Z Romą Haydą rozmawia Ernest Małkiewicz.
Przybyłaś do Stanów Zjednoczonych jako uchodźczyni. Jak i kiedy to się stało?
Pozwól, że zacznę od krótkiego wprowadzenia. Bywa, że nauka Kościoła nie wynika z Ewangelii, a jest tylko jej błędną interpretacją. Nie jest najważniejsze, kto do jakiego Kościoła należy, a co wyznaje.
Mój ojciec, Jaroslaw Kniahynyckyj, był grekokatolickim księdzem. Z tego powodu został też więźniem obozu w Berezie Kartuskiej. Aresztowano go, ponieważ uczył religii w szkole. Ktoś oskarżył go, że namawia rzymskich katolików do konwersji. Znalazł się w obozie, a wcześniej przemaszerował przez miasto. We wrześniu 1939, kiedy naziści otworzyli bramy, ojciec wyszedł już na czworakach. Był tak wycieńczony, że nie mógł chodzić. Zemdlał i wpadł do rowu. Wyciągnęła go stamtąd rzymskokatolicka chłopka. Wzięła go do domu i dzięki niej wydobrzał. Karmiła go, dbała o niego. Kiedy tylko mógł wstać z łóżka, pojechał zarobić na ubranie. W 1941 znalazł się znów w Ukrainie, skierowano go do parafii w Bereżanach, a później do Kotowa. Dwóch moich braci zostało w gimnazjum w Bereżanach, a nas odwiedzali tylko w soboty i niedziele.
Wiosną 1944 znów nadeszli naziści. Przekonywali uczniów, żeby poszli z nimi. Zapewniali chłopców i dziewczęta, że skończą gimnazja, dostaną się na uniwersytety, zdobędą dobre wykształcenie. Bracia przepadli. Ojciec przez dwa tygodnie szukał ich po okolicznych wioskach i miastach na rowerze, ale nic to nie dało.
Czy to wtedy postanowiliście wyjechać?
Tak. Ojciec poszedł do metropolity Andrzeja Szeptyckiego, którego poprosił o pozwolenie na opuszczenie Ukrainy. A biskup zapytał go: „synu, co ci mówi sumienie?”. Ojciec odpowiedział: „razem z synami byli też inni moi podopieczni. Chciałbym być tak blisko nich, jak tylko będę w stanie”. W ten sposób dostaliśmy pozwolenie na wyjazd.
Z zachodniej Ukrainy do granicy austriackiej podróżowaliśmy przez kilka miesięcy, może cztery, może sześć. Pociągi wojskowe miały pierwszeństwo nad cywilnymi. Jechaliśmy wagonami dla towariw. Byłam tam najmłodsza. Ojciec z moim trzecim bratem wychodził do miasta po jedzenie – mleko, warzywa, owoce. Raz prawie nie zdążyli na odjeżdżający pociąg. Nigdy nie było wiadomo, jak daleko zajedziemy.
Wreszcie dotarliśmy do Austrii. Oczywiście zaczęło się od fumigacji. Dla mojej matki było to szczególnie zawstydzające, bo musieliśmy rozebrać się do naga. To było ważne doświadczenie. Bez względu na to, gdzie jesteś i co dzieje się dookoła, musisz sprostać wyzwaniu najlepiej, jak potrafisz. Musisz zachować ludzką godność, nawet kiedy ktoś cię nie szanuje.
W niektórych wioskach byliśmy po dwa dni, w innych pięć, w innych dwa tygodnie. Tak zaczęłam pierwszą klasę.
W Austrii?
W austriackich bunkrach. Heil Hitler, Deutschland über alles i tak dalej. Ojciec we wszystkich odwiedzanych przez nas miastach i wioskach prezentował w kościołach swoje dokumenty, żeby móc sprawować posługę. W Grazu arcybiskup przydzielił mu funkcję kapelana włoskich jeńców wojennych, niemieckich i austriackich więźniów politycznych oraz, oczywiście, uchodźców, choć nie było o tym mowy wprost. Ledwo go wówczas widywałam. Rano zaczynał pracę, późnym wieczorem wracał do domu i szedł spać.
