Czy nad Bałtykiem jest jeszcze miejsce dla turystyki odpowiedzialnej?
Latem nieco chłodne, podczas ostrzejszych zim zamarza w niektórych obszarach. Nie jest to głęboki zbiornik, a jedyne połączenie z oceanem światowym ma przez cieśniny duńskie. Pod względem geologicznym jest niezwykle młode – liczy najwyżej jedenaście tysięcy lat, co dla Ziemi jako planety liczącej 4,5 miliarda jest momentem długim jak mrugnięcie okiem. Jego linia brzegowa ciągle się zmienia i ewoluuje. Taki jest Bałtyk – śródlądowe morze, do którego Polska ma dostęp. Współdzielimy ten akwen z ośmioma innymi państwami: Szwecją, Finlandią, Estonią, Łotwą, Litwą, Rosją, Niemcami i Danią. Polska linia brzegowa wraz z zalewami i zatokami liczy około 770 kilometrów. Czy to dużo jak na kraj zamieszkały przez 37 milionów ludzi?
Rzut okiem na mapę Pomorza pozwala odnieść wrażenie, że większość wybrzeża jest już zasiedlona i zagospodarowana turystycznie. Chociaż nad Bałtykiem nie ma dużych miast poza Gdańskiem i Gdynią, to mnogość kurortów, od Świnoujścia po Krynicę Morską, zdaje się zaspokajać wakacyjne i urlopowe potrzeby Polaków. Czy to w Jarosławcu, w Dziwnowie, Rewalu czy w Mrzeżynie znajdziemy zarówno kameralne agroturystyki, jak i luksusowe hotele. Wydawałoby się więc, że nic nowego na Pomorzu nas już nie spotka. Zaskoczenie i zdumienie pojawiają się na twarzach wielu na wieść o ostatnich wydarzeniach z niewielkiej miejscowości w województwie zachodniopomorskim.
Pobierowo to stosunkowo mała wieś na polskim wybrzeżu Morza Bałtyckiego, w powiecie gryfickim. Ze Szczecina dojedziemy tutaj samochodem w półtorej godziny. Atmosfera w osadzie uchodzi za raczej spokojną. Z każdej strony otacza ją gęsty sosnowy las. W sezonie turystycznym działa kilka restauracji , a dla przyjezdnych dostępne są domki letniskowe, pensjonaty oraz kilka hoteli. Miejscowość od plaży dzieli kilkadziesiąt metrów pasa wydm i sosnowego boru. Ten idylliczny spokój od kilku miesięcy zaburza jednak niespodziewany napływ gapiów, którzy masowo przybywają, aby zobaczyć nowo wybudowaną inwestycję w środku lasu. Na obrzeżach Pobierowa powstał największy w Polsce kompleks hotelowy nad Bałtykiem.
All-in-one
Obiekt otwiera zupełnie nowy rozdział w historii turystyki. Takiego hotelu nad morzem jeszcze nie widzieliśmy. Docelowo będzie oferować dla przybywających ponad 1200 pokoi, które pomieszczą jednocześnie do trzech tysięcy turystów. Znajduje się dosłownie w środku nadmorskiego boru, zaraz nad brzegiem Morza Bałtyckiego, a swoim wyglądem przypomina gigantyczny statek wycieczkowy. W środę 10 czerwca nastąpiło jego otwarcie. Mowa o Hotelu Gołębiewski– gigantycznym obiekcie, który powstał na miejscu dawnej bazy rakietowej. Jego budowa ciągnęła się od 2017 roku i po licznych perturbacjach zakończyła się kilka tygodni temu wydaniem pozwolenia na użytkowanie.
Z ostatnich informacji prasowych na temat hotelu, dowiemy się chociażby, że na jedenastu piętrach budynku zlokalizowano luksusowe apartamenty o średniej powierzchni sześćdziesiąt metrów kwadratowych. Osiemdziesiąt procent z nich będzie miało widok na morze. Całkowita powierzchnia budynku wynosi niesłychane 180 tysięcy metrów kwadratowych. Poza bazą noclegową obiekt został wyposażony także w przestrzenie konferencyjne, największy w Polsce hotelowy park wodny, centrum spa, kręgielnię, ścianę wspinaczkową czy salę kinową. Jednym słowem – we wszystko. Zresztą pozostałe hotele należące do grupy Gołębiewski charakteryzują się podobną ofertą all-in-one, gdzie skumulowane w jednym miejscu atrakcje zamieniają hotele w niezależne miasta wypoczynku i rozrywki.
