Przedpremierowy przedruk z książki „Porachunki”, która ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Karakter, publikujemy dzięki uprzejmości wydawcy.
W pewnym sensie pieniądz jest jak prawo. Zgodzimy się zapewne, że prawo jest wartościowym wynalazkiem, a bez niego życie byłoby dużo trudniejsze. Jednocześnie to, jak konkretnie w danym miejscu i czasie prawo wygląda, odzwierciedla (nie)równowagę sił między różnymi stronnictwami politycznymi, nieraz wyraźnie przedkładając interesy i wartości jednych grup nad interesy i wartości innych.
To prawda, że zmiany zazwyczaj przynoszą więcej konsekwencji nieprzewidzianych niż przewidzianych, a reformy pieniądza to zawsze zabawa ogniem. Ale cywilizacja powstała właśnie dzięki zabawie ogniem. Pewnie dlatego specjalizujący się w historii bankowości Calomiris i Haber – ekonomiści, którzy w swojej pracy nieustannie podkreślają ograniczenia stojące przed reformatorami systemów bankowych – piszą: „Czytelniczki nie powinny mylić naszego surowego uznania dla ograniczeń świata polityki i wszystkich trudności reformy bankowej z cynizmem czy brakiem nadziei na zmianę. Mimo wszystkich wyzwań […] [zmiana jest możliwa]”. Nieprzypadkowo też kończą oni swoje studium historii finansowej cytatem z irlandzkiego dramaturga George’a Bernarda Shawa: „Rozsądny człowiek dostosowuje się do świata, a człowiek nierozsądny uparcie stara się przystosować świat do siebie. Dlatego cały postęp zależy od człowieka nierozsądnego”.
Brak rozsądku nie jest oczywiście warunkiem wystarczającym do zmiany świata na lepsze. By o niej myśleć, potrzebujemy nie tylko krztyny naiwności, lecz także solidnego rozpoznania rzeczywistości. Obiegowe opinie na temat pieniędzy pełne są tymczasem ignorancji, przekłamań i bajek – może właśnie bajek przede wszystkim, bo to one oferują proste wyjaśnienia i pocieszające morały. Celem tej książki jest opowiedzenie, dla odmiany, prawdziwej historii pieniądza. Niekoniecznie pełnej morałów, ale za to takiej, która pozwoli zrozumieć, czym on jest i jakie ma znaczenie w naszym życiu.
Wszystko na sprzedaż
Otwarcie dojrzałej dyskusji o pieniądzu wydaje mi się tym istotniejsze, że odgrywa on dzisiaj na świecie coraz większą i większą rolę. Jak pisze filozof Michael Sandel:
„Im więcej pieniądz może kupić, tym większego znaczenia nabiera majątek (lub jego brak). Jeśli jedyną zaletą bogactwa byłaby możliwość kupowania sobie jachtów, sportowych samochodów i luksusowych wakacji, nierówności dochodowe i majątkowe nie miałyby wielkiego znaczenia. Ale kiedy pieniądz pozwala na nabywanie wpływów politycznych, dobrejopieki medycznej, domu w bezpiecznej i wolnej od przestępstw okolicy, dostępu do elitarnych szkół – wtedy podział dochodu i majątku nabiera większego i większego znaczenia. Tam, gdzie wszystkie dobre rzeczy są na sprzedaż, posiadanie pieniędzy robi prawdziwą różnicę”.
Pieniądze dają dłuższe życie – w Stanach różnica średniej długości życia między najbogatszymi a najbiedniejszymi ludźmi wynosi dziś 14,6 roku dla mężczyzn i 10,1 w przypadku kobiet, każde dodatkowe 20 tysięcy dolarów dochodu rocznie wydłuża więc życie o rok. Dają też zdrowsze życie – zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Tu badań jest bez liku, wspomnę więc tylko o jednym: kenijski program dochodu gwarantowanego znacząco obniżył poziom przemocy domowej oraz klinicznej depresji w rodzinach otrzymujących wpłaty rzędu kilkuset dolarów miesięcznie.