Wysłał mnie do szkoły. Kazał mi uważać, którym tramwajem jadę, gdzie wsiadam, przesiadam się, wysiadam. Pewnego ranka po nocnym bombardowaniu wagon był przepełniony – wszyscy robotnicy z porannej zmiany jechali do pracy trochę później. Ledwo dostałam się do środka, a potem nie mogłam wysiąść na moim przystanku. Znalazłam się na ogromnym skrzyżowaniu, trzy pasy w jedną stronę, trzy w drugą, dwie trakcje torów tramwajowych. Przeszłam przez ulicę i zaczęłam się rozglądać za czymkolwiek znajomym. Chodziłam w tę i z powrotem, raz i drugi, na wypadek, gdybym coś przeoczyła. Wreszcie znalazłam się na przystanku, na którym wysiadłam. Była tam wielka piekarnia z kajzerkami i preclami. W miejscu, gdzie kończyła się witryna, oparłam się o ścianę i zaczęłam płakać.
Nie chciałam, żeby ktoś widział mnie w rozpaczy. Płakałam bardzo cicho, żeby nikt nie usłyszał. Podeszła do mnie staruszka, położyła mi rękę na ramieniu i zapytała: „dlaczego płaczesz?”.
„Powinnam być w szkole, a nie wiem, gdzie jestem. Jestem w obcym kraju. Nie wiem, czy moi rodzice jeszcze kiedyś mnie zobaczą. Nie wiem, co powiedzieć, jak ich znaleźć”.
A ona na to: „nie martw się, zabiorę cię tam”. Przestałam płakać.
Opowiadam ci o tym, żeby pokazać, jak bardzo ważna jest szlachetność pojedynczego człowieka. Nie jest ważne jego pochodzenie ani wiara, którą wyznaje. Ważne jest to, na czym zbudowane jest jego życie. Jestem za to na zawsze wdzięczna. Tyle tytułem wstępu.
Zgadzam się. Jedna osoba, która nie mija obojętnie dziecka płaczącego na ulicy, to już bardzo dużo. Czasem wystarczająco dużo. Potem znalazłaś się w Stanach?
Tak, ale nie od razu. Do obozu dla osób przemieszczonych w Ellwangen trafiliśmy dopiero w 1947. Zaraz po zakończeniu wojny Sowieci zażądali, żeby wszyscy urodzeni na obszarze aktualnych republik radzieckich tam wrócili.
Wylądowaliście w ZSRR?
Nie. Ale dlatego właśnie ojciec zwlekał z umieszczeniem nas w obozie dla przemieszczonych aż do 1947, kiedy to przestano odsyłać ludzi do ZSRR. Ojciec został proboszczem, potem ubiegał się dla nas o pobyt w Stanach. Okazało się, że żonaci księża nie byli mile widziani. Chyba że zrezygnowali z urzędu. Dla mojego ojca to była obraza. W lutym 1949 napisał list do Ojca Świętego. Mam kopie tego listu. Nigdy nie dostał odpowiedzi.
Tylko „najważniejsi” mogą pisać listy do papieża.
Tak. Na szczęście jego najmłodszy brat dotarł do Stanów Zjednoczonych pierwszy. Złożył na miejscu oświadczenie i pomógł nam z wnioskiem. Stawaliśmy przed różnymi komisjami, wzywano nas do Monachium i do Bremy. W końcu wsiedliśmy na statek do Nowego Jorku. Tak wyglądała nasza uchodźcza podróż.
Dla moich rodziców Stany okazały się kompletnym kulturowym szokiem. Nie mogli zrozumieć tego świata. Zamieszkaliśmy w Hamtramck, w aglomeracji Detroit. Swoją drogą, to było polskie miasto. Żyli tam przedstawiciele innych narodowości, ale nieliczni. Zbierali się także Ukraińcy.
To musiała być dla was sytuacja nowa także w kontekście duchowym.
