magazyn lewicy katolickiej

„Jestem katoliczką gorszego sortu”. Katoliczki po rozwodzie czują się gorsze

"Czuje się jak katoliczka gorszego sortu. Ratowałam siebie i swoje dzieci przed tyranem, a i tak nie mogę wejść w ponowny związek, nawet jeśli trafiłabym na mężczyznę, który by mnie szanował. Mimo wszystko – wierzę w Boga. Czy w Kościół? Sama nie wiem. Na pewno nie w taki".
„Jestem katoliczką gorszego sortu”. Katoliczki po rozwodzie czują się gorsze
Ilustr.: Marta Jóźwiak

Podczas katechizacji w szkole czy wspólnocie młodzieżowej katoliczki często słyszą z ust księży, zakonnic czy ewangelizujących par, że małżeństwo i rodzicielstwo stanowią najpiękniejszą drogę życiową, jaką może wybrać kobieta. Trwanie u boku męża i wychowywanie dzieci w wierze – zgodnie z obietnicami katechetów i duchownych – ma być szansą na zrealizowanie swojego „kobiecego geniuszu”, sposobem na osiągniecie ziemskiego szczęścia oraz uświęcenie. Jednak nie możemy zapominać, że we wspólnocie Kościoła funkcjonują również kobiety, które mają za sobą doświadczenie rozwodu. Kilka z nich zdecydowało się podzielić ze mną opowieścią o tym, jak wygląda życie po rozwodzie osoby, która identyfikuje się z Kościołem i wierzy w Boga, a przynajmniej stara się wierzyć.

Zawsze kochałam jednego mężczyznę

Tym, co popychało Danutę w kierunku małżeństwa, była wielka miłość do Dariusza oraz strach przed ojcem, który – choć nie pił – potrafił być agresywny i apodyktyczny. Właśnie dlatego Danuta stanęła na ślubnym kobiercu w wieku zaledwie dwudziestu jeden lat. A niecałe sześć lat później – stanęła przed sądem, aby opowiedzieć o tym, że ich małżeństwo zostało w sposób nieodwracalny zniszczone z powodu zdrad i lekceważenia jej przez Dariusza.

– To małżeństwo miało być idealne i romantyczne – opowiada kobieta, mająca dziś pięćdziesiąt pięć lat. – Darek był przystojny i zaradny. Czułam się przy nim bezpiecznie, bo nie krytykował mnie za wszystko tak, jak mój ojciec. Prawił mi komplementy i doceniał to, że o siebie dbałam oraz że kształciłam się na położną. Ale po narodzeniu naszych bliźniaków okazało się, że on kompletnie nie radzi sobie w roli głowy rodziny. Problemy finansowe nie były dla niego powodem do wzięcia dodatkowej pracy, ale do wyjść z kolegami. Kiedy ja krzyczałam, żeby w końcu zajął się rodziną i zaczął opiekować się dziećmi, on udawał, że mnie nie słyszy, ostentacyjnie wyrzucał śmieci, żeby okazać mi lekceważenie oraz prosił swoją matkę, żeby mi wytłumaczyła, że zajmowanie się dzieciakami to moja rola. Przez niego wpadliśmy w spiralę długów – także u mojej rodziny, czego bardzo się wstydziłam. W końcu, kiedy na jaw wyszły jego romanse, postanowiłam odejść. Rozwód był końcem naszej rodziny, którą przecież chciałam z nim budować i końcem mojego obrazu siebie jako dobrej katoliczki. Miałam żal do siebie i Boga, że wybrałam Dariusza, czułam, że poniosłam porażkę – w mojej rodzinie nikt wcześniej się nie rozwodził.

