Wypełza ze stawu i kieruje się w stronę lasu. Zna drogę, to nie pierwszy raz, kiedy ją pokonuje. Poprzedniego wieczoru złożyła skrzek. Zamek w Pieskowej Skale oświetlały promienie zachodzącego słońca, a jej partner finalizował cud życia. Nie znają się dobrze. Ropuchy nie szukają miłości i nie opiekują się potomstwem. Żyją około dziesięciu lat, czasem dłużej. Kto by tyle wytrzymał z jednym płazem? Ropuchy są pragmatyczne. Samiec wskakuje na plecy samicy i w ten sposób ją „zaklepuje”. Ona taszczy go na plecach nad staw, w którym składa skrzek. Samiec schodzi i go zapładnia, a potem się rozstają.
Teraz człapie ścieżką w stronę lasu. Jest bardzo głodna, nie jadła całą zimę. Ale cóż to? Na drodze napotyka przeszkodę. Tuż przed krawędzią szosy ktoś rozciągnął siatkę. Próbuje się na nią wspiąć, ale ropusze łapki nie są przystosowane do takich przeszkód. Nie jest sama, inni też mają problem z powrotem do lasu. Są tu inne ropuchy szare, kilka żab, a nawet jedna traszka. Wszystkie skonfundowane, w większości nieruchomieją na siatce. Zaczyna się ściemniać, nad Ojcowskim Parkiem Narodowym ukazują się pierwsze gwiazdy. Ona szuka innego przejścia, odchodzi w poszukiwaniu wyrwy. Wreszcie po pół godziny znajduje miejsce, w którym osunęła się ziemia i pod siatką powstała szczelina. Przeciska się i powoli wchodzi na asfalt. Czuje, że las jest już blisko. Z oddali słychać ryk silnika. Nagle pada na nią snop światła. Z ciemności wyłania się rękawica i podrywa ropuchę ku górze.
– Daleko dotarła – mówi właściciel rękawicy i wrzuca ropuchę do żółtego wiadra, które trzyma w drugiej ręce. Nie jest w nim sama. Kubeł wypełniony jest innymi płazami, w większości tymi, które wcześniej zatrzymała siatka. Ropucha o tym nie wie, ale ma ogromne szczęście. Gdyby Mariusz jej nie zauważył, skończyłaby pod kołami nadjeżdżającej ciężarówki.
– Ludzie widzą ropuchę i myślą, że to takie nic. Że prymitywne! A ona też chce żyć. Poza tym jest bardzo pożyteczna. Zjada komary i kleszcze – opowiada mi Mariusz, członek Towarzystwa na Rzecz Ochrony Przyrody w Krakowie. Ropuchy zbiera od trzydziestu lat. W sezonie migracyjnym płazów, czyli na przełomie marca i kwietnia, jest pod Pieskową Skałą codziennie. Towarzyszą mu Barbara, Beata i jej mąż Jarosław. Wszyscy zakładają latarki czołówki ze światłami z przodu i z tyłu. Jedno do wypatrywania płazów na szosie, oba, żeby nie podzielić losu tych, które próbowały przekroczyć drogę bez ich pomocy. Jarosław zakłada na kombi pomarańczowego koguta. Jego światło raz po raz odbija się od znaku „uwaga płazy” wykonanego na zlecenie Towarzystwa
Wielkie gody
Pod zamkiem w Pieskowej Skale znajduje się kilka stawów. Co roku dziesiątki tysięcy płazów musi przekroczyć szosę, aby dotrzeć do wody. Składają w niej skrzek, a następnego dnia oddalają się w stronę lasu. Wbrew pospolitemu przekonaniu ropuchy większość czasu spędzają na lądzie. Żaby są bardziej wodolubne, ale to w lesie znajdują więcej pożywienia. Wszystkie muszą przekroczyć asfalt dwa razy. Raz, żeby się rozmnożyć, a drugi, żeby wrócić. Wiele z nich ginie pod kołami samochodów. Są ospałe i poruszają się powoli, bo dopiero obudziły się ze snu zimowego. Przekroczenie ośmiu metrów asfaltu zajmuje im nawet kilkanaście minut. Kiedy zbliża się auto i pada na nie snop światła, większość nieruchomieje. Członkowie Towarzystwa na Rzecz Ochrony Przyrody szacują, że gdyby nie oni, na drodze ginęłoby nawet 50 procent zwierząt.