Mieliśmy dobrych księży, w tym ojca Stephena Knappa. Kiedy przyszło do zmiany ze starego kalendarza na nowy, wezwał wszystkich księży żyjących w okolicy. Część z nich pracowała w ramach parafii, część – podobnie jak mój ojciec – nie. Knapp wyjaśnił wszystkim znaczenie zmiany kalendarza. Nie chodziło o transformację naszych zwyczajów, ceremonii czy samego Kościoła. Ważne było, żeby umożliwić ludziom udział w świętowaniu Bożego Narodzenia, Wielkanocy i innych uroczystości. Dzięki niemu zmiana przeszła gładko.
Jednak w parafiach, gdzie ksiądz lub biskup mieli pierwsze i ostatnie słowo, nowy kalendarz został narzucony. Miał miejsce konflikt, kryzys sumienia wśród księży. Kiedy są wyświęcani, skladajut’ prysjahu na Pismo Święte i na papieża w Rzymie. Brakowało zrozumienia, że każdy z Kościołów wschodnich ma swoją własną eklezjologię i prawo kanoniczne. Raczej próbowano podporządkować wszystko prawu Kościoła rzymskiego. Ten konflikt skutkował podziałami we wspólnocie.
Bardzo trudno było je rozwiązać. Wiem, przez co przechodzili ludzie, którzy próbowali sobie z tym poradzić – nie chodziło o lojalność do osoby, chodziło o lojalność względem Chrystusa. Na tej żywej wierze jest oparta komunia Kościołów. Trudno było zarówno sprzeciwiać się, jak i zwyczajnie podążać za propozycjami metropolity Josyfa Slipego. Trzeba było to rozsądzić we własnym sumieniu.
Sama miałam ten problem. Przede wszystkim dlatego, że byłam córką księdza. Poza tym, chodziłam do katolickich szkół. Przez semestr studiowałem Stary Testament, przez semestr Nowy Testament, historię Kościoła, apologetykę. To ostatnie szczególnie zaskoczyło mojego ojca. A w całej historii Kościoła ani razu nie wspomniano o jakiejkolwiek tradycji wschodniej. Ani razu. Ale to były lata 50., przed Soborem Watykańskim.
Nie odbywało się wtedy zbyt wiele działań ekumenicznych.
Nie. Tylko Kościół rzymski był postrzegany jako ten prawdziwy, jedyny. A przecież Chrystus nie ustanowił ani Kościoła bizantyńskiego, ani koptyjskiego, ani rzymskiego, ani dalekich Kościołów wschodnich z Malabaru czy Malankary.
Musiałam się bronić, bo Kościół rzymskokatolicki działał pod wpływem pewnej konkretnej idei, wywodzącej się przede wszystkim z Irlandii, gdzie wierni musieli przetrwać napór protestantów. Bronili się skutecznie. Ale na katolickim uniwersytecie tym razem ja musiałam wytrwać pod naciskiem – tłumaczyć, że jestem prawowitą córką prawowicie żonatego mężczyzny i wyświęconego księdza.
Jak w latach 50. i 60. działała ukraińska diaspora?
Duże zasługi mają wcześniejsi imigranci. Wielu z nich nie umiało czytać i pisać. Ewangelizację ludów w Kościele kijowskim prowadzono za pomocą inkulturacji, w którą wpisana była teologia uczty, a następnie przyswojenia tej uczty – internalizacji świętych dni czy przeszłości. Wiązało się to też z folklorem. Jeden z teologów nazywa te uczty wydarzeniem quasi-liturgicznym. W polskim Kościele taki element słowiański też funkcjonuje. Święcicie pokarmy.
My na wigilię podajemy trzywarstwowe kolaczi, które pokazują, że cała Trójca miała swój udział we wcieleniu Chrystusa. W niektórych częściach Ukrainy je się pojedyncze kolaczi z jedną świeczką, która symbolizuje jedynego Boga. Pod obrusem kładziemy siano. W dawnych czasach kładło się je pod stołem. Z całą ucztą związana była symbolika, którą ludzie rozumieli. Był też pocałunek pokoju. To trochę więcej niż uścisk dłoni w kościele.