Pieniądze są używane nie tylko po to, by podnosić jakość życia przez kupno tych czy innych przedmiotów i usług, lecz także po to, by omijać normy i reguły, które obowiązują wszystkich innych ludzi. Przykłady można mnożyć: od drobnych udogodnień w rodzaju omijania kolejek na lotniskach (na przykład w Luton przyjemność stania w kolejce dla uprzywilejowanych kosztuje jedyne 3 funty) czy prawa do korzystania z buspasów w miastach takich jak San Diego, Miami czy San Francisco (10 dolarów za dzień) po licencję na zabicie zagrożonego wyginięciem nosorożca czarnego („Zastrzeliłem go, ponieważ był to jeden z największych komplementów, jakie mogłem mu sprawić” – wyjaśniał w 2007 roku przedsiębiorca, który zapłacił 150 tysięcy dolarów za prawo do zabicia zwierzęcia).
Posiadanie pieniędzy zmienia też relacje z prawem w bardziej fundamentalny sposób. Liczne badania pokazują, że ludzie o niższych dochodach potrzebują pomocy prawnej częściej niż ludzie o dochodach wysokich – a zarazem rzadziej ją otrzymują. Choć formalnie wszyscy jesteśmy równi wobec prawa, w rzeczywistości nierównowaga potrafi być przytłaczająca. Dobrym przykładem jest statystyka pochodząca z Waszyngtonu, gdzie w sprawach toczących się pomiędzy właścicielami nieruchomości a lokatorami ci pierwsi są w 90–95% przypadków reprezentowani przez prawników, podczas gdy ci drudzy tylko w 5–10%. Kiedy lokatorom została zaoferowana darmowa pomoc prawna, odsetek spraw zakończonych eksmisją spadł trzykrotnie. Jak to ujął amerykański badacz sztucznej inteligencji Eliezer Yudkowsky: „Żaden wystarczająco skomplikowany system prawny nie daje się odróżnić od powiedzenia «Spieprzaj, dziadu» wszystkim biedakom, których nie stać na prawnika, kiedy ktoś próbuje ich orżnąć”.
Zasobność portfela często decyduje też o losie oskarżonych w procesach karnych. Według szacunków amerykańskiej agencji Bureau of Justice Statistics od dwóch trzecich do czterech piątych oskarżonych nie może sobie pozwolić na opłacenie prawnika. Tymczasem wśród tych reprezentowanych przez obrońców z urzędu nawet dziewięciu na dziesięciu przyznaje się do winy, nie próbując nawet dochodzić swojej niewinności w sądzie. Niektórzy uważają, że olbrzymia presja związana z kosztami postępowania sądowego wymusza przyznanie się do winy także na niewinnych osobach. Dlatego w Stanach Zjednoczonych co jakiś czas pojawiają się postulaty, by w ogóle usunąć taką możliwość z procesu karnego. To, co dla jednych wygląda jak rządy prawa, innym przypomina raczej sytuację rodem z „Procesu” Franza Kafki, w której brama prowadząca do prawa niby jest otwarta, a jednak przejść przez nią nie można.
Terry Pratchett pisał kiedyś, że „jeśli człowiek ma dość pieniędzy, trudno mu w ogóle popełnić jakieś przestępstwo. Zdarzają mu się tylko zabawne, drobne niezręczności”. Jednak jeżeli ktoś dysponuje odpowiednim majątkiem, nawet wyrok skazujący nie musi być mu straszny. I nie chodzi o to, że tak zwani przestępcy w białych kołnierzykach trafiają zwykle do więzień o niskim rygorze, ani nawet o to, że za odpowiednią opłatą (ceny wahają się od 500 do 20 tysięcy dolarów) firmy w rodzaju Wall Street Prison Consultants przygotowują przyszłych więźniów do życia za kratami (kurs „Wstęp do przetrwania w więzieniu” obejmuje między innymi więzienną etykietę, zasady czarnego rynku czy triki na załatwienie sobie pożądanej pryczy).
Pieniądze łagodzą konsekwencje łamania prawa jeszcze bardziej: w Kalifornii więźniowie za opłatą mogą podnieść standard swojej celi. Ceny za dobę wahają się od 25 do 250 dolarów, w zależności od rodzaju udogodnień, a jako że potrafią przynosić niemałe przychody, więzienia konkurują ze sobą o więźniów. W 2013 roku Seal Beach Detention Center (135–185 dolarów za noc) reklamowało się w prasie w taki sposób: „Po co spędzać wyrok w więzieniu stanowym? My oferujemy: wyjścia do pracy, telewizory plazmowe, komputery, czystość, nowe łóżka. Po więcej informacji skontaktuj się z kapralem Gonshakiem”. Kilka lat temu „LA Times” opisywał historię więźnia odsiadującego tam wyrok za utrzymywanie stosunków seksualnych z dwunastoletnią uczennicą.