Otwarcie tak potężnego hotelu w samym środku lasu rodzi wiele pytań i wątpliwości. Czy funkcjonowanie tego typu obiektu w liczącym niespełna tysiąc mieszkańców Pobierowie przyniesie społeczności więcej korzyści czy problemów? Lokalne władze zdają się widzieć dla miejscowości świetlaną przyszłość. Podczas otwarcia hotelu w imieniu sołtysa i radnych został wręczony rodzinie Gołębiewskich Symboliczny Klucz do Pobierowa. Jak tłumaczy na facebookowej grupie radna Magdalena Matusz, ma być on znakiem wdzięczności, zaufania oraz otwartości naszej społeczności. Władze wyrażają nadzieję, że współpraca właścicieli hotelu z ze strony będzie oparta na „wspólnych wartościach, szacunku i trosce o rozwój naszego regionu”.
Tak duży hotel będzie oferował wiele nowych miejsc pracy. Miejmy nadzieję, że skorzystają na tym mieszkańcy gminy Rewal, w której znajduje się Pobierowo. Region ten od dłuższego czasu charakteryzuje się dwukrotnie wyższym wskaźnikiem bezrobocia niż wynosi średnia w Polsce. I to zarówno w sezonie letnim, jak i zimowym.
Oprócz zmniejszenia skali bezrobocia, Pobierowo może spotkać także zmiana profilu turystów. Do tej pory wieś oferowała usługi, które odpowiadały finansowym możliwościom większości Polaków. Otwarcie luksusowego kompleksu, w którym cena noclegu dla jednej osoby zaczyna się od siedmiuset złotych, może sprawić, że do Pobierowa zacznie przyjeżdżać więcej majętnych osób. Kwestią otwartą pozostaje to, czy nowi turyści będą w ogóle chcieli wyjść poza przestrzeń ośrodka. Pobyt w hotelu oferującym wszystko na miejscu może okazać się bardziej kuszący niż swojski spacer na ulicę Grunwaldzką po gofry, kebaba czy smażoną rybę. Jak będzie naprawdę, pokaże obecny sezon turystyczny.
Hotel w Pobierowie będzie oddziaływać nie tylko na lokalną społeczność i konkurencyjne obiekty, ale również na środowisko naturalne. Żeby mógł powstać taki moloch, wycięto blisko 1500 drzew. Inwestor zadeklarował, że dokona nowych nasadzeń dookoła hotelu. Nie brakuje także krytycznych głosów dotyczących ogólnej architektury obiektu i jego rozmiarów. Zdaniem wielu nie wpisuje się on w otaczających krajobraz lub wręcz go zaburza.
Więcej, bliżej, lepiej
Pobierowski moloch budzi wiele emocji, ale podobnych inwestycji nad Bałtykiem nie brakuje. W Międzyzdrojach niesławą okryła się budowa kompleksu apartamentowców dosłownie na samej plaży i w bezpośrednim sąsiedztwie Wolińskiego Parku Narodowego. Pozwolenie na budowę wydały zarówno lokalne, jak i centralne władze. W procesie przyznawania zezwolenia brały udział również Urząd Morski oraz Woliński Park Narodowy.
Co ciekawe, Sea Resorts w Międzyzdrojach nie będzie kolejnym hotelem, a kompleksem bloków z prywatnymi apartamentami. Najdroższe z nich mają kosztować nawet pięćdziesiąt tysięcy za metr kwadratowy. Ewentualny najem lokali w sezonie wakacyjnym z pewnością nie będzie tani. Zresztą obiekt jest prawdopodobnie jedynym w Polsce położonym tak blisko linii brzegowej. Apartamenty od morza dzieli niespełna pięćdziesiąt metrów.
Przyglądając się podobnym rewelacjom, można odnieść wrażenie, że dla Pomorza nie ma już ratunku. Wszystko musi zostać zabudowane, zagospodarowane i przynosić zyski. Tylko co z tego mają mieszkańcy konkretnych miejscowości? Gentryfikację, wzrost cen i utratę klimatu miejsca, masową turystykę, która nie interesuje się tym, co miejscowe, historyczne i tradycyjne. Nad Bałtykiem znajdziemy jeszcze pojedyncze osady, które z uwagi na odizolowanie od większych ośrodków i głównych szlaków drogowych pozostały oazami ciszy i spokoju. Poddąbie, Orzechowo, Piaski na Mierzei Wiślanej czy Mikoszewo u ujścia Wisły są przykładami tego, że turystyka odpowiedzialna może jeszcze zaistnieć nad polskim morzem.