Swojego dziecka nie całuje się z pasją, ale jednak z miłością. Podobnie męża, kiedy zraniło się jego uczucia, kiedy chcę poprosić o wybaczenie. To tak naprawdę pogodzenie się z naszym człowieczeństwem, z tym, że pewne rzeczy robimy po prostu dlatego, że jesteśmy jacy jesteśmy, a nie po to, by kogoś zranić. Zanim więc usiądziemy, modlimy się, a potem przekazujemy sobie dookoła stołu ten pocałunek pokoju, zaczynając od najstarszych gospodarzy, rodziców czy dziadków. Dotyczy to też zaproszonych gości spoza rodziny.
To sytuacja podobna do tej, kiedy twój sześcioletni syn pięknie zaśpiewał w kościele, więc przytulasz go i całujesz. To ciepło jest tak naprawdę intymnym uznaniem kogoś jako osoby – i zachętą do rozwoju.
To coś bardzo ważnego i – pewnie szczególnie w tamtych czasach – nieoczywistego. Choć dzisiaj pewnie to samo wyrazilibyśmy inaczej.
Ten rodzaj inkulturacji był niemożliwy do przecenienia. A jednak został potępiony jako filetyzm, czyli stawianie tego, co narodowe, ponad Chrystusem. Teologowie nie podejmowali się wyjaśnienia, co tak naprawdę znaczą te duchowe tradycje.
Sama musiałam zrozumieć, kim byłam. Na uniwersytecie musiałam bronić faktu, że jestem prawowitym dzieckiem. Mam kochających rodziców, a moja duchowość opiera się na czymś innym – i musiałam to zbadać.
Wiesz, całe życie jesteśmy w procesie rozwoju, niezależnie od wieku. A ja wciąż z radością się uczę i wciąż wiele nauki przede mną. Myślę, że to Bóg dał nam radość życia. Ale jak każda radość, ma swoje górki i dołki. To nie jest chichot, to myr i blahodat’. Wewnętrzny pokój i łaska. To nie coś, co powinniśmy brać za oczywistość. To coś, co pozwala ci trwać, mieć tę joie de vivre, choć nie we francuskim stylu. Chodzi raczej o radość z tego, kim się jest, kogo ma się obok i czasów, w których się żyje – oraz z drogi naprzód.
Wspomniałaś, że ukraińska emigracja w Stanach była wspólnotą, choć nie bardzo zorganizowaną. Jak udawało się zapewnić jej trwanie?
Byli tacy, którzy uczyli nas katechizmu w tradycji łacińskiej, którzy mówili, że nieważne, czy jesteśmy katolikami rzymskimi czy greckimi. Pytanie, jak rozumiemy naszą wiarę. Ale ponieważ oni sami byli wykształceni w teologii rzymskiej, nie rozumieli tej, która jest podstawą naszej liturgii i życia modlitewnego. Ponieważ „nie miało to znaczenia” wielu młodych, którzy brali śluby z rzymskimi katolikami, nigdy nie wracało do naszej wspólnoty. A byliśmy mniejszością.
Były też inne ścieżki. Presja przeciwko żonatym księżom była duża szczególnie przed wojną. Ze względu na nią oraz na fakt, że Kościół rzymskokatolicki w Stanach odmawiał uznania odmiennej tradycji, wielu przeszło na prawosławie. Kiedyś nawet carowie wydawali ogromne sumy, żeby wysyłać swój kler do Ameryki. Podstawą Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej w USA stali się więc galicyjscy Ukraińcy z Zakarpacia, Bojkowie, Łemkowie. Z tego powodu w naszym Kościele doszło do podziałów, a niektórzy pozostali poza jakimkolwiek wyznaniem.
Nieumiejętność Kościoła do wyjaśnienia naszego opartego na rytuałach życia modlitewnego doprowadziła do obojętności niektórych. W naszej fali imigracji, po II wojnie światowej, niektórzy byli pod wielkim wpływem ciągłości, którą Mychajło Hruszewski wywodził od czasów przedchrześcijańskich. Poczuli związek z własną kulturą i tradycją.
To także ciekawe kwestia. Czy wcześni imigranci mieli w ogóle świadomość narodową?