„To było dla mnie jak wczasy” – mówił po wyjściu z więzienia, w którym pozwolono mu nosić prywatne ubrania, jeść własne jedzenie i spać w swojej pościeli, a większość czasu spędził, komponując muzykę na komputerze. „W więzieniu stanowym wszyscy cię atakują, fizycznie i psychicznie, nie miałem ochoty spędzić tam ani dnia” – mówił dziennikarzom pastor skazany za gwałt na czternastolatce, również pensjonariusz więzienia Seal Beach.
Ojczyzna bogatych
Na świecie wciąż rośnie liczba multimilionerów i miliarderów. Jeden procent najbogatszych ludzi na świecie posiada majątek o wartości – w sumie – prawie 200 bilionów dolarów. Od początku wieku bogactwo to zostało pomnożone czterokrotnie, rosnąc z jednej trzeciej do prawie połowy całego światowego majątku. Fortuna ta jest w rękach 56 milionów „osób o wysokiej wartości netto” oraz 200 tysięcy „osób o bardzo wysokiej wartości netto”. W ten właśnie sposób bank Credit Suisse określa ludzi, którzy posiadają aktywa o wartości powyżej miliona i powyżej 50 milionów dolarów. W ciągu ostatniej dekady liczba dolarowych milionerów się podwoiła, a analitycy szwajcarskiego banku przewidują, że przez kolejnych pięć lat wzrośnie o następne 60%.
Według banku Credit Suisse 39% milionerów żyje w Stanach Zjednoczonych, 9% w Chinach i 4% we Francji. Według brytyjskiego pisarza Olivera Bullougha 100% z nich żyje w miejscu, które nazywa się Moneyland:
„To piękne miejsce, o ile jesteś dość bogata, żeby się nim cieszyć. Nazywam je Moneyland – maltańskie paszporty, angielska ochrona przed zniesławieniem, amerykańska ochrona prywatności, panamskie spółki krzaki, trusty rejestrowane w Jersey, fundacje w Liechtensteinie – to skrojona na miarę mozaika kodeksów prawnych całego świata, indywidualnie dopasowana do potrzeb klienta. Jeśli jakieś państwo wprowadza prawo, które nie podoba się Moneylandczykom, przenoszą oni swoje zasoby w miejsce, które bardziej im sprzyja. Najbogatsi ludzie odkryli przejście do świata równoległego. Przemieszczają oni swoje pieniądze, dzieci, aktywa i samych siebie, dokąd tylko chcą, wybierając te prawa, które najbardziej im pasują. W rezultacie nie dotyczą ich reguły, które ograniczają wszystkich pozostałych”.
Najbardziej jaskrawym przykładem mechanizmu opisywanego przez Bullougha jest handel paszportami. Chodzi nie tylko o kupowanie obywatelstwa innego kraju, lecz także o handel paszportami dyplomatycznymi wraz z towarzyszącym im immunitetem. Przykładem może być głośna w ostatnich latach sprawa Walida Juffaliego – saudyjskiego szejka, który aby uniknąć kosztów rozwodu z żoną, kupił stanowisko ambasadora przy Międzynarodowej Organizacji Morskiej w Londynie wraz z przysługującym mu immunitetem dyplomatycznym. W trakcie sprawy rozwodowej w obronie nietykalności szejka stanęli nie tylko wynajęci przez niego mecenasi, lecz także prawnicy brytyjskiego rządu, którzy dowodzili, że naruszenie świętości immunitetu utrudni prowadzenie polityki zagranicznej Zjednoczonego Królestwa. Tylko z powodu kruczka prawnego historia ta ostatecznie nie zakończyła się zgodnie z planem saudyjskiego szejka – powinien był wyjąć się spod brytyjskiego prawa, zanim postawił stopę w Londynie. Jak pisze Bullough:
„Jego błąd polegał na tym, że objął stanowisko ambasadora już po przyjeździe do Anglii. Jeśli miliarder chce przeprowadzić się do Londynu, Nowego Jorku czy Miami, jedyne, czego potrzebuje, to znaleźć przedtem jakieśspragnione gotówki państewko, które przyzna mu placówkę dyplomatyczną w kraju, do którego zamierza zawitać. Jeśli zdecyduje się na ten jeden środek ostrożności, może być już później beztroski: nikt nie będzie mógł go tknąć”.
