Donald Trump cieszy się wciąż ogromnym poparciem chrześcijan – głównie niezrzeszonych wspólnot ewangelikalnych i kościołów charyzmatycznych. Według badań aż 81 procent ewangelikanów poparło Trumpa w 2016. Autorka książki „Jezus i John Wayne. Jak biali ewangelikanie zepsuli wiarę i podzielili naród” („Jesus and John Wayne: How White Evangelicals Corrupted a Faith and Fractured a Nation”), Kristin Kobes Du Mez, zauważa, że jest to również największa religijna grupa, która jest przeciwko przyjmowaniu uchodźców (68%). Ponad dwie trzecie jej przedstawicieli było zwolennikami budowy muru na granicy z Meksykiem. W 2002 roku to głównie ewangelikalni chrześcijanie popierali inwazję na Irak (69%). Jest to również grupa chrześcijan, która o islamie ma najgorsze zdanie i uważa, że ten pozostaje w naturalnym konflikcie z chrześcijaństwem.
Można się zastanawiać, jak to się stało, że we współczesnych Stanach Zjednoczonych najbardziej radykalne grupy chrześcijańskie mają tak wielki wpływ na politykę. USA przez lata budowało swój obraz jako państwa liberalnego i postępowego, z ideą świeckości i tolerancji religijnej na sztandarach. Oczywiście chrześcijaństwo kulturowe, przenikające politykę, w tych wyobrażeniach wciąż istniało.
Zza oceanu docierała do nas zazwyczaj popkulturowa wersja amerykańskiego chrześcijaństwa. Treści chrześcijańskiego ewangelikalizmu przebijały się do naszej świadomości przez produkcje filmowe, seriale czy nawet gry wideo. W Polsce możemy kojarzyć akcje ewangelikalne takie jak oparte na wszechobecnym w latach 90. haśle What Would Jesus Do? (Co by zrobił Jezus?). Z ewangelikalną teologią nie mieliśmy raczej styczności – jest to coś dość egzotycznego nie tylko dla polskich katolików, ale i głównych nurtów tradycji protestanckich w Europie. Współczesny amerykański ewangelikalizm to nie tylko konkretna myśl i tradycja teologiczna, ale wytwór specyficznej kultury, łączącej elementy wyrastające z amerykańskiej historii lokalnej, polityki i kultury, przeplatające się z duchowością chrześcijańską. Wśród nich znajdziemy tak amerykański ekscepcjonalizm, jak i libertariańskie poglądy na ekonomię, które stały się nieodłączne dla tej formy religijności.
Ewangelikalizm to specyficznie amerykańska odmiana chrześcijaństwa, która obejmuje różne nurty protestantyzmu, również te spoza głównych nurtów tradycji reformacyjnej. Stąd z ewangelikalizmem mogą utożsamiać się tak protestanci, jak i katolicy. Największymi promotorami tej drugiej myśli byli intelektualiści związani z „First Things”, jak Michael Novak czy George Weigel (autor „Katolicyzmu ewangelicznego”).
Problemem dla nas może być kwestia terminologiczna. Często w języku polskim mówiąc o chrześcijaństwie amerykańskim umyka odrębność ewangelikalizmu od kościołów ewangelickich, a te dwa pojęcia są używane zamiennie. Autorom umyka, że to, co „ewangelikalne”, nie jest tym samym, co „ewangelickie” czy „ewangeliczne” (jak na przykład przy przekładzie tytułu książki Weigla na język polski). Wynika to być może z braku znajomości szerszego kontekstu i specyfiki chrześcijańskiej tradycji ewangelikalnej.
Warto zatem przyjrzeć się z bliska temu zjawisku. Problem pojawia się, gdy uświadamiamy sobie, że z jednej strony mamy do czynienia z teoretycznym ewangelikalizmem, zgodnym z wyobrażeniami organizacji ewangelickich, a ewangelikalizmem przeżywanym, który wyłania się z codziennej praktyki życia, kultury i jej politycznego wymiaru.
Narodzeni na nowo
Walter Kidd w „Religijnej historii Ameryki” („America’s Religious History”) zauważa, że pojęcie „evangelical” oznacza od lat 80. XX wieku co innego, niż to co znaczyło w okresie tak zwanego Wielkiego Przebudzenia, gdy chrześcijanie w USA widzieli w swoich wspólnotach próbę przywrócenia pierwotnego zapału pierwszych wspólnot chrześcijańskich.