Łotewska droga
Pod pojęciem turystyki odpowiedzialnej kryje się więcej niż tylko konkretny rodzaj wyjazdu. Jest to ogół decyzji podejmowanych przez turystów, władze lokalne i przedsiębiorców. Ten typ turystyki zakłada odwiedziny i eksplorację danego regionu z poszanowaniem miejscowej kultury, historii i środowiska. Zamiast oddawać swoje pieniądze ogromnym firmom, płacąc za pobyt w globalnych sieciach hoteli, powinniśmy wspierać lokalne biznesy i pensjonaty. W ramach odpowiedzialnej turystyki nie niszczymy nadmorskich wydm, tylko wędrujemy wyznaczonymi szlakami. O ile to możliwe, przyjeżdżamy transportem publicznym, zostawiając samochód w domu. Przestrzegamy zasad współżycia społecznego i nie zamieniamy małej wioski rybackiej w całonocną imprezownię. Podobnych zasad można podać jeszcze wiele.
Turystyka odpowiedzialna zajmuje coraz więcej miejsca w dyskusji publicznej. Nie dotyczy to jedynie nadmorskich kurortów, ale też wielkich miast w całej Europie, które zaczynają odczuwać negatywne skutki turystyfikacji. Sednem odpowiedzialnego podejścia do turystyki nie jest walka o jak największą ilość turystów, ale zadbanie o wartość, jaką przyniosą odwiedzający, oraz o pozytywny wpływ, jaki mogą wywrzeć na dane miejsce.
Dostęp do Morza Bałtyckiego mają również kraje, którym pojęcie masowej turystyki jest raczej obce. Mowa tutaj o bliskich nam państwach bałtyckich – Litwie, Łotwie i Estonii, gdzie widok pustych plaż i dziewiczych nadmorskich krajobrazów jest częstszy. Coraz więcej rodaków zaczyna jednak odkrywać skarby kryjące się u naszych północno-wschodnich sąsiadów, o czym świadczy rosnący odsetek turystów z Polski w tych krajach.
Jednego z najbardziej ambitnych przykładów odpowiedzialnego podejścia do prowadzenia turystyki należy szukać na Łotwie. Środkowa z bałtyckich sióstr bywa często kojarzona jedynie przez pryzmat stolicy. Ryga ze swoją średniowieczną, hanzeatycką starówką jest zachwycająca. Niemniej nie jest ona wszystkim, co oferuje ten kraj. Na samym krańcu Półwyspu Kurlandzkiego znajduje się region zamieszkany przez ugrofińską mniejszość etniczną – Liwów. To niewielka kraina otoczona z trzech stron wodami Morza Bałtyckiego. Przed wiekami Liwowie stanowili większą część populacji na terenach dzisiejszej Łotwy. Z biegiem czasu zaczęli się jednak asymilować z bałtyckimi Łotyszami i obecnie żyje ich około dwustu. Po upadku ZSRR w 1991 roku władze suwerennej Łotwy postanowiły otoczyć specjalną ochroną region w okolicy przylądka Kolka, historycznie zamieszkany przez ugrofińskich braci. Nazwali go Wybrzeżem Liwów. W 2000 roku ochrona została poszerzona również o dziedzictwo przyrodnicze poprzez utworzenie Parku Narodowego Slīteres.
Jak więc wygląda obecnie życie i turystyka w tak odległym i odludnym terenie? Na terenie parku narodowego zlokalizowanych jest dwanaście liwskich wiosek, gdzie ocalało tradycyjne budownictwo i kultura. Prawo zabrania budowy jakichkolwiek nowych hoteli i restauracji, których wygląd mógłby kłócić się z drewnianą architekturą i kulturowym krajobrazem Wybrzeża Liwów. Ba! Nawet oferta takich obiektów nie może przedstawiać zglobalizowanych usług, ale musi odnosić się do kuchni, zwyczajów i języka miejscowej ludności.
Turyści są oczywiście mile widziani na przylądku Kolka. Czekają na nich szlaki piesze, zarówno te prowadzące po plażach, jak i przez rozległe torfowiska. W kilku wioskach znajdują się urokliwe agroturystyki w drewnianych domostwach. Autentyczność okolicy sprawia, że wiele osób tu wraca. Na szlakach można spotkać piechurów z plecakami, a nieliczne parkingi w lesie bywają w szczycie sezonu całkowicie zapełnione. Jak się okazuje, turystyka „bez plastikowych atrakcji” znajduje swoich wielbicieli.
Skalowanie odpowiedzialności
O ile Wybrzeże Liwów i Park Narodowy Slīteres są miejscami stosunkowo mało znanymi masowemu turyście, tego samego nie można powiedzieć o Mierzei Kurońskiej. Ten liczący niespełna sto kilometrów wąski pas lądu nad Morzem Bałtyckim jest podzielony między dwa kraje – Litwę i Rosję. Północna część należy do bałtyckiej republiki i to ona rokrocznie jest odwiedzana aż przez milion turystów. Jak więc w takich warunkach możemy mówić o turystyce odpowiedzialnej?