– Kiedy przyjechaliśmy tutaj trzydzieści lat temu, asfalt był pokryty miazgą. Pomyśleliśmy, że tak nie może być. Koleżanka Jarka namalowała znak ostrzegawczy z ropuchą, rozłożyliśmy trochę siatki i zaczęliśmy przenosić płazy przez drogę. Kolega jeździł autem w jedną i w drugą stronę, oświetlał nam drogę, a my zbieraliśmy.
Plan jest prosty. Chwilę przed rozpoczęciem sezonu migracyjnego pracownicy Ojcowskiego Parku Narodowego rozciągają wzdłuż szosy siatkę, na której płazy się zatrzymują. Wieczorem, kiedy wychodzi ich najwięcej, przyjeżdżają członkowie TnROP, zbierają uwięzione za siatką ropuchy, żaby i traszki, przenoszą je przez szosę i wypuszczają w lesie.
Mariusz ma kilkudniowy zarost i kwadratowe okulary, za którymi skrywa parę wyczulonych na płazie ruchy oczu. Pokazuje mi na telefonie zdjęcia najpiękniejszych okazów. Na tapecie ustawione ma zdjęcie żaby trawnej. O zbieraniu ropuch opowiada tak, jak członek TOPR-u mógłby opisywać akcję ratunkową dla turystów, którzy postanowili zdobyć Rysy w klapkach.
– Dzisiaj poszło sprawnie, bo jest pochmurno i szybko się ściemnia. Niektóre idą do stawu, a inne już z niego wychodzą. Ostatnio cztery ropuchy wlazły w jedną dziurę w siatce i się zaklinowały. Trzeba ją było rozerwać, żeby żadnej nie uszkodzić. O, tu jakiś wspinacz! – Mariusz ma na myśli żabę, która dotarła do połowy siatki. – Z nimi to jest problem, bo mają dłuższe nogi, przeskakują siatkę i giną na drodze. Kiedyś żab trawnych było więcej, potem zupełnie zniknęły, teraz populacja powoli się odradza. No, nie uciekaj, chamie – zwraca się do żaby, która próbuje wyskoczyć z wiaderka.
Niesie w nim cztery kilogramy płazów. Idzie wzdłuż barierki przy drodze i co chwilę schyla się po kolejne. Pytam, dlaczego w ogóle to robi?
– To odruch humanitarny.
– Nie mogą iść do innego stawu?
– Nie możemy oczekiwać od płazów, żeby się do nas dostosowały. To my musimy dostosować się do nich.
– A po co one migrują? Nie mogłyby zostać u siebie?
Widzę, jak oczy Mariusza przedzierają się przez mrok i wbijają się w moją skroń.
– Jak to, po co migrują?! Taka jest ich natura! – odpowiada wzburzony. Więcej głupich pytań nie zadaję.
Przedstawiciele TnROP mają wiadra w kilku kolorach. W ten sposób mogą oddzielić płazy zmierzające do stawu od tych, które wracają do lasu. Jeśli któreś z nich się pomyli, pechowa ropucha lub żaba będzie musiała przejść asfalt jeszcze raz. Żółte wiadro jest zarezerwowane dla tych, które już zdążyły złożyć skrzek i wracają do domu. Mariusz taszczy je na drugą stronę, wchodzi pod górkę i delikatnie wysypuje płazy do kałuży. Wszyscy pasażerowie lecą na ziemię i powoli rozpełzają się we wszystkie strony. Zastanawiam się, czy zdezorientowane ropuchy nie będą chciały wrócić na asfalt. – Spokojnie, one wiedzą, dokąd iść – uspokaja mnie Jarosław. Rzeczywiście, po chwili wszystkie płazy znikają w mroku Ojcowskiego Parku Narodowego.
Co porabia ropucha?
Ropucha, którą Jarosław uratował przed ciężarówką, kroczy w głąb lasu. Szuka jedzenia. Jest drapieżnikiem, dlatego chętnie łapie owady, ślimaki, a nawet małe ssaki, takie jak myszy polne. Ze smakiem może spożywać nawet pszczoły i pająki, na których jad jest odporna. Także ukąszenie żmii nie stanowi dla niej dużego zagrożenia. Jest świetną myśliwą. W trawie dostrzega pokaźnego ślimaka. To jej szansa. Łapka za łapką skrada się w stronę kolacji. Rozdziewa paszczę i rzuca się na ofiarę. Połyka w całości. To dopiero przystawka. Każdej nocy może pochłonąć nawet kilkadziesiąt drobnych zwierząt. Zdobyczy nie popija, wodę pobiera przez skórę. Zadowolona wyrusza na dalsze polowanie.