W języku polskim możemy to rozróżnić poprzez dystynkcję tego co „ewangeliczne” a „ewangelikalne”. W odniesieniu do osoby powiemy „ewangelikanin” (nie ewangelik). Oryginalnie słowo „evangelical” wiązało się z duchową odnową i przebudzeniem. Z ruchem tym związane były osoby takie jak John Wesley, założyciel metodyzmu, anglikański kaznodzieja George Whitefield czy Jonathan Edwards, kongregacjonistyczny pastor i teolog. Były to kluczowe postacie dla ewangelikalnej odnowy w XVIII wieku w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Już wtedy ruch ten przecinał różne denominacje. Whitefield szczycił się tym, że inspirował i wzywał do nawrócenia członków różnych wspólnot protestanckich. Ewangelikalne odnowienie trafiło na jeszcze bardziej podatny grunt w Stanach Zjednoczonych czasów Wielkiego Przebudzenia. Chrześcijanie dążyli do pogłębienia osobistej relacji z Bogiem, pragnęli doświadczyć Ducha Świętego na wzór tego, co miało miejsce w Dziejach Apostolskich. Główne nurty protestantyzmu a tym bardziej Kościół katolicki, nie zapewniały takiego przeżycia. Ewangelikalni kaznodzieje, trafiający do serc swych słuchaczy, potrafili je zapewnić. Należało „narodzić się na nowo” by zostać zbawionym. Trzeba było dostrzec swój własny grzech i zepsucie, doświadczyć łaski Bożego przebaczenia i miłosierdzia. Było to osobiste przeżycia, którego głównym aktorem był Duch Święty, dla którego nic nie jest niemożliwe, i który z wszelkiego zła i zepsucia w naszym życiu może wyprowadzić dobro.
Doświadczenie „narodzenia na nowo” dla Chrystusa jest fundamentem ewangelikalizmu. Jakkolwiek sam ewangelikalizm przez ostatnie trzysta lat przeszedł ewolucję, są pewne elementy, które zostały zachowane. Jednym z nich jest właśnie doświadczenie bycia „born again”.
Pozwolę sobie odwołać się do własnego doświadczenia z pobytu w USA. W rozmowach ze zwykłymi ludźmi – od kolegi z pracy, przez przypadkowych towarzyszy podróży, po taksówkarza imigranta –spotykałem się z otwartymi wyznaniami ludzi, którzy chętnie dzieli się swoim doświadczeniem „nowonarodzonych” chrześcijan. Ponowne odkrycie Chrystusa w dość późnym wieku stanowiło dla nich nowy etap w życiu. Wszyscy oni pierwotnie należeli do jakichś Kościołów, pochodzili z umiarkowanie religijnych rodzin, ale dopiero to „nowe narodzenie” stanowiło moment religijnego przebudzenia.
Tak szeroko pojęty trans-denominacyjny ewangelikalizm wydaje się neutralny politycznie i kulturowo. W końcu są przecież liberalni czy lewicowi chrześcijanie ewangelikalni. Jednak czy na pewno?
Główną organizacją zrzeszającą ewangelikalnych chrześcijan w USA jest National Association of Evangelicals (NAE). Samo stowarzyszenie podaje cztery główne twierdzenia, z którymi należy się zgodzić, by można było się określić ewangelikalnym.
- Biblia jest najwyższym autorytetem w kwestii mojej wiary.
- Jest dla mnie osobiście ważne przekonywanie nie-chrześcijan, by uwierzyli w Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela.
- Śmierć Jezusa Chrystusa na krzyżu jest jedyną ofiarą, która może usunąć moją karę za grzech.
- Tylko ci, którzy zaufali jedynie Jezusowi Chrystusowi jako Zbawcy, otrzymują darmowy dar wiecznego zbawienia od Boga.
Ostatni punkt jest właśnie podstawą dla ponownego narodzenia.
Sprzedać płaszcz i kupić miecz
Tak ujęty ewangelikalizm jest globalnym i szerokim ruchem, jak zauważa historyczka Du Mez. Do NAE należy czterdzieści różnych denominacji chrześcijańskich w USA i kilkadziesiąt tysięcy lokalnych kościołów. Czy łączą je tylko te cztery punkty, tworzące jakiś teologiczny fundament ewangelikalnej tożsamości? Du Mez wskazuje na charakterystykę tego nurtu opartą bardziej na jego historii i kulturze.