Półwysep przyciągają rzesze osób spragnionych kontaktu z naturą. Mierzeja jest w 75 procentach zalesiona, a 12 procent stanowią wyjątkowe w skali Europy naturalne pasy wydm, których wysokość przewyższa zdecydowanie te ze Słowińskiego Parku Narodowego. Na mierzei znajduje się tylko jedno miasto, które zamieszkuje niespełna pięć tysięcy osób. Nerynga składa się tak naprawdę z kilku dawnych osad rybackich, spośród których można wymienić Nidę, Juodkrantė czy Alksnynė. Przez wieki był to region słabo zaludniony, a jego mieszkańcy utrzymywali się wyłącznie z rybołówstwa. Obecnie prym wiedzie tutaj turystyka, regulowana na wiele sposobów.
Cały obszar półwyspu w 1991 roku został objęty ochroną w ramach Parku Narodowego Mierzei Kurońskiej. Dziewięć lat później teren wpisano również na Listę Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego UNESCO. Mierzeja nie ma żadnego lądowego połączenia z resztą terytorium Litwy. Z Kłajpedy, dużego portowego miasta na wybrzeżu, kursują promy. W ostatnich dwóch dekadach ruch turystyczny zwiększył się na tyle, że lokalne i centralne władze zdecydowały o wprowadzeniu opłat za wjazd na teren Mierzei Kurońskiej. Ich wysokość jest na tyle duża, że zniechęca zmotoryzowanych do wjazdu na półwysep, a pozostałych turystów skłania, by częściej wybierali transport publiczny lub rower.
Aby wjechać własnym samochodem osobowym na mierzeję, w sezonie letnim należy zapłacić pięćdziesiąt euro. Dla dużego autokaru turystycznego z grupą ta kwota wynosi już sto euro, a dla właściciela quada, który z pewnością chciałby pojeździć po gigantycznych wydmach – aż pięćset euro. Do kosztów trzeba doliczyć jeszcze sam bilet na przejazd promem, opłatę za parking i inne wydatki na miejscu. Trzeba jednak przyznać, że pomimo opłat park narodowy mierzy się z silną presją turystyczną. Liczba samochodów osobowych bywa niekiedy tak duża, że brakuje miejsc parkingowych, a zatoczki na drogach w pobliżu atrakcji przyrodniczych są zatłoczone do granic możliwości.
Ochrona miejscowego dziedzictwa nie sprowadza się jedynie do pobierania opłat wjazdowych. Przyglądając się temu, jak wygląda jedyne miasto na półwyspie, odkryjemy, jak dużą wagę przyłożono do zachowania oryginalnej architektury. Rybacy z mierzei wytworzyli swój własny, unikatowy styl budowania gospodarstw. Podłużne, parterowe, drewniane domy ze skośnymi dachami są charakterystycznym elementem Neryngi. Zwykło malować się je na brązowo i ozdabiać niewielkimi niebieskimi ornamentami wokół okiennic, drzwi i dachu. Niemal wszystkie budynki znajdują się w bliskim sąsiedztwie wody. Jakiekolwiek inne współczesne zabudowania zlokalizowane są poza ścisłym centrum i wkomponowane w krajobraz tak, aby nie zaburzać pierwotnego charakteru miasta. Nie spotkamy się tutaj z wielkimi kompleksami hotelowymi. Ich miejsce zajmują kameralne pensjonaty oraz pojedyncze apartamenty na wynajem.
Podróż w rytmie slow
W państwach bałtyckich są także miejsca, w których odpowiedzialne podejście do turystyki jest preferowane przez samych mieszkańców. Przykładem jest Kihnu – niewielka estońska wyspa położona 10 kilometrów od wybrzeża Zatoki Parnawskiej w południowo-zachodniej części kraju. Z pozoru może się wydawać, że Kihnu jest zwyczajnym skrawkiem lądu o powierzchni siedemnastu kilometrów kwadratowych, tylko jedną z ponad dwóch tysięcy wysp znajdujących się na terenie Estonii. Dzisiaj jest to wyjątkowa kraina, w której zachowały się resztki dawnej kultury matriarchalnej. Wykształciła się ona przed wiekami, kiedy mężczyźni zajmujący się rybactwem na długie tygodnie wypływali w morze i nie mieli kontaktu z domem. Wówczas na wyspie pozostały kobiety, na które spadały wszystkie obowiązki w gospodarstwie. Podczas wizyty na Kihnu zauważymy, że mieszkańcy chodzą wciąż w tradycyjnych strojach, a kobiety kultywują zwyczaj tkania na krosnach wełnianych dzianin.