Po rozwodzie nie wiedziałam, czy mam w ogóle prawo chodzić do komunii. W pewnym okresie życia zupełnie zrezygnowałam z praktyk religijnych. Czułam się gorsza również w pracy, w której większość kobiet to były dość konserwatywne katoliczki żyjące w małżeństwach – ja czułam, że do tego grona po prostu nie pasuję. Kiedy mówiłam, że wierze w Boga i jestem katoliczką, czułam, że jestem oceniana – bo status rozwódki źle komponuje się z katolicyzmem. W dodatku słyszałam podczas kazań, że dzisiejsze kobiety tak łatwo odchodzą od mężów, a kiedyś trwały nawet przy alkoholikach – nie mogłam tego słuchać, bo nie sądzę, żeby takie życie było dobre dla dzieci. Czuję się tak, jakbym żyła między, była niedostosowana – nie jestem ani wyzwoloną rozwódką, szukającą nowego mężczyzny, ani „prawdziwą” katoliczką – odeszłam przecież od swojego ślubnego. Nie związałam się z nikim, skupiłam się na dzieciach – tamto małżeństwo było przecież przed Bogiem. Poza tym zawsze kochałam jednego mężczyznę, którym jest Dariusz.

Klęczałam przed ołtarzem i płakałam

Dla Adrianny, mającej dziś siedemdziesiąt lat, rozwód był szansą na to, by uwolnić się od męża, który stosował wobec niej przemoc fizyczną, psychiczną i seksualną. Kobieta wspomina, że przez wiele lat życia ze swoim mężem rozwinęła mechanizmy, które pozwalały jej przetrwać w domu pełnym agresji, ale jednocześnie długo nie czuła się na tyle silna, by od niego odejść.

– Mój mąż był moim pierwszym mężczyzną. Byłam nim zauroczona, chciałam założyć rodzinę i mieć w nim wsparcie, bo czasy były ciężkie. Ale mój mąż nie był wsparciem, tylko katem. Najgorsze były noce – to chyba oczywiste, z jakiego powodu… Ale poza tym: pił, bił i znęcał się nade mną i dziećmi. Kiedyś w przypływie szału pozabijał ich chomiki. Do tej pory, mimo że są już dorośli, pamiętają tamten pisk tych biednych zwierząt. Po tym, jak po wielu latach zdecydowałam się z nim rozwieść, urządził mi piekło – wyzywał mnie i życzył mi jak najgorzej. Trafiłam do szpitala psychiatrycznego z ciężką depresją. Ponieważ zawsze byłam wierząca, po wyjściu z oddziału poszłam też do kościoła. Chciałam uczestniczyć w mszy i przyjąć komunię „dla nabrania sił” do dalszego życia. Przed komunia przystąpiłam do spowiedzi – i nie dostałam rozgrzeszenia jako rozwódka. Ksiądz powiedział mi, że niszczę sakramentalny związek i nie mam prawa przystępować do sakramentów.

Odeszłam od konfesjonału, klęczałam przed ołtarzem i płakałam – bardzo chciałam przyjąć Pana Jezusa, być z nim blisko, mieć swoje miejsce w Kościele. Miałam nadzieje, że wiara pomoże mi się pozbierać, że znajdę w niej ukojenie – w końcu Bóg jest miłosierny. Dzisiaj, mimo że minęły lata, czuje się jak katoliczka gorszego sortu. Ratowałam siebie i swoje dzieci przed tyranem, a i tak nie mogę wejść w ponowny związek, nawet jeśli trafiłabym na mężczyznę, który by mnie szanował. Mam też żal o to, że Kościół tak wiele wymaga od innych, sprzeciwia się rozwodom, a toleruje w swoich szeregach ludzi, którzy dopuszczają się pedofilii. Mimo wszystko – wierzę w Boga. Czy w Kościół? Sama nie wiem. Na pewno nie w taki.

O moim małżeństwie i rozwodzie wolałabym nie pamiętać

Czasami doświadczenie rozwodu ma miejsce jeszcze przed zaangażowaniem się w życie Kościoła. Tak było w przypadku pięćdziesięcioletniej Eweliny, która – choć pochodzi z religijnej rodziny – sama w młodości nie była gorliwą katoliczką. Zmieniło się to po rozwodzie, który, jak mówi kobieta, był czymś nieuniknionym.