Kiedy ewangelikalni chrześcijanie mówią, że Biblia jest dla nich fundamentem, należy zapytać, które wersy – czy te, w których starotestamentalny Bóg oczekuje braku litości względem pokonanych (jak chętnie odwołuje się do tych fragmentów sekretarz wojny Pete Hegseth), czy może raczej osiem błogosławieństw z Kazania na Górze? Kiedy mówią, że Jezus jest dla nich autorytetem, to który Jezus? Ten, który każe nadstawić drugi policzek, czy ten, który każe sprzedać płaszcz i kupić miecz?
Tutaj właśnie Du Mez wprowadza wspomniane już rozróżnienie na „prawdziwych” i „wyobrażonych” ewangelikanów. Teologiczne założenia są bardzo mało specyficzne i otwarte na liczne interpretacje. Położenie nacisku na osobiste doświadczenie i subiektywne odczytanie Biblii i woli Bożej może prowadzić do bardzo różnych wniosków.
Du Mez wraz z inną badaczką, Katherine Kelaidis, zauważa, że ewangelikalni chrześcijanie są ogólnie mniej wykształceni. Du Mez wskazuje wręcz na „wysoki poziom teologicznego analfabetyzmu”, który sprowadza się do tego, że wielu z nich nieświadomie ma poglądy heretyckie. Kelaidis twierdzi, że biblijny literalizm, nacisk na osobiste zbawienia i ekspresja religijna oparta na emocjach sprawiają, że ewangelikalizm łatwo trafia do najmniej wykształconych i najuboższych warstw społecznych.
Co się stało jednak, że ewangelikalizm, nastawiony na osobistą odnowę i radykalną reorientację życia przez osobiste doświadczenie Chrystusa, stał się napędem dla prawicowej polityki nagiej siły? Patrząc na prekursorów ewangelikalizmu i Wielkiego Przebudzenia, był to ruch wymagający autentycznego nawrócenia, odcięcia od swej grzesznej przeszłości i zwrócenia się ku Bogu.
Jak to się stało, że dominująca część ewangelikanów popiera dzisiaj Donalda Trumpa – człowieka zdradzającego żony, chwalącego się niemoralnym zachowaniem, oskarżonego o przestępstwa seksualne, złapanego wielokrotnie na bezczelnych kłamstwach i manipulacjach, dopuszczającego się finansowych oszustw – i tak dalej?
Co by zrobił John Wayne?
Billy Graham, najważniejsza postać dwudziestowiecznego amerykańskiego ewangelikalizmu, dał nowego ducha temu chrześcijańskiemu ruchowi. A został on wykuty w kontekście Zimnej Wojny, gdy amerykańska tożsamość chrześcijańska musiała wspierać patriotyzm i pro-kapitalizm w opozycji do bezbożnego sowieckiego komunizmu. Walka duchowa stała się równie istotna, co walka militarna.
Jak zauważa Du Mez, cztery fundamenty ewangelikalizmu nie musiały doprowadzić do jego dzisiejszego prawicowego i „białego” oblicza. Wynika to jednak ze specyficznej historii amerykańskiego chrześcijaństwa.
Ewangelikanie w czasie Zimnej Wojny stali się politycznym i kulturalnym mainstreamem oraz ważnymi graczami w państwowej polityce, mającymi dostęp do najwyższych poziomów władzy. Głównymi wrogami konserwatywnych ewangelikan były ruchy praw obywatelskich, przeciwnicy wojny w Wietnamie czy feministki. Gdy hipisi organizowali protesty przeciwko wojnie, ewangelikalni chrześcijanie obchodzili Dzień Flagi, skandując prowojenne hasła. W latach 60. i 70. byli przyciągani do kościołów przez nostalgię za surową męskością i patriarchalną władzą. Pomimo braku politycznych demonstracji ze strony NAE, Du Mez stwierdza, że praktycznie cała organizacja przechylona jest ku militaryzmowi i konserwatyzmowi.
