Nienawiść wynika z politycznych gierek
Z ks. Stefanem Batruchem rozmawia Szymon Turkowski.
Co zmieniło się po lutym 2022?
Polskie parafie stały się wieloetniczne. To nowe doświadczenie dla polskiego społeczeństwa. Od początku okresu powojennego byliśmy przyzwyczajani, że w Polsce mieszkają tylko obywatele z polską tożsamością. Po 1990 roku zaczęliśmy sobie uświadamiać, że są również inne grupy etniczne: Niemcy, Ukraińcy, Białorusini i inni. Natomiast po 2022 roku liczba obywateli ukraińskich wzrosła wielokrotnie. Staliśmy się społeczeństwem o minimum dwóch tradycjach, które są sobie bliskie, ale inaczej przeżywają treści religijne.
Tylko do kwietnia 2022 roku przez Polskę przejechało 5 milionów uchodźców. Czy było to wyzwanie dla parafii grekokatolickich?
Znacznie zwiększyła się liczebność wspólnot. Zwłaszcza w miastach, gdzie łatwiej jest znaleźć pracę. Jeżeli przed wojną mieliśmy cztery chrzty rocznie, to po lutym 2022 roku tych chrztów jest czterdzieści. Podobnie ze ślubami, kiedyś były trzy na rok, teraz jest ich około dwudziestu.
Ludzie nie mieszczą się w kościele?
Nie. Jeżeli kiedyś wystarczała jedna liturgia niedzielna, teraz musimy mieć trzy lub więcej. Wszystko zależy od rynku pracy. Ludzie chcą pracować.
Wystarczy księży?
Razem z przyjezdnymi pojawiają się nowi duchowni. Księża w Ukrainie mają świadomość, że uchodźcy będą ich potrzebowali, dlatego zgłaszają się do pracy w nowych miejscach. Lepiej rozumieją ich potrzeby i łatwiej im się komunikować. To ułatwia współpracę.
Dochodziło do nieporozumień lub spięć między grekokatolikami różnych narodowości?
Nie chodzi o spięcia, ale często uchodźcy to osoby zalęknione. Księża ukraińscy często zachęcają ich do głębszego udziału w społeczności, polityce, życiu religijnym i społecznym. Z drugiej strony współpraca duchownych i obecność osób z zagranicy przyzwyczaja Polaków do wieloetniczności. Na przykład oswaja z obcym językiem, który obecny jest w kościele, ale także w autobusie lub w domu kultury. Grekokatolicy często korzystają z gościnności parafii rzymskokatolickich i to też wymaga oswojenia z odmiennymi tradycjami. Na przykład z tym, że grekokatoliccy duchowni mogą mieć rodziny. Dla niektórych może wydawać się to dziwne lub nawet nienaturalne. Muszą do tego przywyknąć.
Coś jeszcze różni katolików ze wschodu i zachodu?
Śpiew liturgiczny! Tradycja zachodnia posiada organy, które są bardzo cenne, ale sprawiają też, że wierni stają się obserwatorami spektaklu. W kościołach prawosławnych nie ma organów, wszyscy śpiewają a capella. To ważna forma modlitwy, która angażuje całą wspólnotę.
„Uczycie nas prymatu Boga i poczucia tajemnicy” – to słowa Leona XIV skierowane do Kościołów wschodnich. Co papież miał na myśli?
W ostatnich latach rośnie popularność warsztatów ikonopisarskich, które nie były dość popularne w kulturze zachodu. To też jest pewna wrażliwość na sztukę sakralną, na estetykę, na wystrój. One też są ważne. Tak przynajmniej uważa tradycja wschodnia.
Czego jeszcze moglibyśmy się od obrządku wschodniego nauczyć?