– Mój były mąż był typem lekkoducha i imprezowicza – wspomina. – Wyszłam za niego za mąż po dość krótkim okresie znajomości. Poznaliśmy się na wakacjach, potem właściwie od razu były zaręczyny i huczne wesele. Szybko urodziła nam się dwójka dzieci – dwóch bardzo wymagających synów. Kiedy ja wstawałam nocami do dzieci, on smacznie spał, a w weekendy imprezował. Po pewnym czasie okazało się, że my w ogóle nie umiemy się ze sobą porozumieć, nie mamy wspólnych celów i nie łączy nas nic poza życiem w jednym domu. Rozwiedliśmy się za porozumieniem stron, bez awantur. Dzieci zostały przy mnie. Zamieszkałam z moimi rodzicami, którzy pomagali mi się zajmować dziećmi. Oni chodzili co niedziela do kościoła, więc ja chodziłam z nimi – na początku dlatego, że tak jakoś wypadało. Później jednak bycie w kościele stało się dla mnie główną pociechą w moim trudnym życiu. Nasi księża organizowali atrakcje dla dzieci, a moi synowie potrzebowali takich form spędzania wolnego czasu, które nie byłyby zbyt kosztowne. Poza tym duchowni, których znałam, zawsze stawali po stronie biednych ludzi – Kościół nieprzerwanie mówi, że prawdziwe bogactwo znajdziemy w Niebie, a nie tutaj, gdzie wszystkim rządzi pieniądz. Razem z synami chodziliśmy na pielgrzymki, nabożeństwa majowe i uczestniczyliśmy w życiu parafii – teraz moje dzieci mieszkają już samodzielnie, ale wciąż są wierzące. Nie lubię mówić o moim rozwodzie. Czasami myślę, że wolałabym nie pamiętać zarówno o moim małżeństwie, jak i o rozstaniu. Wstydzę się tego, jaka byłam głupia, jak bardzo chciałam wielkiej miłości. Chciałabym mieć takie życie, jak wiele moich koleżanek – jeden mąż na całe życie, z którym można by tworzyć wierzącą, polską rodzinę. Czasami żałuję, że mi się to nie udało. Jednak wiem, że w Kościele mam swoje miejsce. Podoba mi się mimo wszystko, że Kościół mówi o wartości małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny i zachęca do życia w zgodzie z wartościami takimi jak wierność i lojalność. Dzisiaj młodzi zbyt łatwo decydują się na rozstanie albo w ogóle nie chcą brać ślubów – uważają, że nie jest im potrzebny. A to nie jest prawdą. Chciałabym, żeby moi synowie założyli rodziny takie, jakie się Panu Bogu podobają. Mam nadzieję, że będą dobrymi mężami i ojcami. Ja nie planuję już się z nikim wiązać. Chcę być wierna nauczaniu Kościoła. Mam za to przyjaciół i znajomych – we wspólnocie parafialnej nie jestem jedyną osobą, której małżeństwo się posypało albo której się w małżeństwie nie układa. Modlimy się razem z tymi osobami i wspieramy. Poza tym – za stara jestem na chłopów.

***

Rozwód, niezależnie od jego przyczyny, niemal zawsze bywa przeżywany jako strata i koniec pewnego etapu w życiu. Z psychologicznego punktu widzenia po zakończeniu związku często mamy do czynienia z procesem, który przypomina żałobę – w pewnym sensie współmałżonek „umiera” jako towarzysz naszej codzienności. Religijność może być w takiej sytuacji zasobem – jednak spotkanie z mało empatycznymi, negatywnie nastawionymi duchownymi i innymi członkami Kościoła może u osób rozwiedzionych wywoływać poczucie wykluczenia i samotności. Życzyłabym więc wszystkim katolikom z doświadczeniem rozwodu, aby Kościół nie postrzegał ich w sposób stereotypowy – i potrafił być dla nich naprawdę troskliwym towarzyszem.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×