***

Pogrzeb. Uczestniczyłam w nim, patrząc na ekran telewizyjny.

Zgodnie z tradycją na trumnie położono Ewangeliarz. Wiatr pomału odwracał kartki.

***

Po kanonizacji nie ma już grobu Wojtyły w podziemiu pod głównym ołtarzem w bazylice świętego Piotra. Trumnę przeniesiono pod jeden z bocznych ołtarzy w bazylice. Trudno to miejsce odnaleźć, ale byliśmy tam z mężem.

Proszę, kto się do Rzymu wybierze, niech złoży u trumny Wojtyły kamyk z Polski i gałązkę naszego świerka.

I może potraficie złożyć tu werset modlitwy pokutnej Kościoła.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×