Siłą rzeczy nie ma twardych danych, które pozwoliłyby ocenić skalę tego zjawiska, jednak śledztwo dziennikarskie przeprowadzone w 2019 roku przez Al-Dżazirę pokazało, że paszport dyplomatyczny można było wtedy kupić za niecałepół miliona dolarów. Dla „osób o bardzo wysokiej wartości netto” – jest to niewielki wydatek, który pozwala wypisać się ze wspólnoty politycznej oraz wielu reguł i zasad przez nią narzucanych.
Moneylandczycy nie tylko mogą swobodnie dobierać sobie z kodeksów prawnych całego świata te zasady, które im pasują, lecz także oczywiście mają olbrzymi wpływ na samo stanowienie prawa – i to do tego stopnia, że niektórzy badacze mają wątpliwości, które ze współczesnych demokracji wciąż można nazwać rządami większości. Jak wykazała analiza amerykańskiego procesu legislacyjnego z lat 1982–2002, wystarczy, że 10% najbogatszych nie chce, by jakieś prawo zostało tam wprowadzone, a na 82% nie wejdzie ono w życie. Podobny efekt, choć na mniejszą skalę, został zauważony także w całej Europie. Tymczasem nierówności ekonomiczne rosną dzisiaj niemal na całym świecie. Nie dziwią więc obawy coraz większej liczby komentatorów, że demokracja na naszych oczach przeistacza się w oligarchię.
System w ogniu?
Przeprowadzona kilka lat temu analiza danych wyborczych z lat 1870–2014 wykazała, że po kryzysach gospodarczych scena polityczna zawsze nieco się radykalizuje. Nie ma w tym nic zaskakującego, że wyborcy chcą zmian, gdy jest im źle. Co jednak ciekawe, okazało się, że kryzysy finansowe, czyli te związane na przykład z upadkiem banków, inflacją albo niewypłacalnością państwa, mają zupełnie inne skutki niż kryzysy, po których wprawdzie koniunktura jest zła i bezrobocie rośnie, ale pieniądz pozostaje nietknięty.
Różnica polega na tym, że po kryzysach finansowych w siłę rosną ugrupowania skrajnie prawicowe. Dlaczego tak się dzieje? Być może kryzys finansowy – jak żaden inny – uderza w zaufanie społeczne. Kiedy rząd upada po najgorszym nawet skandalu korupcyjnym, tracimy zaufanie do konkretnych ludzi, może nawet do całej partii politycznej. Jeśli wcześniej mieliśmy złudzenia, możemy stać się bardziej cyniczni, ale nasza wiara w życie publiczne jako takie prawdopodobnie przetrwa. Inaczej sprawy się mają, kiedy wali się pieniądz. Gdy bankrutują banki lub inflacja zjada oszczędności całego naszego życia, tracimy nie tylko konkretne pieniądze, lecz także zaufanie, że symbole, które służyły nam do życia wśród innych ludzi, mają sens. To tak, jakby z niewiadomych przyczyn używane przez nas na co dzień słowa nagle straciły znaczenie. Nic dziwnego, że ludzie czują się wtedy zagubieni i poszukują kogoś, kto obieca im wprowadzenie bezpiecznego porządku opartego na symbolach rzekomo ponadczasowych, takich jak naród czy rasa.
Jak już wiemy, w średniowiecznej Anglii podobną rolę odgrywały leszczynowe patyki. Rewasze ostatecznie wyszły z użycia dopiero w XIX wieku, a ich stosy przez lata zagracały budynek parlamentu. W końcu, by poradzić sobie zkłopotem, zaczęto palić zbędną leszczyną w piecach Pałacu Westminsterskiego. Pewnego jesiennego dnia 1834 roku pełen rewaszy i rozgrzany do czerwoności piec pozostawiono bez dozoru. Kiedy o godzinie wpół do siódmej wieczorem niebo nad Londynem rozświetliła wielka łuna ognia, pod parlament ściągnęły setki tysięcy gapiów. Zwołano wielką akcję ratunkową, która jednak na niewiele się zdała. W jednym z największych pożarów w historii Londynu ogień pochłonął większą część Westminsteru. W tamtym pożarze – choć z okazji skorzystała legendarna liczba kieszonkowców, którzy okradli zapatrzony w ogień tłum – nie ucierpiał żaden człowiek. Inaczej było w roku 2008 – gdy światowy system finansowy zajął się ogniem, wydarzyło się coś znacznie ważniejszego. Dla obserwujących pożogę Londyńczyków wyryte w płonącej leszczynie symbole były już całkowicie pozbawione znaczenia. Tym razem na oczach całego świata płonęły symbole wciąż żywe. Takie, które setkom milionów ludzi organizowały nie tylko plany na przyszłość, lecz także codzienne życie. Ich naruszenie musiało pozostawić w społeczeństwach głęboki ślad.