Fetyszyzacja „surowej męskości” to jeden z elementów ewangelikalizmu, który zadomowił się także we współczesnym katolicyzmie. Książka ewangelikalnego autora Johna Eldredge’a „Dzikie serce: Tęsknoty męskiej duszy” była bestsellerem na całym świecie. Kulturowy ewangelikalizm to patchwork różnych konserwatywnych i prawicowych poglądów. W kwestii płci mężczyźni powinni być kowbojami, żołnierzami i odkrywcami, a kobiety posłusznymi służącymi opiekującymi się domem i wspierającymi mężów. Jest to model popularyzowany w książkach od lat siedemdziesiątych. Marabel Morgan w „Total Woman” przekonywała kobiety, że powinny być dla mężów zawsze dostępne i zalotne – w przeciwnym wypadku ci znajdą sobie inne partnerki. Zdaniem ewangelikalnych autorów wzorcem męskości był raczej John Wayne niż Jezus. Impulsywność i agresja u mężczyzn miały nie być tłumione, ale przyjęte ze zrozumieniem i rozładowane.
Do tego doszła polityka rasowa – ewangelikalni chrześcijanie byli znacznie mniej przychylni wobec ruchów obywatelskich walczących o równe prawa dla Afroamerykanów. Du Mez zauważa wręcz, że kwestia rasy jest umiejscawiana przez licznych badaczy w centrum ewangelikalnej polityki. Slogany antyaborcyjne wylądowały na ich sztandarach dopiero później, przy głośnej sprawie Roe vs. Wade w 1973. Wielu historyków uznaje, że ewangelikalni chrześcijanie nie zaangażowali się w tę kwestię z przekonania, ale z pragmatycznej kalkulacji, by Republikanie popierani przez ewangelikalnych chrześcijan uzyskali wsparcie katolików, których głosy były dzielone pomiędzy obie partie. Kidd, jakkolwiek polemizujący z tak jednoznacznym postawieniem sprawy, zauważa, że wśród licznych denominacji sprawa aborcji nie była oczywista. Do tego stopnia, że propozycję zakazu aborcji traktowano jako próbę nacisku ze strony Kościoła katolickiego na instytucje państwowe. Kwestia ta zatem łączyła się ze starym ewangelikalnym resentymentem antykatolickim.
Wspomniana polityka rasowa ma być natomiast elementem spajającym i charakterystycznym dla ewangelikalizmu. Dlatego też o współczesnym ewangelikalizmie mówi się, że jest „biały”. Często członkowie kościołów afroamerykańskich, nawet jeśli uznają cztery twierdzenia NAE, nie utożsamiają się z ewangelikalizmem.
Oprócz wymienionych poglądów Du Mez rozpoznaje takie elementy „realnej” tożsamości ewangelikalnej, jak popieranie prawa do posiadania broni, niechęć do imigrantów, sprzeciw wobec praw osób LGBTQ, chęć ostrzejszego karania przestępców, jak i poparcie dla stosowania większej przemocy w stosunku do Afroamerykanów przez służby porządkowe. Również podkreślane wśród ewangelikanów wartości rodzinne splatają się natomiast z polityką rasową oraz rozumieniem narodu i państwa.
W ten sposób dochodzimy do pojęcia amerykańskiego chrześcijańskiego nacjonalizmu.
Amerykański Syjon
W Polsce „chrześcijańskim nacjonalizmem” określilibyśmy raczej coś innego, opartego na jakiejś formie katolickiej teologii narodu. Amerykański chrześcijański nacjonalizm opiera się na założeniu, że Stany Zjednoczone są państwem wybranym przez Boga, w związku z czym przypada im specjalna rola w historii zbawienia.
Do tego poglądu dochodzą spory historyczne i teologiczne, na ile taka koncepcja znajduje swe podstawy w akcie założycielskim USA. Według doktryny chrześcijańskiej ery założycielskiej (Christian Founding Era doctrine, CFE) Stany są państwem chrześcijańskim i ufundowanym na chrześcijaństwie. Zdaniem Laury Field w takiej optyce historia USA musi być odczytywana analogicznie do historii Izraela w Biblii. Pomyślność państwa jest zależna od wierności Bogu i chrześcijańskim wartościom. Z kolei Michael Payne zwrócił uwagę na istotną rolę „teologii przymierza”, która trwa w ewangelikalizmie od czasów purytańskich. Bóg zawarł przymierzę z Amerykanami, tak jak kiedyś z Izraelitami. Echa tej doktryny widać w języku politycznym. Payne przywołał przemówienia Ronalda Reagana na State of the Union Addressw 1988, gdzie porównywał USA do „miasta jaśniejącego na wzgórzu” – iście mesjański obraz. Ostatnio podobne odniesienia możemy usłyszeć z ust Peta Hegsetha czy Mike’a Johnsona.