Mieli, przynajmniej w czasach międzywojennych. Tradycje duchowe wiązali z narodowymi. W tym miejscu Kościół poprzez swoje niezrozumienie inkulturacji wsparł jednak sekularyzację tych praktyk.
Czy funkcjonowały jakieś organizacje, który próbowały angażować się politycznie w Stanach albo walczyć ze Związkiem Radzieckim na tym polu?
Bardziej polityczna była społeczność, która przybyła do Stanów po II wojnie. Moje pokolenie nie miało właściwego zrozumienia dla naszego duchowego dziedzictwa – bo uczono nas z katechizmu rzymskiego. Było też zniechęcone przez to, jak traktowany był metropolita Josyf Slipyj. To nie była ogromna imigracja, ale istotna. Dziś w Kościele pozostało nas mniej niż 24 procent.
Jaki wpływ miała sprawa metropolity?
Podam przykład. Watykan oczywiście powinien mieć swoich nuncjuszy i przedstawicieli. Uważam natomiast, że istnieje wyraźna granica, kiedy ci przedstawiciele powinni działać w imieniu Kościoła w zgodzie z Ewangelią, a nie polityczną korzyścią. A czasem bywało przeciwnie, jak właśnie w czasach Slipego, kiedy bardzo chcieli zadowolić Rosyjską Cerkiew Prawosławną. Mieli nadzieję na postęp ekumenizmu, ograniczyli więc działalność metropolity. W 1976 przebywał w areszcie domowym. W Filadelfii odbywał się kongres eucharystyczny, a on nie mógł na niego przyjechać. Nie do pomyślenia.
Tymczasem część naszego Kościoła była w tej kwestii wierna papieżowi, zamiast gotowemu do ogłoszenia patriarchą Slipemu. Watykan dopuścił go tylko do tytułu arcybiskupa większego, a to jednak nie to samo. Akceptował tytułowanie go patriarchą, ponieważ kijowski Kościół podejmował starania o patriarchat od soboru florenckiego, czyli od XIV wieku, przez unię brzeską po czasy metropolity Andrzeja Szeptyckiego, który skierował się ku teologii bizantyjskiej.
Dla grekokatolików to kolejna ważna postać.
To był niesamowity człowiek. Jestem przekonana o jego świętości. Żył swoją wiarą. Podczas I wojny światowej został uwięziony przez Rosjan rzekomo za próby nawracania prawosławnych, a jednak kiedy podczas II wojny bolszewicy szli w stronę Lwowa, przyjął do swojego domu uciekającego przed komunistami prawosławnego biskupa. Wypowiadał się w obronie Żydów, próbował dogadać się z Watykanem i polskimi hierarchami – bezskutecznie. Potem liczył na to, że ponieważ Niemcy mają długą historię związków z katolicyzmem, być może uda mu się porozumieć z Hitlerem. Napisał nawet do niego list.
Który dzisiaj bywa wyciągany jako argument przeciwko Szeptyckiemu, rzekomo sprzyjającemu III Rzeszy.
To sowiecka propaganda. W tym okresie próbował dyplomacji publicznej. Równolegle wydał swoim parafiom i zakonom instrukcję, by przyjmowały żydowskie dzieci – nie po to, by je ochrzcić, ale by je ochronić. Jasno mówił: nie zabijaj.
Nie powinniśmy oceniać go tak łatwo. Musimy zrozumieć kontekst epoki, to, jak hierarchowie pojmowali swoją funkcję. Choć faktem jest, że nie ma ludzi nieomylnych. To niemądre, by w ogóle tego oczekiwać. Jednak kiedy pomyślę o tej chłopce, która uratowała mojego ojca…
To wręcz biblijna przypowieść.
Tak. Musimy to przyjąć i docenić. Stąd powinniśmy brać przykład.
Czy ukraińska społeczność w USA miała jakieś kontakty z Ukrainą w czasach radzieckich?
Wtedy to było niemożliwe.
A po 1991? Nagle nastąpiła zmiana?