Kihnu zamieszkuje około pięciuset osób. Ten delikatny ekosystem kulturowy, w którym człowiek od dawna musiał współpracować z przyrodą, jest wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Brytyjska dziennikarka, Sian Lewis, spędziła kilka dni na wyspie, obserwując tamtejszy rytm życia. Przeprowadzając wiele rozmów z miejscowymi kobietami, dowiedziała się, że na razie daleko tutaj do masowej turystyki. Większość przybywających preferuje odkrywanie Kihnu w trybie slow travel. Turyści zatrzymują się jedynie w miejscowych pensjonatach lub agroturystykach oraz korzystają z lokalnej oferty kulturalnej – biorą udział w letnich festiwalach, uczą się malować lub dziergać na drutach. Niemniej w dyskusji publicznej pojawia się już temat wprowadzenia pierwszych zakazów. Jednym z nich miałoby być ograniczenie wjazdu dla kamperów, które coraz częściej przyjeżdżają na wyspę, rozjeżdżając bezdroża i niszcząc miejscową przyrodę.
Ograniczeniem dla masowej turystyki na Kihnu jest sam prowadzący na nią prom. W ciągu dnia wypływa on tylko cztery razy. Łącznie w ciągu doby może przetransportować osiemdziesiąt pojazdów (z czego ponad jedna czwarta jest zarezerwowana dla miejscowych) i nieco ponad siedemset osób. W sezonie popyt na „wyspę kobiet” jest większy niż podaż i bilety na prom trzeba kupować z wyprzedzeniem. Niemniej nie planuje się zwiększenia częstotliwości kursowania, aby Kihnu pozostało wciąż sielską krainą, gdzie czas się zatrzymał.
Estonia pod względem ochrony terenów nadmorskich jest szczególnym przykładem. Ustawa o ochronie przyrody zabrania budowy jakichkolwiek nowych obiektów w odległości do stu metrów od linii brzegowej, a na wyspach – do dwustu metrów od brzegu. Odstępstwa od tej zasady są dopuszczalne jedynie po otrzymaniu zgody państwowej agencji środowiska. Dzięki temu udaje się utrzymać publiczny dostęp do plaż i skalistych wybrzeży oraz zachować naturalne pasy wydm i nadmorskich borów sosnowych. Ponadto krajobraz tradycyjnych osad rybackich pozostaje niezaburzony. W Estonii nie zobaczymy gigantycznych hoteli i apartamentowców wyrastających zaraz nad brzegiem Bałtyku. Jedynym wyjątkiem są największe kurorty, jak Haapsalu i Parnawa. Jednak nawet tam blisko plaży znajdziemy tylko zabytkowe drewniane pensjonaty i restauracje, których historia sięga w niektórych przypadkach nawet początków XIX wieku.
Dla mieszkańców najmniejszej z bałtyckich republik ochrona dziedzictwa przyrodniczego i odpowiedzialne podejście do turystyki są niezwykle istotne. Konieczność zadbania o najbliższe środowisko jest nawet wpisana w estońskiej konstytucji. Zapis ten obliguje każdego mieszkańca i turystę do szacunku wobec otaczających go zasobów.
Obserwując działania prowadzone na Litwie, Łotwie i w Estonii, mamy wrażenie, że w Polsce zupełnie inaczej podchodzi się do kwestii korzystania z zasobów, jakie daje nam dostęp do Morza Bałtyckiego. Od kilku lat obserwowany jest trend zmęczenia letnimi tłumami na plażach. Coraz więcej Polaków decyduje się na przyjazd nad morze poza sezonem. Chłód, deszcz i wiatr nie zniechęcają do długich spacerów nad wzburzonym Bałtykiem. Zresztą widokiem kilometrów pustej plaży możemy cieszyć się obecnie tylko podczas chłodnej pory roku. Być może to właśnie jest iskra, która rozpali odpowiedzialną turystykę. Zamiast dołączać do letniego szaleństwa, kiedy w ciągu trzymiesięcznego sezonu gastronomia i hotelarstwo chcą wycisnąć z nas każdy grosz, spróbujmy odwiedzić Bałtyk w innym czasie. Być może odwdzięczy się on nam czymś w zamian – słyszalnym szumem fal, spokojną atmosferą i bliższym doświadczeniem lokalnej przyrody, kultury i historii.
Jakub Zygmunt
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.
I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×