Propagatorzy tego poglądu twierdzą, że założyciele USA chcieli państwa chrześcijańskiego, gdzie prawa, kultura i moralność będą oparte na wartościach chrześcijańskich. Takie tezy głosił chociażby Stephen Wolfe w „The Case for Christian Nationalism”. Jakkolwiek samo pytanie o chrześcijańskie podstawy USA jest uzasadnione, tak już tezy o tym, że ojcowie założyciele planowali stworzenie chrześcijańskiej teokracji, zostały zdyskredytowane przez historyków. Staje się to jednak pożywką dla chrześcijańskiego nacjonalizmu.
Przemoc duchowa i realna
Obok CFE funkcjonuje odrębny nurt – Nowa Apostolska Reformacja (New Apostolic Reformation, NAR). Jest to ruch, który wywodzi się z radykalnego pentekostalnego nurtu ewangelikalizmu, czyli ze wspólnot charyzmatycznych – o wiele mniej zorganizowanych od innych denominacji. Field zwróciła uwagę na ich nagły wzrost – z zaledwie 44 milionów członków w 1970 roku, do 312 milionów w 2020. NAR to ruch wyjątkowo radykalny, skupiony wokół Trumpa i skrajnie prawicowych polityków. Liderzy tych wspólnot charyzmatycznych chętnie korzystają z proroctw o charakterze politycznym. Ich pragnienia idą coraz dalej: chcą już nie tylko przywrócenia czasów wczesnego Kościoła i cudów. Wracają do oczekiwania na rychły koniec świata i ponowne przyjścia Chrystusa.
Matthew D. Taylor, badający ten ruch, zwrócił uwagę, jak istotną rolę pełnił on w insurekcji 6 stycznia. Wskazywał na rolę kaznodziejów-proroków. Zwolennicy ataku na Kapitol w mediach społecznościowych bardzo często powoływali się na wers z Ewangelii Mateusza „A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” (Mt 11,12). Taylor mówił, że według ich interpretacji „Królestwo Niebios jest reprezentowane przez administrację Trumpa. I cierpi ono z powodu przemocy w postaci ludzi próbujących […] «ukraść» Trumpowi wybory, tego demonicznego spisku, który ich zdaniem ukradł Trumpowi wybory. A my, jako chrześcijanie, musimy użyć przemocy duchowej, aby je odebrać – a oni czasami nawet wstawiają słowo «ponownie». Musimy je odzyskać siłą”. Jeden z najwcześniejszych zwolenników Trumpa, charyzmatyczny pastor Kim Clement, w 2007 miał prorokować, że „Trump będzie trąbą” (Trump shall be trumpet).
Poglądy NAR odwołują się do tak zwanej teologii dominium i Mandatu Siedmiu Gór. Teologia dominium przyjmuje, że chrześcijaństwo musi przejąć władzę nad sferą świecką: społeczeństwem, kulturą i polityką.
NAR dzisiaj to potężna siła skupiająca się wokół Trumpa. Według jednego z badań przeprowadzonych przez Denison University aż 40 procent amerykańskich chrześcijan (w tym katolików) sympatyzuje z tym „urzekającym, charyzmatycznym ruchem, który nie potrzebuje religijnego pluralizmu, praw jednostki, czy konstytucjonalnej demokracji. Jest mistyczny, emocjonalny i na swój sposób szalenie utopijny”. Został założony przez charyzmatycznego kaznodzieję Petera Wagnera w latach dziewięćdziesiątych. Zadaniem NAR było stworzenie Królestwa Bożego na ziemi i zniszczenie świeckiego państwa, by następnie zastąpić go chrześcijańskim. Uczniowie Wagnera ukuli doktrynę Mandatu Siedmiu Gór, która jest pentekostalną odmiana teologii dominium. Siedem gór to obszary, w których chrześcijaństwo powinno przejąć władzę: rodzina, religia, edukacja, media, rozrywka, biznes i rząd. Jest to protestancki marsz przez instytucje.