To był proces, pamiętaj. Związek Radziecki dekonstruował społeczeństwo na każdym poziomie – zaczynając od rodziny i najbliższej wspólnoty, nie mówiąc już o Kościele. Nie tylko język był zakazany, ale też pamięć. Jeśli mój dziadek był wysłany na Syberię, nie mogłam opowiadać o tym dzieciom czy wnukom. A pierwszy list, jaki otrzymaliśmy od mojego brata, był właśnie z Syberii. Podróżował ponad rok. Najpierw dotarł do Ukrainy, potem do Polski, z powrotem do Ukrainy i znów do Polski. Dotarł do nas wreszcie w Detroit w 1958.
Przez tych kilkanaście lat nie mieliście kontaktu?
Żadnego. Ojciec nie miał pojęcia, gdzie brat jest, mimo że próbował się tego dowiedzieć przez Czerwony Krzyż i inne instytucje.
Jak w takim razie działaliście na miejscu?
Byłam zaangażowana w ruch na rzecz ochrony praw człowieka w Greater Bridgeport. To była koalicja na rzecz wolności członków Komitetu Helsińskiego. Diecezję katolicką reprezentował Edward Kirchner. Był rektor Uniwersytetu Sacred Heart, dr Thomas Mulledy, była reprezentacja litewska, węgierska, żydowska i polska. Mnie poproszono o reprezentowanie społeczności ukraińskiej.
Kiedy wybrano mnie na prezeskę tej koalicji, zaproponowałam, żebyśmy zgłosili do Pokojowej Nagrody Nobla członków Komitetów Helsińskich z krajów Związku Radzieckiego – Gruzji, Armenii, Ukrainy, Rosji, Litwy. Poprosiłam prawnika o przygotowanie odpowiedniego dokumentu i zaczęliśmy zbierać podpisy. Poparli nas rektor Uniwersytetu Notre Dame, bardzo szanowany także poza wspólnotą katolicką, Jonas Salk, który wynalazł szczepionkę przeciw polio, pisarz-noblista Saul Bellow i wielu innych – literatów, akademików, polityków. Odpowiedź była bardzo pozytywna. I wtedy spadła bomba.
Nie udało się doprowadzić sprawy do końca?
Sowieccy agenci zaczęli oskarżać Szeptyckiego o antysemityzm. Twierdzili też, że wszyscy Ukraińcy mają antysemityzm w genach. W niedzielnym programie „60 Minutes” pokazano film, który prezentował działalność ukraińskich harcerzy w Stanach jako militarną indoktrynację. Protestowaliśmy przeciwko temu. Komitet jednak uznał, że nie może dalej z nami współpracować, ponieważ jesteśmy antysemitami.
Zostałam wezwana na spotkanie, gdzie przypomniałam o nazistowskich zbrodniach. Członkowie mojej rodziny byli porywani i mordowani – w Stanisławowie, w Kołomyi. Mówiłam też, że Szeptycki przypominał wyraźnie o przykazaniu „nie zabijaj” – ale Szeptycki przecież rzekomo święcił noże i tak dalej.
Sytuacja była przegrana. Nie mogliśmy wysłać niepodpisanego przez koalicję dokumentu. Nie mogłam też zrobić tego sama. Potem przez dwadzieścia lat pracowałam jako katechetka, taka była potrzeba. Czułam, że muszę starać się jak najbardziej tam, gdzie mogę. Ale musiałam także być matką, żoną i po prostu czułą osobą.
Działałaś także w Ukraińskim Towarzystwie Patriarchalnym.
Musieliśmy podjąć się zadania scalenia tego Kościoła. To był powolny proces. Skupienie uwagi na misji Josyfa Slipego było naprawdę trudnym zadaniem. Przyjął wezwanie podniesienia Kościoła unickiego do rangi patriarchatu – najwyższej możliwej – w pewnym sensie od końca, nie od początku. Jego Kościół, księża i biskupi nie mieli zrozumienia dla teologii, która stanowi podstawę naszego życia liturgią. Ale miał odwagę. I za to go podziwiam. Ojca Świętego zawsze traktował z wielkim szacunkiem. Podobnie koncepcję komunii Kościołów. A jednak konsekwentnie trwał przy swoim stanowisku, a to duże wyzwanie.