Przedziera się przez trawę i wypatruje kolejnej ofiary. Jest obserwowana. Zza krzaka spoziera na nią lis. On też jest głodny, a ropucha wygląda smakowicie. Wie jednak, że to nie danie dla niego – ma złe doświadczenia z dawniejszego polowania. Kiedy poprzednim razem udało mu się złapać ropuchę, poczuł w pysku straszliwe pieczenie. Wypluł zdobycz i ruszył na poszukiwanie wody do popicia. Teraz już wie, że skóra ropuchy skrywa gruczoły jadowe. Płaz ma w sobie nagromadzone tyle trucizny, że skonsumowany może zabić niewielkiego ssaka. Tym razem lis nie zamierza ryzykować. Odchodzi.
Kiedy zacznie świtać, ropucha znajdzie spokojne miejsce, aby przespać dzień. Obudzi się wieczorem i zacznie polować. Tak spędzi całą wiosnę i lato. Jesienią jej zapał ostygnie. Stanie się bardziej ospała, coraz rzadziej będzie opuszczała swoje schronienie. W końcu któregoś dnia zakopie się w ziemi, skryje pod pniem lub kamieniem i zapadnie w hibernację.
W marcu obudzi się i powoli poczłapie w stronę stawu pod Pieskową Skałą, gdzie przez ulicę przetransportują ją członkowie Towarzystwa na Rzecz Ochrony Przyrody. Działają tu od tak dawna, że przed kołami samochodów mogli ocalić wiele pokoleń tego samego ropuszego rodu.
W trakcie godów płazy przyozdabiają staw girlandami skrzeku. Ropuchy produkują długie sznury przezroczystej galarety i przepływając pomiędzy trzcinami, rozwieszają je w każdym zakamarku.
Na przełomie lipca i czerwca ze skrzeku ropuchy wykluwają się kijanki, które skupiają się głównie na szukaniu pożywienia. Kiedyś nazywało się je „głowaczami” – bo na pierwszy rzut oka składają się prawie z samej głowy. „Głowacze” na przełomie czerwca i lipca przeobrażają się w małe ropuszki. Najpierw zanika im ogon, a z tyłu pojawiają się nóżki. Na kończyny przednie ropucha będzie musiała poczekać kolejne kilka dni. Większość kijanek nigdy nie doczeka się czterech odnóży. Zostanie pożarta przez kaczki, gęsi, larwy żółtobrzeżków, ważki i pijawki końskie. To nie koniec niebezpieczeństw, przynajmniej pod Pieskową Skałą. Przeobrażenie kijanek zbiega się z początkiem wakacji. Kiedy młodociane ropuchy zaczną opuszczać staw, ścieżki, chodniki i drogi wokół zamku będą roić się od turystów. Duża część ropuszek zostanie zmiażdżona przez sandały, buty trekkingowe i opony.
Ratunku! Na pomoc ginącym płazom
– Małym płazom ciężko pomóc, bo opuszczają staw w bardzo krótkim czasie i trudno akurat trafić na ten moment – tłumaczy mi Mariusz. – Kilka razy nam się udało. Staliśmy przy ścieżce prowadzącej na zamek i ostrzegaliśmy ludzi, aby ich nie podeptali. Nie wiem, po co te maleństwa pchają się na wielkie schody. Może mają tam jakiś swój szlak. W Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim zaczęli czipować ropuchy. Twierdzą, że część z nich w drodze z Pychowic do lasu łęgowego przepływa Wisłę! Początkowo nie mogłem w to uwierzyć.
– To może te tutaj też zaczipować? – pytam.
– Niby tak, ale to trudne, bo najpierw trzeba włożyć tego czipa, a potem znowu tę samą ropuchę złapać. Nie jestem też do tego przekonany. Czipy niby służą ochronie, ale mam wrażenie, że często przede wszystkim zaspokajają naszą ciekawość. Czasem spieram się z moimi znajomymi ornitologami o obrączkowanie bocianów, które je stresuje. Przecież nie musimy wszystkiego wiedzieć.