Co gorsza, pożar, który wybuchł w 2008 roku, trwa do dzisiaj. Kryzys ujawnił, że nie tylko światowy system finansowy jest łatwopalny, lecz także akcja przeciwpożarowa polega na zalewaniu świeżymi pieniędzmi najbogatszych i odbieraniu usług publicznych i zabezpieczeń socjalnych całej reszcie. Jak to w roku 2012 komentował tygodnik „The Economist”:
„Rząd USA bardziej dbał o ratowanie banków i bankierów niż o pomoc zwykłym obywatelom, zaskoczonym przez upadek rynku mieszkaniowego i recesję. W rezultacie wielu Amerykanów uważa dzisiaj, że zasady gry zostały zmienione przeciwko nim, zyski zostały sprywatyzowane, a straty uspołecznione – wszystko dla korzyści kilku ustawionych politycznie spekulantów finansowych. Trudno się z nimi nie zgodzić”. Trudno też się dziwić, że niedługo potem do władzy doszedł człowiek przedstawiający się jako przeciwnik establishmentu i obrońca normalnych ludzi, którego jednym z głównych haseł było: „The game is rigged” („Ta gra jest ustawiona”).
Tymczasem gaszenie finansowego pożaru w trakcie pandemii COVID-19 polegało na tym samym mechanizmie, tylko stosowanym jeszcze swobodniej: w szczytowym momencie Rezerwa federalna kupowała obligacje w tempie milionadolarów na sekundę, w ciągu czterdziestu ośmiu godzin pompując w gospodarkę więcej pieniędzy, niż w trakcie kryzysu w 2008 roku w ciągu miesiąca. W sukurs poszły też banki centralne całego świata – w roku 2020 w krajach OECD banki centralne wykupiły ponad połowę wyemitowanego wtedy długu. Część tych pieniędzy została wydana na wsparcie zwykłych ludzi i ratunek dla małych przedsiębiorstw. Ale olbrzymie sumy popłynęły na giełdę. To dlatego właśnie w pierwszych dwóch latach pandemii, kiedy dochody 99% (!) ludzkości spadały, indeksy giełdowe biły rekordy wszędzie naświecie, a majątki dziesięciu najbogatszych ludzi rosły w tempie 1,3 miliarda dziennie, tak że w sumie w niecałe dwa lata podwoili oni swój stan posiadania. Czy można dziwić się ludziom, którzy czują, że „gra jest ustawiona”?
Jednym z mitów założycielskich demokracji liberalnej była opowieść o pieniądzu apolitycznym, neutralnym i naturalnym. Można zrozumieć, że pełniła ważną i – dla niemałej liczby ludzi – pożyteczną funkcję. Jednak dziś uporczywe trwanie przy tym micie powoduje, że nie możemy rozpoznać systemowych przyczyn naszych problemów i frustracji i zamiast naprawiać to, co jest zepsute, zachowujemy się jak szefostwo Goldman Sachs po kryzysie – szukamy kozłów ofiarnych, na których można wyładować złość. Jednak naszych problemów nie rozwiąże zwracanie się przeciwko słabszym, migrantom ani rozmaitym mniejszościom. W żargonie terapeutycznym mówi się czasem o „wczesnych mechanizmach obronnych”, czyli zniekształcających rzeczywistość mechanizmach wykształconych w młodości po to, by jakoś przetrwać trudny czas dzieciństwa. Problem pojawia się oczywiście wtedy, gdy tych samych mechanizmów używa się w życiu dorosłym do rozwiązywania dorosłych problemów. Być może na historię pieniądza możemy spojrzeć przez podobny pryzmat. Mit o pieniądzu apolitycznym był potrzebny, gdy demokracja liberalna dopiero się rodziła i musiała walczyć o życie z wrogami rodem ze średniowiecza. Dziś jednak zdaje się, że aby demokracja mogła obronić się przed wrogami rodem z wieku XXI, musi dorosnąć. Czas więc po prostu na konfrontację z rzeczywistością. Czas na porachunki.
W przedruku pominięto przypisy. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.