Otrzymał tytuł kardynała, ale nie po to, żeby dać się uciszyć. To nie był lizak dla dziecka ani zabawka. Papież jest patriarchą Kościoła rzymskiego. Powinno być tak, że wszyscy patriarchowie zbierają się i wybierają swojego zwierzchnika. Historia Kościoła potoczyła się jednak inaczej. Spójrzmy choćby na krucjaty. Kiedy uczyłam się o nich w ramach zajęć z historii Kościoła katolickiego, chwalono gorliwość, z jaką ówcześni starali się odzyskać ziemię, po której chodził Chrystus. Ale czy Jezus kiedykolwiek nakazał swoim apostołom walczyć z tymi, którzy chcieli go ukrzyżować?
Wręcz przeciwnie.
Właśnie. Warto też pamiętać, że prowadził teologiczne debaty zarówno z mężczyznami, jak i z kobietami: z Marią, siostrą Marty, z Samarytanką. Postawił nam za wzór dobrego Samarytanina, a Samarytanie, jak wiemy, byli w ówczesnym Izraelu izolowani i pogardzani.
A jak zaczęło się twoje zaangażowanie?
Powiem po ukraińsku, bo nie znam angielskiego odpowiednika: na bezrybju rak ryba. W naszej tradycji zdecydowanie istnieje nierówność. Panowało przekonanie, że zrobią mnie przewodniczącą Towarzystwa, ale będą mówić mi, co mam robić. Uszanowałam to. Pytałam o radę, kiedy tego potrzebowałem. Ale w tamtym momencie widziałam dużą trudność w znalezieniu ludzi, którzy naprawdę żyli we wspólnocie Kościoła, przeżywali swoją wiarę i byli gotowi by ją pogłębiać – a nie tylko odhaczali msze, posty i modlitwy. A ja czułam, że musimy wzrastać. To był mój obowiązek, żeby pomyśleć o przyszłości. W 1985 roku, kiedy spotkaliśmy się w gronie wszystkich Patriarchalnych Towarzystw świata, Bohdan Lonczyna i Roman Danilewicz poprosili mnie, żebym odbudowała Obnowę w Stanach Zjednoczonych.
Czyli?
Towarzystwo Ukraińskich Studentów-Katolików Obnowa. Powstała w związku z szerszą Akcją Katolicką w 1930 we Lwowie, działała także w Stanach i Kanadzie.
Jednak w tym czasie miałam setki innych zobowiązań – wobec mojej rodziny, parafii, gdzie prowadziłam katechezę, pracowałam. Nie dało się tego pogodzić, ale widziałam, że problem nadchodzi. Uznałam, że to niezwykle ważne, napisałam więc list do ówczesnego archimandryty i uzyskałam od niego instrukcje. Obnowa musi współpracować z klerem i hierarchią kościelną, pisał, ale nie może dać im ostatniego słowa w kwestii swoich działań. Musi nauczyć się odpowiedzialności za to, co robi. To nie było łatwe zadanie, sama nigdy nie byłam obnowianką.
Jakie trudności napotykałaś?
Już wcześniej było ich wiele. Na przykład w 1976 w Niedzielę bludnoho syna usłyszeliśmy z ambony napomnienie. Ksiądz powiedział, że bludny syn w Rzymie powinien wrócić do domu. Mówił o Slipym! Nie do naszego Kościoła, ale do Rzymu i Kościoła rzymskiego. Widzisz więc, jaki wpływ miała ta prysjaha. Były też inne, podobne głosy. Musiałam na nie reagować, mówić, że patriarcha jest już w podeszłym wieku, przebywa w areszcie domowym. W odpowiedzi słyszałam, że ludzie przebywający w więzieniu znajdują się tam zwykle z jakiegoś powodu. Wiesz, jakie to było zniechęcające?
Jednak każdy kryzys jest też szansą. Wtedy trzeba podjąć zadanie i zaproponować coś nowego. Uzdrowienie Kościoła od wewnątrz było osobnym procesem, ale nie dało się go uniknąć. Po prostu trzeba było to zrobić. Nie mogliśmy w nieskończoność nieść ze sobą naszego bólu i rozczarowania. Na takich rzeczach też musimy budować.