O ropuchach wiemy wystarczająco, żeby uczynić ich życie łatwiejszym. Zwłaszcza członkowie Towarzystwa na Rzecz Ochrony Przyrody mają w tej sprawie klarowną wizję, która nie znajduje poparcia u lokalnych władz. Żeby pomóc płazom systemowo, trzeba budować odpowiednią infrastrukturę drogową – przepusty i murki naprowadzające. Inaczej droga przetnie szlak migracyjny, a ropuchy będą musiały pokonywać asfaltem.
– Płazy cierpią na coś w rodzaju klaustrofobii i nie wejdą do zwykłego ciemnego tunelu. Takie przejście musi być odpowiednio zaprojektowane – tłumaczy Mariusz. – Ale wybudowanie takich pod drogą wojewódzką wymagałoby długiego remontu. W Polsce samochód jest bogiem. A taka ropucha? Komu to potrzebne? Mało komu by się taka inwestycja podobała.
Tymczasem pod Pieskową Skałą, tuż za granicą Ojcowskiego, ma powstać hotel dla seniorów. Droga do ośrodka będzie prowadziła przez park. Członkowie TnROP przez lata próbowali zablokować inwestycję, ale deweloperowi udało się uzyskać pozwolenie.
– Jesteśmy tym przerażeni – opowiada ze smutkiem Mariusz. – Jeśli hotel powstanie, ruch samochodowy tylko się zwiększy, a goście będą jeździli do niego właśnie po tych traszkach i ropuchach.
Obecnie sprawa inwestycji znajduje się w naczelnym sądzie administracyjnym. Deweloper wygrał ją na szczeblu wojewódzkim, ale Ojcowski Park Narodowy zaskarżył wyrok.
Ropuch nie będzie
W Polsce występuje dziewiętnaście gatunków płazów, wszystkie objęte są ochroną. Większość z nich ścisłą. Na malejącą liczebność gatunków w znaczącym stopniu wpływa osuszanie stawów i mokradeł. Nie tylko w naszej ojczyźnie płazy nie mają łatwo. Autorzy raportu pisma „Nature” z 2023 roku szacują, że z 8 tysięcy znanych ludzkości gatunków płazów zagrożonych wyginięciem jest prawie 3 tysiące. Głównymi powodami tego stanu rzeczy są inwazyjne rolnictwo, wycinka lasów, rozwój infrastruktury drogowej i zmiany klimatu. Wyższe temperatury wpływają na szybsze wysychanie siedlisk oraz zaburzenie cyklu życia płazów. Zwierzęta wybudzają się ze snu zimowego jeszcze zimą, kiedy ciężko o pożywienie. Gorąc wysusza skórę ropuch i utrudnia im oddychanie. Zmiany klimatu powodują także szybsze rozprzestrzenianie się chorób i grzybów.
Skutki działalności człowieka widać gołym okiem. Coraz rzadziej słyszymy rechot żab, coraz mniej ropuch grasuje po lasach w poszukiwaniu ślimaków. Badanie Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Akademii Nauk z 2022 roku wykazało, że w podkrakowskich lasach żyje cztery razy mniej żab niż zaledwie pięćdziesiąt lat temu. Z podobnego badania przeprowadzonego przez naukowców z uniwersytetów Wrocławskiego i Poznańskiego wynika, że w niektórych siedliskach żab wodnych pod Poznaniem populacja skurczyła się nawet o 89 procent.
Fale upałów, które w ostatnich latach regularnie nawiedzają Polskę są dla większości ludzi niedogodnością. Dla ropuch stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo. My dostosujemy się do zmian, które sami wywołaliśmy. Zainstalujemy klimatyzację, wsypiemy do kawy kilka kostek lodu, a Straż Miejską wyposażymy w butelki wody, którą funkcjonariusze będą rozdawać obywatelom większych miast. Ropucha, którą Mariusz uratował przed kołami ciężarówki, nie ma żadnej z tych rzeczy. Będzie krążyła po lesie w poszukiwaniu mokradeł, które wyschły i polować na bezkręgowce, które wybiliśmy. Łapka za łapką, oddech za oddechem, każdy coraz cięższy i cięższy.