Dominionizm przenika amerykańskie chrześcijaństwo. Zwolennikiem tej doktryny był prawicowy influencer Charlie Kirk. Dominionistami są Pete Hegseth i jego duchowy przewodnik Doug Wilson, założyciel Wspólnoty Reformowanych Kościołów Ewangelikalnych (Communion of Reformed Evangelical Churches). To wspólnota patriarchalna, w której kobiety nie mogą pełnić żadnych ról liderskich. Panowanie jest zdaniem Wilsona przymiotem typowo męskim: był to bowiem atrybut Adama w Raju. Laura Field podkreśla, że w jego myśleniu podporządkowanie sobie ziemi i panowanie nad nią są celami mężczyzny. Jest wyznawcą „teologii walki na pięści”. Na ziemi nie ma miejsca na rajski pokój. Pokój eschatologiczny dopiero nastanie, ale i on został okupiony krwią Chrystusa. Teraz należy zająć się studiowaniem wojny i walką. Kobieta wedle tego światopoglądu ma być zawsze bierna, podporządkowana i uległa. Ma pomagać mężczyźnie walczyć z pokusami. Musi zaspokajać jego żądze w ramach małżeńskiego obowiązku, ponieważ została stworzona dla mężczyzny.
Poglądy części ewangelikalnów i NAR dążą do ustanowienia chrześcijańskiej teokracji. Wpisuje się to w teologię dyspensacjonalizmu, który dzieli historię świata na biblijne epoki, inspirując się Księgą Daniela i Apokalipsą św. Jana. Wśród wyznawców tego światopoglądu znajdziemy premilenarystów i postmilenarystów. Ci pierwsi zakładają, że oczekujemy ponownego przyjścia Chrystusa, po którym nastanie jego tysiącletnie panowanie. Ci drudzy – czyli między innymi właśnie dominioniści i chrześcijańscy nacjonaliści – zakładają, że Chrystus przyjdzie dopiero po tysiącu lat pokoju. Należy zatem najpierw ustanowić Królestwo Boże na ziemi i czekać na Jego przyjście.
Trump spadł więc dominionistom z nieba. Nie liczy się, czy sam jest osobą moralną i „nowonarodzoną”. Dobre uczynki z perspektywy ewangelikalnej i tak nie mają wpływu na osobiste zbawienie. W duchu radykalnie reformowanej teologii cnoty moralne mogą być zaledwie znakiem łaski Bożej. Natomiast w dominionistycznej perspektywie działania Trumpa nie są oceniane od strony moralnej. Jego osobiste wybory są mniej istotne niż rola, jaka przypadła mu w budowie chrześcijańskiego państwa. Jego prezydentura jest prorocka i należy ją odczytywać w świetle biblijnych i apokaliptycznych znaków. On sam jest narzędziem w rękach Boga, w przemówieniach kaznodziejów: Cyrusem i Dawidem. W mniej radykalnych interpretacjach Janem Chrzcicielem, który przygotowuje drogę dla właściwego władcy – „Chrześcijańskiego Księcia”. Dominioniści potrzebują teraz silnego króla, który będzie w stanie walczyć ze świeckim i liberalnym reżimem. Pastor Robert Jeffres w 2016 roku, wzywając do poparcia Trumpa, mówił: „Chcę, żeby na tym stanowisku był najbardziej wredny, najtwardszy wiesz-kogo-syn i sądzę, że moi ewangelikalni wierni mają podobnie”.
Korzystałem między innymi z:
- Kristin Kobes Du Mez, „Jesus and John Wayne: How White Evangelicals Corrupted a Faith and Fractured a Nation”, New York 2020;
- Laura K. Field, „Furious Minds: The Making of the MAGA New Right”, Princeton 2025;
- Thomas S. Kidd, „America’s Religious History: Faith, Politics, and the Shaping of a Nation”, Grand Rapids 2019;
- Thomas S. Kidd, „Were Evangelicals Really Silent about Roe v. Wade?”;
- Katherine Kelaidis, „Donald Trump is building a strange, new religious movement”;
- Michael Payne, „America’s Founding Theology”, w: „Bound Away: The Liberty Journal of History”, vol. 8, iss. 3, 2026;
- „The Christian Movement That Is Threatening Our Democracy, with Matthew Taylor”;
- Stephanie McCrummen, „The Army of God Comes Out of the Shadows”;
- „What is an Evangelical?”.