Celebrowania chrześcijańskiej ekologii. W Polsce 6 stycznia obchodzi się Trzech Króli. W tradycji wschodniej to święto jest powiązane z Objawieniem Pańskim i chrztem. To dzień, w którym procesje zmierzają nad rzekę, żeby poświęcić wodę. Można na to patrzeć z perspektywy ekologicznej. Czysta woda od zawsze była, jest i będzie kluczowa dla istnienia ludzkości. Teologia jasno mówi, że środowisko jest darem, którego nie mamy prawa niszczyć. Procesje nad rzekę powoli wracają do Polski, zwłaszcza na wschodzie.
Czy u księdza w parafii po 2022 roku zmieniło się przeżywanie Wielkanocy?
Zmartwychwstanie jest powiązane z cierpieniem, z utratą tego, co zostało wypracowane przez lata. To jest niepewność o dzień jutrzejszy. Trudno nie wpaść w zwątpienie i znużenie. Wielkanoc, wraz z wiosennym przebudzeniem, może w tym pomóc.
Jak się ksiądz zapatruje na pierwsze wspólne święta?
To ważne ze względów praktycznych. Żyjemy w konkretnym kontekście, święta to także logo w mediach i promocje w marketach. Dzieci i młodzież mają dni wolne od zajęć. Później byłoby to znacznie ciężej organizować. Zmiana kalendarza jest bardzo pomocna.
To też pewnie zbliżenie obrządków. Rzymscy katolicy zrobili wystarczająco po 2022 roku?
Ponad oczekiwania. Zaskoczyli swoją wrażliwością, bezinteresownym podejściem. Wydaje mi się, że to jest prawdziwa twarz polskiego katolicyzmu. Ważne doświadczenie, które mówi o tym, że w sytuacjach ekstremalnych potrafimy być razem. Nienawiść wynika tylko i wyłącznie z politycznych gierek. To, że niektórzy się temu poddają, to inna sprawa.
Mimo wszystko w okolicznościach uchodźctwa pewnie łatwo jest utracić nadzieję.
Trzeba jej bronić z całych sił. Uchodźcy mają świadomość, że jeżeli ulegną, stracą nadzieje, to przestaną istnieć w sensie fizycznym i duchowym. To ostatnia deska ratunku.
Najważniejsze to być blisko
Z ks. Jurijem Atamaniukiem rozmawia Szymon Turkowski.
Co się zmieniło po lutym 2022?
Jest więcej wiernych. Jak trwoga to do Boga. Ludzie po przyjeździe poszukiwali cerkwi. Doszło do tego, że tworzymy nową parafię.
Ludzie nie mieścili się w kościele?
Można tak powiedzieć. Napływ parafian był ogromny. Przed wybuchem wojny w niedzielę odprawialiśmy trzy msze. Po wybuchu wojny – pięć. A teraz otwieramy nową parafię w Krakowie na Czyżynach, żeby nie wszyscy musieli dojeżdżać do centrum. Cerkiew musi być blisko.
Jakie znaczenie cerkiew ma dla uchodźców?
Ogromne! To pierwsze miejsce, gdzie można się udać, żeby znaleźć swoich. Przed wojną, kiedy ludzie przyjeżdżali tutaj, żeby pracować, sprawa wyglądała inaczej. Wiedzieli, czego mogą się spodziewać. W lutym 2022 miliony ludzi opuściło swoje domy wbrew woli, bez pewności co będzie jutro. Przychodzą do nas zarówno wierzący, jak i niewierzący. Ludzie szukają pomocy, wspólnoty i nadziei. To już tradycja. Kiedyś nie było psychologa, ale była cerkiew.
Myśli ksiądz, że nowi wierni wpłynęli jakoś na krajobraz wyznaniowy Polski?
Myślę, że nie. Polska to wciąż stosunkowo religijny kraj. Wierzący uchodźcy stanowią niewielki odsetek wiernych. Poza tym chrześcijanie wschodni i zachodni są do siebie zbyt podobni, żeby można było mówić o dużych zmianach. Może tyle, że częściej razem się modlimy.
Poza wspólną modlitwą, jak wyglądały relacje między Kościołem rzymskokatolickim i greckokatolickim?