Spróbowałam zebrać ludzi w Stanach, ale okazało się, że jesteśmy zbyt rozproszeni. Obnowa w USA szybko przestała działać, ponieważ biskupi zupełnie nie byli zainteresowani współpracą. Chcieli pełnego posłuszeństwa. A to coś sprzecznego z naturą istoty ludzkiej.
W Stanach się nie udało, odtworzyliście jednak ten ruch w Ukrainie.
Tak. Myślę, że tak się stało, ponieważ to było coś świeżego. Trwał okres przejściowy od zupełnej izolacji z czasów radzieckich i trwania w podziemiu.
Chcę jeszcze zapytać o ukraińską diasporę w Stanach dzisiaj. Czy Ukraińcy w Stanach nie czują się porzuceni przez Donalda Trumpa i Zachód?
Sytuacja jest krytyczna. Są ludzie, nie tylko Amerykanie, ale też Ukraińcy, którzy czują, że w Białym Domu muszą zapanować rządy silnej ręki. A to pasuje do wizerunku Trumpa. Taka jest jedna strona problemu.
Drugą jest kwestia moralna. Kościół wpuścił moralny problem aborcji do polityki. Część kleru zagłosowała na Trumpa z tego powodu. Żaden Kościół nie wyraził jednak stanowiska w sprawie tamtych wyborów – ani nasz, ani rzymskokatolicki.
Mówi się, że zaangażowanie polityczne to nie sprawa Kościoła.
Jeśli angażować się politycznie, to po stronie Ewangelii. Zwolennicy Trumpa twierdzą, że to właśnie za nim stoi moralność Ewangelii. Nieprawda. Żeby podjąć decyzję, trzeba tę moralność rozumieć. Nie wszystkie aborcje są jednoznacznie złe. Znałam kobietę, której płód był pozbawiony mózgu. Nosiłaby w brzuchu martwe dziecko, a miała już czwórkę.
Niektórzy więc poparli Trumpa z powodu aborcji. Kiedy jednak zaczął sprzedawać Biblie, żeby zebrać pieniądze na kampanię, nie powiedzieli nic. I nikt nie pomyślał o aborcjach u kobiet, które on zgwałcił. Prawda jest jednak taka, że jest nadzieja.
Zawsze jest?
Ale nie powinniśmy jej pokładać w rzeczach głupich, a krytycznie ważnych. Wierzę, że każdy kryzys daje nam też szansę. Szansę, którą musimy chwycić, bo inaczej szybko ucieknie.
Dobrze, ale jaką szansę dałoby nam zakończenie wspierania Ukrainy? Nie widzę tu pozytywów.
Wiem, że to bardzo trudne. Musimy rozpoznać kroki, jakie powinniśmy podjąć. A jakie one są? Mogą być rewolucyjne, ale to nie wystarczy. Musimy jeszcze znaleźć środki. Musimy być efektywni. A to wymaga mnóstwa pracy, przemyśliwania, przygotowań, sieciowania. Ale na tę chwilę nie mam innych pomysłów. Sądzę, że musimy zastanowić się, kogo z kim połączyć, co i jak przedstawić, żeby zostało to zrozumiane.
Co więc przed nami?
Nie wiem, ile dni przede mną, ale tematy duchowości, wiary i Kościoła zawsze mnie interesują. Myślę, że Kościół dał godność każdemu z nas. To, jak wcielimy ją w nasze życie, to już nasza odpowiedzialność.
Ernest, nie wierzę w tanie komplementy, bo są podstępne i okrutne. Ale wierzę, że ludzie potrzebują uznania w tym, kim są i co robią. Bo to łaska. To ich talent.
Roma Hayda
urodzona w 1937, absolwentka Fairfield University, graficzka. Honorowa prezeska Federacji Obnova, działaczka grekokatolicka, przez trzy kadencje przewodnicząca Ukrainian Patriarchal Society in the US.
Ernest Małkiewicz