Polski Kościół zrobił dla nas bardzo dużo. Co najważniejsze – udostępnił miejsce do odprawiania eucharystii. Wiadomo, były pojedyncze przypadki, kiedy ktoś nie chciał, żeby grekokatolicy odprawiali mszę w ich kościele, ale to margines. W większości przypadków spotykamy się z wielką serdecznością. Odwdzięczamy się, kiedy możemy. Wielu z nas jest birytualistami, to znaczy, że możemy sprawować sakramenty w dwóch obrządkach. Ja na przykład spowiadam Polaków.
Czy uchodźctwo wpływa na przeżywanie Zmartwychwstania Chrystusa?
Na pewno, bo ludzie tęsknią za domem. Jeśli ktoś ma tutaj rodzinę, to pół biedy, ale jeśli ktoś jest sam, to tych świąt tak bardzo nie czuć. Na zachodzie Ukrainy bardzo hucznie obchodzi się Wielkanoc. Świętowanie trwa kilka dni. To okazja do wielu spotkań towarzyskich, a tu często nie ma z kim.
No właśnie, jak sobie z tym radzić i skąd brać nadzieję?
Trudno powiedzieć. Oczywiście, wspólnota parafialna i zmartwychwstanie mogą dawać nadzieję, ale trzeba też pokładać nadzieję w sprawach doczesnych. Dużo ludzi wróciło do Ukrainy lub pojechało na zachód. Ci, którzy zostali, powoli przyzwyczajają się do życia w Polsce. Pogodzili się, że to na razie jest ich dom. Ważniejsza od samej nadziei jest siła, żeby móc normalnie żyć. Podczas świąt staramy się nie rozmawiać o wojnie. Spotykamy się, przynosimy słodycze i śpiewamy piosenki. Niewierzący też przychodzą, bo razem jest weselej.
A ksiądz jak sobie z tym radzi?
Kiedyś w Wigilię szedłem krakowskim rynkiem. Siedział tam akordeonista, który grał piosenki na zamówienie. Wrzuciłem mu parę złotych i poprosiłem, żeby zagrał ukraińską kolędę „Bóg przedwieczny narodził się”. On grał, a ja płakałem i płakałem, bo pomyślałem, że u mnie w mieście chodziło się od domu do domu, też się śpiewało i bardzo za tym tęsknię. Takie życie, Moją misją jest bycie tutaj z moimi parafianami. Nawet jeśli jest mi ciężko to trudno, wszystkim jest ciężko. Moją rolą jest wsparcie. Dużo nadziei daje mi Wielkanoc. Bez Zmartwychwstania wszystko jest marne.
A co, jeśli Chrystus nie zmartwychwstał?
Wiara w Zmartwychwstanie to indywidualna sprawa, ale ja nie widzę bez niego nadziei. Przed pełnoskalową inwazją byłem kapelanem wojskowym. Pełniłem posługę na froncie, ale jeździłem też po szpitalach. One przerażały mnie najbardziej. W okopach jest adrenalina, ale to dopiero w szpitalu widać skutki wojny.
Na wojnie obchodzi się Wielkanoc?
Na wojnie każdy zajmuje się własnymi sprawami, ale jakaś pamięć jest. Dla chłopaków ważne było, że wieś złożyła się na koszyk kiełbas, który eskortowałem na front i tam błogosławiłem. To tak, jakby przyjechał do nich dom. Na zachodzie Ukrainy, podobnie jak Polsce, istotna jest tradycja z koszyczkami. Zdarzało mi się odprawiać msze na froncie, ale często nie uczestniczyli w nich żadni żołnierze. Wystarczy, że wiedzieli, że się za nich modlę, że o nich pamiętam. Najważniejsze to być obok.
I to jest to, co może zrobić Kościół dla uchodźców?
Tak, cerkiew nie nakazuje nikomu wierzyć w zmartwychwstanie. Ale musi być blisko. Tak, że jeśli ktoś będzie chciał, to będzie miał swoje miejsce. W domu, na froncie, za granicą – najważniejsze to być blisko.
Jurij Atamaniuk
Stefan Batruch
Szymon Turkowski
